-
Liczba zawartości
7 223 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
599
Zawartość dodana przez marboru
-
Na greckiej wyspie Samos rowerem Nie byłbym sobą gdybym spędzając wakacje w tak malowniczych okolicznościach przyrody na greckiej wyspie Samos (relacja): http://www.skionline.pl/forum/showthread.php/19250-Samos-tam-gdzie-narodzi%B3a-si%EA-bogini?p=198998#post198998 nie poświęcił jednego dnia na wycieczkę rowerowo-pieszą. Ponieważ kilka kilometrów od miejsca naszego zakwaterowania znajdowała się (jak wypatrzyłem na internecie) dziewicza, mała plaża (podobno dla nudystów) Mikro Seitani – postanowiliśmy tam dotrzeć. Niestety w sieci nie było dokładnego opisu tego górskiego szlaku – uprzedzę fakty i napiszę, że nie osiągnęliśmy celu… …tak naprawdę powody były dwa. Drugi: brak dostatecznej ilości wody. W hotelu, w którym nocowaliśmy wypożyczenie roweru – koszt 5 Euro. Start z miejscowości Karlovasi. Bagaże: sprzęt do snurkowania i plażowania, olejek do opalania i 1,5 litra wody. Jedziemy na początku asfaltową drogą wzdłuż portu. Tuż za nim zaczyna się pierwszy spory ok kilometrowy podjazd. Temperatura tego dnia, w słońcu ok 40sto stopniowa. Droga pod górkę, była sporym wysiłkiem fizycznym…a tak naprawdę rozgrzewką przed dalszą jeszcze trudniejszą trasą. Przy zjazdach, przyjemnie, chłodno ze względu na pęd powietrza. Dosyć szybko pokonaliśmy odcinek ok 5km, do końca plaży Potami. Mojej drugiej połówce bez obciążenia jechało się dużo lepiej niż mi. Po zjeździe i fragmencie płaskiego – zaczęła się spora wspinaczka. Manetki przerzutek zostały przez nas przestawione na najlżejszy bieg. Na odcinku 300m, różnica wzniesień ok 100m. Rowerzystka zeszła z roweru…a u mnie przy mocniejszym naciśnięciu pedał,na tej stromiźnie mocno podbija przednie koło w górę. Wjeżdżamy w las i spomiędzy drzew taki oto widok: Jeszcze parę metrów i jesteśmy u góry, nad Potami. Kończy się asfalt i teraz jedziemy drogą nieutwardzoną – nadal w górę. Próbujemy znaleźć jakieś zejście i drogę do Morza – nie udaje się… …a szkoda – na dole super miejscówki. Zaczepiamy miejscowych i pytamy jak dotrzeć do Mikro Seitani. Otrzymujemy odpowiedź, że należy wjechać na szczyt Góry i jak się skończy droga pójść szlakiem. Upoceni pniemy się dalej – docieramy do miejsca, gdzie szeroka jak dotąd droga nagle się kończy. Tu przypinamy rowery do drzewa i dalej wędrujemy pieszo. Szlak oznaczony jest na kamieniach czerwonymi kropkami farby. Brniemy najpierw przez las, później roślinność się przerzedza… …i znika na końcu. Pojawiają się pojedyncze drzewa oliwne i rumowisko kamieni…a nie osiągnęliśmy jeszcze najwyższego poziomu wzniesienia. Woda nam się kończy, a szlak staje się coraz trudniejszy – nie na nasze buty… Zaczynamy odczuwać skutki odwodnienia w tym upale. Mikro Seitani gdzieś na dole jest już widoczne, a my rezygnujemy z dalszej wspinaczki – jest zbyt karkołomna. …a było tak blisko. Cóż – zwycięża rozsądek… …tym bardziej, że natura pokazuje nam również inne niebezpieczeństwa? Wielkości ludzkiej dłoni pająk rozpościera na szlaku zaporę. Skuteczną – tu zawracamy. Zmiana wysokości i szlak w drodze powrotnej nie jest taki łatwy jak nam się wydaje. Najpierw schodzenie po skałach i kamieniach…a później zjazd rowerami z niezłej górki… …zastosowanie na raz dwóch hamulców tarczowych nie do końca prowadzi do utraty prędkości – cóż sprzęt, który wypożyczyliśmy nie jest najlepszej klasy – uważamy. Powrót na plażę Potami, pierwszy bar – pijemy! Mamy wrażenie, że zimna coca-cola ratuje nam życie – poziom pragnienia jest olbrzymi. Dalej jest już przyjemnie… …najpierw po kamyczkach, wzdłuż Morza: A potem chłodząca kąpiel. Kolejne podjazdy i końcowy zjazd do Karlovasi i do hotelu – to czysta przyjemność. Podsumowując – w upał, gdy mamy zamiar wyruszyć w nieznane należy przygotować się zarówno logistycznie – popytać, wyjaśnić, uszczegółowić z tubylcami trasę – po drugie, zaopatrzyć się w odpowiednią ilość wody – 1,5l na osobę w takich warunkach – to zdecydowanie za mało. Następnym razem będziemy mądrzejsi i z pewnością osiągniemy cel. pozdrawiam marboru
-
Ponieważ prawie nikt nie opisuje swoich letnich wakacji, a uważam, że na forum powinny być takie wpisy, po to, by poznawać nowe ciekawe miejsca, postanowiłem krótko opisać to, w którym na letnim wypoczynku miałem przyjemność być. Grecka wyspa Samos – kawałek lądu na Morzu Egejskim znajdujący się niedaleko tureckiego wybrzeża (1,6km) – kolebka starożytności i ponoć najbardziej zielone miejsce w tym kraju. Jest niewielka – tylko 476 km2, jest górzysta – największy szczyt: Kerkis 1433 m npm, posiada ciekawą historię i tak naprawdę od niedawna jest grecka – 1912r. Pierwsze odkryte ślady obecności ludzi, to 2500 lat pne. To tutaj wg mitologii urodziła się żona Zeusa – Hera, również na niej powstało prawo Pitagorasa – ponieważ większość swego żywota spędził tu, ten znany matematyk. Bywali tu Ezop, który w cieniu winorośli tworzył swoje bajki ale również przez stulecia przebywali na jej brzegach wszelakiej maści korsarze. Pierwszy budowniczy i architekt naszego globu to ponoć Eupalinos, który na wyspie stworzył pierwszy tunel, akwedukt w tutejszej górze (budowa rozpoczęta z dwóch stron – zejście obydwóch po środku z odchyleniem jedynie 0,5m – długość ponad kilometrowa)…niestety zwiedzić tego dzieła się nie dało – pozostaje przez najbliższe dwa lata w remoncie – całość po tym okresie będzie udostępniona dla turystów. Ponieważ Samos, jest miejscem raczej nie znanym i niezbyt popularnym w Polsce – poniżej kilka zdjęć i opisów. Zacznę od wypoczynkowego zdjęcia i kamienistej plaży Potami znajdującej się w północnej części wyspy. To najbardziej charakterystyczna i pocztówkowa miejscówka. Wybrzeże to znajduje się 3km od miejscowości, w której mieszkałem Karlovasi. Poniżej widok na port i zabudowania na tle morza i otaczających je gór. Kilkakrotnie wybieraliśmy Potami, bo preferowaliśmy walory krajoznawczeod plaży miejskiej znajdującą się przy hotelu. Naszą wycieczkę dookoła wyspy zaczęliśmy od miejscowości Platanos, położonej na zboczu jednego ze szczytów. Stąd roztacza się widok na obydwie strony wyspy, północną i południową. Na poniższej fotce spowity w chmurach najwyższy szczyt Samos: Kerkis 1433 m npm. Kolejnym etapem naszej podróży były tutejsze świątynie. Na Samos jest ich sporo i są dosyć stare – kilka pochodzi z XII w. Jedną z odwiedzonych był Panagia Monastyr. Następną atrakcją turystyczną są ruiny starożytnego Heraionu, czyli olbrzymiej świątyni Hery. W czasach świetności w tym miejscu zabudowania były cztery razy większe od słynnego,ateńskiego akropolu. Niestety wygląd w czasach obecnych jest dosyć skromny – 80 marmurowych kolumn o wysokości 20 metrów zostało skradzionych przez korsarzy, budynki zniszczone. W miejscowości Pythagorio urodził się znany matematyk – Pitagoras (na jego cześć w XXw przemianowano nazwę miasteczka). W tutejszym przepięknym, kameralnym porcie jest nie tylko rzeźba upamiętniająca twórcę twierdzenia o trójkącie prostokątnym ale również znajduje się tutaj mnóstwo tawern serwujących świeże ryby oraz tradycyjne greckie potrawy. Pływające w nim kolorowe łódeczki rybaków, jachty dodają kolorytu temu miejscu. Kolejną bardzo atrakcyjną miejscówką na wyspie jest Kokkari. Znajduje się tutaj pięć zróżnicowanych plaż, dwie fantastyczne wysepki (z jednej można uprawiać skoki z klifu), cudowna, grecka zabudowa z olbrzymią ilością nadmorskich restauracji, centrum sportów wodnych wraz ze szkołami windsurfingu. Charakterystyczne dla Kokkari: W ciągu naszego urlopu nie mogło zabraknąć wycieczki rowerowo-górskiej. By dostać się na niewielką plażę Mikro Seitani... …dla nudystów należy porzucić wszelkie środki lokomocji i odnaleźć ją pośród zieleni i gór… Ale o tym napiszę w wątku rowerowym - http://www.skionline.pl/forum/showthread.php/17326-Rowerowe-eskapady-2013?p=198999&viewfull=1#post198999 Kolejną atrakcją, którą koniecznie trzeba zobaczyć, to Wodospady Potami. Położone jakieś 3km od plaży o tej samej nazwie, widocznej na pierwszej fotografii w tym wątku. Piękny zalesiony i dziki wąwóz na dnie którego płynie czyściutki potok obfitujący w rybki i kraby. Dochodzimy do pewnego momentu suchą stopą, a następnie pokonujemy trasę brodząc po pas w wodzie między skałami. Trzy małe kaskady należy obejść z wykorzystaniem lin i zamieszczonych na nich węzłów i na końcu całości szlaku spotyka nas zwieńczenie wycieczki – małe, słodkowodne jeziorko, w którym można pływać. Południowa część wyspy – to plaże piaszczyste. Niestety miejsca te dostępne są zazwyczaj jedynie ze środków pływających – polecam wycieczkę z tutejszymi rybakami. Oprócz krystalicznej wody, wzdłuż skał przepiękne miejsca do snurkowania i oglądania podwodnego życia. Jest magicznie… Wśród skał w takich miejscach można napotkać bardzo ciekawe konstrukcje skalne. Osiem dni, to bardzo mało czasu jak na tak cudowne miejsce. Pobyt dwutygodniowy byłby o wiele bardziej wskazany niż nasza 8ka. Opuściliśmy stolicę wyspy, noszącą takie samo miano: Samos, opuściliśmy jaskinię Pitagorasa – gdzie ten powszechnie znany matematyk ukrywał się wiele lat przed tutejszym tyranem (w niej powstała filozofia pitagorejska). Nie widzieliśmy zachodniego, dziewiczego wybrzeża, wschodu…wielu rzeczy nie zobaczyliśmy. Polecam Samos wszystkim na dłuższy pobyt – tym bardziej, że dysponując większą ilością czasu, mając nutkę podróżnika z wyspy bardzo łatwo przedostać się na tureckie wybrzeże do starożytnego Efezu. Wyspa mało komercyjna i przyjazna turystom – bez problemy można wynająć nie tylko rower, ale qada bądź małe auto, samochód 4*4. pozdrawiam serdecznie marboru
-
Spóźnione, śnieżne życzenia! Zdrowia i wszystkiego dobrego zimowego w środku lata.
-
Urodzinki Aklima :)
marboru odpowiedział Dumpling Zębowa Wróżka → na temat → Chcę Wam o tym powiedzieć
Aklimie, stu lat w zdrówku i na nartach :-) -
Z okazji urodzinek, życzę Ci Kasiu - wszystkiego co najlepsze: zdrówka, spełnienia marzeń i realizacji narciarskich planów. Wszystkiego dobrego :-) PS. Temat związany ze świętem Kasi już na forum był, ponieważ nie udało mi się go znaleźć, proszę Moda o połączenie wątków.
-
Metallica – Koncert „By Request” 11 lipca 2014
marboru odpowiedział marboru → na temat → Chcę Wam o tym powiedzieć
Jacku oczywiście nie ma co porównywać - koncert na powietrzu w Chorzowie oczywiście pod względem dźwięku był o niebo lepszy! W piątek na Narodowym miałem znajomych w sektorze D18, D20 (po lewej stronie sceny, trybuna dolna. D18 bliżej sceny i lewa strona, D20 również lewa strona, prawie na wprost), na trybunach górnych na wprost - sam byłem na płycie oraz goldencyrcle. Z rozmów po koncercie wynikało, że będąc na płycie miałem najlepszą słyszalność - stałem na wprost w sporym oddaleniu, blisko wyjść. D20 i górna trybuna na wprost również ok. D18 oraz goldencyrcle - dźwięk fatalny. Reasumując bilet najtańszy gwarantował najlepsze warunki do słuchania :happy: -
Na ostatnim koncercie, legendarnego już za życia, zespołu Metallica byłem kilka lat temu na stadionie w Chorzowie. Los tak chciał, że zostałem wciągnięty do grona super ludzi i miałem przyjemność zobaczyć kolejny raz super widowisko i posłuchać ostrej muzyki ponownie – w dniu wczorajszym. Z Radomia wyruszamy busem w gronie 13 osób po godzinie 14. Na Sonisphere Festival jesteśmy spóźnieni. Gdy docieramy pod Stadion Narowowy (to mój na nim debiut)… …jesteśmy już po występie trzech kapel: Chemii, Kvelertak i Antraxu. Przy wejściu mrowie ludzi – fanów metalowej muzyki, ochroniarzy, stewardów. Na biletach każdy ma wydrukowane, którą wchodzi bramą i gdzie ma się kierować – organizacyjnie wygląda to świetnie. Na terenie stadionu trwa mega grillowanie i spożywanie bezalkoholowego piwa (alkoholowego na imprezach masowych w Polsce nie ma). Ponieważ nasze miejsca są na płycie głównej, na zwiniętej trawie – kierujemy się do głównego wejścia. Ponieważ pogoda od kilku dni nie rozpieszcza , a prawdopodobieństwo ponownego stworzenia na Narodowym basenu – jest duże, organizatorzy w porę uruchamiają i zasuwają dach. Jesteśmy w środku a dookoła masa ludzi. Pozytywne zaskoczenie, że mimo takiej dużej ilości fanów ostrej muzyki, nie jest duszno, a wręcz przeciwnie – bardzo przyjemnie i przewiewnie. Na scenę wchodzi Alice In Chains. Rozbrzmiewa muza ze Seattle. Połączenie grunge i melodyjnego hard rocka. „Alicja w łańcuchach” po narkotykowych przejściach, śmierci członka zespołu w reaktywacji i nowym składzie jest naprawdę świetna… …szkoda tylko, że nagłośnienie nie rozpieszcza uszów. Półtorej godziny mija szybko. Wszyscy czekają już tylko na jedno, na to by na scenę weszła… Metallica! Wstęp tradycyjny – muzyka Ennrico Morricone oraz kultowy Western „Dobry, Zły i Brzydki”… …ciary na plecach! [video=youtube;2-6rr2r2AJQ]https://www.youtube.com/watch?v=2-6rr2r2AJQ „Battery” „Master of Puppets” Moc, szybkość, energia!!! Chłopaki już nie pierwszej młodości a w doskonałej formie. James: Kirk: Każdy grany numer koncertu „By Request”, to wybór internautów. Całość jest więc składanką najlepszych utworów – zespół gra również nowy utwór: „The Lords Of Summer”. W Chorzowie, przed laty najbardziej piorunujące wrażenie na mnie robi „One” i towarzyszące mu wybuchy oraz efekty pirotechniczne… Wczoraj „One” również mnie masakruje: [video=youtube;ZVJIQACSrmI]https://www.youtube.com/watch?v=ZVJIQACSrmI Poniżej filmik z innego, bliższego ujęcia (nie mój): [video=youtube;KVGmz7yTPic] I jeszcze raz LASERY, LASERY, LASERY: [video=youtube;9RJY3VhrGpA]https://www.youtube.com/watch?v=9RJY3VhrGpA Coś niesamowitego!!!!!!! Potem The Unforgiven – czyżby źle nastrojona gitara? [video=youtube;9-NRO3WlRLo]https://www.youtube.com/watch?v=9-NRO3WlRLo …a może psikus dosyć słabej akustyki Stadionu Narodowego? Czas mija nieubłaganie a grane utwory przytłaczają, wbijają człowieka w betonową płytę. „The Call of Kutulu” Spadające z dachu małe czarne balony z napisem Metallica… …spadające olbrzymie „plażowe” piłki – bawi się cała publiczność, skacząc i podbijając dmuchańce do góry – tak mija ostatni numer zagrany na bis. Wychodzimy z niedosytem… …choć nogi bolą, w gardle pojawia się chrypa, koncert dla nas był jakby za krótki… Świetny! Niezapomniane przeżycie! pozdrawiam marboru
-
Krajobrazowa Pilica – spływ na odcinku Przedbórz – Sulejów. Cz. III Robimy kolejny, krótki postój na jedzonko. Pięknie wykoszona trawka i kolejne z bardzo licznych, na trasie spływu, miejscówek na rozłożenie namiotów na noc. Na drzewie tablica z opisywanymi przeze mnie, tutejszymi „atrakcjami”. W wodzie nawet drewniana ławeczka dla wędkarzy. Płyniemy dalej – mijamy jedyną na trasie do Sulejowa kładkę. Jesteśmy już za Łęgiem Ręczyńskim, na terenie Sulejowskiego Parku Krajobrazowego. Po minięciu zabudowań, ponownie znajdujemy się w lesie, tym razem naszym oczom ukazuje się największa, jak dotąd napotkana, piaszczysta skarpa. Po pokonaniu mega dużego meandru charakter rzeki się zmienia – brzegi łagodnieją. Pojawiają się ślady bobrów – na poniższym zdjęciu „podcięty” piękny dąb. Nagle olśnienie! Klucze od auta, które czeka na nas w Sulejowie – zostawiliśmy w samochodzie w Przedborzu… ZONK! …cóż – będziemy kombinować, by dotrzeć na miejsce rozpoczęcia spływu w inny sposób niż zamierzaliśmy. Mijamy ujście Czarnej do Pilicy. Jak widać na poniższej fotce napotykamy tu ludzi płynących tą rzeką. Od zachodu podążają w naszą stronę ciemne chmury zwiastujące deszcz. Zaczyna padać. Z jednej strony słońce, z drugiej kropienie… …ciepły, przyjemny opad bardziej nas bawi niż chłodzi. Mija pięć minut i przestaje. Rozwiązujemy problem kluczy… ...do Przedborza dostaniemy się wraz z organizatorem spływu, który napotykamy na swojej drodze, a który mijamy za Czarną. Super! Jedna z ostatnich ciekawych, ptasich fotek… …i jesteśmy w Sulejowie. W pobliżu widocznego na zdjęciu Kościoła kończymy podróż razem z komercyjną imprezą. Czekamy chwilę i jadę po auto z kluczykami od drugiego. Stary Peugeot obciążony wózkiem i dziewięcioma kajakami porusza się bardzo wolno – Piotrek w tym czasie robi kiełbaskę z ogniska – smakuje wybornie. Pakujemy sprzęt i wracamy do domu. Przygoda nad Krajobrazową Pilicą się kończy. Odcinek Przedbórz – Sulejów, to piękny, nizinny, dziki zakątek – idealnie nadający się na jakiś większy projekt wraz z noclegiem. Niewielka ilość napotkanych ludzi, doskonałe miejsca biwakowe…aż żal wyjeżdżać… Z pewnością tu wrócimy, by pobyć w tym miejscu dłużej. Fantastyczny dzień na wodzie się kończy podobnie jak niniejsza relacja. pozdrawiam marboru
-
Krajobrazowa Pilica – spływ na odcinku Przedbórz – Sulejów. Cz. II Jest pięknie. Natura potrafi być niesamowita. Rzeka choć nizinna ma dosyć wartki nurt, przy brzegach nieliczne przeszkody. W bardziej trwałych skarpach gniazda mają Brzegówki, które uwijają się by nakarmić potomstwo. Ciekawostki ziemi Przedborskiej… W 1992 roku odkryto nad Pilicą czaszkę tura. W przeszłości Kazimierz Wielki polował na tych terenach. Według źródeł historycznych w 1370 r. spadł z konia w miejscowości Żeleźnica i doznał obrażeń, które przyczyniły się do jego śmierci. Robimy przerwę na prostym odcinku. Na brzegu – super miejscówka na biwak z drewnianą platformą gdzie można zrobić niemałą, kajakową imprezę, bądź przespać się w samym śpiworze, z daleka od wilgoci i ziemi, pod gołym niebem obserwując gwiazdy. Ponieważ słońce zaczyna operować dosyć mocno, zakładam swoją nową koszulkę kajakową. Koleżanka widząc poniższą fotkę mówi, że nóżka niczym u Angeliny… Odpowiedziałem, że nie tylko nóżka hahaha Po krótkiej przerwie – płyniemy dalej. Pojawiają się rośliny podwodne. Wiosłujemy – przedni silnik ma się nieźle. Doganiamy pneumatycznego kolegę. Od pięciu dni, od Szczekocin, płynie samotnie Savylorem Yukonem. Mówi, że początkowy odcinek jego spływu – do Maluszyna, trudny do samotnej podróży. Duża ilość przenosek i sporo zwałek – na jednej z nich stracił podłogę, która pomimo wolframowo-kewlarowej powłoki przedziurawiła się – kontynuuje z dwoma komorami. Kolejny pneumatyczny kajakarz, który użytkuje amerykański sprzęt a myśli o zakupie czeskiego Gumotexa.
-
Krajobrazowa Pilica – spływ na odcinku Przedbórz – Sulejów. Cz. I Ponieważ w swojej „karierze” kajakarskiej staram się załatać odcinki Pilicy, którymi nie płynąłem, postanowiłem jeden z nich zrobić wczoraj: Łęg Ręczyński – Sulejów. Z uwagi, że powyższy odcinek to niecałe 27km – wydłużyłem trasę i zaczęliśmy z Przedborza. Kiedyś dawno, w październiku przepłynąłem do Łęgu i stwierdziłem, że warto Pilicę w tym miejscu pokazać kumplowi z uwagi na możliwość „zaliczenia” dwóch parków krajobrazowych i niewątpliwie niesamowitych walorów estetycznych tutejszej przyrody. Przedborski Park Krajobrazowy – park krajobrazowy, utworzony w maju 1988 r. na granicy ówczesnego województwa piotrkowskiego i kieleckiego. Obecnie na terenie województwa świętokrzyskiego i łódzkiego. Rozpościera się od doliny Czarnej Włoszczowskiej na południu po północną część Pasma Przedborsko-Małogoskiego. Wraz z Spalskim Parkiem Krajobrazowym i Sulejowskim Parkiem Krajobrazowym należy do Zespołu Nadpilicznych Parków Krajobrazowych. Sulejowski Park Krajobrazowy – park krajobrazowy położony w województwie łódzkim, utworzony w październiku 1994. Powierzchnia parku wynosi 17 444 ha, jego otulina obejmuje 38 927 ha. Park znajduje się w środkowej części doliny Pilicy (od Skotnik i Łęgu Ręczyńskiego na południu po Smardzewice i Swolszewice Małe koło Tomaszowa Mazowieckiego na północy). Na Równinie Piotrkowskiej obejmuje teren do rejonu granicy Piotrkowa Trybunalskiego. Leży na terenie gmin: Ręczno, Aleksandrów, Tomaszów Mazowiecki, Sulejów, Wolbórz, Mniszków. Pewne części parku znajdują się również w Piotrkowie Trybunalskim. Źródło: Wikipedia.pl Zrobiliśmy łącznie ponad 46km, w dosyć niezłym jak na początkujących, pneumatycznych kajakarzy tempie. Uwagę należy zwrócić na próbę szybkościową, którą zrobiliśmy i osiągnięcie wyniku ponad 16km/h. No dobra, zacznę może od początku a nie od podsumowania. Pobudka o 6 rano, a o 7 jesteśmy już w trasie. Jedziemy na dwa auta razem z Expatem – jedno zostawiamy w Sulejowie, drugim podążamy w stronę Przedborza. Tutaj do wypłynięcia szykujemy się tuż przy moście, w parku. Od rana przy wodzie spory ruch – szykujących się kajakarzy i kajaków, spora ilość. Startujemy pierwsi. Miejsce wodowania, jak to na Pilicy świetnie oznaczone zawiera mapkę odcinka, który zamierzamy przepłynąć. Przy wodzie widnieje również znak o trzech niebezpiecznych progach. Jak się później okaże – każdy z nich jest głęboko pod wodą przy bieżącym stanie wody. W tych miejscach pojawiają się jedynie niewielkie zawirowania i falowanie. Po kilkuset metrach robi się dziko. Pojawiają się ptaki i charakterystyczne dla spływów kajakowych „gołe” drzewa. Wpływamy w teren parków będących na naszym szlaku – pierwszy jest Przedborski. Charakterystyczne dla widoków nad rzeką stają się piaszczyste skarpy. Przy jednej z nich biwakują turyści…a ponieważ Polak potrafi, z kawałka folii budowlanej robią sobie zjeżdżalnię do wody – ciekawe, czy ją zabiorą po wypoczynku oraz, czy nie zrobią sobie w trakcie zabawy jakiejś krzywdy? Na zakolach przestajemy wiosłować patrząc na to, jak rzeka poszerza swoje koryto i walczy z lasem… Po prawej stronie mijamy drewniany domek dla kajakarzy – tutaj kiedyś w październiku robiliśmy ognisko i kiełbaski. Po stu metrach kolejne miejsce biwakowe z wiatą. Płyniemy dalej a krajobraz z leśnego, przez chwilę zmienia się na łąkowy. Tylko na moment, bo ponownie wpływamy w drzewa.
-
Gratuluję! Śliczna.
-
Zbiornik zaporowy Chańcza, ujście Czarnej Staszowskiej i Łagownicy. Część III. Co innego Łagownica – tutaj, pośród traw i trzcin daliśmy radę przebić się i popłynąć pod prąd kilkaset metrów. Spotkaliśmy nawet na jej brzegu malutki, zamknięty domek ornitologów – ukryty a raczej dosyć mocno zakamuflowany przed otaczającym światem. W drodze powrotnej – podejmujemy próbę wpłynięcia choć trochę w Czarną Staszowską. Wysiłki spełzają na niczym, a w zasadzie jedyną korzyścią z tych manewrów, to piękne zdjęcia okolicznych piasków, czystej wody i zieleni. Nie dosyć, że płytko, to nurt jest na niej wartki. Ślicznie przed nami, ślicznie za nami – nic tylko chłonąć tę ciszę, spokój i fantastyczne widoki. Wszystko co dobre, kończy się szybko. Ruszamy w drogę powrotną i ponownie towarzyszą nam ptaki. Trasę wyznaczają promienie słoneczne. Patrzymy raz jeszcze w stronę dzikiej, zielonej krainy… ...po czym kierujemy kajak do naszej przystani i pomostu. Odprowadza nas do samego końca naszej wędrówki ptasi wartownik dzikich ostępów. Kończymy krótką przygodę ze Zbiornikiem Chańcza. Były emocje, była komercja i hałas, ale przede wszystkim i zwłaszcza dzięki tej drugiej odsłonie, kajakowej, zapamiętamy to miejsce przez pryzmat magii życia i nieskażonej przyrody. Gdzieś kiedyś wyczytałem, że pływanie po stałych zbiornikach wodnych jest nudne… …zdecydowanie się z tym nie zgadzam! Takie pływanie jest inne. Świętokrzyskie żegna nas cudownym krajobrazem… …mazowieckie wita, potęgą żywiołów: Gdy zatrzymuję się pod domem – deszcz ustaje, tak jakby za sprawą naciśniętego przycisku Off na pilocie. Bezpieczni docieramy do domu. pozdrawiam marboru
-
Zbiornik zaporowy Chańcza, ujście Czarnej Staszowskiej i Łagownicy. Część II. Wiosłowanie z wiatrem, to dla kajaka pneumatycznego świetna sprawa. Do przeciwległego brzegu dotarliśmy bardzo szybko pchani niczym balonik na wodzie. Im bliżej ujścia rzek, tym bardziej, otaczająca przyroda zaczęła nas zaskakiwać. Na początku dywan z kwiatów. Wiosłowanie w takich warunkach, diametralnie się zmieniło. Tak jakbyśmy się przenieśli w zupełnie inną, magiczną krainę… …cichutko i delikatnie sunęliśmy do przodu, a natura otwierała przed nami swoje tajemnice. Zielone kobierce nagle ożyły. Pojawił się pierwszy ptak… …potem drugi – Perkoz z dopiero co upolowaną rybą w dziobie. Zdobycz oddał szaremu jeszcze dziecku, a sam ruszył na kolejne łowy. Nawodna łąka, zaczęła tętnić ruchem, naszym oczom ukazały się pierwsze gniazda. Ich mieszkańcy bacznie obserwowali poruszający się jaskrawy kajak. Swoją drogą – ciekawe, co to za ptak? - tych było tutaj najwięcej. Po podpłynięciu na długość wiosła dopiero wzbijały się w powietrze, by po chwili, gdy odpłynęliśmy - z powrotem siąść na złożonych, opuszczonych jajkach. Spotkaliśmy również kilka łabędzi. Stada dzikich kaczek. …a na końcu ukazało się ujście Czarnej Staszowskiej. Już z daleka zorientowałem się, że wpłynąć na tą rzekę będzie ciężko ze względu na bardzo małą jej głębokość na ujściu. W sobotę gdy zwolniłem na moście – zaobserwowałem, że parę set metrów to uregulowany nurt i żółciutki piasek mielizn – wtedy miałem jeszcze nadzieję, że się uda jakoś.
-
Zbiornik zaporowy Chańcza, ujście Czarnej Staszowskiej i Łagownicy. Część I. Zaproszenie nad Chańczę miałem już od dawna i grzechem byłoby nie skorzystać. Wolna sobota, niedziela… …decyzja mogła być jedna – jedziemy! Szybkie pakowanie na dwa dni, Seawave do bagażnika i wyruszamy mimo niesprzyjających prognoz dotyczących pogody. Na miejscu jesteśmy ok 15 – na niebie przetaczające się ołowiane chmury – na szczęście nie pada. Witamy się z gospodarzami i z otaczającą nas wodą. Widok żagladla mnie, to zawsze coś pięknego. Ponieważ jest późno – nie rozkładam tego dnia kajaka, na rekonesans po zbiorniku udajemy się motorówką. Zbiornik zaporowy Chańcza umiejscowiony jest w województwie świętokrzyskim i utworzony na rzece Czarnej Staszowskiej, do której wpada rzeka Łagownica. Pięćdziesięciokonny, ryczący silnik (raczej nie przepadam za takim transportem na wodzie) rusza w stronę tamy. Po drodze mijamy koczujących na brzegu wędkarzy, ośrodki wypoczynkowe, prywatne dacze…przy niektórych stoją helikoptery… Po lewej stronie znajdują się piaszczyste plaże oraz kąpieliska. Zapora: Widok stąd, na całość „jeziora” jest imponujący. Ponieważ jest wietrznie, na wodzie doskonałe warunki mają windsurferzy. Wracamy na posesję – rozpakowujemy się, a na każdym kroku towarzyszy nam taki oto piesek: Moja Druga Połówka nie popuściła i ten dzień zakończyła swoim debiutem narciarskim, o którym zresztą już pisałem w wątku relacyjnym. Ja nie chciałem być gorszy i również pojawiłem się z gospodarzem na wodzie - wybraliśmy się pospiningować – niestety z marnym skutkiem. W nocy padało. Ranek obudził nas pięknym słoneczkiem – oczywiście postanowiłem to wykorzystać łowiąc tym razem z pomostu na delikatną gruntówkę. Efekt: dwa małe leszczyki i płoteczka – w doskonałej kondycji rybki wróciły do wody. Ok godziny 10siątej zaczęły napływać pierwsze czarne chmury. Popołudniu gdy zdążyłem tylko przygotować i zwodować sprzęt spadł jeden z wielu przelotnych deszczyków. Jak tylko przestało, wytarłem siedzonka i razem z moją narciarką wodną postanowiliśmy trochę powiosłować w stronę ujścia rzeki Czarnej Staszowskiej oraz Łagownicy – część komercyjną Chańczy, darowaliśmy sobie.
-
68 letni zdobywca zwałki :cheerful:
-
Cóż... ...dawno w tym dziale nie było żadnej relacji narciarskiej - pora to nadrobić! Na początku napiszę, że jestem dumny z Różowych Portek, bo to ona zaczęła sezon - i to jak?! 21 i 22 czerwca - dwa dni walki i pięknych szusów, a było to tak... Na początku wybór nart. Ze względu na mocno wywinięte dzioby i lepsze trzymanie "wiązadeł", padło na jasne. Szerokość i lekkość desek robi na nas wrażenie - obydwie mają pod spodem małe skegi. "Wyciąg", czyli motorówa jest lekka, a silniczek niczego sobie... Woda podobno była nawet ciepła... ...obowiązkowa kamizelka, postawa i "Portek" zalicza swój debiut narciarsko wodny! Niestety - pierwszy raz kończy się szczupakiem, nogi się rozjeżdżają. Drugi raz...kąpiel... Jeszcze raz postawa: Do trzech razy sztuka! Ja stoję na pomoście i jestem w szoku - Paula kręci pięć kółek po jeziorze niczym wytrawny narciarz wodny! Jazda po białym, w zimę chyba trochę w tym pomogła? In action! I zakręt: Radość z takiego nartowania jest wielka, uśmiech nie znika z twarzy wodniaczki. Drugiego dnia start nastąpił nieco później - na początku, kilka razy kąpanie. Powodem jest niestety silnik motorówki, który nierozgrzany najwyraźniej ma problem z wejściem na wysokie obroty, by móc błyskawicznie wystartować. Kamizelka kajakowa się przydała. Po kilku chwilach, jazda na maksa - siedem kółek, w tym dwa ostatnie na bardzo dużej prędkości... ...w końcówce ręce nie wytrzymały i nastąpiło miękkie wodowanie. Adrenalina, wrażenia, uśmiech - bezcenne! Pomost wita bohaterkę gromkimi brawami, ona sama - jeszcze dobrze nie wyszła z wody, a już mówi, że mało! Co tu dużo więcej pisać? Zuch Dziewczyna!...nie to co marboru, który i wody zimnej się bał, i odnowienia kontuzji kolana również... Wolałem nie eksperymentować - ale następnym razem? Kto wie... pozdrawiam marboru
-
Andrju w Kurozwękach byliśmy... ...byliśmy i to dawno temu - na jednej z pierwszych randek :happy: Paula również pozdrawia Cię serdecznie - a sam pałac, steki, labirynt z kukurydzy - bardzo fajne, polecam. Mati - długo nie czekałem na kolejną relację :applause: Dziękuję bardzo i dopinguję do kolejnych :cheerful:
-
Dokładnie Marcinie, tak jak opisałem - od strony Kakonina jak na moje oko - tak. Od Świętej Katarzyny - sporo trzeba by targać bajka na plecach. Za jakiś czas będziemy się w te strony ponownie wybierać - tym razem z rowerami, dam Ci i Andrzejowi znać jakby co. Mysiek - świetna sprawa te fotki Tatr zrobione ze Świętego Krzyża. Dzięki za podlinkowanie.
-
W sercu Gór Świętokrzyskich – Część III Święty Mikołaj! Tak, w ciepłych porach roku siedzi sobie spokojnie w Górach Świętokrzyskich i odpoczywa – to z miejscem jego pobytu w Laponii – ściema. Od tego miejsca szlak wyraźnie prowadzi w dół i zejście jest bardziej strome. Napotykamy na swojej drodze strumyk z krystalicznie czystą wodą. Po wyżłobionym korycie widać, że w czasach dużego opadu atmosferycznego potrafi się on przerodzić w całkiem silny potok. Mija jakieś piętnaście minut i docieramy do wyjścia z Świętokrzyskiego Parku Narodowego w Kakoninie. Tuż za nią drewniana osada, a w niej: …i nawet byśmy tu zjedli, ale klimat tego miejsca psuje włączony na cały regulator Dr Alban…o nie – takiej muzyki i hałasu, to nie lubimy! Schodzimy parę metrów niżej do tutejszej atrakcji: Chata piękna, ale niestety zamknięta. Zerkamy przez okienko, co w środku i stwierdzamy, że prawie jak u naszych babci... Podziwiamy architekturę tutejszej osady, mimo, że budynki są nowe – zrobione z dużym smakiem. Za stodołą jest kawałek łąki, gdzie spokojnie przy dłuższej podróży można rozstawić namiot i przenocować. Wracamy na szlak i powrotną trasę pokonujemy ekspresowo. Mijamy szczyt Łysicy i schodzimy w dół, ostatnim fragmentem trasy. Kolejna nowość, której wcześniej tutaj nie widziałem, to poręcze na najstromszej części szlaku. Myjemy ręce przy źródełku… …i kończymy Świętokrzyską przygodę w sercu tutejszych Gór. Z pewnością tu wrócimy – pozostaje nam do zrobienia, również bardzo dawno nie odwiedzana przez nas, Łysa Góra i Święty Krzyż. pozdrawiam marboru
-
W sercu Gór Świętokrzyskich – Część II Dzisiejsza pogoda sprzyjała pieszym wycieczką i podchodzeniu do góry – nie wiadomo kiedy i jesteśmy już przy gołoborzu. Gołoborze – przekładając na prosty język, to sterty kamieni, które powstały w wyniku mrozu przez pęknięcia dużych fragmentów skał…oczywiście miliony lat temu – nie uświadczysz tu piachu ani żwiru. Podchodzimy jeszcze kilka metrów i widzimy zjawisko w pełnej okazałości… Patrzę, patrzę i oczyma wyobraźni widzę przed sobą białą przestrzeń, pokrytą śniegiem, między drzewami wytyczona trasa narciarska z trzema wariantami zjazdu… …północny stok – idealnie by pasowało… Między drzewami można dostrzec rozległą panoramę. Dokładamy kolejnych kilkanaście metrów w pionie i osiągamy cel – Łysicę i wysokość 612m npm. Jak widać, wierzchołek zwieńczony jest okazałym krzyżem, na którym widnieje taki oto napis: Z tego miejsca dokładnie widać jak zarasta zielenią gołoborze, również stąd, jako, tako można coś zaobserwować, na wprost, pomiędzy drzewami. Robimy sobie razem, z moją Drugą Połówką przerwę, podczas której decydujemy się na zejście drugą stroną grani do Kakonina. Ta strona, w porównaniu do tej od Świętej Katarzyny jest łagodna i doskonale nadawała by się na podjazd i zjazd rowerem – w głowie od razu rysuje się taki plan… Po drodze spotykamy tutejszego uśmiechniętego, bardzoooo starego Enta… Patrzę na GPS i Endomondo – mamy niezłą średnią marszu – ponad 6,50km/h. Napotykamy ciekawy „schodek”. Na przewróconym pniu cała masa hub. Marsz tutaj, to czysta przyjemność – teren łagodny a turystów w tej części jak na lekarstwo. Docieramy do miejsca kolejnej krótkiej przerwy z drewnianą, klimatyczną kapliczką. Nie uwierzycie, kto się w niej schował…?
-
Po środowym kajaku, wczorajszym rowerze – dzisiaj w piątek przyszedł czas na pieszą wycieczkę – wycieczkę do serca Gór Świętokrzyskich. Na początku w planach było wejście na Łysicę – najwyższy szczyt „masywu” ale ponieważ odcinek na 612m szybko minął i jest to niecałe 3km ze Świętej Katarzyny, postanowiliśmy przedłużyć marsz do Kakonina oraz powrót z ponownym zdobyciem świętokrzyskiego serca. W ten sposób pokonaliśmy łącznie ponad 17km w 4 godziny. Jadąc autem od strony Bodzentyna pięknie widać cel naszej podróży. Parkujemy auto pod Klasztorem i wchodzimy na szlak. Pogoda jest niepewna, a my w plecaku oprócz napojów, w razie czego mamy sztormiaki – jak się później okaże, niepotrzebnie się asekurowaliśmy, deszczu nie było. Bilet wstępu do Świętokrzyskiego Parku Narodowego dla dwóch osób kosztuje 13zł. Kasa znajduje się zaraz za poniższą bramą. Tuż za nią po lewej stronie miejsce zbrodni hitlerowskich z okresu II Wojny Światowej, po prawej obelisk: Zaraz na wprost kapliczka oraz źródełko. Ostatni raz byłem w tym miejscu jakieś 7lat temu, i na początku traktu nie było takich udogodnień jak pomosty w, z reguły, wilgotnych miejscach. Pniemy się w górę, dookoła puszcza i piękny zielony, naturalny misz masz z aktorami pierwszoplanowymi w postaci drzew. Zwierząt żadnych nie widzieliśmy, ale dziki są tu z całą pewnością…
-
Bumerze, gdybym był w Twoich okolicach, to zapewne dałbym znać. Mój czerwony kajak pewnie w niedzielę będzie widoczny nad Zalewem w Chańczy. Dzisiaj, ponieważ mam urlop, może jakieś chodzenie po Górach Świętokrzyskich? Właśnie zastanawiam się. Mati, super wyprawa - piękne rowerowanie górskie. Z niecierpliwością czekam na kolejne opisy i fotki.
-
W Królestwie Enta - część II Wjeżdżamy ponownie do Królestwa Drzewca: Niestety magiczne czasy są wypierane przez teraźniejszość… Jej ślady widać wszędzie: Uzupełniamy kalorie zjadając po ciasteczku z czekoladą, obserwujemy otoczenie i dochodzimy do wniosku, że jest tu pięknie. Żałujemy, że magia przeszłości, dawnych lat wyczuwalna jest w tak niewielu miejscach… …Ent również się martwi, bo drzewa umierają… Jedziemy w stronę cywilizacji, a drogę mamy prostą. Przyroda zatrzymuje, przytrzymuje i cieszy nasze oczy. Uwieczniamy ją robiąc zdjęcia. W drodze powrotnej wiatr nam sprzyja, a asfalcik z górki. Mkniemy szybko podziwiając okoliczne krajobrazy, ostatnie, wiejskie i sielskie. Docieramy do Koziej Góry… …a tutaj brutalne zetknięcie z cywilizacją – okazałe tutejsze więzienie: Jedna z najnowocześniejszych tego typu placówek w Polsce – istny hotel 5cio gwiazdkowy. Humory dopisują – dystans szybko się skraca a my postanawiamy go wydłużyć. Robimy rundkę powrotną, dookoła Zalewu na Borkach. Ludzi, jak to w święto – masa. Robię fotkę, naszej radomskiej, miejskiej i niespływalnej rzeczki – Mlecznej. Kierujemy się w stronę domu i końca dzisiejszej przygody. Kończymy odnotowując dystans ponad 60km – jesteśmy zadowoleni. Rekonesans Radomki uważamy za udany – nie możemy się doczekać kiedy w Starym Młynie pojawimy się z kajakiem. pozdrawiam marboru
-
W Królestwie Enta - część I Po wczorajszym kajaku przyszedł dzisiaj czas na wyprawę rowerową. Nie zwykłe rowerowanie…a rekonesans na rzece Radomce w Starym Młynie: Odcinek Zalew Domaniów – Jedlińsk. Chciałem sprawdzić poniżej zapory jak wygląda teraz poziom wody i koryto mojej, „domowej” rzeki – ostatni raz w tych okolicach byłem jakieś 15 lat temu. W zasadzie, to troszeczkę zaniedbałem się jako cyklista w tym sezonie – przejechane jedyne 160km – dla porównania: kajak 186km. Nadrobiłem. Trasa wyglądała tak: Odcinek miejski przejechałem dosyć szybko z jedną małą przerwą. Po spojrzeniu na niebo, postanowiłem się chwilę zastanowić czy jest warto wyprawiać się dzisiaj tak daleko – na niebie od północy i południa nieciekawie wyglądające chmury. Deszcz w Boże Ciało, to nic dziwnego przecież. Zaryzykowałem. Po kilku kilometrach mijam jedno z charakterystycznych miejsc na trasie – miejscowość Cerekiew i tutejszy Kościół. Wiatr wieje prosto w twarz, a odcinek ok. 15km pod górkę. Cóż, po intensywnym sezonie narciarskim trochę zaniedbałem nogi – najwyższa pora je roztrenować. Oj dostały dzisiaj porządny wycisk. Docieram do Jarosławic i Sanktuarium Mniejszego Matki Boskiej Jarosławickiej i Św. Ojca Pio. Traktorzyści, podobnie jak rowerzyści – dzisiaj nie próżnowali. Za tą miejscowością wjeżdżam, a w zasadzie wjeżdżamy (jestem ze swoją Drugą Połową) w tereny leśne. Miejscami, leśna droga daje w kość – piasek, to nie jest dobre podłoże dla bicykla. Jakież jest nasze zdziwienie gdy spotykamy na swojej drodze Enta… Poza Śródziemiem i na naszej trasie rowerowej? Zaskoczenie niesamowite. Cóż – magia jest z nami, a przygoda, której w każdej wolnej chwili staramy się wyjść naprzeciw – robi nam niespodziankę. Gadamy z nim chwilę…i pytamy o pozwolenie wyjazdu z leśnego Królestwa. Pytamy również, czy w przyszłości na spływie kajakowym na odcinku pełnym drzew, między Starym Młynem i Przytykiem dużo zwałek i powalonych pni… …nie odpowiada – chyba za wiele zażądaliśmy? Docieramy na miejsce – Starego Młyna, tej składającej się z kilku zabudowań wioski gdzie centrum, to most na Radomce. Pierwsze, co zauważam, to dwóch młodych tubylców próbujących złapać jakieś ryby niezbyt dozwoloną metodą… …metodą dosyć karkołomną: Jak na zdjęciu widać – koryto jest dosyć szerokie a głębokość wystarczająca do pływania – to nas cieszy! Autor relacji na klimatycznym, drewnianym moście. Jak widać za moimi plecami rzeka wpływa do Królestwa Entów. Kiedyś, kiedyś idąc wzdłuż brzegu, można było spokojnie wejść do lasu i znaleźć sobie miejscówkę na ryby – obecnie, jest to raczej niemożliwe przez rosnącą dookoła, bujną zieleń. Kiedyś, kiedyś tuż za pierwszym zakrętem była potężna zwałka… …jak mniemam, po tylu latach – już jej nie ma? Pod mostem znajduje się skośny próg wodny i bystrze. Wody do spłynięcia tego fragmentu jest dość dużo. Ale, czy to jest aby bezpieczne? Ciekawe, co Koledzy Kajakarze na to powiedzą? W znalezionym opisie na necie – tuż za tą przeszkodą, znajdują się wbite w dno kołki… …na fotce, na zbliżeniu, tak jakby było je trochę widać: Wody nad nimi sporo – będąc ostrożnym, pewnie to odpuszczę i nie narażę Seawava – kajak przecież pneumatyczny, na taką próbę – obniosę. Zaobserwowane miejsce przed mostem do przenoski – strona prawa, wodowanie na plaży za mostem po lewej. Atmosfera tego miejsca jest magiczna… …na początku wioski Ent, na moście szum wody, prymitywnie łowiący ryby tubylcy, krowy, kot… jest klimat! Ruszamy za most i skręcamy w prawo, w poszukiwaniu brzegu rzeki w głębi lasu. Niestety roślinność zawładnęła tym miejscem i po przejechaniu kilkuset metrów – odpuszczamy. Jest po 17stej – odwrót, do domu. Mazowsze…
-
Jeden zalew i cztery rzeki. Część III Jedzonko, zwiedzanie brzegów – obserwacja zwałki i ustalamy logistykę jej pokonania. Decydujemy, że tato wsiądzie do kajaka z drzewa, a na drzewo wejdzie z brzegu – z jego drugiej strony nie ma gałęzi i boimy się, że nie da rady bez ich asekuracji. Nim ruszymy dalej, sprawdzam z brzegu co na nas czeka dalej. Słyszymy drogę i samochody – to znaczy, że jesteśmy niedaleko Mniszka i trasy Radom – Piotrków Trybunalski. Płyniemy jakiś kilometr przeciskając się między brzegami, walcząc z coraz silniejszym nurtem – zaczyna się robić płytko. Dopływamy do przeszkody i płycizny… …skeg wbija się w dno – decydujemy, że wracamy. Mamy przecież jeszcze odnaleźć Radomkę i Garlicę. Z prądem płyniemy bardzo szybko – dopiero teraz jesteśmy świadomi jaką pracę wykonaliśmy. W tą stronę – nawet nie ma szansy zrobić zdjęcia – krajobraz przesuwa się bardzo szybko – Endomondo pokazało najwyższą prędkość, prawie 13km/h. Wracamy i zaraz po połączeniu Jabłonicy i Szabasówki dostrzegamy bardzo ciekawy korzeń, który został przez nas przeoczony wcześniej. Robimy fotkę starego mostu, po którym z obydwóch stron zostały jedynie murowane filary. Na niebie „chińskie” znaczki… Wpływamy na duże starorzecze, płyniemy, płyniemy i domyślamy się, że to Garlica – ale czy aby na pewno? Piękne miejsce. Spore ryby uciekają nam sprzed dziobu… …to pewnie krasnopióry wygrzewające się na słońcu. Głębokość – wiosło nie sięga dna, chociaż dookoła pełno zielonego badziewia i brei – wydawać by się mogło, że jest tu płytko. Zwężenie oraz bagnisko zniechęca nas do drążenia tematu. Wracamy do głównego nurtu, gdzie po chwili dostrzegamy prawdopodobnie Radomkę. Czy na pewno? Sprawdzilibyśmy gdyby nie przeszkoda…a ponieważ czas nas nagli, to rezygnujemy z jej pokonania, eksploracji wąskiego kanału, którym pewnie daleko byśmy nie popłynęli. Cel wyprawy uważam za osiągnięty – cztery rzeki, ich położenie, topografię mogę powiedzieć, że już znam – kajakiem dalej, w górę pewnie i byłoby można płynąć… …ale jedynką i ze świadomością pchania sprzętu przez miejsca płytkie, bądź z maczetą w ręce – karczując trzcinę. Czy warto? Zjadamy na wodzie ostatnie zapasy. Wpływamy na zalew, a tutaj: wmordewind i spora falka. Wiosłujemy dzielnie, a brak pokładu powoduje, że raz po raz, rozbryzgująca o dziób woda chłodzi nasze opalone nogi i ręce. Kończymy spływ zaliczając 16km. Suszymy kajak, a promienie operują dosyć mocno. W podłodze zwiększa się ciśnienie – zawór bezpieczeństwa zaczyna popuszczać powietrze. Pakujemy sprzęt do auta i ruszamy do domu. Obydwaj szczęśliwi – ojciec i syn. Dopisała pogoda, woda… a razem spędzony czas pozostanie w nas na zawsze. Super dzień, super przygoda! pozdrawiam marboru







