Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. peszkod

    peszkod

    Użytkownik forum


    • Punkty

      4

    • Liczba zawartości

      531


  2. JC

    JC

    Administrator


    • Punkty

      2

    • Liczba zawartości

      16 751


  3. dareklewandowski

    • Punkty

      2

    • Liczba zawartości

      3 481


  4. Aldok63

    Aldok63

    Użytkownik forum


    • Punkty

      2

    • Liczba zawartości

      448


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 17.08.2010 w Odpowiedzi

  1. Tu więcej:) http://www.kocjan.pl/thumbnails-68.html
    2 punkty
  2. Zdrowia, pomyślności oraz cudnego sezonu narciarskiego (powiem herezję "i snowboardowego") 2010/2011. Pozdrawiam:)
    1 punkt
  3. Piotr nie ma co się martwić,jeśli planujesz taką sumę na zakup butów dla żony:),no może tylko co wybrać,ale to Ona zadecyduje ,jedynie przy Twojej pomocy.Modeli w tym przedziale cenowym masz mnóstwo,nie ma jakiś większych faworytów/jak dla mnie/,Michał podał przykłady z własnego doświadczenia,ja bym jeszcze dorzucił Nordica Olympia SM 8-10 ,ponoć wygodne buty,a zarazem z pazurem.Nie jeżdzę w damskich butach :pto trudno tak naprawdę doradzić,ale po męskich sądzę ,że budowa stopy Twojej żony może pasować do Salomona albo Heada,ja mam szczupłą stopę,ale też wysokie podbicie-atomici odpadają,Lange też:eek: Nie kupuj przez internet,żona musi przymierzyć,wybierzcie się do dobrze zaopatrzonego sklepu/może jeszcze nie czas/i niech sama wybierze wygodne i dobrze dobrane trzewiki narciarskie.Oglądając wcześniej prezentowany przez Ciebie film z urlopu narciarskiego wydaje mi się ,że raczej należy się skupić nad wygodą niż nad wydumaną twardością buta,flex 60-80 byłby odpowiedni. A może koleżanki z forum coś doradzą
    1 punkt
  4. Z tego co wiem, jeden z kolegow ze skionline moze sprowadzić co nieco - info na PW bo nie wiem czy chce być reklamowany
    1 punkt
  5. Salwer pogody i udanego pobytu!
    1 punkt
  6. Spóźnione Wszystkiego Najlepszego!
    1 punkt
  7. Odcinek czeskiej autostrady od naszej granicy do Lipnika. http://www.ceskedalnice.cz/prilohy/mapa-d47.jpg
    1 punkt
  8. 1 punkt
  9. Za te pieniadze "bez problemu":D znajdziesz dobre buty, w zasadzie powyżej 1200 zł to widziałem tylko Salomony Idole z systemem Custom Shell. Moja żona w zeszłym roku mierzyła chyba wszystko co wyprodukowano z damskich butów w przedziale twardości 70-90 i skończyło sie... na juniorskich Tecnicach Diablo. Generalnie z tego co pamiętam to raczej trzeba celować w wyższe modele bo te niższe są nastawione wyłącznie na wygodę czyli dają odczucie jakby sie włożyło nogę do worka z watą, wygodnie ale trzymanie chyba w jeździe będzie kiepskie. W przedziale 1-1,2 mierzyliśmy przyzwoite buty z Atomica (seria H), Dallbello (electra), Tecnica (Mega), Salomona (idol), Lange (Excllusive) i Nordica (Hor Rod) - ale zawsze coś nie pasowało do stopy, niższe modele jak wyżej pisałem pozostawiały już dużo do życzenia w kwestii trzymania więc na początku poprzymierzać trzebaby coś z tego typu sprzętów. I nie ma co sie dać zwieść oznaczeniu wysokiemu flaxa niższych modeli bo taki Atomic w serii B np jest zwyczajnie miękim i marnym butem do potrzeb całkowicie podstawowych - i tak generalnie wygląda to z każdą marką. Takie zakupy jest to kwestia nieco masochistyczna - tak towarzyszyć żonie w tego typu przymiarkach - szczerze współczuję:D:D
    1 punkt
  10. Eeee nie tylko w trakcie szkolenia narciarskiego:D:D:D Pozdrawiam Piotrek
    1 punkt
  11. Własne dzieci chyba jeszcze gorzej
    1 punkt
  12. Buty ważna rzecz! Moja żona poprawiła styl jazdy o 50% w sposób automatyczny po założeniu porządnych 4-klamrowych butów (przedtem jeździła w tylnowejściowych ) Co do sylwetki, to mam wrażenie, że gdyby wyciągnęła ręce do przodu i lepiej używała kijków poprzez nawet przerysowane zaakcentowanie skrętu, sylwetka sama się poprawi i przesunie do przodu. Chodzi mi o to, że Twoja żona jeśli używa kijka, to dotyka śniegu gdzieś na wysokości czubka buta. Jeśli zacznie go "wbijać" bliżej czuba narty, to powinno pomóc
    1 punkt
  13. Wiem to z autopsji (:eek: najgorzej się uczy własną żonę i nic nie zastąpi instruktora , One nas po prostu nie słuchają przynajmniej w trakcie szkolenia narciarskiego:cool:
    1 punkt
  14. W dniach od 15. do 23. września 2010 odbędą się w siedzibie firmy IKATUR w krakowskich Mogilanach specjalistyczne szkolenia, podczas których organizatorzy opowiedzą o wszystkich sposobach serwisowania i dostosowywania sprzętu do indywidualnych potrzeb. Więcej informacji: http://www.aktywnelato.pl/lato/?dzial=sprzet&co=newsy&id_txt=3740
    1 punkt
  15. Zdrowia szczęścia pomyślności i byś był zimny od kasy!!!
    1 punkt
  16. Zdrowia i nowego sprzętu a i żeby browarek zawsze zimny był
    1 punkt
  17. 1 punkt
  18. Najlepszego i Narciarskiego
    1 punkt
  19. Dołączę się do życzeń powyższych dokładając jeszcze gumowych tyczek i stopy śniegu pod deskami
    1 punkt
  20. Jakaś siła wyższa mówiła mi, że trzeba wyjść i zjechać Wywiad z najlepszym narciarzem wysokogórskim w Polsce działającym w Tatrach, rozmowa z Jarosławem Krzempkiem. Jego najbardziej intensywna działalność narciarska w Tatrach przypadła na lata 1988 – 89. Wówczas w Polsce skialpinizm był dyscypliną niemal zupełnie nieznaną. Był jednym z pierwszych, który dokonywał ekstremalnych zjazdów, m.in. Zachodem Abgarowicza. Uczestniczył w pierwszych zawodach skialpinistycznych organizowanych w Tatrach Polskich. Działał także w Alpach i na Kaukazie (na nartach zjechał m.in. z Elbrusa i Mt Blanc północną ścianą). Mieszka w Tychach. Zawodowo związany jestem z górnictwem - pracuje w kopalni. Żona – którą poznał dzięki pasji narciarskiej – jest instruktorką narciarstwa. Ma dwóch synów w wieku 12 i 19 lat, którzy są zapalonymi narciarzami. - Jak się u pana zaczęła przygoda ze skialpinizmem? - Od wczesnych lat młodzieńczych miałem do czynienia z nartami. W latach 1971 – 72 dzięki rodzicom miałem możliwość skorzystać z kursów narciarskich organizowanych w Bukowinie Tatrzańskiej. Miałem wtedy 9 – 10 lat. Wtedy zetknąłem się z nartami, nauczyłem się jako tako jeździć. W 1972 roku byłem pierwszy raz na Kasprowym Wierchu na nartach, co było wielkim przeżyciem, myślę, że większym, niż teraz wyjazd gdzieś do Aspen… Miałem wtedy 10 lat. Od najmłodszych lat interesowałem się też górami. Najpierw chodziłem z rodzicami na wycieczki, początkowo beskidzkie, potem tatrzańskie. Coraz trudniejsze. W liceum po górach chodziłem latem i zimą, zainteresowałem się kwalifikowaną turystyką i wspinaczką. W 1981 roku, gdy zacząłem studiować, zapisałem się do Klubu Wysokogórskiego w Gliwicach. Zrobiłem kurs taternicki. Jednocześnie, chodząc po górach i wspinając się także zimą, oraz posiadając umiejętności narciarskie, stwierdziłem, że to może być przyjemna rzecz: poruszanie się na nartach po nieprzetartych szlakach. Sprzęt skiturowy we współczesnym pojęciu nie był wtedy w ogóle dostępny. Trzeba było podchodzić na butach z nartami na plecach i dopiero na szczycie, bądź przełęczy można było przypiąć narty. - Czyli pierwsze zjazdy poza trasą odbył pan wychodząc z nartami na plecach? - Oczywiście. W 1985 roku przez przypadek poznałem w Murowańcu sympatyczne towarzystwo turystów z Żar, które zareklamowało mi Narciarski Rajd Tatrzański. Dzięki poznanemu wówczas Witoldowi Kwiatkowskiemu udało mi się wciągnąć na listę uczestników. To był XXX Rajd Tatrzański. Trasa prowadzona była przez pana Zbigniewa Siudaka, wspaniałego człowieka i doskonałego narciarza wysokogórskiego. Bazą była Tatrzańska Łomnica. Przez czas trwania Rajdu zjechaliśmy m.in. ze Sławkowskiego Szczytu, Baraniej Przełęczy, Polskiego Grzebienia, Rohatki. Trasa kolejnego Rajdu miała swoją bazę w Popradzkim Stawie. Tym razem zaliczyliśmy takie szczyty, jak Kończysta, Krywań, Rysy od południowej strony. Organizowaliśmy też towarzyskie wyjazdy, np. na Babią Górę. Babia Góra po jakimś czasie stała sie dla mnie „Świętą Górą”. Moi rodzice kupili i wyremontowali u jej podnóża starą chatę. W związku z tym stałem się tam częstym gościem na stokach Babiej. Babią Górę mam zjeżdżoną od A do Z, niemal każdy żleb, czy żlebik. - Wdzięczny obiekt narciarski, zwłaszcza, gdy w Tatrach jest lawiniasto. - Jak najbardziej, ale nie należy zapominać, że na Babiej też można spotkać się z lawinami, Północne stoki mają charakter alpejski i przy niekorzystnych warunkach są narażone na lawiny. Trzeba o tym pamiętać planując zjazdy w tę stronę, natomiast południowe stoki są łagodniejsze, ale może tam wystąpić niebezpieczeństwo poparzeń słonecznych. W 1986 roku ukończyłem kurs na pomocnika instruktora Polskiego Związku Narciarskiego. Byłem w grupie prowadzonej przez instruktora wykładowcę, pana Adama Maraska, znaną postać, wieloletniego zastępcę naczelnika TOPR. Tam nabierałem doświadczenia w jeździe trasowej i pozaprasowej. Kurs był organizowany na Hali Gąsienicowej, - Miał pan solidne podstawy, zarówno od strony narciarskiej, jak i zimowego taternictwa. - W 1987 roku zrobiłem kurs instruktora PZN i zacząłem uczyć na organizowanych przez PTTK obozach narciarskich. Zacząłem częściej przebywać w górach. Wcześniej poznałem Monikę Janocik i Zbyszka Szymborskiego, którzy uczestniczyli w Rajdach Tatrzańskich. Monika i Zbyszek w tym rajdowym towarzystwie byli jednymi z pierwszych, którzy posiadali nowoczesny sprzęt turowy. - Kiedy i gdzie pan go kupił? - Pierwszego sprzętu dorobiłem się dopiero w 1989 roku. Oszczędzałem przez cały rok i pojechałem specjalnie do Austrii, by go kupić Wtedy na taki sprzęt trzeba było wydać ciężkie pieniądze. - Miał pan już spore obycie w górach, m.in. dzięki uczestnictwie w rajdach tatrzańskich. Jak wyglądało pana samodzielne wejście w góry – oczywiście na nartach? - W dużej mierze dzięki znajomości z Moniką i Zbyszkiem. Zbyszek pracował już wtedy w obserwatorium na Kasprowym, Monika zaczęła tam pracę dopiero później. Zbyszek był tam cały czas, miał kontakt bezpośredni kontakt z górami. Zaprzyjaźniliśmy się. Razem zaczęliśmy organizować coraz ciekawsze i trudniejsze wycieczki. On był bardziej niż ja zorientowany w temacie skialpinizmu oraz warunków, jakie w danej chwili w górach panują. W tym czasie poznałem też Karola Życzkowskiego i jego kolegów z Klubu Wysokogórskiego - Józefa Walę, Grzegorza Kabałę, Jerzego Zachorowskiego. Oni jeździli już wcześniej w Alpy i mieli obycie z wyższymi górami i terenem lodowcowym.. - Od jakich celów pan zaczął? - W 1988 roku, gdy miałem już nieco doświadczenia nabytego podczas rajdów i wypadów towarzyskich, organizowało się wyjazdy na Halę Gąsienicową, czy do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Zacząłem stopniowo, od takich celów, jak Kościelcowa Przełęcz, żleby schodzące z Kasprowego do Doliny Kasprowej, Niebieska Przełęcz, Żleb pod Mnichem, Granacka Przełecz, Buczynowa Przełęcz, no i solidna przełęcz, a zarazem moim zdaniem jedna z najładniejszych w Polskich Wysokich Tatrach - Hińczowa Przełęcz. Zrobiłem tam wariant przez Pola Śnieżne. Zjechałem też Zachodem Abgarowicza, i ze Zmarzłej Przełęczy Wyżniej. To był maj 1988 rok. - Chodził pan z partnerami, czy samotnie? - Akurat te wycieczki robiłem solo. Wtedy niezbyt wielu ludzi fascynowało się trudnymi zjazdami i ciężko było znaleźć partnera, który zdecydowałby się na tego typu rzeczy. Ja byłem jednak zdeterminowany, dysponowałem ograniczoną ilością wolnego czasu – jeśli wstrzeliłem się już w pogodę i warunki – chodziłem samemu. - Wspomniał pan o determinacji. Co pana tak przyciągało do skialpinizmu? Jaką miał pan motywację? - Trudno powiedzieć. Musiała być jakaś siła wyższa, która mówiła, że trzeba gdzieś wyjść i spróbować zjechać, sprawdzić się w trudnym terenie. To dawało przyjemność, aczkolwiek podszytą emocjami, strachem. Nie jest to ławy sport, nie wolno pozwolić sobie na popełnianie błędów. W trakcie trudniejszych zjazdach każdy błąd, zwłaszcza, gdy są niesprzyjające warunki, może się źle skończyć. - Zjazdy, których pan dokonał, były autorskie, bądź miały niewiele powtórzeń. Skąd czerpał pan wiedzę o tych formacjach? Czy zdarzało się w trakcie zjazdu, że chciał się pan wycofać, bo źle pan oszacował swoje możliwości? W tamtych latach trudno było chyba o informacje - nie było przewodników po tak ekstremalnych formacjach, ani relacji. Byliście pierwsi. - Zawsze starałem się przechodzić trasę zjazdu od dołu. Rzadko pozwalałem sobie - chyba że na sprawdzonych trasach - na zjazd z góry, bez wcześniejszego podejścia. Podczas podchodzenia oceniało się, czy tu się da zjechać, czy trzeba się zaasekurować, itd. Zdarzały się sytuacje, gdzie w danych warunkach było na tyle niebezpiecznie, że rezygnowałem z wyjścia dalej, bo nie rokowało to szans na bezpieczny zjazd. - Na jakie lata przypada pana najbardziej intensywna działalność w Tatrach? - 1988 i 1989, wtedy też Piotrek Konopka zjechał z Długiego Giewontu. Przypatrywaliśmy się tej drodze, w trakcie pokonywania Żlebu Kirkora. Ale ta ściana wymaga szczególnych warunków śniegowych. W tym czasie w trakcie przemierzania Tatr cały czas rozglądałem się za miejscami, z których da się zjechać. Zjazdy, jakich dokonali w późniejszym czasie Piotr Konopka (Zachód Grońskiego), czy Edek Lichota (z Przełączki za Turnią Zwornikową do Mnichowego Żlebu) stanowiły moje przyszłe potencjalne cele. Niestety nigdy nie napotkałem odpowiednich warunków, by pokusić się na nie. Tym bardziej gratuluję tym świetnym ski-alpinistom, że potrafili pokonać te i inne drogi i podnieść poziom zjazdów ekstremalnych w Tatrach Polskich. - Który zjazd utkwił panu najbardziej pamięci? - Zjazd z Hińczowej Przełęczy pokonywany samemu nowym wariantem przez „Pola Śnieżne”. Wszystko było nowe, nieznane. To chyba najładniejszy i najbardziej urozmaicony zjazd, niezależnie od wariantu. Najmilej go wspominam. Najwięcej strachu najadłem się na Abgarowiczu. Półka na zewnątrz jest mocno eksponowana. Padał śnieg, była lekka mgła, widzialność była słaba, choć to może akurat był plus, bo nie było widać ekspozycji, natomiast śnieg się osuwał, nie był związany. Ale jak już wspiąłem się na przełączkę, nie miałem innego wyjścia, jak zjechać… Było to trochę ryzykowne. - Dalej pan uprawia narciarstwo wysokogórskie, czy też odłożył pan narty turowe? Oczywiście, że z nartami się nie rozstałem, narty turowe zamieniłem na freeridowe, które dają większe możliwości w otwartym terenie. Gdy czas pozwala, zaglądam na tatrzańskie zbocza, ale już nie na te najtrudniejsze. - Dziękuję za rozmowę. Rozmawiała: Agnieszka Szymaszek Źródło: "Góry" 2010 Ps. Przykro mi ,też tylko robiłem: kopiuj,wklej ?
    1 punkt
  21. W historii taternictwa była to jedna z najgłośniejszych tragedii – w czasie wspinaczki na północnej ścianie Małego Jaworowego Szczytu zginął Stanisław Szulakiewicz, student Politechniki Lwowskiej, a w akcji ratunkowej Klemens Bachleda, znakomity przewodnik i ratownik tatrzański. Wydarzenia te w ciągu minionego wieku były wielokrotnie opisywane w prasie i wydawnictwach górskich. W setną rocznicę tej tragedii, która przypadła 6 sierpnia, warto jeszcze raz powrócić do tych wydarzeń i odtworzyć ich przebieg na podstawie wiarygodnych materiałów źródłowych. Mariusz Zaruski, pierwszy naczelnik Straży Ratunkowej, powstałego rok wcześniej TOPR, wpisał do Księgi Wypraw Ratunkowych drobnym, ale czytelnym i starannym pismem, przebieg akcji ratunkowej po Stanisława Szulakiewicza oraz Klimka Bachledę. Jest to zwięzłe sprawozdanie. Ponieważ już w sierpniu 1910 roku pojawiły się niedokładne, często fałszywe wiadomości o przebiegu tej wyprawy, szerzone ustnie i w czasopismach, dlatego Zaruski zdecydował się podać ścisły jej opis w porządku chronologicznym, co zamieścił w numerach: 21, 23 i 24 czasopisma „Zakopane”. Zarówno Księga Wypraw Ratunkowych, jak i obszerne sprawozdanie zamieszczone w wymienionym czasopiśmie, uzupełnione jeszcze późniejszą relacją, to podstawowy materiał faktograficzny dotyczący przebiegu wyprawy ratunkowej. Również artykuł Jerzego Żuławskiego – „Za zwłokami Klimka Bachledy”, zamieszczony w nr 21 tegoż pisma, a dotyczący akcji, w której Żuławski uczestniczył, wzbogaca wiedzę o tych wydarzeniach. Za wiarygodne źródło, dotyczące przebiegu wspinaczki na ścianie Małego Jaworowego, uznałem relację Jana Jarzyny, partnera Stanisława Szulakiewicza, który po wypadku samotnie wydostał się ze ściany, by zawiadomić Pogotowie. Jan Jarzyna po 50 latach opowiedział o tych wydarzeniach, co zostało opublikowane przez Ewę Kossak w „Przekroju” nr 15 w 1960 roku. Miał wówczas 68 lat. Nieraz tak bywa, że w starszym wieku pamięta się szczegółowo wydarzenia z młodości, a słabo te niedawne. Zatem wspomnienia Jarzyny sprzed pół wieku można by uznać również za wiarygodne, tym bardziej że tragedia ta pozostawiła trwały ślad w jego pamięci. Po tym wypadku zaniechał wspinaczek. Powróćmy zatem do wydarzeń sprzed stu lat. Próba zdobycia północnej ściany Małego Jaworowego Szczytu Stanisław Szulakiewicz, Józef Bizoń i Jan Jarzyna byli studentami Politechniki Lwowskiej i należeli do Akademickiego Klubu Turystycznego. Szulakiewicz wspinał się już od kilku lat i miał większe doświadczenie górskie. Rok wcześniej przeszedł z Bizoniem wschodnią ścianę Wysokiej, a 23 lipca 1910 roku, w dniu, kiedy została zdobyta południowa ściana Zamarłej Turni, Szulakiewicz, Bizoń, Jarzyna i Stanisław Menda poprowadzili nową drogę północno-wschodnią ścianą z Doliny Staroleśnej na Sławkowski Szczyt. Niespełna dwa tygodnie później wszyscy poza Mendą jechali furką góralską z Zakopanego do Jaworzyny, po czym udali się do Doliny Jaworowej z zamiarem dokonania pierwszego przejścia północnej ściany Małego Jaworowego Szczytu. Noc z czwartku na piątek spędzili w kosówce. Przed nimi piętrzyły się groźne ściany Jaworowych Turni. W nocy padał drobny deszcz, ale poranek był słoneczny. Pierwsi wstali Szulakiewicz i Bizoń. Kiedy pakowali sprzęt i żywność do plecaków i likwidowali biwak, doszło między nimi do sprzeczki, podobno o jakiś drobiazg – jak twierdził Jarzyna. Bizoń się obraził, powiedział, że rezygnuje ze wspinaczki, zabrał swoje rzeczy i ruszył w dół do Jaworzyny. Szulakiewicz zdenerwowany tą sytuacją pobladł na twarzy, ale po chwili uspokoił się. Podszedł z Jarzyną na przeciwstok, by stamtąd dokładnie obejrzeć północną ścianę. Przy bocznym oświetleniu promieniami wschodzącego słońca szczegóły rzeźby były świetnie widoczne. Sporządzili rysunek ściany z planowaną drogą. Wrócili na biwak, wzięli kleterki (trzewiki do wspinania), linę, żywność i po jednej parze butów. Resztę zostawili w maliniakach u podnóża ściany. Weszli w skały z lewej zatoki wrzynającej się w podnóże ściany, w której znajdował się duży płat śniegu. Początkowo piarżystymi półeczkami wspięli się do skalnej rynny, nią w górę, potem stromą płytą do trawiasto-piarżysto-skalnej załupy, którą w skos w prawo, ciągle w górę, pod koniec trudniej, do piarżystego kociołka pod ścianą szczytową. Nosi on obecnie nazwę Klimkowego Kotła. Szulakiewicz wspinał się z trudem, przeważnie na drugiego. Jarzynie wydawało się, że jest on myślami cały czas nieobecny. Po drodze ustawiali kopczyki, by w razie odwrotu ułatwić sobie orientację. Z kociołka bardzo stromą rynnę przeszedł na pierwszego Jarzyna. Po długim i mozolnym wspinaniu osiągnęli nad nim piarżystą platformę. Było południe – do szczytu zostało jakieś 150 metrów. Przed nimi pionowa szczytowa ściana – wiadomo, że nie będzie łatwo. Postanowili zrobić krótki odpoczynek. Zachmurzenie od rana wzrastało, a w południe chmury objęły już górne partie ścian, przechodząc stopniowo w mgłę, która utrudniała orientację. Trudno było ocenić, czy ściana przed nimi jest pionowa, czy też przewieszona. Znowu na pierwszego ruszył Jarzyna. Szulakiewicz asekurował go – był skoncentrowany i uważny. Stał jakieś 5 metrów poniżej Jarzyny, łączyła ich lina. Była godz. 13. Jarzyna rozpoczął wspinaczkę bardzo trudną, pionową ścianą. Wyszukiwał drobne chwyty, ale po kilku ruchach lewa dłoń stopniowo zaczęła się rozwierać i palce ześlizgnęły się ze skały. Odpadł – przeleciał koło Szulakiewicza i pociągnął go w dół. Obaj zaczęli spadać, ale nagle zatrzymali się. Kiedy Jarzyna się ocknął i uświadomił sobie, że żyje, zauważył, że znajduje się na wąskiej stromej półeczce. Lina zahaczyła wyżej za blok skalny i na szczęście się nie zerwała. Był potłuczony i miał pokrwawione palce. Podczołgał się wzdłuż liny w górę i na jej drugim końcu zobaczył Szulakiewicza, który leżał twarzą do skały. Jęczał, że boli go krzyż i łokieć. Jego stan był znacznie gorszy, chociaż spadł tylko 15 metrów, a Jarzyna prawie 30. Lina z manili o średnicy 28 mm wytrzymała. Szulakiewicz z ledwością przy pomocy Jarzyny wczołgał się na piarżystą platformę. Mieli z sobą „sygnałową świstawkę”, której użyli, ale nikt jej nie usłyszał, bo nikogo w tym dniu nie było w górnej partii doliny. Jarzyna rusza po pomoc szczytach przewalały się deszczowe chmury. Dwie godziny siedział Jarzyna przy Szulakiewiczu, który nie mógł się poruszać, i zastanawiał się, co robić. Potem przewiązał go częścią liny w pół oraz pod pachami i przywiązał do skały, żeby nie spadł. Nogi wsadził mu do plecaka i zostawił dwie tabliczki czekolady i pięć jabłek. Ze skały kapała woda – napełnił kubek i postawił obok na głazie. Wyjął chusteczkę, położył na cyplu skalnym, jako znak rozpoznawczy. Po wykonaniu tych czynności najpierw podszedł pod skałę, z której odpadł, po czym schodził znanym sobie terenem, szukając po drodze kopczyków. Nadeszła burza z deszczem i gradem. Ze ściany spływały kaskady wody, która wlewała się Jarzynie za kołnierz a wypływała bucikami. Dwa razy wbijając haki zjeżdżał na linie, dwa razy też spadał i tylko cudem udało mu się zatrzymać. Wreszcie dotarł do ostatniego cypla skalnego, pod którym była głęboka szczelina o szerokości 3 metrów między ścianą a zlodowaciałym płatem śniegu. Z tego cypla o wysokości 2-3 pięter nie mógł zjechać na linie, bo wjechałby do szczeliny pod lód, skąd nie było szansy na wydostanie się. Skoczył ponad szczeliną na płat śniegu, po którym zaczął się zsuwać na plecach – coraz prędzej. Palcami hamował, jak tylko to było możliwe. Przy spotkaniu z piargiem poderwał się na nogi i stopniowo biegiem wytracił prędkość. Doszedł do maliniaków. Znalazł worki, z których wydobył pelerynę i natychmiast ruszył w dół, do Jaworzyny, biegiem i szybkim marszem na przemian. Po drodze miewał zwidy, ale siłą woli chciał jak najszybciej dotrzeć do schroniska w Morskim Oku, gdzie już od dwóch lat był telefon, by zawiadomić o wypadku. Najpierw doszedł do Jaworzyny, potem do Łysej Polany, skąd ruszył w górę przez Starą Roztokę. Pod wieczór przestało padać i przejaśniło się. Kiedy był w rejonie Wanty, słońce zachodziło. Około godz. 10 dotarł do schroniska w Morskim Oku. Przekazał relację o wypadku i prosił o powiadomienie Straży Ratunkowej TOPR. Ale to nie koniec niezwykłego wyczynu Jarzyny. Zaraz potem udał się w nocy w drogę powrotną do Jaworzyny i dopiero około godz. 1 położył się spać na podłodze w miejscowej szkole. Potłuczony po wypadku, zszokowany, zdołał przebyć trasę o długości 30 kilometrów. Wyprawa ratunkowa po Stanisława Szulakiewicza „5 sierpnia 1910 roku o godz. 10 i 1/4 wieczorem wezwano mnie do telefonu ze schroniska przy Morskim Oku” – pisze w Księdze Wypraw Ratunkowych Mariusz Zaruski. – „Telefonował pan Jamrugiewicz, że pewien turysta przyszedł spod północnej ściany Małego Jaworowego z wiadomością, że on z drugim turystą spadli ze ściany. Ten zeszedł do schroniska, drugi związany został w ścianie. Proszą o pomoc.” Ponieważ w schronisku był w tym czasie przewodnik Jakub Wawrytko, Zaruski polecił mu, by wziął sobie kogoś do pomocy i z noszami oraz apteczką udał się na miejsce wypadku, a sam zaś zawiadomił członków Straży Ratunkowej. Przed północą pod wodzą Zaruskiego wyruszyli furką z Zakopanego do Jaworzyny: Klimek Bachleda, który miał już wtedy 59 lat, Henryk Bednarski, Paweł Kittay, Józef Lesiecki i Stanisław Zdyb, zabierając ze sobą sprzęt ratowniczy i żywność. W nocy znowu zaczął padać deszcz. Do Jaworzyny dotarli o świcie, gdzie dołączyli do nich przebywający tam akurat taternicy: Zygmunt Klemensiewicz, Roman Kordys, Aleksander Znamięcki oraz Wanda Jerominówna, która nie brała udziału w wyprawie ratunkowej. cdn.
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...