Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

marboru

VIP
  • Liczba zawartości

    7 223
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    599

Zawartość dodana przez marboru

  1. Co do poniższego tekstu - jest on bardzo ciekawy i długi (częściowo go skruciłem i zmodyfikowałem). Januszu zazwyczaj staram się robić odstępy, akapity, podkreślenia grubością czcionki... ...ale są pewne ograniczenia ze strony Skionline Forum - w jednym poście nie może być więcej niż 13000 znaków... ...dlatego poniżej brakuje tego o czym piszesz Być może, Moderator mógłby tu coś zrobić? W sumie, to Oni powinni pomagać w tego typu sprawach.
  2. Hej przyjaciele!!! – ski-turowe wspominki Pana w średnim wieku... Zachęcam do artukułu z Watry traktującym o narciarstwie wysokogórskim... Traktuje on bowiem przede wszystkim o Górskiej Przyjaźni i o górach. Tego dnia mieliśmy zrobić na nartach Lodową Przełęcz i zjechać z niej do Doliny Jaworowej. To miała być najpiękniejsza „wyrypa” sezonu, „cud miód” jak mawiają eksperci i marzenie na jawie. Wyprawa na Lodową po raz kolejny legła w gruzach. Dlaczego? Kompromisy – tak, to one zabiły tę wyprawę. I może brak naszego zdecydowania. Ileż razy musimy się w nie „bawić” w swoim życiu? Zrezygnować - chociaż wybitnie niechętnie i to bardzo boli - z tego, o czym marzymy, co się nam śni po nocach. Pójść na kompromis. Bo prawie zawsze znajdzie się w naszym życiu coś ważnego i ważniejszego, co musimy, albo powinniśmy zrobić, by być tzw. odpowiedzialnym ludźmi i zbytnio nie odbiegać od pewnego, utartego stereotypu dorosłego człowieka. Zakos za zakosem podchodzimy pod Suchy Kondracki, a potem na Kopę Kondracką. Wieje tu jak diabli. Spotykamy dwójkę znajomych z Malinowskiego. A ja dalej myślę o Lodowej, jak o dziewczynie ze snów, eh, bestyjo - zalazłaś mi za skórę . Dusza mi dosłownie darła się w kawałki, gdy z Góry, tj. z Kopy Kondrackiej, spojrzałem w stronę Tatr Wysokich. Tam, ku Lodowej szły moje myśli, wspomnienia o wszystkich zjazdach z tej przełęczy – pięknych i długich. O uśmiechach, chwilach, które pielęgnuję we wspomnieniach. Myślami powróciłem także chętnie do dużej ilości piwa i „borowiczki” wypitych w bufecie „Pod Rogovą” u dość dupiatej (w sensie rozmiarów), ale bardzo sympatycznej Słowaczki. To były zakończenia sezonów 1990 i 1991, pięknych sezonów, moich drugiego i trzeciego na ski-turach. A co warto pamiętać z tamtych chwil? Dużo. Warto pamiętać o uśmiechach, toastach za nasze zdrowie a la żebyśmy sto razy pili wino razem. Było cudownie, jeśli w ogóle słowa potrafią oddać nastrój takiej chwili... po prostu trudno znaleźć właściwe wyrazy, gdyż, tak mi się wydaje, były to jedne z najlepszych górskich i towarzyskich chwil mojego życia, w czasie których, przez krótki moment, czułem się jednak jak mały Superman:)... Wtedy, gdy piliśmy alkohol w całkiem niemałych ilościach, siedząc razem na małej zielonej ławeczce w bufecie „Pod Rogovą”, jeszcze byliśmy tacy młodzi, beztroscy, naturalni, tacy pełni zapału. Rozmowy kręciły się wokół Tatr. Wspominaliśmy chwile ze zjazdu z Lodowej. – Ależ fajnie kręciłaś „pupcią” Joasiu – powiedziałem z uśmiechem do Joasi (faktycznie, Joasia miała i ma nadal fajny, czyt. zgrabny tyłeczek). - A ty omal nie wpadłeś do potoku – odpaliła z podobnym uśmiechem Joasia, zresztą zgodnie z prawdą, gdyż przy przeskakiwaniu potoku o mały włos, a wpadłbym w lodowatą toń Potoku Jaworowego... Nie mieliśmy wtedy problemów, byliśmy wolni, niesforni, trochę szaleni i sielankowo chłonący każdą chwilę. Rozmowa się kleiła, że hej:) Byliśmy wtedy bardzo młodzi, 23 -24 – letni studenci, młodzi gniewni, z receptą, jak się nam wydawało, na wiecznie szczęśliwe życie. Wydawało nam się, że zawojujemy świat, że ta pozytywna, mocna energia, którą czerpaliśmy pełnymi garściami z tych wspaniałych gór, z nart, spotkań z przyjaciółmi, da nam niezłomną siłę do zmagania się z losem. I dała. Życie próbowało nas trochę zgasić swoją szarzyzną i codziennością, trochę nam dokopać różnymi zdarzeniami, ale jednak nie dało rady. Chociaż lat przybyło, patrzę z perspektywy całej naszej grupy, a zwłaszcza siebie, to wciąż dzięki Tatrom czujemy się młodzi. Chociaż włosów ubyło (zwłaszcza mnie) i nie powieje mi już wiatr we włosach, lecz po łysinie, (ale żal). Trochę się „zużywamy” w Górach, łapiemy różne kontuzje, ale wciąż jesteśmy... Zanim zejdziemy z tego świata, myślę, że jeszcze mocno pożyjemy (czytaj: pojeździmy) w Jaworowej, Kaczej i innych ulubionych miejscach... To dzięki górskim wyzwaniom i górskiej, prawdziwej miłości do Tatr, która powstała właśnie wtedy, mocno narodziła się w nas trudna do określenia siła wewnętrzna, dzięki której wciąż czujemy, że żyjemy. Powstała jakaś wielka pasja. Dlatego wśród wielu odpowiedzi na arcyważne z punktu człowieka nart, za jakiego się mam, pytanie: dlaczego chodzisz po górach? to jedna z najważniejszych, powiedziałbym nawet fundamentalnych dla mnie odpowiedzi brzmi: by czerpać dobrą energię z Tatr (z czystego estetycznie ich piękna, które nieraz chłoniemy w nich będąc, ładując jak to się teraz mówi akumulatory), a także z radości robienia czegoś wspólnie z ludźmi, których naprawdę kochamy. Ludzi, którzy są otwarci, mają pozytywne myślenie, są bez kompleksów, odważni i im warto i trzeba poświęcić swój czas. To moi (nasi) przyjaciele. Wspominam szczuplutką Asię Michałowską, z jej wiecznie filuternym uśmiechem, która mimo źle nastawionych wiązań (ach, te beztroskie kobiety:) zjechała z Baraniej, Lodowej i Czerwonej Ławki) super dziewczyna, Marka, tego „Mara”, który przyszedł przez całą Jaworową, by spotkać się z nami w Teryho chacie i byłem z nim w górach Kaukazu, Teresę i Marka, którzy odbyli ze mną dziesiątki wycieczek ski-turowych, w tym tę pierwszą do Żlebu Mokrzyniec w 1985, Witka – świetnego kolegę, niezwykle dokładnego faceta, na nartach mistrza, a obecnie ratownika TOPR, Andrzeja i Maćka z Krakowa, który mimo, że z początku dość słabo sobie radził na nartach, nigdy nie rezygnował, a z czasem stał się świetnym narciarzem, „Majoneza”, czyli Maćka Koniora z jego żoną Moniką, zawsze uśmiechniętych i gotowych, by pójść w góry. Teraz ich wszystkich zastąpił Maciek, który chłonie Góry podobnie jak ja. Rozumiemy się bez słów. Maciek, którego serdecznie pozdrawiam, jako mojego serdecznego przyjaciela i prawdziwego człowieka. Do Maćka dołączyli, choć rzadziej wspólnie ruszamy w Tatry: Adam, znakomity fotograf, Wiesiek, Egon, Beti, Magda, Magda II, Ewka, Marcin, Józek, Aga, Asia z Poronina, a ostatnio Darek którego „zaraziłem” ski-alpinizmem. Dziwne, ale patrząc na swoje życie zauważyłem dziwną prawidłowość, że tak zwanych „fajnych” ludzi spotkałem tylko w Górach. Z małymi wyjątkami. Tu na dole, zbyt często widzę małe zawiści, obłudę, dlatego omijam z daleka... może źle, ale taki jestem i nie mam zamiaru się zmieniać na starość) Moi przyjaciele. Trochę się towarzystwo porozjeżdżało, ale wspomnienia zostały. Przyjaźnie też. Spotkanie przy bufecie trwało ok. 2 godzin. Potem trzeba było wracać do kraju. Mieszanie piwa i borowiczki podziałało na mnie powiedzmy sobie mocno znieczulająco, lekko chwiejnym „oppenheimowskim” krokiem podążyłem na przystanek CSAD-u, zabierając ze sobą z ławki narty, kijki i plecak. Autobus nadjechał. Wejście w butach narciarskich „Koflach Valluga” na jego stopnie okazało się dla mnie (w tym stanie lekkiego, jakże przyjemnego upojenia) jednak zbyt wielkim wyzwaniem. Za to byłem wielce zadowolony. Krok do przodu i od razu dwa do tyłu, narty wypadają mi z rąk, ale co tam, w duszy mówię do siebie: chrzanić to, ale pasażerowie są mocno zniesmaczeni, a ja pakuję się z tym swoim majdanem drugi raz... Znowu jeden schodek autobusu, drugi – udało się, jestem w autobusie. Jedziemy panie Wojtku, kierowca, w przeciwieństwie do sierioznych pasażerów rozumiał widocznie, to co czuje narciarz po jakże miłej małej alkoholizacji) Łysa Polana i powrót do domu. Wróciłem do myśli o rozmowach z przyjaciółmi, o zakończeniach sezonu w tym rejonie Tatr, o powrocie do domu w nastroju, kiedy czujesz że możesz wszystko:). I pytania w głowie wracają ku Lodowej: może jednak trzeba było tam iść, mimo bólu stawów, mimo zmęczenia? Myślę i myślę o tej Lodowej i myśleć nie mogę przestać. Nie, to za bardzo boli, wyłączyłem więc szybko wspomnienia. Ale na krótko. Znowu wracają. Pomyślałem - bycie bezkompromisowym jest możliwe, ale może spowodować jakieś konflikty, jest w sumie dość trudne. Boli jednak jak diabli, że tego dnia nie poszliśmy na Lodową. Ona była celem nr 1 całego naszego sezonu, a tu nic z tego, brakuje trochę sił po zawodach... Kolejny kompromis i pytanie. Czy wybieramy więc namiastkę życia, czy jego pełnię?. Trudno powiedzieć. Myślę, że trochę tak, to namiastka, chociaż trudno powiedzieć i określić, że zjazd na południe, do przepięknej dolinki, rzadko odwiedzanej, to namiastka... Rozdarcie serca, rozdwojenie myśli, najlepiej by było być tu i tam zarazem. A więc jednak, z drugiej strony warto się cieszyć z tego co jest. A co jest? Obok mnie zasuwa do góry na nartach Przyjaciel, tak mogę powiedzieć, bo Maciek jest mi osobą bardzo bliską. Krok za krokiem wycina w zboczu zakosy. Przy drugim podejściu śmiać mi się chce. Maciek jak chart przyspiesza na ostatnich 200-metrach i długim krokiem wbiega na szczyt Kopy Kondrackiej. Ja gonię go jak mogę (a i tak mam około minuty spóźnienia na punkcie 2004). Pytam: jak to się stało, że my, dwie prawie górskie przeciwności, chodzimy razem w góry? Maciek jest zawsze szybszy na podbiegach, ja na odwrót – na zjazdach (coraz rzadziej niestety:). Nasz zespół dwójkowy, szkoda że nie ma Adama, byłby trójkowy - jest zgrany – to najważniejsze. Wiemy czego chcemy i już 5 sezon chodzimy w Góry. Z powodzeniem. Kolejne przyjaźnie – kolejne wyzwania. Krąg przyjaźni zatoczył koło... Myśląc o nadaniu naszym zjazdom nazwy, w myśl zaleceń i praktyk niejakiego Zygmunta – świetnego ski-alpinisty (pozdrawiam Cię Zygi gorąco) z Krakowa, sięgnąłem do pamięci, która nasunęła mi wspomnienie o „Władcy Pierścieni”. Tam, w trzeciej części tego pięknego filmu i jeszcze lepszej książki na przedpolu i równinach białego miasta Minas Tirith, rozegrała się ostateczna batalia świata ludzi i zła (bitwa z armią Mordoru). Walka ostateczna, krwawa i bezlitosna. Ludzie już przegrywali, już zaczęli wątpić w ostateczne zwycięstwo, gdy pojawili się oni. Sześć tysięcy jeźdźców Rohanu z królem Theodenem na czele. Niezłomni jeźdźcy, Rohirrimowie, którzy w brawurowej szarży rozbili piechotę Mordoru. Pomyślałem – tak, to właściwa nazwa dla naszej roboty – „Szarża jeźdźców Rohanu”. Może nasza „szarża”, tu na Czerwonych Wierchach, w zastępstwo Lodowej (niestety), nie była tak szalona, tak wspaniała, jakbyśmy chcieli, była bowiem swego rodzaju kompromisem, ale mimo to była piękna. Patrząc z Wielkiej Świstówki na nasze ślady w żlebie pomyślałem: to jednak z pewnością nie była namiastka, bo zjazd był wyjątkowo piękny. Najważniejsze przecież wszak, by tu, na ziemi, zostawić po sobie ślad – dobry ślad. Ten dobry ślad jest przecież celem naszej bytności Tutaj i wędrówki. Dość tego, już więcej nie myślałem o kompromisach, Lodowej, Rozpadłej Dolince i innych dyrdymałach – spod Przechodu długim skrętem pociągnęliśmy z Maćkiem w Małą Łąkę, ulegając nie po raz pierwszy pięknu i magii gór, to była fajna jazda, na krawędzi, po firnie. Dzięki wspomnieniom jednego dnia byłem na Lodowej i na Czerwonych Wierchach jednocześnie... nieźle co:) Czy może być coś piękniejszego niż jazda po firnie? Dojeżdżamy do Wielkiej Polany, ostatni szusik, zdjęcia, pakowanie nart i butów – koniec wyrypy. I wtedy przemknęła mi przez głowę myśl olśniewająca i czysta, która natychmiast poprawiła mi humor, wywołała szeroki uśmiech, była szybka jak jaskółka, i zrobiło mi się dobrze, jak po wypiciu dużej lampki wybornego, czerwonego wina, albo jeszcze lepiej po dwóch takich lampkach:). Treść jej była mniej więcej taka: - życie nie lubi, gdy robimy coś na siłę, wbrew sobie. Odłożyliśmy więc z Maćkiem Lodową na przyszły rok. I dobrze zrobiliśmy. Wrócimy tam. Na pewno. Będziemy wtedy w pełni sił, gotowi i w bardziej bojowym nastroju:). Bezkompromisowi, jak jeźdźcy Rohanu, niezłomni Rohirimmowie spod Minas Tirith, zwycięzcy – wrócimy tam po to, by wykonać na Lodowej, swoją piękną, może nawet najpiękniejszą, górską szarżę... szarżę śladami dawnych wspomnień i marzeń. Wspomnień o przyjaciołach, tych, które nigdy nie blakną... Pozdrawiam Was na koniec moi przyjaciele, dziękując za wszystkie górskie, piękne chwile, kiedy czuliśmy że prawdziwie żyjemy. Spróbuję się Wam jeszcze zrewanżować .... Źródło: Watra, Wojciech Szatkowski.
  3. marboru

    Obciach na Stoku

    Ponad 740 odsłon w ciągu jednego dnia... ..."Obciachowego wątku" ... Obciachowcy Szok, szok, szok - zaskoczyliście mnie Może to Obciach, ale dzisiaj zamiast na Skionline to cały wieczór spędziłem na koncercie Dżemu w radomskim G2. Rewelka! PS. W Centralnej Polsce intensywne opady deszczu i dodatnia temperatura spowodowały zniszczenia. Duże
  4. marboru

    Obciach na Stoku

    Wróżko, a nie lepiej tak ? :D [YOUTUBE]http://www.youtube.com/watch?v=mAIKlnIwXB4[/YOUTUBE]
  5. marboru

    Obciach na Stoku

    Tak to tam jest opisane: "Uwaga - szusowanie bez kurtki albo w krótkich spodenkach, to zwykły obciach".
  6. Internauci na jednym z forów narciarskich stworzyli zestawienie najbardziej obciachowych rzeczy, które można zobaczyć na stokach. Oto 10 z nich! 1. Jeżdżenie w jeansach. 2. Futra na stoku. 3. Jednocześciowe kombinezony. 4. Opuszczone spodnie. 5. Obszyte futrem czapki pilotki. 6. Kaptur na głowie. 7. Białe kurtki. 8. Długie kurtki i płaszcze. 9. Brak nakrycia głowy. 10. Niepełna garderoba. ------------------------------------------------------------------------------------------- Temat trochę "ogórkowy" - ale byłem ciekawy, czy na Skionline wywoła On dyskusję na temat ogólnie pojętego "Obciachu na Stoku" :D Chciałby ktoś, coś dopisać, usunąć z powyższej listy? A może na temat wypowiedzą się nasze Forumowe Panie (w sumie to Wy powinnyście lepiej znać się na modzie)? Jak dla mnie, numer jeden - jazda w jeansach na Stoku - to mega przypał w moich (świętokrzyskich) stronach to przypadek częsty.
  7. Masakra...to już jakaś Czarna, Fatalna Seria
  8. XI już Puchar Pilska w Narciarstwie Wysokogórskim odbył się 29 stycznia 2011 w masywie Pilska. Co najbardziej zaskoczyło organizatorów i zawodników to słoneczna pogoda jakiej nie było na zawodach na Pilsku od 6 lat, zarówno w czasie przygotowań do imprezy, jak i podczas rywalizacji na trasie zawodów. Zawody miały w tym roku rangę Mistrzostw Polski w skialpinizmie oraz były edycją Berghaus Cup - Pucharu Polski Amatorów w Narciarstwie Wysokogórskim. 28-go stycznia polskie środowisko skialpinistyczne zaczęło gromadzić się w gościnnych progach schroniska Rodziny Porębskich na Hali Miziowej, gdzie mieściło się biuro zawodów. Ci, którzy lubią ranne wstawanie mogli dojechać na start również w sobotę, porannym… ratrakiem. W sobotni, mroźny poranek na starcie stanęło 40 par zawodników ( 33 męskie i 7 żeńskich) oraz grupa młodzieży rywalizująca indywidualnie. Szeregi seniorów w tym roku zasilili również Czesi, którzy stają się powoli stałymi bywalcami polskich zawodów. Trasa tegorocznego Pucharu Pilska wiodła z Hali Miziowej na Kopiec skąd zawodnicy zjeżdżali do nartostrady i dalej "końską drogą" na Szczawiny. Nastepnie używając raków na najbardziej stromym odcinku drugiego podejścia oraz zakosami musieli dostać się na Solisko Miziowe i dalej do czerwonego szlaku oraz kolejnymi już zakosami na kopułę szczytową Pilska. Stąd następowała kolejny zjazd, tym razem kończący się poniżej Szczawin. Tu czekały na zawodników kolejne… zakosy, ponownie prowadzące na Solisko Miziowe. Dalej trasa pokrywała się z pierwszym odcinkiem do czasu zjazdu do Hali Szczawiny. Tu należało założyć narty na plecak i ostatni stromy odcinek do mety pokonać podchodząc czarną nartostradą na butach. Zwycięzcami XI Pucharu Pilska zostali Jacek Żebracki i Szymon Zachwieja (obaj GOPR Podhale) zdobywając tym samym Mistrzostwo Polski w Narciarstwie Wysokogórskim w roku 2011. Wśród kobiet ten sam tytuł otrzymały Anna Figura i Julia Wajda, obie reprezentujące barwy KS Kandahar. Drudzy wśród mężczyzn byli Czesi Radoslav Groh i Miroslav Duch, trzecie miejsce zajęli Tomasz Brzeski i Jakub Przystaś (obaj SN PTT 1907). Wśród kobiet na drugim miejsce podium staneły Justyna Żyszkowska (TKN Mountain Hardwear Team) i Paulina Figura (KW Zakopane), a za nimi na metę dotarły Aleksandra Dzik i Agnieszka Solik (obie KS Kandahar). Te ostatni wygrały tym samym rywalizację amatorek. Pierwsi wśród amatorów byli Adam Gomola i Jarosław Prokop (obaj KS Kandahar). Szczegółowe wyniki na stronach: www.kandahar.pl, www.berghauscup.pl, www.pza.org.pl Zmagania zawodników z trasą, konkurencją i własnymi słabościami zakończyło wręczenie nagród, dyplomów oraz pucharów. Klub Skialpinistyczny KANDAHAR serdecznie dziękuje wszystkim zaangażowanym w pomoc przy organizacji zawodów oraz sponsorom nagród. Puchar Pilska 2011 oraz Berghaus Cup nie mógłby odbyć się bez wsparcia: właścicieli schroniska na Hali Miziowej, Gliwickiej Agencji Turystycznej, Ośrodka Narciarskiego PILSKO i Polskiego Związku Alpinizmu oraz firm i marek: Berghaus, Odlo - Oficjalny Partner Kadry Polski w Narciarstwie Wysokogórskim, Alpinka, Ski Trab, Drewnostyl, Hannah, Craft, Mammut, Ecco, Pajak, Scarpa, HiMountain, Viking, Uvex, Meindl, Coll Tex, Tracker, BCA, Arva, jak i patronów medialnych: Onet.pl, Wspinanie.pl, Goryonline.com, Ceneria.pl, 4outdoor.pl oraz Planeta Gór. --------------------------------------------------------------------------------------------------- Piękne zdjęcia z Zawodów oraz całość na http://www.pza.org.pl/news.acs?id=543825
  9. Przeglądając sobie net z informacjami na temat Alpinistów, trafiłem na bardzo fajnie napisany życiorys Naszej wspaniałej "Kobiety Gór", oto on: Wanda Błaszkiewicz (-Rutkiewicz) urodziła się 4 lutego 1943 r. w Płungianach na Żmudzi (wówczas w Litewskiej SRR), skąd po wojnie, w r. 1946, przybyła wraz z rodziną do kraju. Jej dzieciństwo przypadło na wyjątkowo trudne lata. Wychowywała się we Wrocławiu, w domu, w którym panował kult odpowiedzialności i konieczności stawiania czoła twardym wówczas wymogom życia. We Wrocławiu wyrosła, ukończyła szkołę średnią a potem Wydział Elektroniki na politechnice (dyplom 1965). W latach 1964--73 pracowała w tutejszym Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych, następnie zaś w Instytucie Maszyn Matematycznych w Warszawie (pod koniec na nieustannych urlopach sportowych). W szkole należała do najzdolniejszych uczniów, z powodzeniem uprawiała też sport. Była świetną lekkoatletką i siatkarką, występowała w I-ligowej Gwardii Wrocław, brała udział w Uniwersjadzie w Budapeszcie, uczestniczyła w przygotowaniach do Olimpiady w Tokio. W późniejszych latach z dobrymi wynikami startowała w rajdach samochodowych. W r. 1961 zainteresowała się wspinaczką, która szybko pochłonęła ją bez reszty. W Sokolich Górach uczył ją tej sztuki m.in. Bogdan Jankowski, z zimą zawierała znajomość w Śnieżnych Kotłach. W r. 1962 ukończyła szkółkę na Hali Gąsienicowej. W Tatrach miała sporo ambitnych przejść, także w zespołach kobiecych. Już w r. 1964 zmierzyła się z Wariantem R na Mnichu, który był wówczas wyznacznikiem klasy wspinaczy. Drogę Fereńskiego na tej ścianie robiła zimą z Jasiem Franczukiem, którego parę lat później przyszło jej żegnać na łamach "Taternika". Ma pierwsze przejścia zimowe a także udział w otwieraniu nowych dróg, np. w r. 1966 na Koprowym Wierchu. W l. 1964 i 1965 wspinała się w Zillertaler Alpen, przechodząc m.in. północno-zachodnią flankę Olperera (3476 m). Uczestniczyła tam w kursie kierowników grup młodzieżowych ÖAV a potem w kursie ratowniczym, którym współkierował dr Helmut Scharfetter. Niebawem poznała trudne ściany Dolomitów -- podobnie jak w Austrii, i tam towarzyszył jej Zdzisław Dziędzielewicz. W rejonie Mont Blanc w r. 1967 jej partnerką była o parę lat starsza i bardziej doświadczona Halina Krüger-Syrokomska. Razem przeszły m.in. północno-zachodnią ścianę Aiguille du Grépon (3482 m, I przejście kobiece). Z tą samą towarzyszką w r. 1968 pokonała słynny wschodni filar Trollryggen w Norwegii (9--11 VIII, pierwsze przejście kobiece, ósme w ogóle), co było z uznaniem komentowane w fachowej prasie. W r.1969 obie uczestniczyły w Rendez-vous Hautes Montagnes w Zermatt, gdzie poznały m.in. Tenzinga, a także przyszłą partnerkę wyprawową, Christine de Colombel. W tym czasie Wanda na kilka miesięcy wyszła zamąż za J.W. Rutkiewicza, przyjmując na stałe jego nazwisko. W r. 1972 kierowała obozem sportowym w "Terince" w Dolinie Pięciu Stawów Spiskich, a jednym z jej podopiecznych był... Krzysztof Wielicki. W GÓRY NAJWYŻSZE Wanda wcześnie zaczęła myśleć o górach naprawdę wysokich. Pisała o tym (jeszcze jako Wanda Błaszkiewicz) w "Taterniku" 1970, w tym samym roku uczestniczyła w spotkaniu RHM w Jugosławii, gdzie wystąpiła z publicznym apelem o zorganizowanie międzynarodowej kobiecej wyprawy na 8000 metrów ("sama Loulou Boulaz uścisnęła mi rękę..." -- chwaliła się w liście). Przygotowania rozpoczęła w Pamirze. W r. 1970 stanęła na Piku Lenina (7134 m, 10 VIII), tym razem pod okiem Andrzeja Zawady. Nie obyło się bez problemów spowodowanych wysokością: "Sto metrów od szczytu niemal ustaję. Wlokę się ze zwieszoną głową. Na szczycie padam na kolana i wymiotuję." W dniu 23 sierpnia 1972, już w ładniejszym stylu, weszła jako pierwsza Polka i jedna z pierwszych kobiet na najwyższy szczyt Afganistanu, Noshaq (7492 m). Tydzień wcześniej, w dniach 14 i 15 sierpnia uczestniczyła w tym rejonie w pierwszych w ogóle wejściach na bezimienne szczyty W.82 (ok. 5950 m) i W.81 (ok. 5980 m). Między obiema wyprawami zrobiła wypad w Alpy Julijskie i przeszła drogę bawarską na północnej ścianie Triglavu (1971). W r. 1973 były znowu Alpy i szlagier całego sezonu w Szwajcarii: drugie w ogóle i pierwsze kobiece przejście drogi Messnerów i Hiebelera na północnym filarze Eigeru (3970 m, 19--22 VIII, partnerki Danuta Gellner i Stefania Egierszdorff). Hiebeler gratulował sukcesu nie bez cienia goryczy: pięć lat wcześniej głośno chełpił się trudnościami swej nowej drogi. Dobry rok 1975 przyniósł jej jeden z sukcesów życia: wyprawę na Gasherbrumy (którą kierowała) i pierwsze wejście na dziewiczy Gasherbrum III (7952 m), szesnasty na liście najwyższych szczytów świata. Wejścia -- do dziś, mimo kilku prób, nie powtórzonego -- dokonano niełatwą mikstową drogą w dniu 11 sierpnia w składzie: Alison Chadwick-Onyszkiewicz, Wanda Rutkiewicz, Janusz Onyszkiewicz i Krzysztof Zdzitowiecki. W angielskim "Mountain" oceniał to wydarzenie sam Norman Dyhrenfurth: "Gasherbrum III -- pisał -- nie jest od tej pory najwyższym z nie zdobytych szczytów świata, zaś dwóm paniom w zespole, który go zdobył -- Polce i Angielce -- przypadł w udziale zaszczyt ustanowienia rekordu wysokości pierwszego wejścia z udziałem kobiet." Na Evereście stanęło do tej pory około 70 pań, ale pierwszego wejścia na prawie-ośmiotysięcznik poza Wandą i Alison (obie niestety nie żyją) nie ma i nie będzie już miała żadna inna z kobiet. Pozostał też artystyczny dokument z tej wyprawy: film "Temperatura wrzenia" Andrzeja Zajączkowskiego. POLKA NA DACHU ŚWIATA W r. 1976 w zastępstwie dra Herrligkoffera kierowała nieudaną wyprawą międzynarodową na flankę Rupal Nanga Parbat. Rok 1978 zaczął się pod znakiem Alp: pierwsze zimowe przejście północnej ściany Matterhornu w żeńskim zespole zrealizowały wraz z Wandą Irena Kęsówna, Krystyna Palmowska i Anna Czerwińska w dniach 7--10 III. Wyjaśnić tu trzeba, że tylko Krystyna dotarła do szczytu, pozostałe czekały 70 m niżej z chorą Ireną na ratowniczy helikopter. Już wtedy rysowała się szansa dołączenia do francusko-niemieckiej wyprawy na Everest, obgadana z drem Herrligkofferem w Innsbrucku (zdjęcie). 25 lutego Wanda pisała w tej sprawie z Zermatt do Zarządu PZA, mądrze argumentując, że okazja może się nie powtórzyć, co będzie nie tylko jej stratą ale i całego polskiego alpinizmu. "Pierwsza Polka na dachu świata?" -- z niedowierzaniem pytał w tytule kwietniowy "Express Wieczorny". Wanda przekonała, kogo trzeba, z pomocą PZA kupiła 20 kurtek puchowych i pojechała do Nepalu. Los i tym razem uśmiechnął się do niej: 16 października 1978 r. stanęła jako pierwsza Polka i trzecia kobieta (zdjęcie) na szczycie Everestu (8848 m). Wierzchołek osiągnęła w tych samych godzinach, kiedy w Watykanie Karol Wojtyła był wybierany Papieżem. Miało to dla niej nieoczekiwany efekt propagandowy: krajowe gazety wysunęły jej sukces na czołówki, aby zniwelować kłopotliwy dla władz fakt pojawienia się Papieża-Polaka. O tym, jak zderzyły się w eterze informacje z Everestu i z Watykanu autor tych słów wspominał w "Taterniku" 1/1982 s.6. Wanda wysoko ceniła sobie to, że udało jej się ustanowić absolutny rekord wysokości Polski (polskie wejścia męskie na Everest nastąpiły dopiero w r. 1980). Widywała się później z Papieżem, podczas spotkania w Krakowie wręczyła mu kamyk ze szczytu (zdjęcie), co uwieczniono na wiele razy publikowanym zdjęciu. "Bóg pozwolił, że tego samego dnia oboje weszliśmy tak wysoko" -- powiedział do niej Jan Paweł II. LIST Z BASE CAMP Tuż po zejściu ze szczytu, z datą 19 października 1978, Wanda pisała z Bazy Wyprawy Everest´78 do Polskiego Związku Alpinizmu, wtedy jeszcze ul. Sienkiewicza 12. Była to jej pierwsza -- na szczęście zachowana -- relacja z historycznego wyczynu: 16 października o godzinie 14.00 stanęłam na szczycie Mt. Everestu. Szczyt osiągnęłam po 6,5-godzinnej wspinaczce z obozu IV na Przełęczy Południowej (7985 m). Razem ze mną szczyt zdobyli dwaj Niemcy, Szwajcar i trzej Szerpowie. Było to trzecie wejście szczytowe niemiecko-francuskiej nominalnie, a w rzeczywistości międzynarodowej wyprawy. W pierwszym 14 października uczestniczyli trzej Niemcy, w drugim -- 15 października -- trzej Francuzi i Austriak. W czwartym -- 17 października -- dwaj Niemcy. Szczęście dopisało wyprawie, która odniosła niebywały sukces. Po tamujących działalność górską opadach śniegu i wichurach, nastąpił nieoczekiwanie kilkudniowy okres pięknej pogody, i to w momencie, gdy wyprawa zwątpiła w sukces i myślała o odwrocie. Umożliwił on aż cztery wejścia szczytowe. Łącznie na szczycie stanęło 16 osób. Trzej uczestnicy i dwaj Szerpowie osiągnęli szczyt bez użycia tlenu. No i ja -- trzecia na tym szczycie, ustanowiłam kobiecy europejski rekord wysokości. Kierownikiem całości wyprawy był dr K.M. Herrligkoffer, kierownikiem wyprawy francuskiej -- Pierre Mazeaud, który również zdobył szczyt. Baza wyprawy leżała w zakolu lodowca Khumbu na wysokości 5400 m, obóz I -- 6000 m, obóz II -- 6400 m, obóz III -- 7200 m na zboczach Lhotse, obóz IV na Przełęczy Południowej 7985 m. Działalność górska trwała 8 tygodni. Cieszę się, że udało mi się zanieść oprócz biało-czerwonego także proporczyk Związku na najwyższy szczyt Ziemi. Zostawiłam na szczycie mały kamyk ze Skałek Rzędkowickich, gdzie stawiają pierwsze kroki i trenują taternicy. Serdeczne pozdrowienia dla Związku, jak również tą drogą dla wszystkich, którzy pomogli przy organizacji mojego udziału w wyprawie. Pozdrowienia dla Ireny Kęsy, od której otrzymałam skałkowy kamyk. Do kraju wrócę 6 lub 13 listopada... NIESZCZĘSNY ELBRUS W r. 1979 przypomniała o sobie w Alpach, przechodząc w kobiecej dwójce drogę Bonattiego na wschodniej ścianie Grand Capucin (15--16 VII z Ireną Kęsówną). Na jej dalszej karierze ciężko zaważył wypadek na Elbrusie w dniu 17 marca 1981 roku. Upadek na stoku poniżej Skał Pastuchowa i otwarte złamanie lewej kości udowej, źle leczone w lokalnym radzieckim szpitalu. Noga się nie zrastała, nastąpiły kolejne zabiegi chirurgiczne, wzmagały się trudności w chodzeniu. Zawarła wówczas krótkotrwałe małżeństwo z wspomnianym wyżej austriackim chirurgiem, doc. drem Helmutem Scharfetterem, jej partnerem z wspinaczek w Zillertalu w latach 1964--65. Zamieszkała z nim pod Innsbruckiem i tam zastał ją stan wojenny. Pisała z Patsch nostalgiczne listy, a jej głowę zaprzątały plany kobiecej wyprawy na K2. Po kolejnej operacji w grudniu, w połowie stycznia pojechała do Włoch, gdzie w Turynie wraz z Reinholdem Messnerem wspinała się na otwarciu ściany wspinaczkowej i została przyjęta przez prezydenta Pertolliniego. Gdy wróciła do Austrii, 28 stycznia 1982 nastąpiło ponowne, tym razem samorzutne złamanie się nogi (refraktura), na szczęście na schodach kliniki. "Nigdy nie płaczę -- napisała w liście -- ale wtedy rozbeczałam się na cały głos." Inna kobieta dałaby za wygraną i postawiła krzyżyk na górach. Ale nie ona. Już latem tego roku była kobieca wyprawa na K2 (8611 m), którą zorganizowała i prowadziła. Zdjęcia kierowniczki kroczącej o kulach przez Baltoro, obiegły prasę światową. Wyprawa się nie powiodła, na domiar złego pod K2 pozostała na zawsze jej partnerka sprzed lat, Halina Krüger-Syrokomska. Bezowocny był też udział polskich alpinistek w komercyjnej wyprawie na K2 w r. 1984. Wanda, niepewna ruchów, straciła swój dynamizm i optymizm życiowy. Przełom przyniósł dopiero rok 1985, kiedy jako druga czy trzecia kobieta (pierwsza Europejka) pokonała wraz ze Szwajcarem Stéphane Schaffterem słynną południową ścianę Aconcagua (6960 m) -- stylem alpejskim (zdjęcie) i z kamerą w ręce (16--19 stycznia). "Twardy andyjski lód. Efektowna robota dziabkami na przednich zębach raków -- czysta radość wspinania."
  10. PIERWSZA NA K2 15 lipca 1985 stanęła na Nanga Parbat (8125 m) tworząc z Anną Czerwińską i Krystyną Palmowską pierwszy na tym szczycie zespół kobiecy (flanką Diamir -- pierwszą kobietą była rok wcześniej Liliane Barrard). Na czubek weszła w godzinę po Krystynie, co tłumaczyła zmęczeniem spowodowanym wcześniejszym ewakuowaniem chorej Dobrosławy Wolfowej. Lato 1986 przyniosło kolejny wzlot jej górskiej kariery: 23 czerwca pierwsze wejście kobiece na wymarzony K2 (8611 m), drugą co do wysokości i najtrudniejszą górę świata. O godzinę wyprzedziła na czubku swą francuską partnerkę, Liliane Barrard, która opadła z sił i wraz z mężem i Michelem Parmentierem zatrzymała się pod szczytem na odpoczynek. Oboje Barrardowie zginęli schodząc ze szczytu, został też w górach Parmentier. Wiosną 1987 r. została zaproszona przez Klinikę Uniwersytecką w Zurychu, gdzie -- razem z Kukuczką i Wielickim -- przeszła cykl drobiazgowych badań, w poszukiwaniu szczególnych predyspozycji fizycznych do działania w warunkach niedotlenienia. Pewnym zaskoczeniem dla naukowców było to, że funkcje jej organizmu nie odbiegały w zasadzie od sportowej średniej. W jesieni tego samego roku, 18 września 1987, weszła -- idąc drogą normalną od północy -- na wierzchołki centralny i główny Shisha Pangmy (8027 m) w Tybecie, zimą zaś towarzyszyła Kukuczce w wyprawie na Annapurnę (do wysokości ok. 7000 m). Niepowodzeniem zakończyła się kolejna eskapada -- tym razem do Patagonii, gdzie w zespole kobiecym próbowała wdrapać się na słynną Cerro Torre. Zimą 1988--89 uczestniczyła w nieudanej próbie wejścia na Yalu Kang (8505 m) w masywie Kangchendzöngi. Los odwrócił się latem: 12 lipca 1989 weszła na swój piąty ośmiotysięcznik, Gasherbrum II (8035 m) -- w ramach bardzo miło wspominanej czysto kobiecej wyprawy brytyjskiej. "Na żadnej wyprawie nie było tak wesoło i bezstresowo, jak tej z Rhoną Lampard i jej koleżankami" -- wspominała w rozmowach. Jedna z uczestniczek, Brede Arkless, była matką ośmiorga dzieci. Wiosną 1990 r. Wanda uczestniczyła w małej japońskiej wyprawie na Makalu (kierownik Makoto Hara) i 9 maja wraz z Ewą Pankiewicz osiągnęła pokaźną wysokość 7900 m, gdzie zawrócił je atak niepogody. Japończykom się spieszyło i nie dali Polkom szansy na ponowny atak. Niemal równo rok po G.II, "padł" Gasherbrum I (8068 m), na który weszła w ciężkich warunkach wraz z Ewą Pankiewicz w dniu 16 lipca 1990 r., jako pierwszy i całkowicie autonomiczny zespół kobiecy. Morderczy wysiłek i słowa uznania dla partnerki: "Z podziwem patrzę na Maleństwo, jak w głębokim śniegu toruje aż do szczytu." Z ośmiotysięczników pakistańskich pozostał jej już tylko Broad Peak, na którym załamywały się kolejne próby (zdjęcie). W trakcie jednej z nich -- latem 1990 roku -- w jej obecności zginął bliski jej człowiek, Niemiec dr Kurt Lyncke-Krüger, co bardzo źle wpłynęło na psychikę skądinąd twardej Wandy. KARAWANA DO MARZEŃPo wejściu na Gasherbrum I powstała idea rozprawienia się z pozostałymi 8 szczytami "Korony Himalajów" w ramach jednej 12- do 16-miesięcznej wyprawy, nazwanej "Caravan to Dreams". Pomysł ogłosiła w październiku 1990 r. w Rzymie, początkowo z zapożyczoną od Włochów nazwą "Przygoda górska 2000". Główną partnerką miała być Ewa Panejko-Pankiewiczowa, a ośrodek koordynacyjny miał powstać w Łodzi. Niebawem ukazały się prospekty, z datą 19 marca 1991 rozesłany został szczegółowy plan i kalendarz wyprawy. W Austrii miała oparcie w pani Marion Feik, która szukała jej sponsorów i z którą się zaprzyjaźniła. Wanda zakładała, że raz zdobytą aklimatyzację wykorzysta do serii wejść non-stop na wysokie szczyty. Opracowany harmonogram nie uwzględniał warunków pogodowych i czegoś takiego, jak wyczerpanie się sił organizmu, czego już wcześniej doświadczyło kilku realizujących podobne pomysły panów. Plan był od początku nierealny, toteż załamał się już na wstępie: nie powiodła się próba wejścia na Kangchendzöngę w składzie wyprawy jugosłowiańskiej. Tu znowu przyszło Wandzie otrzeć się o śmierć: to ona znalazła ciała dwójki Słoweńców, Mariji Frantar i Jožeta Rozmana, którzy 3 maja 1991 spadli z grani, wyczerpani wysokością. Kierownik wyprawy, Tone Škarja, nie chciał powiększać ryzyka i nie zgodził się na atak Wandy, o co miała do niego później gorzkie pretensje. Natomiast szczęśliwa okazała się jesień: w dniu 26 września Wanda dokonała wejścia na Cho Oyu (8201 m) zaś 22 października na Annapurnę (8091 m). To drugie nastąpiło historyczną drogą brytyjską na południowej ścianie, na której Wanda była pierwszą kobietą, a jej wejście drugim tej klasy żeńskim wyczynem na 8-tysięcznikach (po zachodnim filarze Makalu). Z wejściem tym wiązał się kolejny przykry incydent. Szła do góry sama, a obserwujący ją z bazy koledzy pomylili wspinające się sylwetki i stwierdzili, że nie zdołała dotrzeć do wierzchołka. Szczyt osiągnęła o zmierzchu i noc spędziła w zejściu tuż poniżej. Ze szczytu próbowała zrobić zdjęcia, ale w mroku czas ekspozycji był zbyt długi. Plotka o jej rzekomym kłamstwie dotarła do Warszawy wcześniej niż sama Wanda. Piszący te słowa pojechał wraz z Hanną Wiktorowską na lotnisko, by jej pomóc i uprzedzić ją o niemiłej sytuacji. Uderzał brak dziennikarzy i witających wracającą znajomych. Była zaskoczona i załamana. Zaczęły się bezskuteczne wyjaśnienia, także w długim powielonym tekście -- koledzy obstawali przy swoim. Zarząd PZA powołał specjalną komisję w składzie Maciej Berbeka, Bogdan Jankowski i Janusz Majer. Komisja przeprowadziła rozmowy i orzekła, że nie ma podstaw do ferowania tak ciężkiego dla sportowca oskarżenia. W przeddzień ogłoszenia decyzji komisji o umorzeniu postępowania, Wanda zatelefonowała. "Usiądź, bo się przewrócisz -- powiedziała rozradowana. -- Dzisiaj przyszły z Wiednia moje filmy z Annapurny, wyobraź sobie, jest wśród nich zdjęcie ze szczytu! Jakim cudem wyszło mimo zmroku -- nie umiem powiedzieć." Slajd, nie odcięty od paska zdjęć z podejścia, obejrzał i porównał z przywiezionymi przez inne wyprawy ekspert himalajski, Zbigniew Kowalewski: nie było żadnych wątpliwości, że zdjęcie pochodzi z czubka góry. OSTATNIA ROZMOWA Annapurna stała się ósmym ośmiotysięcznikiem Wandy Rutkiewicz i, niestety, ostatnim. Przy próbie wejścia na Kangchendzöngę zaginęła niedaleko szczytu w dniach 12 czy 13 maja 1992. Ostatni rozmawiał z nią schodzący z wierzchołka Meksykanin Carlos Carsolio na wysokości 8200--8300 m. Nie dała się nakłonić do powrotu do obozu, choć -- to opinia Carlosa -- odpowiadała rzeczowo i wydawała się być w niezłej formie. Było to jej trzecie spotkanie z Kangchendzöngą, wiedziała, że innej okazji już nie będzie. Być może powodowana euforią wysokościową, mimo braku sprzętu biwakowego, postanowiła zanocować i rano kontynuować atak. Niestety, następnego dnia nie wróciła do obozu IV ani później do bazy. Co działo się tam na górze, nie wiadomo. Nieszczęście wydarzyło się raczej 13 maja -- może starczyło jej jeszcze oddechu, by dotrzeć do szczytu? Na akcję poszukiwawczą wyprawa nie miała już sił. Ciała nie odnaleziono do dzisiaj. Wiosną 1995 r. wyprawa włoska (kierownik Simone Moro) natknęła się na wysokości 7600 m na zwłoki alpinistki ubranej w różowy kombinezon puchowy francuskiej firmy. Włosi zrobili szczegółowe fotografie i ciało złożyli "pietosamente" w szczelinie lodowej. We Włoszech ukazały się artykuły stwierdzające, że chodziło o Wandę Rutkiewicz (m.in. "Lo Scarpone" 6/95). Nie może to jednak być prawdą. Jeżeli nie nastąpił upadek, ciało Wandy winno leżeć powyżej 8000 m i to po stronie północnej a nie południowej. Obszerną relację nadesłał Fausto de Stefani, Andrzej Skłodowski otrzymał opis zwłok od Jozefa Rakoncaja i omówił go z uczestnikiem wyprawy, Arkiem Gąsienicą Józkowym. Zdaniem Arka, Wanda miała na sobie ubranie żółte i stalowego koloru spodnie. Znalezienie w kieszeni zmarłej tabletek bułgarskich świadczy o tym, że była to na pewno znana alpinistka z Bułgarii, Jordanka Dymitrowa ("Głos Seniora" 11/94). (Kangchendzönga zabrała całą elitę wysokościowego alpinizmu kobiecego: oprócz Wandy Rutkiewicz, Mariji Frantar i Jordanki Dymirowej także Rosjankę Jekaterinę Iwanową).
  11. Domysłów na temat tragedii było wiele. Ew. fizjologiczne przyczyny zgonu na grani Kangchendzöngi przekonująco wyjaśnił dr Zdzisław Ryn w ogłoszonym w Chile i nieznanym w kraju artykule. Wśród spekulacji nie brakło hipotez o swego rodzaju samobójstwie alpinistki, czującej rzekomo, że jej czas się kończy. Ale znający ją przyjaciele wiedzieli: wciąż parła do przodu, nie chciała umierać, nie miała takiej intencji ani takiej mentalności. Ale w pewnym sensie nie miała nic przeciwko śmierci w górach, czemu nieraz dawała wyraz w rozmowach. W bazie pod Kangchendzöngą mówiła podobno (relacja gazetowa za Carsoliem): "Dla mnie umrzeć tam na górze nie byłoby niczym niezwykłym. To byłoby całkiem proste. Ostatecznie większość moich przyjaciół czeka na mnie tam, wysoko." Śmierć Wandy była wstrząsem dla całej międzynarodowej społeczności wysokogórskiej. Do Matki i do PZA napływały kondolencje, a wspomnienia o naszej koleżance ukazały się we wszystkich liczących się periodykach, m.in. w szwajcarskiej "Neue Zürcher Zeitung" 1992 (Oswald Oelz), angielskim "The Financial Times" (Richard Cowper), chilijskim "El Mercurio" 1992 (ambasador Zdzisław Ryn), włoskim "Alp" 1992 (Józef Nyka), baskijskiej "Pyrenaica" 1992 (Antxon Iturriza i Xavier Eguskitza), amerykańskim "Rock and Ice" 1992 (Arlene Blum), angielskim "Mountain", japońskim "Iwa to Yuki" 1992 (J. Nyka), londyńskim "Alpine Journal" 1993 (Ingeborga Doubrawa-Cochlin), "American Alpine Journal" 1993 (H. Adams Carter), "The Himalayan Club Newsletter" (J. Nyka) i wielu wielu innych. Wszystkie teksty podkreślały absolutnie czołową rolę zmarłej w alpinizmie światowym. MIEJSCE W KULTURZE Wanda miała wiele osobistego uroku i była utalentowaną narratorką, a jej ilustrowane przezroczami gawędy przyciągały publiczność w całej Europie i zaczynały przynosić pieniążki. Pamiętamy jej konfrontację z prelegentami zachodnimi (m.in. Loretanem, Profitem) na festiwalu filmowym 1992 w Katowicach, gdzie pokazała prawdziwą klasę i porwała widownię. Była bardzo aktywna na niwie międzynarodowej, uczestniczyła w konferencjach, należała do grupki założycieli "Mountain Wilderness", powołanej do życia w r. 1987 na wielkim mitingu we Włoszech. W r. 1981 w Rawalpindi reprezentowała Polskę na światowej konferencji poświęconej rozwojowi turystyki i alpinizmu w górach Azji Centralnej. Poznała wówczas Fritza Luchsingera, a także sędziwego prof. Ardito Desio, który miał ją przeżyć o całe 10 lat. W r. 1983 na międzynarodowym sympozjum w Delhi (z udziałem wielu sław) wygłosiła żywo dyskutowany odczyt "Kobiety w alpinizmie światowym" (zdjęcie), a po spotkaniu powędrowała -- wciąż jeszcze mocno kulejąc -- pod Shivling w Garhwalu, m.in. w towarzystwie Ada Cartera, Chrisa Boningtona i Jima Fortheringhama. W r. 1988 była gwiazdą -- obok Messnera -- mitingu BMC w Buxton. Sama pisała niezbyt chętnie i bez werwy, choć wyprawę na Gasherbrumy podsumowała w zredagowanej przez siebie pracy zbiorowej "Zdobycie Gasherbrumów" (SiT 1979). W r. 1986 wydała w KAW w serii "Bohaterowie stadionów" napisaną z pomocą dziennikarki Ewy Matuszewskiej książkę "Na jednej linie". W Patsch pisała artykuł do "polskiego" numeru "Bergsteigera", dawała się namówić na pisanie rozdziałów do prac zbiorowych, np. tomu "W górach wysokich" (1985) czy reportażu Karla Herrligkoffera "Mount Everest ohne Sauerstoff" (1979). Ta druga wypowiedź jest wyjątkowo ciekawa: Wanda wyjawia w niej szczerze, jak wrogo odnosili się do niej męscy członkowie wyprawy, którym jako kobieta obniżała prestiż wejścia na Everest, w tamte lata jeszcze bardzo wysoki. Artykuły sprawozdawcze do "Taternika" pisała bez entuzjazmu i ufnie powierzała redakcji ich obróbkę, rezygnując z autoryzacji. Relację z wejścia na Everest złożyła dopiero w r. 1982 -- "czasami jest łatwiej wejść na szczyt, niż opisać, jak się na niego wchodziło", tłumaczyła się w zakończeniu. Chętnie natomiast udzielała wywiadów, których ukazały się dziesiątki w prasie całego świata. W części z nich widać intelektualny wsad dziennikarzy, a Wanda jawi się nierzadko jako pełna wahań i kompleksów introwertyczka, którą nie była w najmniejszym stopniu. Ostatni wywiad -- książkowy -- nagrała z nią Barbara Rusowicz z toruńskiego wydawnictwa "Comer" (umowa wydawnicza z aneksem z 20 I 1992) i uzgadniała w dni poprzedzające ostatni wyjazd w Himalaje. Tekst, nieuważnie przejrzany przez rozbieganą Wandę, wymagał licznych poważnych poprawek. Książka "Wszystko o Wandzie Rutkiewicz" ukazała się w parę miesięcy po jej śmierci. Z różnych publikacji o Wandzie ta jest najbardziej obiektywna, a prowadząca rozmowę nie czyni z siebie przyjaciółki bohaterki. W r. 1998 w Niemczech ukazała się tłumaczona na inne języki biografia Wandy pióra Austriaczki Gertrude Reinisch ("Wanda Rutkiewicz. Karawane der Träume"). Autorka wiele miejsca poświęca sobie, przedstawiając się jako powierniczka i himalajska partnerka Wandy (była z nią m.in. pod Gasherbrumami w r. 1990). W latach 1994 i 1999 dwie ładnie napisane książki wydała Ewa Matuszewska ("Karawana do marzeń" i "Uciec jak najwyżej"). Liczne wywiady radiowe i telewizyjne spoczywają w archiwach PR i TV, a prywatne nagrania rozmów -- najbardziej autentyczne i szczere -- w szufladach znajomych i przyjaciół. Osobny rozdział stanowi praca filmowa Wandy, którą traktowała najpierw amatorsko (miała kamerę idąc na Everest) a potem profesjonalnie. W początku r. 1980 w Chamonix uczestniczyła w pracach nad serialem Daniela Costelle "Les grandes avventures de l'Himalaya". Nakręciła później kilka filmów, które jako dokumenty pozostaną w naszej górskiej filmotece, są to m.in. "Gdybyś przyszedł pod tę ścianę" 1986 (Aconcagua), "Nanga Parbat 85" (1986), nagrodzone w Grazu "Requiem" (1987) oraz -- wraz z Krzysztofem Langiem -- "Tango" i tryptyk "Ludzie na Baltoro". Z wyprawy na Gasherbrum II przywiozła zrobiony dla angielskiej TV film "Kobiety śniegu", który w lutym 1990 zaprezentowała na pokazie w Berlinie. Były też interesujące wspomnienia filmowe z wypraw na Shisha Pangmę i Cerro Torre. W r. 1989 pracowała wspólnie z Lutzem Maurerem nad polskim odcinkiem programu ORF "Land der Berge". Do spraw dnia powszedniego nie przywiązywała większej wagi. Zrezygnowała z założenia rodziny, nie dążyła do spokojnej stabilizacji. Często jeździła wypożyczanymi samochodami, miała ciasne mieszkanko przy ul. Sobieskiego na Dolnym Mokotowie (to prawda, że wcześnie wyposażone w fax i inne nowoczesne środki łączności). Do siebie samej miała stosunek rzeczowy. "Jest wiele dziewczyn wspinających się lepiej ode mnie -- mówiła w jednym z wywiadów -- choć we mnie skupia się chyba więcej cech potrzebnych do realizacji poważnych zamierzeń górskich." Do swej popularności podchodziła z dystansem. Do prelekcji chętnie wplatała anegdotkę, jak kiedyś zatrzymał ją milicjant za przekroczenie szybkości. "Czy ja pani już gdzieś nie widziałem? -- zapytał. -- Nie płaciła pani u mnie niedawno mandatu?" ZŁOTA GWIAZDA ZASŁUGI W l. 1962--73 należała do Koła Wrocławskiego KW, następnie do Koła Warszawskiego (i KWW). Kilka klubów nadało jej członkostwo honorowe. Były to m.in. Akademicki Klub Górski w Łodzi, Łódzki KW, KW w Kielcach, Wrocławski KW. Za swoje rekordowe wyczyny była wiele razy nagradzana i odznaczana (zdjęcie). Medal Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe otrzymała siedmiokrotnie, w tym trzy razy Złoty. W r. 1979 Rada Państwa odznaczyła ją Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, który odebrała w marcu w zakopiańskim COS -- razem z Dziunią Łapińską. Dwukrotnie otrzymała Puchar Ministra Spraw Zagranicznych: w r. 1975 wraz z zespołem koleżanek z Gasherbrumów i w 1978 indywidualnie za Everest, z rąk min. Emila Wojtaszka. W r. 1982 odebrała Rolex Award Enterprise, w 1987 Reichle-Abenteuerpreis. W 1989 przypadł jej francuski (choć po angielsku nazwany) "Victor of Adventure", w 1990 -- prestiżowa Premio Minerva ("aktywność, mądrość, jakość") włoskiego Club Delle Donne. W dniu 23 marca 1991 Ambasador Pakistanu udekorował ją jednym z najwyższych odznaczeń swego kraju (zdjęcie), nadawanym przez prezydenta Orderem Sitara-e Imtiaz, podkreślając w laudatio jej wkład w popularyzację gór Pakistanu oraz w rozwój sportu kobiecego w tym kraju -- zarówno przez dawanie przykładu, jak i bezpośrednią pomoc młodym Pakistankom w angażowaniu się w alpinizm wyprawowy. Walny Zjazd PZA w r. 1992 powołał ją pośmiertnie w poczet członków honorowych Związku, 3 września 1994 kapituła Fondation en Souvenir du Roi Albert 1er przyznała Wandzie Rutkiewicz jeden z trzech pierwszych Medali Zasługi Króla Alberta I (Médaille du mérite Roi Albert 1er). "Z nazwiskiem Wandy Rutkiewicz przez przeszło ćwierć wieku wiąże się rozwój światowego alpinizmu kobiecego -- powiedział w laudatio w Brukseli Jürg Marmet. -- Z jej zaginięciem światowy alpinizm kobiecy stracił jedną z największych i najznamienitszych przedstawicielek." Po śmierci Wandy kilka szkół -- m.in. we Wrocławiu, w Warszawie -- przyjęło ją za patronkę, a Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie jej imieniem nazwało doroczny Przegląd Filmów Alpinistycznych, odbywający się od r. 1993. We wrocławskim ratuszu umieszczono jej popiersie wykute w marmurze. "Polka o uderzającej urodzie i energii, największa alpinistka wysokościowa swej epoki" -- napisał o niej znany angielski dziennikarz, Richard Cowper. Historyczne miejsce Wandy określą przyszłe lata, już dziś można jednak powiedzieć, że w żeńskim wydaniu himalaizmu zajmuje ona pozycję nr 1, której nigdy nie straci. Nie ma już do zdobycia szczytów rangi Gasherbruma III, na które mogłyby wejść rywalki, nie ma drugiej najtrudniejszej góry świata, K2, na której mogłyby stanąć jako pierwsze. W biegu po 8-tysięczniki dorobiła się ich ośmiu wtedy, kiedy pozostałe panie nie mogły przekroczyć liczby 3 (do roku 2002 do sześciu dobiły nieżyjąca już Francuzka Chantal Mauduit i Amerykanka Christine Boskoff, siedem pań ma -- dane od Eberharda Jurgalskiego -- po 4 szczyty tej klasy, wśród nich Polka Anna Czerwińska). Liczne działania i wypowiedzi Wandy wywarły duży wpływ na kształtowanie się ideologii samodzielnego kobiecego alpinizmu, szczególnie, choć nie tylko, wysokościowego. Żadnej z kobiet nie udało się uczynić tak dużo dla przełamania monopolu mężczyzn we wspinaniu się na najwyższe szczyty. Tymczasem żyje ona w naszej pamięci jako prawdziwie niezwykła osobowość i jako najwybitniejsza alpinistka mijającego ćwierćwiecza, której osiągnięcia -- górskie, a także te w sferze kultury -- nie prędko doczekają się powtórzeń. Nie ma jej już 10 lat, a miejsce po niej ciągle pozostaje puste i nie widać indywidualności, która mogłaby je zająć. "What a huge loss to the climbing world!" -- napisał w liście kondolencyjnym redaktor "Muntain", Bernard Newman. Szczera prawda. Pociesza myśl -- mówiąc patetycznie -- że dobrze jej jest w białych śniegach Himalajów, które zawsze uważała za swój świat i swoje miejsce na Ziemi. Źródło: http://www.nyka.home.pl/bibl_his/pl/09.htm
  12. Jack, mysiauek...to widzę, że jest nas trzech "z Branży" Trzech to już mocna Grupa za forumie Pozdrawiam Mariusz
  13. Łatwo kupić takie dane...koszt 30,75 brutto. Dla przykładu link do danych Kotelnicy Białczańskiej: http://www.money.pl/rejestr-firm/nip/736-15-23-042/kod-pocztowy/34-405/
  14. Swoją drogą ciekawe jak wygląda Biznes Plan powstałego Krzesła na Północy Polski na 750 metrowej Pięknej Górze: http://www.skionline.pl/forum/showthread.php?p=122943#post122943 Z całą pewnością liczą na zyski Tylko patrzeć jak krzesło powstanie również w moim, świętokrzyskim Regionie - prace na kieleckim Telegrafie mają ruszyć już na wiosnę. Kto będzie następny? Przydała by się jakaś nowa Trasa - w paśmie Łysica, Święty Krzyż znalazło by się jakieś atrakcyjne miejsce
  15. marboru

    Do Moderatora SB

    Niedługo i ja postaram się pobuszować z aparatem na Targach w Kielcach i również przekazać obszerne info z imprezy. Przypomnienie: XXIII Międzynarodowe Targi Branży Sportowej i Outdoorowej KIELCE SPORT - ZIMA w tym Sezonie odbędą się 16-19 II 2011.
  16. Wysokiej klasy buty narciarskie dla osób ceniących wygodę i bardzo dobre dopasowanie. Szerokość z przodu stopy 100mm strap 35mm Advanced shell technology - Specjalna "cieńsza" skorupa buta zadba o trzymanie stopy i lepszy przekaz energii na nartę. Bi-material PP lower shell - wykonana w dwóch twardościach dolna część skorupy buta zapewnia odpowiednią szytwność, jednocześnie ułatwia wchodzenie w buty. System 2D Sensifit - przednia część buta jest bardziej miękka i szeroko otwiera się ułatwiając jego zakładanie. 4 klamry z mikro-regulacją umożliwiają łatwe dopasowanie naciągu. Canting cholewki Regulowany spoiler buta - umożliwia dopasowanie do łydki w tylnej części cholewki. Wkład wewnętrzny MY custom fit zapewnia idealne dopasowanie wnętrza buta do stopy. ----------------------------------------------------------------------------------------------------- Na necie znalazłem taki opis tych butów.
  17. Ciekawy artykuł na temat Pilska: Narciarski skansen na Pilsku w Korbielowie pilnie potrzebuje pieniędzy na inwestycje. Jeśli na dobry początek nie znajdzie się przynajmniej 25 mln złotych, to kolejni turyści będą omijać miejscowość szerokim łukiem, podążając do ośrodków na Słowacji. Dlatego zarządzająca ośrodkiem Gliwicka Agencja Turystyczna na gwałt szuka chętnych do wyłożenia gotówki na modernizację podupadającego kompleksu. Inwestowaniem w ON Pilsko zainteresowane są Polskie Koleje Linowe z Zakopanego, mające kolejki m.in. na Gubałówkę i Kasprowy Wierch. - Niech robią cokolwiek, byle coś robili. Przykro patrzeć, jak turyści omijają Korbielów i jadą na Słowację. Na słowackich stokach jeżdżą nawet miejscowi, bo nikt nie ma ochoty wjeżdżać na górę godzinę czy dwie. ----------------------------------------------------------------------------------------------------------- - mówi przygnębiony Marian Czarnota, wójt Jeleśni. Prezes GAT, Marcin Kędracki, przyznaje, że sytuacja ośrodka jest kiepska. Żeby zrobić z niego nowoczesny kompleks, potrzeba 50 mln zł, na dobry początek przynajmniej 25 mln zł. Trzeba poszerzyć trasy narciarskie, zrobić sztuczne naśnieżanie w wyższych partiach Pilska, zamontować nowoczesne wyciągi. Mniejsze kwoty nie wchodzą w grę, bo za 2 lub 3 mln zł to można tylko zamaskować wieloletnie zaniedbania, a nie robić nowoczesny kompleks. - Podpisaliśmy z PKL list intencyjny, dotyczący współpracy. My mamy majątek, oni gotówkę - dodaje Kędracki. Zdradza, że jeśli właściciel ośrodka, czyli Skarb Państwa, wyrazi zgodę na taką współpracę (PKL również jest spółką państwową, będącą w strukturach PKP), to jest szansa, że GAT i PKL powołają zupełnie nową spółkę, zajmującą się modernizacją ON Pilsko. Na razie trwają rozmowy. Decyzje powinny zapaść na koniec sezonu narciarskiego. Wójt Czarnota mówi, że będą wspierać wszystkie inicjatywy, które przysłużą się turystycznemu rozwojowi miejscowości. Polskie Koleje Linowe inwestowały już w Beskidach W 2001 roku została przeprowadzona modernizacja kolejki na Gubałówkę w Zakopanem. Zostały po niej używane wagoniki, które PKL wyremontowały i postanowiły wykorzystać do uruchomienia kolejki szynowo-linowej w Międzybrodziu Żywieckim (góra Żar ma taki sam profil jak Gubałówka, więc było to możliwe). W 2003 roku wagoniki zostały więc przewiezione do Międzybrodzia Żywieckiego. W rekordowym tempie ułożono torowisko, wybudowane zostały stacje i nowoczesny oświetlony stok narciarski o długości 1600 metrów. Kolejką wjeżdża się na Żar w 5,5 minuty, pokonując około 1300 metrów. Inwestycja kosztowała 17 milionów złotych. Kolej szynowo-linowa kursuje przez cały rok. Turyści są zadowoleni. Dziennik Zachodni Konkluzja na koniec: Słowacy inwestują, a my nie. Jak myślisz, dlaczego? Myślę, że odpowiedź jest jednoznaczna a temat wielokrotną ilość razy na Skionline poruszany - Ekolodzy i złe Prawo
  18. marboru

    Do Moderatora SB

    Rzeczywiście - moja pomyłka. Dzięki JC za wyjaśnienie. Pomyliłem Wagę ze Znakiem Wykrzyknik. SB, Pozostałych Forumowiczów - przepraszam za wprowadzenie w błąd. PS. SB - Ciebie przepraszam za oskarżenie związane z nieregulaminowym przyznaniem Czerwieńca (myślałem, że ma inne zastosowanie - za to Wszystkich przeprosiłem). Przy Wagach - pełna dowolność i demokracja. Przeprosiny moje w Twoją stronę - nie oznaczają, że zgadzam się z Zasadnością przyznania negatywnej reputacji, Twoim zdaniem i poglądami w wątku: Kupujemy? Zdecydowanie się nie zgadzam - i nadal uważam, że jako Moderator zachowujesz się niezgodnie z pełnioną funkcją.
  19. marboru

    Do Moderatora SB

    Jacku, jeżeli jest tak jak piszesz - to proszę o usunięcie komentarza, instrukcji, która wyskakuje przy dawaniu Negatywnej Reputacji. W chwili obecnej jest: "Uwaga: Proszę tego narzędzia używać TYLKO do zgłaszania wiadomości zawierających spam, treści reklamowe, niecenzuralne słowa, itp...", co nie wskazuje na to o czym poniżej piszesz.
  20. marboru

    Do Moderatora SB

    Szparaa - pozwoliłem sobie otworzyć ten wątek - ponieważ inny: Kupujemy został Zamknięty. A sam Czerwieniec przez Moderatora - został moim zdaniem użyty bez uzasadnienia (przy dawaniu czerwieńców - wyraźnie pisze do czego One służą i publicznie o tym SB przypomniałem - On natomiast publicznie się nie przyznał, że takowego czerwieńca mi przyznał). Co jak co, Moderator powinien o tym wiedzieć.
  21. Czerwieńce służą do: "Uwaga: Proszę tego narzędzia używać TYLKO do zgłaszania wiadomości zawierających spam, treści reklamowe, niecenzuralne słowa, itp..." JC może pora na zmianę Moderującego? Pozdrawiam Mariusz
  22. Odpowiem Ci SB - na komentarz, który zamieściłeś przy czerwieńcu jaki od Ciebie otrzymałem. Komentarz: "Wstydź się za siebie". SB - przykro mi, ale to nie ja mam się czego wstydzić. Mógłbym i ja Ci podarować czerwieńca - ale to nie w moim stylu. Pozdrawiam Mariusz
  23. Piękna Góra: jedyne krzesełko na północy Milion złotych kosztowała kolej krzesełkowa w ośrodku Piękna Góra w Gołdapi. Powstała przy jednym ze stoków o długości 750 metrów. Ma obecnie 80 krzesełek. W północnej Polsce jest coraz więcej możliwości do uprawiania narciarstwa, nie tylko biegowego. Jak poinformował PAP właściciel ośrodka Mirosław Rudziewicz, kolej istniała przez krótki okres zaraz po 2000 roku, ale ośrodek został potem zamknięty. „To jedyna kolej krzesełkowa w północnej Polsce; takie są jedynie w górach” – zaznaczył Rudziewicz, który ją zmodernizował. Ośrodek Piękna Góra oraz WOSiR Szelment k. Suwałk to dwa duże obiekty narciarskie w północno-wschodniej części kraju, które robią furorę wśród mieszkańców, a także obywateli Rosji i Litwy. W niektóre weekendy na stokach jest tak tłoczno, że trzeba czekać w kolejce, by poszusować. Ośrodek Szelment ma siedem tras narciarskich o różnym stopniu trudności i długości. W Gołdapi są trzy, w tym najdłuższa w regionie (750 m) oraz czwarta do nauki. W Szelmencie jest także trasa biegowa, a w Gołdapi tor saneczkowy. W woj. podlaskim i warmińsko-mazurskim trwają obecnie ferie zimowe. Wielu uczniów korzysta w tym czasie ze stoków narciarskich, na których leży od 70 do 120 cm śniegu. Jest mroźno i biało. Źródło: PAP -------------------------------------------------------------------------------------- A jednak się da!!! Brawo. Nie dosyć, że Nowy Ośrodek Narciarski z Krzesełkiem - to na dodatek w Północnej Polsce. Można zatem powiedzieć, że Polska Narciarstwem Stoi ...Północ, Centrum, Południe mają Kanapy
  24. Ze swojej strony - Przepraszam. Przepraszam, że kolejny raz dałem się sprowokować. A za Moderatora Skionline mi zwyczajnie wstyd
  25. Wielu rzeczy niestety nie rozumiesz i mylisz - ale to już nie pierwszy raz na forum Ci się zdarza...a może zwyczajnie powinieneś przyznać się do błędu, lub przynajmniej do wprowadzania w błąd czytelników Skionline. Nie będę Cię po raz kolejny odsyłał do definicji i pojęć encyklopedycznych - bo to nie ma sensu - tak samo jak dyskusja z Tobą. ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Tak masz rację, jestem mały, rudy, piegowaty, zadufany w sobie...a na dodatek mam malutką firmę, w której sam jestem kierowcą...przepraszam, że jestem przewrażliwiony na swoim punkcie.
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...