Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 01.08.2018 w Odpowiedzi
-
4 punkty
-
Red Snapper spoko ale Kammerflimmer koliektief chociaż nie przesłuchałem całości jak dla mnie naprawdę petarda !. Takie klimaty mnie porywają. Co do "mojej" muzy to ja mam naprawdę niezły rozstrzał jeśli chodzi o tą materię , Jak spojrzę na swoje zasoby to wiele tu mocnych ciężkich brzmień , z których nadal nie wyrosłem i słucham namiętnie np. kolejnych projektów Maxa Cavalery Jak mi coś wpadnie w ucho to potrafię to długo katować. Chyba nie jestem zbyt orginalny jeśli chodzi o to co słucham a przynajmniej tak mi się wydaje. Chyba mam za mało czasu aby szukać perełek po necie stąd tym bardziej cieszy kilka powyższych propozycji. U mnie na tapecie jest aktualnie "to" i nie mogę się od tego oderwać Pozdrawiam2 punkty
-
"No to Poloneza czas zacząć" - jak to powiedziała rdza do rdzy... Decyzja o starcie w tym maratonie zapadła dość spontanicznie, choć na liście startowej byłem od dawna. Wpisałem się tak na wszelki wypadek. Ale start opłaciłem w ostatniej chwili. Miałem obawy o możliwość uzyskania wolnego - udało się! Żona zaakceptowała, ale z bólem głowy. Szef dał zielone światło, bo wiedział, że zawsze mogę to szybko odrobić. Nawet dostałem niezłe wsparcie w postaci premii! Pozostało zdecydować czym jechać? Szosa odpadała, bo zbyt wiele jazdy w terenie i szkoda takiego roweru. Mój Full byłby idealny, ale potrzebuje serwisu. Po za tym,tylny zawias ogranicza możliwości dodania pakunków. Padło na Fata, ale tak na prawdę od początku chciałem nim jechać. Nie musiałem tutaj specjalnie walczyć z czasem, więc najwyżej jechałbym dłużej. Start z Baraniej Góry, spod Schroniska na Przysłopie o 8:00. Wiele osób tam spało, więc mieli łatwo. Ja musiałem dojechać i tu zaczynały się schody. Samochodem nie da się tego zrobić legalnie, więc ja napisałem prośbę do Nadleśnictwa. Jeśli wierzyć pracownikom schroniska, nikomu to się nie udało. Jakie było moje zdziwienie, kiedy już na drugi dzień ktoś oddzwonił, dopytał na ile chcę tam wjechać i... od razu dostałem zgodę! Tutaj o tym piszę, ale w oficjalnym artykule pominąłem ten wątek. Melduję się tu o 7:00. Odbieram pakiet i robię ostatnie przepaki. Przy okazji wzbudzam niemałe zainteresowanie. Ludzie dopytują, niektórzy trochę tak z niedowierzanie, że ja na poważnie tym do Gdańska... Chwilę przed ósmą zjeżdżam na linię startu, gdzie robi się tłoczno. Na starcie stanęło ok 200 zawodników, mimo, że to pierwsza edycja i nie wiadomo co to będzie. Odliczanie i ruszamy za pojazdem prowadzącym. Kawałek dale skręcamy w lewo i zaczynamy podjazd pod Stecówke. Niby rzeka płynie w dół... Pewnie po to taka atrakcja, żeby możliwie rozciągnąć stawkę zanim wjedziemy na otwarte drogi publiczne. Obciążonym Fatem to nie to samo co na lekko, ale idzie sprawnie. Następnie skręt i już suniemy w dół koło Pałacyku Prezydenckiego. Widać, że wielu się boi... Tłuścioch ochoczo nabiera prędkości i łykam kolejnych zawodników. Mam swoją chwilę. Dźwięk opon też pewnie nieco onieśmiela. Dlaej koło J.Czernieńskiego i ciśniemy przez Wisłę i Ustroń. Prędkości niemal non stop powyżej 30 km/h. Często łapie się komuś na koło i odpoczywam. Sielanka trwa praktycznie do Drogomyśla, gdzie po paru skrętach wjeżdżamy na wały J.Goczałkowickiego. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie te chaszcze! Trawa po szyję i dobrze, kiedy to tylko trawa, a nie Maliny, czy Ostrężyny z kolcami. Tempo zdecydowanie spada i do tego niezła duchota! Ani grama wiatru, a jazda wymaga zaangażowanie większych sił. Kilkanaście kilometrów zdaje się nie kończyć, ale kiedyś musi i wpadamy wprost na tory kolejowe! Po szynach widać, że pociągi kursują tu regularnie. Trochę nie najlepszy pomysł na trasę rowerowego maratonu. Do tego z budki wychyla się pani i opierdziela nas. Ponoć zadzwoniła na Policję... Nic tu po mnie i szybko ruszam dalej. Nie czekam na rozwój zdarzeń. Dalej trochę betonowych płyt i ciekawy singiel. Widać tu, że większość to kolarze szosowi i sobie kompletnie nie radzą. Dobra moja! Ale kawałek dalej już asfalt i tak do końca zapory. A tam lody! Niemal wszyscy tu zawinęli. Do tego można było do tankować płynów. Warto, bo prędko kolejnej okazji nie będzie. Ruszam szutrami i objeżdżam kolejne osoby. Widać, że w terenie tłuścioch nie jest gorszy. Dopiero kiedy zbliżam się do Oświęcimia, zaczynają się długie odcinki asfaltowe i tu już taki dobry nie jestem. Musze też zrobić sobie przerwę na popas. Tylko jedzonko jakby mi nie wchodzi... Czyżby już pierwszy kryzys? Chyba tak. Ale zbieram się i cisnę dalej. Gdzieś w połowie drogi między Oświęcimiem a Krakowem spotykam "Ojca Dyrektora", który częstuje nas wodą. Ku mojemu zdziwieniu słyszę: "nieźle ciśniesz, jesteś około trzydziestego miejsca!". Niezłe zdziwko! To dodaje skrzydeł, zwłaszcza przed trudną wspinaczką - taka tam przeszkoda. Gdzieś przed Krakowem, podczas zakupów, dopada nas burza. Może jakbym od razu pojechał to bym jeszcze kawałek ujechał, ale spotkałem super chłopaków. Prognozy pokazują, że potrwa to max 2 godziny, więc lepiej przeczekać niż zmoknąć i tracić energię na rozgrzewkę. Tutaj miała miejsce pierwsza mega historia. Otóż Pani sprzedawczyni właśnie zamykała sklep, ale pozwoliła nam odpocząć pod wiatą na zapleczu. Zaczęliśmy zagadywać:"ma Pani coś ciepłego do jedzenia? Może ugotuje nam Pani Pierogi z mięsem?" Jeden z kolegów poszedł dalej: "Co ma Pani w lodówce? Zapłacimy" Po kilku minutach Pani wyciągnęła z zamrażarki dwie paczki Pierogów i udała się do kuchni, takiej bardziej dodatkowej. Ugotowała je i okrasiła cebulką. Mniam mniam, ale to było dobre! Przy okazji zaoferowała nam noclegi! Ale to zbyt wczesna pora i trzeba harować dalej. Tutaj wspomnę, że ten maraton chciałem wykorzystać do kolejnych kwalifikacji, o czym już wcześniej pisałem. Czyli do zrobienia 600 km w dwie doby. Czyli z góry wiedziałem, że będę musiał jechać całą pierwszą nockę i następny dzień. Gdzieś w okolicach Autostrady A4 zaczyna się szybki odcinek. Teraz same równe asfalty i prędkości rosną, ale zbliża się zmierzch. Już pod Wawelem jadę w półmroku. Trochę mam obsuwę w stosunku do planów. Myślałem, że o tej porze, będę dojeżdżał do Dunaju... No cóż, powoli do przodu. Dojeżdżamy już po ćmoku w okolice Wieliczki i ponownie skręcamy w chaszcze. Ponownie trawa po szyję i do tego mokra od wcześniejszego opadu. Mało fajny odcinek, ale krótki. Ponownie wpadamy na asfalty, czasem jeszcze ścieżkę w budowie. Ale jest dobrze i szybko! Koło północy znajdujemy fajną miejscówkę na popas - równe pobocze pod jasną lampą. Niestety ta podczas konsumpcji tak po prostu gaśnie. Nie mogła wytrzymać jeszcze kilka minut? To chyba piątek trzynastego. Zbieramy manele i przy okazji ekipa się dzieli co raz bardziej na mniejsze grupki, aż w końcu pozostajemy we dwoje. Wszyscy kimają na ścieżce, w krzakach, na poboczach, Normalnie tłumy! My we dwoje postanowiliśmy jechać całą noc i objechać przeprawę promową. Dla mnie najistotniejsze, żeby kilometry leciały. Na objeździe mamy przynajmniej stację benzynową, a to oznaczało cywilizowaną toaletę i możliwość ciepłego posiłku, z czego w pełni korzystamy. Przez chwile nieco brał mnie sen, ale szybko wstaje i ruszamy dalej... Ciągle asfalty! Trochę nudno, ale za to tempo dobre. Małopolska to jasny punkt na mapie szlaków rowerowych. Ciśniemy tak do Szczucina, gdzie postanawiam coś zjeść, choć bez większej nadziei. Ale jest tu Targ! I to spory! Jedzenia pod dostatkiem i do tego za niewielkie pieniądze. Przy okazji zagadał na Bułgar, handlujący tutaj chyba damską odzieżą. Świetnie mówił po polsku. Pytał o rowery, nasze zawody, choć z niedowierzaniem. Jedna My musimy ruszać dalej. Opuszczamy Targ i wracamy na trasę. Ale się niemiło zdziwiłem, kiedy zorientowałem się, że nie zabrałem "nerki", w której miałem pieniądze, dokumenty, telefon, karty... Szybkie zawiniątko i z całej siły z powrotem, choć trochę bez nadziei. Ależ się zdziwiłem, kiedy dojeżdżam na miejsce, a tam uśmiechnięty obywatel z Bułgarii wręcza mi moją zgubę. "Co, zapomniałeś? Sprawdź czy wszystko jest." Na co ja uradowany: "Nic nie będę sprawdzał, Pan jest uczciwy człowiek". Wręczyłe 5 dych z wdzięczności i ruszyłem dalej. Wyobraźcie sobie, że on obdzwonił z mojego telefonu wiele osób, które uważał za najbliższe po wpisach, żeby mnie odszukać i nawet chciał za mną jechać!!! Klasa człowiek! Uratował wyjazd... Kidy kończy się woj. Małopolskie, kończą się w większości asfalty. Ponownie zaczyna się jazda po wyrośniętej trawie, czasami po polach, piachu, błocie i innych szuwarach. Bywają też długie asfaltowe odcinki, ale to normalne lokalne drogi. Niestety wcześniej zlekceważyłem odpowiednie zaopatrzenie i zaczęło mi brakować wody. Na szczęście w okolicach Sandomierza jest sporo sadów. Parę niedojrzałych jeszcze jabłek wciąłem... Aż w końcu sklep! Nareszcie! Tankuję do pełna i co nieco podjadam. Pytam też o restaurację, gdzie można by dobrze zjeść. Ponoć jest taka na trasie i to niedaleko. Faktycznie i z daleka macha mi mój wcześniejszy kompan, który dawno temu mnie opuścił, bo jednak go ograniczałem. Był szybszy. No, teraz sobie pojem! Zamówiłem Schabowego z ziemniaczkami i mizerią. Mimo, że porcja spora, dalej nie czuje się najedzony. Zamówiłem drugiego schaba... Dopiero teraz było dobrze. Jedzenie ważna sprawa, zwłaszcza przed wyzwaniem dnia...2 punkty
-
1 punkt
-
Coś tam z grubsza udało się przesłuchać. Mam nieodparte wrażenie, że jakbym się z Tobą zamienił dyskografiami to bym się nie nudził. Możdżera pominę - obie formacje skandynawskie do przesłuchania bardziej dogłębnego. Szczególnie to druga (i nie zgodziłbym się, ze smętna). Ostatnią czwartą zajmę się później. W takim wątku to nie wiadomo co dać - no bo nie przecież tych z milionami odsłuchów albo z ugruntowaną pozycją. Z drugiej strony też nie można dać muzy zbyt hermetycznej. Czyli są to takie "cywilizowane" perełki - świetni wykonawcy, dopracowana muza w zasadzie przystępna. Kierując się tymi przesłankami odpowiem na Twój zestaw muzą około jazzawą 1. Skoro Norwedzy to Norwedzy Jeżeli pierwsza kapela Wam się spodobała to druga chyba też (wybrałem ten kawałek ze względu na video - klimatami przypomina Obywatela Kane) A teraz coś czego nie lubię czyli klasyczny big band z blachami i... posłuchajcie @bolec jestem bardzo ciekaw co dałbyś według schematu - masz absolutne przekonanie, że to Twoja muza i... nie musi się innym podobać (a nawet wiesz, że większości nie siądzie)??? Ode mnie byłoby to np. a niech stracę i dodam jeszcze bardziej typową dla Kammerflimmer koliektief płytę i wytłumacz mi jak można tego nie kochać Pozdro Wiesiek1 punkt
-
Możdżera oczywiście znam, nawet na żywo chodzi sie na Jazz na Starówce Davisa, Coltrane, Methenego czy Komedę też znam, chodzi o to że mój poziom wkrętki na jazz jest januszowy w porównaniu z kolegami od toastów (wyliczanie topów, tierów, itd.) poza tym teraz jest tak dużo dostępnego kontentu, że warto zapytać się innych ludzi o polecenie czegoś ciekawego tego pana kiedyś usłyszałem na Jazz Jamboree i dotąd słucham https://www.youtube.com/watch?v=b5kCshU1ikI za resztę dzieki wrzucam na playliste1 punkt
-
Wreszcie był czas aby się temu przyjrzeć. I nie było łatwo. Szczególnie jak się było od du...y strony. Na horyzoncie od lewej to Dom, Tasch i Alphubel (ten taki płaski - zjechaliśmy z niego). Dalej w okolicach Materhornu byłby więc Allalinhorn, Rimpischhorn (albo jakoś tak) i Strahlhorn. To widać od razu. Pewnie można byłoby wypatrzyć wszystkie albo prawie wszystkie czterotysięczniki grupy Mischabel (jest ich 11 szt). Breithorn byłby więc z prawej. Teraz wypadałoby dokładnie ustalić skąd była fota. Ściana La Singla to chyba jest na focie z przodu (?) więc mogłoby to być Aouille Tseuque (???) obstawiałbym jednak Bec Epicoune - zdjęcie z podejścia Ogólnie o ile tylnego planu jestem pewien to z przodu te szczyty wchodzące w Aplhubela to dla mnie zagadka (i nijak się to nie zgadza) i prawdę powiedziawszy skąd jest ta fota to dla mnie ciągle jest zagadka. Ogólnie to miejsce jest już mocno odległe od Zermattu. Obok Matterhornu jest czterotysięcznik Dent d'Herens. Czyli na szybko na focie może być ich 14 szt. Pozdro Wiesiek1 punkt
-
1 punkt







