Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 25.07.2018 w Odpowiedzi
-
"No to Poloneza czas zacząć" - jak to powiedziała rdza do rdzy... Decyzja o starcie w tym maratonie zapadła dość spontanicznie, choć na liście startowej byłem od dawna. Wpisałem się tak na wszelki wypadek. Ale start opłaciłem w ostatniej chwili. Miałem obawy o możliwość uzyskania wolnego - udało się! Żona zaakceptowała, ale z bólem głowy. Szef dał zielone światło, bo wiedział, że zawsze mogę to szybko odrobić. Nawet dostałem niezłe wsparcie w postaci premii! Pozostało zdecydować czym jechać? Szosa odpadała, bo zbyt wiele jazdy w terenie i szkoda takiego roweru. Mój Full byłby idealny, ale potrzebuje serwisu. Po za tym,tylny zawias ogranicza możliwości dodania pakunków. Padło na Fata, ale tak na prawdę od początku chciałem nim jechać. Nie musiałem tutaj specjalnie walczyć z czasem, więc najwyżej jechałbym dłużej. Start z Baraniej Góry, spod Schroniska na Przysłopie o 8:00. Wiele osób tam spało, więc mieli łatwo. Ja musiałem dojechać i tu zaczynały się schody. Samochodem nie da się tego zrobić legalnie, więc ja napisałem prośbę do Nadleśnictwa. Jeśli wierzyć pracownikom schroniska, nikomu to się nie udało. Jakie było moje zdziwienie, kiedy już na drugi dzień ktoś oddzwonił, dopytał na ile chcę tam wjechać i... od razu dostałem zgodę! Tutaj o tym piszę, ale w oficjalnym artykule pominąłem ten wątek. Melduję się tu o 7:00. Odbieram pakiet i robię ostatnie przepaki. Przy okazji wzbudzam niemałe zainteresowanie. Ludzie dopytują, niektórzy trochę tak z niedowierzanie, że ja na poważnie tym do Gdańska... Chwilę przed ósmą zjeżdżam na linię startu, gdzie robi się tłoczno. Na starcie stanęło ok 200 zawodników, mimo, że to pierwsza edycja i nie wiadomo co to będzie. Odliczanie i ruszamy za pojazdem prowadzącym. Kawałek dale skręcamy w lewo i zaczynamy podjazd pod Stecówke. Niby rzeka płynie w dół... Pewnie po to taka atrakcja, żeby możliwie rozciągnąć stawkę zanim wjedziemy na otwarte drogi publiczne. Obciążonym Fatem to nie to samo co na lekko, ale idzie sprawnie. Następnie skręt i już suniemy w dół koło Pałacyku Prezydenckiego. Widać, że wielu się boi... Tłuścioch ochoczo nabiera prędkości i łykam kolejnych zawodników. Mam swoją chwilę. Dźwięk opon też pewnie nieco onieśmiela. Dlaej koło J.Czernieńskiego i ciśniemy przez Wisłę i Ustroń. Prędkości niemal non stop powyżej 30 km/h. Często łapie się komuś na koło i odpoczywam. Sielanka trwa praktycznie do Drogomyśla, gdzie po paru skrętach wjeżdżamy na wały J.Goczałkowickiego. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie te chaszcze! Trawa po szyję i dobrze, kiedy to tylko trawa, a nie Maliny, czy Ostrężyny z kolcami. Tempo zdecydowanie spada i do tego niezła duchota! Ani grama wiatru, a jazda wymaga zaangażowanie większych sił. Kilkanaście kilometrów zdaje się nie kończyć, ale kiedyś musi i wpadamy wprost na tory kolejowe! Po szynach widać, że pociągi kursują tu regularnie. Trochę nie najlepszy pomysł na trasę rowerowego maratonu. Do tego z budki wychyla się pani i opierdziela nas. Ponoć zadzwoniła na Policję... Nic tu po mnie i szybko ruszam dalej. Nie czekam na rozwój zdarzeń. Dalej trochę betonowych płyt i ciekawy singiel. Widać tu, że większość to kolarze szosowi i sobie kompletnie nie radzą. Dobra moja! Ale kawałek dalej już asfalt i tak do końca zapory. A tam lody! Niemal wszyscy tu zawinęli. Do tego można było do tankować płynów. Warto, bo prędko kolejnej okazji nie będzie. Ruszam szutrami i objeżdżam kolejne osoby. Widać, że w terenie tłuścioch nie jest gorszy. Dopiero kiedy zbliżam się do Oświęcimia, zaczynają się długie odcinki asfaltowe i tu już taki dobry nie jestem. Musze też zrobić sobie przerwę na popas. Tylko jedzonko jakby mi nie wchodzi... Czyżby już pierwszy kryzys? Chyba tak. Ale zbieram się i cisnę dalej. Gdzieś w połowie drogi między Oświęcimiem a Krakowem spotykam "Ojca Dyrektora", który częstuje nas wodą. Ku mojemu zdziwieniu słyszę: "nieźle ciśniesz, jesteś około trzydziestego miejsca!". Niezłe zdziwko! To dodaje skrzydeł, zwłaszcza przed trudną wspinaczką - taka tam przeszkoda. Gdzieś przed Krakowem, podczas zakupów, dopada nas burza. Może jakbym od razu pojechał to bym jeszcze kawałek ujechał, ale spotkałem super chłopaków. Prognozy pokazują, że potrwa to max 2 godziny, więc lepiej przeczekać niż zmoknąć i tracić energię na rozgrzewkę. Tutaj miała miejsce pierwsza mega historia. Otóż Pani sprzedawczyni właśnie zamykała sklep, ale pozwoliła nam odpocząć pod wiatą na zapleczu. Zaczęliśmy zagadywać:"ma Pani coś ciepłego do jedzenia? Może ugotuje nam Pani Pierogi z mięsem?" Jeden z kolegów poszedł dalej: "Co ma Pani w lodówce? Zapłacimy" Po kilku minutach Pani wyciągnęła z zamrażarki dwie paczki Pierogów i udała się do kuchni, takiej bardziej dodatkowej. Ugotowała je i okrasiła cebulką. Mniam mniam, ale to było dobre! Przy okazji zaoferowała nam noclegi! Ale to zbyt wczesna pora i trzeba harować dalej. Tutaj wspomnę, że ten maraton chciałem wykorzystać do kolejnych kwalifikacji, o czym już wcześniej pisałem. Czyli do zrobienia 600 km w dwie doby. Czyli z góry wiedziałem, że będę musiał jechać całą pierwszą nockę i następny dzień. Gdzieś w okolicach Autostrady A4 zaczyna się szybki odcinek. Teraz same równe asfalty i prędkości rosną, ale zbliża się zmierzch. Już pod Wawelem jadę w półmroku. Trochę mam obsuwę w stosunku do planów. Myślałem, że o tej porze, będę dojeżdżał do Dunaju... No cóż, powoli do przodu. Dojeżdżamy już po ćmoku w okolice Wieliczki i ponownie skręcamy w chaszcze. Ponownie trawa po szyję i do tego mokra od wcześniejszego opadu. Mało fajny odcinek, ale krótki. Ponownie wpadamy na asfalty, czasem jeszcze ścieżkę w budowie. Ale jest dobrze i szybko! Koło północy znajdujemy fajną miejscówkę na popas - równe pobocze pod jasną lampą. Niestety ta podczas konsumpcji tak po prostu gaśnie. Nie mogła wytrzymać jeszcze kilka minut? To chyba piątek trzynastego. Zbieramy manele i przy okazji ekipa się dzieli co raz bardziej na mniejsze grupki, aż w końcu pozostajemy we dwoje. Wszyscy kimają na ścieżce, w krzakach, na poboczach, Normalnie tłumy! My we dwoje postanowiliśmy jechać całą noc i objechać przeprawę promową. Dla mnie najistotniejsze, żeby kilometry leciały. Na objeździe mamy przynajmniej stację benzynową, a to oznaczało cywilizowaną toaletę i możliwość ciepłego posiłku, z czego w pełni korzystamy. Przez chwile nieco brał mnie sen, ale szybko wstaje i ruszamy dalej... Ciągle asfalty! Trochę nudno, ale za to tempo dobre. Małopolska to jasny punkt na mapie szlaków rowerowych. Ciśniemy tak do Szczucina, gdzie postanawiam coś zjeść, choć bez większej nadziei. Ale jest tu Targ! I to spory! Jedzenia pod dostatkiem i do tego za niewielkie pieniądze. Przy okazji zagadał na Bułgar, handlujący tutaj chyba damską odzieżą. Świetnie mówił po polsku. Pytał o rowery, nasze zawody, choć z niedowierzaniem. Jedna My musimy ruszać dalej. Opuszczamy Targ i wracamy na trasę. Ale się niemiło zdziwiłem, kiedy zorientowałem się, że nie zabrałem "nerki", w której miałem pieniądze, dokumenty, telefon, karty... Szybkie zawiniątko i z całej siły z powrotem, choć trochę bez nadziei. Ależ się zdziwiłem, kiedy dojeżdżam na miejsce, a tam uśmiechnięty obywatel z Bułgarii wręcza mi moją zgubę. "Co, zapomniałeś? Sprawdź czy wszystko jest." Na co ja uradowany: "Nic nie będę sprawdzał, Pan jest uczciwy człowiek". Wręczyłe 5 dych z wdzięczności i ruszyłem dalej. Wyobraźcie sobie, że on obdzwonił z mojego telefonu wiele osób, które uważał za najbliższe po wpisach, żeby mnie odszukać i nawet chciał za mną jechać!!! Klasa człowiek! Uratował wyjazd... Kidy kończy się woj. Małopolskie, kończą się w większości asfalty. Ponownie zaczyna się jazda po wyrośniętej trawie, czasami po polach, piachu, błocie i innych szuwarach. Bywają też długie asfaltowe odcinki, ale to normalne lokalne drogi. Niestety wcześniej zlekceważyłem odpowiednie zaopatrzenie i zaczęło mi brakować wody. Na szczęście w okolicach Sandomierza jest sporo sadów. Parę niedojrzałych jeszcze jabłek wciąłem... Aż w końcu sklep! Nareszcie! Tankuję do pełna i co nieco podjadam. Pytam też o restaurację, gdzie można by dobrze zjeść. Ponoć jest taka na trasie i to niedaleko. Faktycznie i z daleka macha mi mój wcześniejszy kompan, który dawno temu mnie opuścił, bo jednak go ograniczałem. Był szybszy. No, teraz sobie pojem! Zamówiłem Schabowego z ziemniaczkami i mizerią. Mimo, że porcja spora, dalej nie czuje się najedzony. Zamówiłem drugiego schaba... Dopiero teraz było dobrze. Jedzenie ważna sprawa, zwłaszcza przed wyzwaniem dnia...4 punkty
-
Psyche! https://sportowefakty.wp.pl/alpinizm/wideo/33280/mamy-nagranie-z-historycznego-zjazdu-bargiela-te-ujecia-zapieraja-dech-w-piersia3 punkty
-
Tutaj jest pełny przegląd zdjęć i filmów Andrzeja bez durnych onetowych komentarzy.2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
A tu fajna mapka z wysuwaną trasą https://www.ukclimbing.com/news/2018/07/andrzej_bargiel_achieves_first_ski_descent_of_k2-716542 punkty
-
W tym roku postanowiłem pojeździć na nartach w miesiącach, w których nie miałem jeszcze okazji tego robić. Lipiec był jednym z nich więc w ubiegłym tygodniu spędziłem 3 dni w Zermatt. Oto garść refleksji O logistyce Samotna podróż z Polski do Zermatt autem to finansowe morderstwo i duży wysiłek;) Na szczęście moja siostra mieszka ok. 100km przed Szwajcarią po drodze z Wrocławia, więc mogłem podróż tam i z powrotem podzielić sobie na dwa dni. Ale koszty paliwa, winiety (40CHF) musiałem już ponieść sam. Do i ze Szwajcarii wjeżdżałem przez Bazyleę. Okazało się jednak, że nawigacja prowadzi mnie do przeprawy pociągiem (dodatkowy koszt) i w ostatniej chwili przeprogramowałem nawigację, co zaowocowały dłuższą ale nieprawdobodobnie malowniczą podróżą przez Grimselpas i wjazdem samochodem na ponad 2100mnpm. W drodze powrotnej od razu odpowiedni ustawiłem nawigację i wracałem autostradami, najpierw jadąc na zachód w stronę Lozanny, a następnie przez Berno. O miejscowości Zermatt jak wiadomo wyłączony jest z ruchu samochodowego, więc samochód zostawiłem na parkingu w Tasch (54CHF za 3 noce) i do Zermatt dojechałem z tobołami pociągiem (16CHF za podróż w dwie strony). Na miejscu po miasteczku poruszają się niemal wyłącznie elektryczne taksówki i dostawczaki, a większość hoteli oferuje transfer z i do dworca. Miejscowość położona jest pięknie, między stromymi ścianami doliny, a z góry groźnie spogląda na nie Matterhorn. Hotel Jagerhof, w którym się zatrzymałem i który z czystym sumieniem mogę polecić, położony był bardzo wygodnie, 5min pieszo od centrum a 10min od stacji wyciągu. O ośrodku narciarskim. W lecie wyciągi ruszają o 7.15 a jazda na nartach możliwa jest do 13.00. W górnej części miasteczka znajduje się stacja, z której baaardzo długą gondolą wjeżdża się na ok 2800mnpm, a stamtąd wagonikiem na 3880 gdzie wskakuje się już w narty. Zasadnicza część ośrodka to Plateau Rosa, gdzie znajduje się kilka równoległych orczyków i kilka równoległych tras, długich na ok. 1800m. Po włoskiej stronie znajduje się jedna trasa (7) Nie jest to jakaś ekscytująca jazda, ale ze względu na porę roku nie narzekałem Ośrodek chwali się 23km tras, ale wlicza to pewnie dojazdówkę ze szczytu do orczyków i zjazd z Plateau Rosa do dolnej stacji wagonika. Ta ostatnia część jest dość płaska, a w dobrym stanie jest tylko w godzinach porannych, potem robi się grząska i miękka. Wydaje mi się że o tej porze roku ciekawsze trasy oferuje jednak Hintertux, ale ze względu na wysokość trasy na Plateau Rosa dobrze się trzymają, a nawet podczas upalnych dni w dolinach, popołudniowe burze przynosiły w okolicach szczytu warstwę świeżego śniegu. W zasadzie to jazda w Zermatt nie różniła się zbytnio od mojej kwietniowej wyprawy na czeskiego Pradziada. Podobieństw jest wiele: - do obydwu ośrodków nie dojechałem autem - kilka równoległych, prostych tras - orczyki - widok na majestatyczną górę - jazda do 13.00 - miękki, wiosenny śnieg Skoro zatem Pradziad nazywany jest "Morawskim Lodowcem", to ja niniejszym mianuję Zermatt "Szwajcarskim Pradziadem" A cały letni zjazd można zobaczyć tu: Drugiego dnia sprawdziłem zjazd z Plateau Rosa możliwy na stronę włoską (Cervinia). Dzień wcześniej pani z obsługi wyciągów po szwajcarskiej stronie nakłamała mi, że po stronie włoskiej nic nie ma. A tymczasem trasa ta strasznie mi się spodobała! Długa na blisko 3km, szeroka, ze śniegiem w całkiem dobrej kondycji. Dodatkowo prawie nikt po niej nie jeździł. Być może dlatego, że jej minusem jest utrata czasu potrzebnego na wjazd powrotny. Jak się okazało, wyciągi po włoskiej stronie mają oprócz statusu "open" i "closed" tryb "stand by". Wygląda to tak, że po zjeździe na włoską stronę na stacji nie zastałem nikogo - ani turystów, ani obsługi, a wszystkie wyciągi stały nieruchomo. Musiałem znaleźć pana i panią z obsługi, którzy specjalnie dla mnie odpalili wyciąg i kilkudziesięcioosobowym wagonikiem wwieźli mnie z powrotem na górę. Jeden zjazd/wjazd zajmował prawie 30min, więc przy krótkim czasie otwarcia ośrodków szkoda mi trochę było czasu. 3 dniowy karnet (181CHF) ważny jest zarówno po stronie szwajcarskiej jak i włoskiej. Cała "włoska" trasa: Subiektywnie reasumując. Podobało mi się bardzo - dobre warunki śniegowe jak na lipiec, brak tłoków (głównie kluby/zawodnicy, narciarzy rekreacyjnych - niewielu) i niesamowite widoki. Na regularne wizyty w Szwajcarii raczej sobie nie pozwolę, ale kiedyś chętnie wrócę, może na jakąś końcówkę sezonu, kiedy liczba otwartych tras jest jeszcze spora a pogoda już wiosenna1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Baterie są ok, problemem tak jak myślałem temperatura (wiatr też robi swoje) https://sparkpilots.zone/threads/high-altitude-himalayan-spark-shots.3171/ PS. Bargiel w equipe, podobnie jak UK climbing zabrali mu jeden szczyt 8k, tam już poprawili, znaczy w UK.1 punkt
-
Zastanawiałem się nad tym smsem Bargiela ze szczytu o dronie. Najpierw myślałem że to całkowicie żart, ale po tym filmie to chyba rzeczywiście mieli taki plan że dron ląduje na szczycie i Andrzej go bierze do plecaka. Dzięki temu mogli dłużej filmować na szczycie, aż do wyczerpania baterii. A to oznacza, że ze zjazdu więcej filmów z drona nie będzie. Zostaje jeszcze kamera Andrzeja. Czemu ta baterie w dronach są takie słabe ?1 punkt
-
Jest na Telegraph. Gdzieś tam zagrzewaja go na forum do kuluaru Hornbein z Everestu https://en.wikipedia.org/wiki/Hornbein_Couloir gdzie zginął francuski snowboardzista który zjechał rok wcześniej kuluarem Nortona.1 punkt
-
Przed wyprawa wywiad w RMF Wspomina jakiś drugi kuluar w Chamonix oprócz Mallory'ego. PS. U Kuźniara na Onecie wywiad po z Michalskim.1 punkt
-
Desnivel i historia http://www.desnivel.com/expediciones/andrzej-bargiel-desciende-esquiando-el-k21 punkt
-
1 punkt
-
Kolejny fajny link znaleziony przez Gajowego o malowaniu nart https://narty.blog.polityka.pl/2018/07/23/bargielowki-od-seby-litnera/1 punkt
-
a tutaj kolejny exclusive, połączenie na żywo z Andrzejem wczoraj w tvn24 z przyjaciółmi, fajne od ok 30 minuty https://fakty.tvn24.pl/fakty-po-faktach,57/adam-bielan-w-faktach-po-faktach,855962.html1 punkt
-
1 punkt
-
Dobrze że jest tego świadomy, żeby tylko skończył w odpowiednim momencie. Mam nadzieję że będzie można zobaczyć film z tego zjazdu z jego kamery.1 punkt
-
https://www.przegladsportowy.pl/sporty-zimowe/andrzej-bargiel-o-zjezdzie-na-nartach-ze-szczytu-k2-wywiad/96bjj9f Zajrzyj jak traktował narty na BP...1 punkt







