-
Liczba zawartości
7 223 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
599
Zawartość dodana przez marboru
-
Staram się jak mogę by forum poza Sezonem nie zamarło... ...czasami niestety wydaje mi się, że na to niestety nic się nie poradzi Taka to niezimowa prawidłowość pewnie Na szczęście jak dobrze pójdzie to za jakieś pół roku sytuacja się odmieni bugajson - tytuł filmiku - masz rację - dwuznaczny ...dlatego taki też tytuł nie tylko pierwszej z bajek ale także tytułu posta... W sumie byłoby bardziej dwuznacznie gdyby pojawiła się Tola... -------------------------------------------------------------------------- Uzupełnieniem tematu będzie jeszcze kilka informacji: Bolek i Lolek zadebiutowali w 1963 roku w odcinku zatytułowanym "Kusza". Wszystkie filmy z Bolkiem i Lolkiem powstały w Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej. Przez 23 lata nakręcono ponad 150 odcinków w 10 seriach oraz dwa filmy pełnometrażowe. Najobszerniejsza seria to Przygody Bolka i Lolka, która zawiera 63 odcinki. Pozostałe serie nie są tak obszerne, ale bazują na jednym ściśle określonym temacie, np. podróże po świecie, spędzanie wolnego czasu. Duet bohaterów szybko zdobył sympatię młodych i starszych widzów. Filmy z ich udziałem odniosły wielki sukces w kraju i za granicą. Były nadawane w wielu krajach na wszystkich kontynentach. W 1973 twórcy filmu wprowadzili na życzenie żeńskiej części widowni nową postać – Tolę. Pierwszy raz wystąpiła w odcinku zatytułowanym "Tola". W sumie pojawiła się w 30 odcinkach. Większość odcinków nie posiada dialogów. Wyjątkiem są filmy pełnometrażowe i serie z lat 80., gdzie głównym bohaterom głosu użyczały: Bolkowi – Ewa Złotowska, Ilona Kuśmierska, Lolkowi – Danuta Mancewicz, Danuta Przesmycka. Ostatnie filmy o Bolku i Lolku nakręcono w 1986 roku. Były to dwa filmy montażowe złożone z kilku odcinków z serii Bolek i Lolek na wakacjach i Bajki Bolka i Lolka rozdzielonych komentarzami. Filmy z przygodami niezapomnianego duetu chętnie oglądają kolejne pokolenia. W zorganizowanym przez TVP i Gazetę Wyborczą w 1997 roku plebiscycie "Dobranocka wszech czasów" Bolek i Lolek zajęli pierwsze miejsce przed Smerfami (II miejsce) i Wilkiem i zającem (III miejsce). Więcej na: http://pl.wikipedia.org/wiki/Bolek_i_Lolek
-
Nie wiedziałem w jakiej części Forum zamieścić kolejne wspomnienie... ...wspomnienie, do którego mam olbrzymi sentyment... - postanowiłem tego posta zamieścić w Sylwetkach i Zawodach... :D:D Przez całe niemalże dzieciństwo Oni byli blisko... To może dzięki nim również pokochałem sporty zimowe...? Oczekiwanie na pierwszy śnieg...mróz, lód...radość...czyż nie była taka jak u Nich? Tak była...tak jest. Sentyment jest do dzisiaj...i jak gdzieś widzę te dwie charakterystyczne sylwetki to zatrzymuję się na chwilę by popatrzeć. Bolek i Lolek - Zakochani w Zimie, narciarze. Pierwszy film pt. "Zimowe igraszki": [video=youtube;Zx_hZRZ5BE8]http://www.youtube.com/watch?v=Zx_hZRZ5BE8&feature=related "Zimowe zawody": [video=youtube;vNccqXE7ff4]http://www.youtube.com/watch?v=vNccqXE7ff4&feature=related No i na koniec nieco nowszy filmik...oczywiście, jeśli ktoś wątpił w umiejętności narciarskie Bolka i Lolka...film pt. "Slalom"...to były czasy Olimpiady w Sarajewie 1984... Było trudno znaleźć ten odcinek...ale udało się go zdobyć i wgrać na You Tube: [video=youtube;0c89GDtaZkM]http://www.youtube.com/watch?v=0c89GDtaZkM Czyż nie są to wspaniałe bajki ? pozdrawiam marboru
-
Walka odbyła się wczoraj... [YOUTUBE]http://www.youtube.com/watch?v=3NZqkX3g8ZQ[/YOUTUBE] [YOUTUBE]http://www.youtube.com/watch?v=79ydTSe7EeY[/YOUTUBE] [YOUTUBE]http://www.youtube.com/watch?v=D4t78ke5sFE[/YOUTUBE] Mariuszek, mój imiennik wygrał
-
Chodząc ścieżkami You Tuba natrafiłem na filmik, który nakręcono w Dolinie Goryczkowej a przedstawia wcale niemałą Lawinę... Przysypało 19 Narciarzy a czoło pędzącego śniegu miało 300m... ...na szczęście nikomu nic się nie stało:) Film przedstawia jakie Niebezpieczeństwo może czaić się w naszym jakże skromnym wycinku terenów narciarskich w Tatrach. [YOUTUBE] [/YOUTUBE]
-
Co tam najdroższy rower Świata... ...dużo lepszy jest ten najbardziej innowacyjny z wmontowanym NOSem [YOUTUBE] [/YOUTUBE] A tu mały Zonk... [YOUTUBE] [/YOUTUBE] Niezłe Czubki :D:D
-
80 000 Euro !!!...i to w dodatku bez przerzutek. Fajny artykuł na Pulskie Biznesu. Oczywiście wraz ze zdjęciem "wypasionego" Rowerku :eek: Wyprodukowano je w Kopenhadze i jest ich 10 sztuk...może ktoś się skusi? :D:D http://www.pb.pl/4/a/2010/05/05/Najdrozszy_rower_swiata
-
Dodam może jeszcze dla zainteresowanych filmik z innej wyprawy na tą Górę z roku 2008, w której uczestniczył także Piotr Pustelnik...wtedy niestety nie udało się zdobyć szczytu... W wyprawie uczestniczył również Piotr Morawski, którego niestety już z Nami nie ma - został w Himalajach na zawsze... ...o Piotrze był oddzielny wątek na Forum: http://www.skionline.pl/forum/showthread.php?t=10695 Annapurna moim zdaniem należy to czołówki najpiękniejszych ośmiotysięczników. [YOUTUBE] [/YOUTUBE]
-
Jak ewoluował Slalom?
marboru odpowiedział marboru → na temat → Zawody, wyniki, kalendarze, sylwetki ...
Odgrzewając Stary temacik... ...to jeszcze kilka klimatów z początków Narciarstwa Nauka Slalomu...? [video=youtube;4lno93KyIdM] Kilka wypasionych zdjęć, kilka pięknych Narciarek... [video=youtube;_6Ote8Mn028] Bardzo ciekawy filmik przedstawiający Super Wyciąg z tamtych czasów... Włochy - Val Gardena [video=youtube;TA69twDF1CE] ...no... ...pomysłowi to byli - trzeba im przyznać ) -
Niesamowity filmik... ...cóż nie tylko Narciarstwo to wiekowy Sport [YOUTUBE] [/YOUTUBE]
-
Annapurna Zdobyta !!! Kinga Baranowska, Piotr Pustelnik i Peter Hamor zdobyli Annapurnę! Tym samym Piotr Pustelnik został trzecim Polakiem w historii, który zdobył Koronę Himalajów! Wcześniej tego wyczynmy dokonali: Jerzy Kukuczka (jako drugi na świecie w 1987 r.) i Krzysztof Wielicki (1996 r.). Relacja z wyprawy, zdjęcia na następujących stronach: http://www.piotrpustelnik.pl/ http://www.kingabaranowska.com/ http://www.pza.org.pl/news.acs?id=329714 Wielkie Gratulacje dla Piotra Wielkie Gratulacje dla Kingi za wytrwałe dążenie do celu...czyli podobnie jak Piotr do Korony... Należy również zauważyć, że na Annapurnie Kinga jest 2 Polką po Wandzie Rutkiewicz.
-
Skąd się wziął Mnich nad Morskim Okiem. Po drugiej stronie Tatr, na słowackim Spiszu w Czerwonym Klasztorze, żył Brat Cyprian. Górale nazywali Klasztor Czerwonym od koloru cegieł, z których był zbudowany. Brat Cyprian pracował w klasztorze jako zielarz, aptekarz i lekarz. Poza tym zajmował się alchemią, wyrabiał materiały wybuchowe, produkował też lustra. Jego największym marzeniem było latać jak tatrzańskie ptaki, choćby orły. W tym celu przez długie lata pracował nad wykonaniem maszyny latającej. W końcu maszyna była gotowa. Wyglądała jak ptak i ryba zarazem. Zrobiona była z cisowego drzewa, a płótno zostało nasycone żywicą. Pewnego dnia Brat Cyprian zobaczył w lustrze, przez siebie wykonanym jezioro tatrzańskie, a nad jego brzegiem młodą śliczną pasterkę pasącą owce. Serce zrobiło mu mocniej, gdy usłyszał jej głos. - Czy pragniesz mnie poznać Bracie Cyprianie? Jeśli tak, to przyleć do mnie nad jezioro na swojej latającej maszynie. Czekam na ciebie - powiedziała pasterka. - Tak, przylecę do Ciebie! - krzyknął Brat Cyprian, że aż zadudniło w górach. Pasterka znikła z lustra. Wówczas usłyszał głos z niebios ostrzegający go przed lotem. - Latać mogą tylko ptaki, a ty jesteś tylko człowiekiem, usłyszał tajemniczy głos. Brat Cyprian popadł w zadumę. Nagle ni stąd ni zowąd pojawił się diabeł. - Ona czeka na Ciebie - rzekł. - Dobrze polecę nad jezioro! Odpowiedział Brat Cyprian. Diabeł aż zacierał ręce z radości, że przekonał Brata Cypriana do lotu, mimo ostrzeżeń niebios. Wytrwale pomagał mu w przeniesieniu maszyny latającej z Czerwonego Klasztoru na pobliski szczyt Trzech Koron. Brat Cyprian usadowił się w swojej maszynie latającej, rozejrzał się po okolicy, jakby się zawahał przed lotem nad jezioro. Zauważył to diabeł, który ponaglał Brata Cypriana do lotu. - Na co czekasz? Leć już! Krzyknął diabeł. Brat Cyprian wystartował, wzniósł się w powietrze, coraz wyżej, oddalał się od wzniesień Pienin i kierował się w stronę Tatr. Po paru godzinach lotu dotarł nad jezioro Morskie Oko. Nad jego brzegiem stała pasterka, jakby czekała na kogoś. Brat Cyprian wylądował nad brzegiem jeziora i wówczas dosięgła go kara niebios. Zerwała się burza z piorunami. Grzmot pioruna zmienił Brata Cypriana w skalny głaz, nazywany do tej pory Mnichem. W Pieninach echem rozległ się diabelski chichot. Jak chłop z Białego Dunajca umierał. W Białym Dunajcu żył chłop, który miał na imię Wojtek. Był to dobry człowiek, choć trochę dziwny, niezaradny, a niektórzy uważali go za trochę głupiego. Trzeba powiedzieć, że leniem nie był. W polu i w lesie pracował. Po jakimś czasie się ożenił z Jaśką z Murzasichla. Żył z babą w zgodzie, chociaż najłatwiejszego życia z nim nie miała. Wojtek sam nic nie potrafił zrobić, baba mówiła mu co i kiedy, a nawet jak ma robić. Jak miał drzewo rąbać, to musiała mu pokazać, jak się siekierę w ręku trzyma, jak przyszła pora na orkę, to baba zaprzęgała konia i najpierw sama orała, a potem chłop sam się brał do roboty. Za to pracował bardzo solidnie. Taki to już był Wojtek. - To dobry chłop - mówiła sasiadkom, a że trochę niedorajda to trudno, a gorzołki nie pije, nie pyskuje jak wasze chłopy. Wtedy sąsiadki milkły, bo z tych powodów nie miały łatwego życia. Jaśka nie mogła znieść tylko jednego przyzwyczajenia swego chłopa, a mianowicie kichania. Przy każdej robocie Wojtek potwornie kichał. Baba na wszystkie sposoby chciała chłopa z tego kichania wyleczyć, parzyła mu zioła, a nawet leki kupowała na jarmarku. Nic nie skutkowało. W końcu spróbowała swego sposobu. Baba wiedziała, że Wojtek strasznie bał się śmierci. Pewnego dnia powiedziała do Wojtka: - Pójdziesz do młyna po mąkę, tylko nie wolno ci kichać, bo umrzesz! Wojtek zaczął lamentować, co to będzie jak umrze! Stoi Wojtek przed młynem i myśli; - Jeśli wrócę bez mąki, to baba się będzie gniewać, a ja ze zmartwienia umrę, a jesli kichnę, to też umrę! Postanowił jednak wszystko zrobić, by nie kichać, wszedł do młynarza i po chwili zaczął kichać. Wojtek zaczął ubolewać, że zaraz umrze. Chociaż był głupawy, to dobrze wiedział, że nikt na stojąco nie umiera, więc położył się pod świerkiem i pokrzykiwał: - Umieram! Umieram! Tymczasem do worka z mąką zbliżała sie świnia, która zaczęła mąkę jeść. Wojtek sądził, że to przyszła śmierć po niego. Z tego jęczenia Wojtek się zmęczył i usnął. Jego baba niecierpliwiła się, co to też Wojtkowi mogło się stać i zaczęła go szukać. - Wstawaj Wojtek! zawołała baba Wojtek otworzył jedno oko, potem drugie: - To ja żyję - zwrócił sie do Jaśki. Baba powiedziała do swego chłopa: - Przyszła do mnie śmierć, która chciała cię zabrać za kichanie. Ostatni raz ci wybaczyła. Jeśli będziesz dalej kichał, to na pewno cię zabierze ze sobą. - Jesli nie będę kichał, to będę żył? Pytał Wojtek swej baby - Tak bedziesz żył bardzo długo. Odpowiedziała baba. Wojtek szybko wstał. Baba mu wybaczyła, że świnia zjadła mąkę, ale była zadowolona, że chłopa z kichania wyleczyła. Od tej pory Wojtek nie kichał, a nawet samodzielnie pracował.. Opracowanie: Stanisław Kałamacki.
-
Kontynuacja tematu w kolejnych artykułach. Śmierć grupy Diatłowa - nieznane szczegóły oraz inne tajemnicze przypadki fragment: Na Cholatczachlu (według wspomnień świadka z 1964-65 roku) grupa geologów wracała do bazy i znalazła się w podobnej sytuacji. Uczestnik grupy, B. Polakow, udający się na polowanie w tajdze nagle przeżył przypływ niewytłumaczalnego wręcz strachu i paniki jakby z tajgi w jego kierunku zbliżało się coś strasznego. Odczekał jakiś czas w barłogu, gdzie się ukrył. Kiedy geolog wrócił do kolegów okazało się, że wszyscy nie żyją. Kierownik grupy leżał twarzą do ziemi z wystrzelonym pistoletem, palił się namiot, który był zerwany z haków i omotany wokół ciała jednego z geologów. Trzeci ofiara leżała obok drzewa, czwartej nie było widać. Później sprawa została zamknięta a śmierć wytłumaczono zepsutymi konserwami. W tym samym miejscu, na przełęczy Purlachtyn-Sori (czyli „Przełęczy, która przynosi ofiary”) znaleziono trójkę turystów z Petersburga. Wszyscy leżeli twarzą do ziemi a kolor ich skóry był jaskrawożółty. Pod koniec 1970 roku radziecki statek wielorybniczy KK-0065 trzy dni ścigał kaszalota na Atlantyku. Zmęczony radiotelegrafista położył się odpocząć. Zbudziwszy się po dwóch godzinach marynarz ze zdziwieniem stwierdził, że wisi do góry nogami zaczepiony o ubranie. Statek płynie dalej jednak nikt nim nie kieruje, cala załoga zniknęła. Do dziś nie wiadomo co stało się z 30 osobami. Całość: http://www.infra.org.pl/historia-/zagadki-dziejow/654-nie-tylko-diatow-tajemnicze-zaginicia-w-rosji Oraz: Ucieczka z Góry Umarłych Dziwnym zbiegiem okoliczności na Górze Umarłych kilkukrotnie ginęły grupy składające się z 9 osób. Jedna legenda głosi, że dawno temu na górze życie straciło dziewięciu Mansów. Zimą 1959 roku w ten rejon wybrało się 10 turystów, jednak wkrótce jeden z nich musiał z powodów zdrowotnych zrezygnować z udziału w wyprawie. Tak więc pozostało ich dziewięciu... W przypadki można wierzyć lub nie, jednak prawie 40 lat później (opisana tu wyprawa miała miejsce 1999 roku, a szczegóły najnowszej wyprawy do Przełęczy Diatłowa zaprezentowano poniżej) uczestnictwo w wyprawie składającej się z 9 osób wywoływało mieszane uczucia. Kiedy spotkaliśmy się na dworcu w Swierdłowsku okazało się, że jest nas dziewięcioro. Ponieważ jednak trójka z nas nie mogła dołączyć do ekspedycji pozostali odetchnęli z ulgą. Mieliśmy jeszcze sporo czasu więc wybraliśmy się do miasta by spotkać się z tymi, którzy znali uczestników tragicznej wyprawy. Udało nam się odnaleźć Walerię Patruszewą, wdowę po lotniku, który jako pierwszy zobaczył z powietrza ciała zaginionych. http://www.infra.org.pl/historia-/zagadki-dziejow/912-ucieczka-z-gory-umarych
-
Dziesięcioletni, stiuningowany Author. Głos oddany.
-
Przeglądając internet natknąłem się dzisiaj na sprawę z przed lat mającą znamiona tajemnic na modłę sławnego Archiwum X... Przeczytałem cały artykuł z nie małym zaciekawieniem. Tragiczny finał wyprawy na Ural - 50 lat od zaginięcia grupy Diatłowa Na początku 1959 roku grupa radzieckich studentów wybrała się na trudną ekspedycję w góry Ural, z której nigdy nie powrócili. Jak się okazało zginęli oni w bardzo dziwnych okolicznościach, uciekając w popłochu z obozu, który rozbili na stoku wzgórza. Ich ciała nosiły ślady promieniowania, zaś relacje z tego okresu wskazywały na obserwacje dziwnych jasnych kul na obszarze, w którym się znajdowali. Akta sprawy utajniono, aby udostępnić je na nowo w latach 90-tych, ale dodały one sprawie tylko nowych pytań. Co zatem stało się z ekipą 9 narciarzy? Historia ta przypomina nieco niskobudżetowy horror. Dziewięcioro młodych studentów wybiera się na narty na Ural, aby nigdy nie powrócić. Ostatecznie ekipa ratunkowa natrafia na ich ciała. Okazuje się, że pięcioro z nich zamarzło na śmierć w pobliżu namiotu, jednak pozostała czwórka nosi znacznie bardziej tajemnicze obrażenia – zmiażdżoną głowę czy ucięty język schowany w śniegu jakiś kawałek dalej. Wszyscy jak się wydaje, uciekali nocą w przerażeniu ze swego obozu. Porzucając po drodze narty, jedzenie i ciepłe płaszcze dotarli oni śnieżnym zboczem do gęstego lasu, gdzie już nie mieli szans na przeżycie na 30 stopniowym mrozie. W owym czasie zdumieni historią śledczy nie zaoferowali wyjaśnień odpowiadających za śmierć studentów, upatrując jej przyczyny w „nieznanej sile”, następnie zaś opatrzyli akta dotyczące zdarzenia klauzulą „ściśle tajne”. Minęło pół wieku, ale tajemnica nadal istnieje. Jaka była natura owej „nieznanej siły”? Czy radzieckie władze starały się coś ukryć? W międzyczasie wysunięto różne hipotezy, które obejmowały niemalże wszystkie czynniki – od wrogich plemion, po śnieżnych ludzi (rosyjskie odpowiedniki Yetiego), obce istoty oraz sekretną wojskową technologię. - Jeśli miałbym szansę zadać Bogu jedno pytanie, to zapytałbym o to, co stało się w rzeczywistości z moimi przyjaciółmi tamtej nocy – mówi Jurij Juin – dziesiąty i jedyny ocalały członek ekspedycji. Judin zachorował i po kilku dniach wrócił z wyprawy. Los reszty jego przyjaciół pozostawał bolesną tajemnicą, którą starał się również wyjaśnić na własną rękę. -------------------------------------------------------------------------- Całość + zdjęcia możecie przeczytać na stronie: http://www.infra.org.pl/historia-/zagadki-dziejow/640-tragiczny-final-wyprawy-na-ural-50-lat-po-zaginiciu-grupy-diatowa
-
W posezonowym cyklu, ciekawostek, wspomnień postanowiłem stworzyć taki temat jak mity i legendy. W temacie tym będą zamieszczane stare przypowiastki dotyczące, Gór, Górali...być może znajdzie się coś narciarskiego ? Pierwsze trzy historyjki będą dotyczyć Zakopanego. Jak powstało Zakopane Przed wiekami pod Tatrami rozciągała się gęsta puszcza. Najbliższe ludzkie osiedla były w dolinie rzek Białego i Czarnego Dunajca. W głąb puszczy zapuszczali się tylko myśliwi, bo zwierząt i ryb było mnóstwo. Górale jedynie patrzyli na szczyty gór. Jeden gazda z Szaflar, a wołali go Piotr, był ogromnie ciekaw, jak tam jest pod Tatrami? Postanowił osiedlić się pod Tatrami. W swoją wyprawę zabrał tylko trochę jedzenia i ciupagę. Po długim marszu Piotr dotarł na maleńką, leśną polanę przy potoku. - Jest tu pięknie - tu zostanę, pomyślał Piotr. Następnego dnia Piotr zabrał się ostro do pracy. Rąbał las, suszył drzewo, a gałęzie i pnie palił, by ziemia była żyźniejsza. Gdy zgromadził odpowiednią ilość drzewa zbudował szałas, w którym zamieszkał. Na pozyskanej ziemi przez wyrąb drzewa uprawiał ziemniaki, owies, warzywa. Po pracy chodził na polowanie, łowił ryby w górskich potokach. Był szczęśliwym człowiekiem. Polanę, na której gazdował Piotr, ludzie z okolicznych wiosek nazywali "Kopana", a gazdę Piotra okrzyknięto Gąsienicą, a to z powodu pasiastego odzienia, w którym chodził. Później ludzie mówili, że Gąsienica siedzi na "Za kopane". A z czasem przyjęła się nazwa Zakopane. I tak już zostało. Pewnego dnia odwiedził Piotra jego najstarszy brat Jędrek. - Jak Ci się gazduje? - spytał młodszego brata. - Dobrze, mam swój szałas, małą gazdówkę, poluję na zwierzęta, łowię ryby. Jest tu pięknie! Tu już zostanę! - odpowiedział Piotr. - Baby nie masz - powiedział Jędrek. - A skąd ja tu babę znajdę? - spytał Piotr. - W naszej wsi jest piękna dziewka o imieniu Kasia, może wziąłbyś ją za żonę? Piotr z Jędrkiem poszli do wsi. Kasia okazała się śliczną dziewczyna, a i Piotr spodobał się Kasi. Rodzice ich pobłogosławili i wyprawili wesele. Młodzi zamieszkali w szałasie u Jędrka w Zakopanem. Po dwóch latach przyszedł na świat syn Szymon, później urodził się Paweł i córki Marysia i Hania. Synowie Szymon i Paweł byli myśliwymi i budorzami. Córki pomagały w domu i pięknie szyły i haftowały góralskie odzienia. Z czasem dzieci Piotra i Kasi założyli własne rodziny. I tak ród Gąsieniców się rozrastał. Wszyscy zwali się Gąsienice - postanowili więc, że będą dobierać sobie przydomki, po których można ich będzie odróżniać. W Zakopanem były rodziny Gąsieniców: Danieli, Kasprusi, Szymoszków, Bednarzy, Szostaków i wiele jeszcze innych. Do dziś się mówi, że w Zakopanem kapusta nie urośnie, bo za dużo jest Gąsieniców. O śpiących rycerzach. Od niepamiętnych czasów górale opowiadają o śpiących rycerzach w Giewoncie. W Kościelisku żył gazda Kuba, który był u zaśpionych rycerzy w Giewoncie. Było to tak, posłuchajcie. Kuba był doskonałym kowalem, najlepszym w całej okolicy, ponoć nie było lepszego. Pewnego dnia, do chałupy Kuby przyszedł stary człowiek i spytał: - To wy jesteście kowal Kuba? - Tak, to ja - odrzekł gazda. - Mam dla was sporą robotę, jest kilka setek koni do podkucia. Kuba zabrał narzędzia, podkowy i ruszył za starym człowiekiem. - A dokąd idziemy? - spytał Kuba. - Idziemy w kierunku Giewontu - odrzekł stary człowiek. Kuba znał legendę o śpiących rycerzach w Giewoncie, ale idąc ze starym człowiekiem w kierunku tej góry niczego nie podejrzewał. Nie mówiąc już o tym, że podąża do groty, w której śpią rycerze. Gdy stanęli przed grotą, stary człowiek podniósł głowę do góry i nagle rozległ się grzmot a potężny blok skalny się rozsunął. - Chodź za mną - powiedział stary człowiek. Wtedy Kubie serce mocniej zabiło, zdawał sobie sprawę, że idzie podkuć konie zaklętemu wojsku w Giewoncie. Szli krętymi korytarzami, aż znaleźli się w dużej sali. Przy ścianach spali rycerze, było ich tak dużo, że Kuba oczami nie mógł ich wszystkich ogarnąć. W drugiej sali były rycerskie konie. - Te konie masz podkuć - uśmiechnął się stary człowiek do Kuby. Kuba zabrał się do roboty i po dwóch dniach, podkuł wszystkie konie. Stary człowiek pochwalił Kubę za wykonaną robotę. Wkrótce otrzymasz należną zapłatę. Stary człowiek popatrzył na swoje wojsko, jeden z rycerzy wstał i zapytał: - Czy czas już wstawać? - Jeszcze nie, ale konie macie już podkute - odparł stary człowiek do rycerza - Idźcie spać. - A kiedy wojsko wstanie? - Jak przyjdą złe czasy dla kraju. A teraz idź do wsi, masz tu zapłatę za dobrą robotę - i wręczył Kubie woreczek pieniędzy. Kuba wyszedł z groty, obejrzał się, rozległ się grzmot, blok skalny się zsunął. Gazda poszedł do chałupy. Jeszcze parę razy chciał trafić do groty Giewontu, ale nigdy nie znalazł tej właściwej. Opowieść o dzielnym Giewoncie. Świat był kiedyś inny. Wielkie wody zalewały nasze ziemie. W głębinach żyły różne stwory. Był i smok. Swego czasu ożenił się z Magurą. Z tej miłości przyszły na świat ich dzieci, a było ich sporo. Synów mieli sześciu: Hawrań, Muran, Garłuch, Krywań, Wołoszyn, Giewont. Mieli tez córki: Świnica, Zolto, Niebieska, Skrajna, Pośrednia i Zadnio. Kiedy dzieci podrosły, wezwała ich dobra matka Magura i spytała, kim chcą być w życiu. Hawrań odpowiedział, że rybakiem, Murań - murarzem, Garłuch - śpiewakiem, Krywań - kowalem, Wołoszyn - pasterzem, Giewont, najmłodszy i najsilniejszy z braci, odrzekł: - Ja będę rycerzem, by moi bracia i siostry w spokoju żyli. Ja ich będę bronił. Brat Giewonta, Krywań, który został kowalem, ukłuł dla niego piękną zbroję. Giewont na murach zagrody stał i pilnował, by jakieś dziady nie podeszły. A siostry, jak to baby. Świnica koło świń gazdowała, Zolto i Niebieska odzienie dla chłopów szyły. Skrajna, Pośrednia i Zadnio w domu dla chłopów warzyły. Osobita była najbardziej urokliwa i zalotna. Oczka ku chłopom puszczała i pięknie się śmiała. Chłopcy się do niej zalecali, ale ona czekała na królewicza z bajki. Pewnej nocy się jej śniło, że nadszedł on z północy. I tylko w tamtą stronę świata patrzyła. Był sobie król Mróz, ziemią północy rządzący, a blada Zima była jego kochanką. Król Mróz dowiedział się o pięknej Osobicie. Wysłał posłańców ku niej, ale Giewont na murach stał, raz po raz ich przepędzał. Posłańców srogo pobił, a i kości połamał i za mur wyrzucał. Zezłościł się król Mróz na Giewonta i postanowił się zemścić. - Musimy go obalić, bo będzie z nami źle rzekł Mróz do Zimy. Radzili kilka lat, jakby Giewonta pokonać podstępem, bo siłą go wziąć nie sposób było. Aż uradzili. Zima się pięknie wystroiła w białe odzienie i zaczęła się ku Giewontowi zalecać i bałamucić go. A baby to potrafią, niejeden chłop rozum przez to stracił. A Giewont tez był chłopem i na widok pięknej i zalotnej Zimy serce mu zabiło, że aż zadudniło w górach. Zima bałamuciła Giewontowi: - O, mój kochany, najpiękniejszy, chodź do mnie. A Giewont tylko czekał na zaproszenie, zaczął się do Zimy przymilać. I tak ze sobą flirtowali. A wtedy przebiegły Mróz zamroził ziemię pod nogami Giewonta, lód zakuł go mroźnymi łańcuchami. Na te chwilę tylko czekali posłańcy Mroza. Przewrócili Giewonta, jakby zaraz miał iść spać. I stała się rzecz dziwna, giewont zapadł w sen. Za swym bratem Giewontem płakała piękna siostra Osobita, potoki i jeziora wypełniły się jej łzami. Król Mróz poprosił ja o rękę, jednak Osobita odmówiła. A Zima litościwa baba była. Ze żałości otuliła rycerza białą chustą ze śnieżnych płatków. I tak sobie rycerz Giewont cichutko śpi i spogląda na Zakopane. Opracowanie: Stanisław Kałamacki
-
bugajson - niezła nutka ...sprowokowałeś mnie do popełnienia jeszcze jednego utworu (to przez fortepian i "regionalną" nutę) Niezapomniane spotkanie rewelacyjnych muzyków...Leszek, Pat i przepiękna Ania [YOUTUBE]http://www.youtube.com/watch?v=MExihLTljzk&feature=related[/YOUTUBE] To ^^^ uczta muzyczna
-
Absolutne arcydzieło... [YOUTUBE]http://www.youtube.com/watch?v=ZFsxfucBmcs&feature=related[/YOUTUBE] Drugi absolutny klasyk... [YOUTUBE] [/YOUTUBE] To artyści, których się nie zapomina.
-
Kolejne wspomnienie z przed wielu, wielu lat...będzie dotyczyć Henryka Bednarskiego. Urodził się 11 grudnia 1882 r. w Płocku. W 1903 r. chcąc uniknąć - jak pisze Witold H. Paryski - służby w carskim wojsku, uciekł do Galicji i trafił do Zakopanego. Od razu uległ czarowi miejsca, a z czasem stał się "rasowym" zakopiańczykiem. Pracował przez lata jako murarz (np. między 1921 a 1925 przy budowie schroniska na Hali Gąsienicowej), ale zasłynął przede wszystkim jako świetny wspinacz, narciarz i ratownik TOPR. Wielką sławę przyniosło mu pierwsze przejście z towarzyszami osławionej południowej ściany Zamarłej Turni w 1910 r. (drogą nazwaną później jego nazwiskiem - przyp. aut.). Był też zdobywcą Żabiego Mnicha, Wyżniej Żabiej Przełęczy (wejścia letnie), a w zimie m.in. Mnicha, Zadniego Mnicha, Zadniego i Pośredniego Granatu, Gąsienicowej Turni, Małej Buczynowej Turni, Ptaka i Rohaczy (lata 1908-11). Warto przypomnieć, że wspólnie z narciarzami tzw. CAP-u (Polskiego Klubu Alpejskiego) z Wiednia w latach 1912-14 dokonał wielu poważnych wypraw narciarskich w austriackich Alpach, głównie w masywie Wysokich Taurów, choć nie tylko, np. na szczyt Hoher Sonnblick (3106 m) i Grossvenediger (3660 m), startował także z dobrymi wynikami w zawodach narciarskich w Austrii, w mistrzostwach tego kraju. W marcu 1910 r. Bednarski wystartował w pierwszych zanotowanych w źródłach zawodach narciarskich w Tatrach Polskich, na Hali Goryczkowej (był drugi). W czasach, kiedy jeżdżono z jednym bambusowym kijem, "alpenstockiem", był jednym z pierwszych zakopiańskich narciarzy, którzy używali dwóch kijków narciarskich. "Chłop był całą gębą" - piszą o Henryku Bednarskim Wanda Gentil-Tippenhauer i Stanisław Zieliński w książce "W stronę Pysznej". "Nie bał się głodu i chłodu ani na wojnie, ani na wycieczce. Zawsze i wszędzie dawał sobie radę: na nartach, w okopach i w codziennym życiu. I co ważniejsze, że nikt mu niczego nigdy nie miał za złe. Taki był huncwot, wesołek beztroski, towarzysz zgodny, do wszelkich wyczynów gotowy, kompan z fantazją i rogatym sercem. Narciarz i taternik świetny, należał do górołazów, którym sąd ludzki był zgoła obojętny. Trafił wszędzie, wlazł i przelazł, gdzie chciał i którędy chciał. Kierował się ochotą i fantazją. Lecz nie raczył się nawet zainteresować nazwą pokonanego szczytu lub przejścia". W 1926 ustanowił nowy rodzaj rekordu długimi rajdami narciarskimi w Tatrach, np. razem z K. Schielem przebył jednego dnia w 16 godz. trasę: Zakopane, Hala Goryczkowa, Kasprowy Wierch (bez kolejki), Wierchcicha Dolina, Zawory, Wrota Chałubińskiego, Morskie Oko, Opalone, Pięć Stawów Polskich, Zawrat, Zakopane. Gdy wybuchła wojna, włączył się w działania konspiracyjne - akcje przerzutowe na Węgry. W marcu 1940 r. został aresztowany przez gestapo, był więźniem katowni Podhala, willi "Palace", a następnie został osadzony w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Pod koniec wojny wraz z innymi współwięźniami został ewakuowany przez Niemców do obozu w Dachau. Tego marszu śmierci żelazne zdrowie "Bednarza" już nie wytrzymało. Zmarł 29 maja 1945 r. w Traunstein, w Bawarii, z dala od gór, które tak ukochał. Ciekawostka: Bednarskiego trzymały się dowcipy. Kiedyś pewna turystka, widząc "Bednarza" objuczonego zwojami lin w Dolinie Pięciu Stawów Polskich, zapytała: "A po co pan tyle lin dźwiga w górach?". Bednarski bez chwili zawahania odpowiedział: "Jest ciepło i parno, to żeby wieszać pranie". W latach 20. dał się sfotografować nago na nartach, kiedy zażywał kąpieli słonecznej podczas narciarskiej wyprawy w Tatrach, a zdjęcie ukazało się potem w jednym z czasopism. Jak na ówczesne standardy swoim zachowaniem złamał pewne reguły, a tak naprawdę kpił sobie trochę z nich. Źródła: www.naszkasprowy.pl www.z-ne.pl www.pl.wikipedia.org www.dziennik.krakow.pl www.ceper.pl Większość materiałów z powyższych źródeł przygotował WOJCIECH SZATKOWSKI
-
W Szwajcarii, na trasie z Zermatt do Verbier, w dniach 21-24 kwietnia odbyły się jedne z najtrudniejszych zawodów ski-alpinistycznych na świecie – Patrouille des Glaciers. Po raz pierwszy w historii cała trasa zawodów doczekała się przejścia przez polskich zawodników. Gigantyczna, 50-kilometrowa trasa z przewyższeniem ponad 4 tys. metrów ma także nowe rekordowe przejścia. Dotychczasowy rekord seniorów na trasie Zermatt – Verbier wynosił 6 godzin i 19 minut. W tym roku szwajcarski team: Florent Troillet, Martin Anthamatten, Yanick Ecoeur pokonał trasę w 5 godzin i 52 minuty! Seniorki Nathalie Etzensperger, Emilie Gex-Fabry, Marie Troillet także poprawiły dotychczasowy rekord z 7 godzin 53 minut na 7 godzin i 41 minut. W ciągu doby, w jakiej odbyły się zawody (23/24 kwietnia), panowały dobre warunki pogodowe (brak zachmurzenia, maksymalna temp. minus 10 stopni na wysokości 3500 m n.p.m., zmrożony śnieg). Wszyscy zawodnicy startowali z centrum Zermatt, gdzie znajdowały się stanowiska telewizji szwajcarskiej oraz towarzyszyły zawodnikom tłumy kibiców. Trzeba podkreślić, że organizowane przez armię szwajcarską i doskonale promowane zawody Patrouille des Glaciers są świętem w Zermatt. Są jakby jedną z wizytówek tego kurortu narciarskiego. Na doskonałą organizację zawodów wpływa wiele czynników, m.in.: zakwaterowanie zawodników w hotelach w samym centrum (wraz z wyżywieniem), obsługa przez setki żołnierzy na trasie, punkty odżywcze i punkty medyczne na trasie, fosforyzujące trasery oraz liczne zabezpieczenia podczas pokonywania lodowców, a także rozwieszone liny do asekuracji. W tym roku w samych zawodach w nocy z 23/24 kwietnia wzięło udział ponad 360 trzyosobowych zespołów z całego świata (m.in. Szwecja, Norwegia, Belgia, Kanada, USA, Japonia, Nowa Zelandia i wiele innych). Impreza charakteryzuje się też tym, że 2 dni przed głównym wyścigiem są organizowane na trasie Zermatt – Verbier zawody wchodzące w skład Patrouille des Glaciers (z 21/22 kwietnia). Jednakże to druga edycja zawodów weszła do historii jako bardziej prestiżowa i przyciągająca większą liczbę zawodników. Jest poza tym jakaś magia tych zawodów, która ściąga kibiców nawet w najbardziej odległe zakątki trasy zawodów (Col de Riedmatten 2919 m n.p.m. czy Rosablanche 3160 m n.p.m.). Bycie zawodnikiem to jedno, ale również bycie kibicem na tej trasie to duże przeżycie. Uczestnicy zawodów startują z Zermatt, położonego na wysokości ok. 1616 m n.p.m. Pierwszy odcinek jest pokonywany biegiem (lub marszobiegiem), z całym sprzętem, ok. 5 km stromymi serpentynami na wysokość 2200, do osady Staffel (po drodze mija się piękne zabytkowe zabudowania pasterskie). Tam następuje zmiana „napędu” i wszyscy już idą na fokach przez Zmuttgletscher do Schonbiel na wysokości 2600 m n.p.m. Z tego punktu zaczyna się stromy odcinek trasy, wyznaczony bardzo długimi zakosami. Idąc stopniowo przez Tiefmattengletscher, następnie Stockjigletscher, dociera się do Tete Blanche (łagodnej przełęczy) na wysokości 3650 m n.p.m. Zasadniczo jest to najwyższy punkt na trasie. Tutaj też jest najmocniej odczuwana wysokość oraz zimno (dlatego tak istotna jest dobra aklimatyzacja przed tymi zawodami). Po krótkim pobycie w tym miejscu następuje zjazd zawodników związanych 30-metrową liną. (Poruszanie się z liną jest charakterystycznym elementem tych zawodów, prowadzonych pośród alpejskich lodowców). Zjazd w stronę przełęczy Col de Bertol (3268 m n.p.m.) przez lodowiec Glacier de Mont Mine, kontynuuje się (już od przełęczy bez związania liną) przez Plans de Bertol (2664 m n.p.m.) do głęboko położonej w dolinie Val d’Arolla – Arolli (1986 m n.p.m.). Teoretycznie jest to jakby połowa trasy, jednak kumulacja zmęczenia i trudności wywołują u zawodników problemy. Do pokonania jest prawie tysiącmetrowe podejście (częściowo po trasie narciarskiej) na przełęcz Col de Riedmatten (2919 m n.p.m.), z której zejście jest ubezpieczone linami. Kilkukilometrowy zjazd, a następnie długi trawers nad jeziorem Lac des Dix potrafią „wyssać” z zawodników ostatnie siły. A to nie koniec, gdyż teraz następuje strome podejście z La Barmy (2458 m n.p.m.) na przełęcz Rosablanche (3160 m n.p.m.). Notabene w tym roku zawodnicy, którzy startowali na trasie o połowę krótszej – z Arolli do Verbier, przestali być nad ranem wypuszczani na trasę właśnie ze względu na duże zagrożenie lawinowe, spowodowane intensywnym operowaniem słońca w rejonie tej przełęczy. Wielu zawodników w rejonie Rosablanche czekała miła niespodzianka – grupa muzykantów, dmuchająca w potężne trąbity. Dodatkowo rzesze kibiców skandujących nazwiska poszczególnych zawodników lub po prostu krzyczących nazwy państw, a także częstujących jedzeniem i piciem, dodawały energii. Z Rosablanche następował zjazd do wysokości 2764 m n.p.m. i stamtąd upragnione ostanie podejście (ok. 200 metrów deniwelacji) na Col de la-Chaux (2940 m n.p.m.). W tym miejscu chyba już żaden zawodnik nie mógł powstrzymać się od poczucia ogromnej satysfakcji i radości, gdyż pozostawał już tylko długi zjazd do mety po doskonale przygotowanych nartostradach. Zdjęcie nart z nóg na skraju miasteczka Verbier i bieg wśród szpaleru tysięcy kibiców był już samą przyjemnością. Wg dostępnych źródeł pierwszym Polakiem, który brał udział w Patrouille des Glaciers, był Józef Michalec. – Startowaliśmy w kategorii międzynarodowej – wojskowej o godz. pierwszej w nocy – wspomina major Józef Michalec. – To był 1996 rok. Moimi partnerami byli kpt. Piotr Ufir i kpt. Andrzej Błaszczak. Pamiętam, że startowaliśmy w białych mundurach wojskowych, a dodatkowo dźwigaliśmy ciężką radiostację. Braliśmy udział w zawodach na trasie Zermatt – Verbier, niestety, mieliśmy problemy techniczne i musieliśmy zakończyć zawody w Arolli. Ogólnie ciężkie były warunki pogodowe podczas naszego startu. Pamiętam, że przy zjazdach z Col de Bertol był miękki śnieg, a miejscami tworzyły się głębokie rynny i dziury bardzo utrudniające zjazd – wspomina obecny przewodnik IVBV Józef Michalec. Drugim Polakiem, który brał udział w zawodach na „krótkiej trasie” z Arolli do Verbier, był w ubiegłym roku Adam Klaptocz, który startował z dwoma Szwajcarami (Adam Klaptocz na stałe mieszka w Szwajcarii – przyp. red.). Jednak dopiero w tym roku cała trasa zawodów została pokonana przez Polaków. Startując z Zermatt 23 kwietnia o godz. 22, po 12 godz. i 25 min. (o 10.25 24 kwietnia), jako pierwszy metę zawodów przekroczył TOPR Team (Grzegorz Bargiel, Andrzej Mikler i niżej podpisany). O godz. 11.26 metę przekroczył po 8 godzinach i 26 minutach (startując o 3 nad ranem) team w składzie: Andrzej Bargiel, Mariusz Wargocki, Jacek Żyłka-Żebracki. Kolejnym Polakiem, który przekroczył linię mety, był Adam Klaptocz. Towarzyszyli mu Szwajcarzy: Adrien Mulon, Nicolas Lachance- Bernard. Zespół ten wystartował o godz. 22 i na mecie zameldował się po 16 godzinach i 49 minutach, o godz. 14.49. Polscy zawodnicy zgodnie stwierdzili po zawodach, że Patrouille des Glaciers to najtrudniejsze zawody, jakie kiedykolwiek przeszli (nie wyłączając Pierra Menty czy Trofeo Mezzalama). Wszystkie wyniki na stronie: www.pdg.ch Dodatkowo szczegółowe dane w/w zespołów: http://services.datasport.com/2010/winter/pdg/Team2458.htm http://services.datasport.com/2010/winter/pdg/Team2458.htm http://services.datasport.com/2010/winter/pdg/Team1068.htm Jakub Brzosko Tygodnik Podhalański
-
To chyba wstyd... ...ale dopiero dzisiaj rozpocząłem Sezon Wędkarski...no ale to pewnie przez narty :D:D Tak więc jeśli ma być rozpoczęcie to zanim napiszę co i jak...pozwolę sobie wkleić kultową piosenkę każdego "moczykija"... ...jest to mianowicie niesamowita piosenka Kabaretu Starszych Panów i imć Pana Wasowskiego oraz Przybory (właściwa "nutka" zaczyna się po ok minucie): [video=youtube;dFttaXuC0BM] Pobudka była o godzinie 3 rano... - szybkie pakowanie a tu już koledzy czekają pod bramą... Spinning, wodery, kamizelka i po godzinie jesteśmy na miejscu. Celem wyprawy jest przepiękna i urokliwa rzeka Iłżanka oraz jej ujście do Wisły w miejscowości Chodcza. ..dookoła zieleń, lasy łąki, odgłosy natury - pełen relaks Przynętami głównymi są woblery i wszelakiej maści "gumki". Do godziny 11 jest bardzo ładna pogoda, ciepło, słoneczko. Później niestety przychodzą chmury i powoli zbieramy się do domów. Łącznie we trzech łowimy metodą Spinningową 11 okoni, 1 kleń i 2 szczupaki. ...hehehe 8 okoni i 1 szczupaczek to moje sukcesy (otwarcie zatem udane). ...drugie ujęcie: Oczywiście wszystkie rybki w doskonałej kondycji wracają z powrotem do wody.
-
Niezła cena 3,6zł
-
Mieszkam już z moim nowym Państwem tydzień i jak widać, jest tu cudownie "przyciąć komara"...:)
-
Marek...:D:D Wikipedia wspomina o Tobie w innym dziale...a mianowicie, tu : http://pl.wikipedia.org/wiki/James_Cook
-
Może to nie będzie propozycja narciarska...ale z całą pewnością dotycząca Narciarzy. "Na krawędzi Życia i Gór" - Anne Sauvy to pozycja jaką ostatnio przeczytałem. O czym jest? Może przytoczę kilka słów od wydawcy... "...jeśli spojrzeć na wspinaczkę "z boku" to jest to bodaj najbardziej irracjonalny sport na świecie. Wejść, żeby potem zejść, a przy tym niemiłosiernie się namęczyć, wymarznąć, przeżywać chwile grozy. lęku, osamotnienia, narażać na szwank zdrowie psychiczne, do tego ryzykować inwalidztwem, a nawet własnym i nie tylko własnym życiem? zagrożeń w górach jest bardzo wiele i żadnym gwarantem nie są tu ani dyplomy, ani znakomita kondycja fizyczna, ani nawet wieloletnie doświadczenie. Z pomocą mogą przyjść ofiarni, górscy ratownicy. Ta książka jest właśnie o nich, a przy okazji jest świetną (na szczęście tylko teoretyczną" szkołą zasad górskiego bezpieczeństwa." Stanisław Pisarek Książka opisuje życie w największym centrum ratownictwa górskiego na świecie we francuskiej Dolinie Chamonix - PGHMie, czyli specjalnym Oddziale Żandarmerii Górskiej gdzie odbywa się przeszło 1000 akcji ratunkowych rocznie. Opisuje cały jeden Sezon pod koniec lat 90siątych. Jest tu wiele emocji, dramatów, szacunku i przyjaźni. "Na krawędzi Życia i Gór" to dokument bardzo ludzki, poruszający wiele ważnych kwestii takich jak odpowiedzialność w Górach (nas Narciarzy też to dotyczy), organizacja akcji ratowniczych i ich odpłatność, prewencja oraz rola lekarza, pilota itd. Bardzo ciekawa pozycja. Polecam.
-
Staram się, staram - może wreszcie zasłużę na te naklejki i naszywki od JC? :D:D







