Jeśli narciarze poruszali się po różnych torach, to z faktu, że jeden z nich jechał szybciej, wcale nie wynika, że jeden doganiał drugiego.
O doganianiu można by mówić gdyby odległość pomiędzy nimi stale się zmniejszała, a tak nie było. Ona zależnie od punktów trasy obu narciarzy raz się zmniejszała, a raz powiększała.
Drążę temat tego określenia nie dlatego, żeby się czepiać,tylko po to, żeby ktoś mi za chwilę nie wyskoczył z punktem 4. "Kodeksu narciarskiego".
Więc popatrzmy, co mówi na ten temat "Kodeks narciarski" http://www.tkkf.org.pl/artykuly/53.html :
W momencie gdy doszło do zderzenia, żaden z nich nie zjeżdżał "bardziej z góry" niż drugi, więc punkt trzeci Kodeksu Narciarskiego nie a tu żadnego zastosowania.
TAK
NIE!
Po pierwsze nie był "cały czas wyżej", po drugie Kodeks Narciarski wcale nie używa pojęcia "wyżej-niżej" tylko bierze pod uwagę, który narciarz jedzie "z góry". A do kolizji doszło gdy żaden z nich nie jechał "bardziej z góry". W momencie zderzenia obaj jechali trawersem (tyle, że przeciwnym), a jedyna różnica polegała na tym, że jeden jechał szybciej, a drugi wolniej!
NIE!
Jeśli zrobisz stop-klatkę i powiększysz zdjęcie na cały ekran, to zobaczysz, że w poprzek stoku, po nasypie biegnie droga, na której nawet widać czerwony samochód.
Gdy pierwszy narciarz tę drogę pokonał, a drugi jeszcze nie, to wówczas nie byli dla siebie widoczni.
Zwracam uwagę, że przy karwingu głowa jest znacznie niżej niż przy jeździe techniką klasyczną, co powoduje, że pole widzenia jest jeszcze dodatkowo ograniczone.
Odnośnie "doganiania" pisałem już wyżej, nie będę się powtarzał.
To jest wniosek, jaki wysnułeś tylko i wyłącznie na podstawie swojego nastawienia do sprawy, a może nawet głównie do red. Jaworowicz.
Zwracam uwagę, że kursanci mieli do wykonania jakieś ćwiczenie i można przypuszczać, że ich zadaniem był możliwie szybki zjazd techniką karwingową, a nie "wożenie" się po stoku.
Nie wykluczam, że właśnie ćwiczyli techniki zawodnicze, na co może wskazywać duża kolekcja medali na ścianie mieszkania bohatera reportażu.
Taki wyrok byłby dla mnie zrozumiały i jego bym go nie kwestionował. Ale zapadł wyrok całkiem inny.
Ale przecież ten stok nie był zamknięty dla ruchu, tam pełne prawo mieli być także inni narciarze, z którymi ten pierwszy narciarz też mógłby się zderzyć!
Więc nie tylko drugi narciarz, ale także i pierwszy też miał obowiązek obserwować gdzie jedzie!
Ciekawe, jakiego argumentu poszkodowany by użył, gdyby zderzył się nie ze startującym po nim kolegą z grupy, tylko z jakimś całkiem obcym narciarzem, nie biorącym udziału w szkoleniu?
Twoje stwierdzenie jest bardzo słuszne, ale tylko tak długo, dopóki siedzimy w fotelu przed ekranem komputera
Jeśli ktoś się powoli zsuwa, to sobie może pozwolić na uważne śledzenie narciarzy na stoku. Natomiast fachowcom dobrze znany jest fakt, że im człowiek szybciej się porusza, tym bardziej jego pole widzenia ulega zwężeniu i widzi tylko to, co ma przed sobą. Dodatkowo, mózg zaczyna selektywnie odbierać bodźce, eliminując te, które jego zdaniem są mniej istotne.
Na TV-sat niedawno była seria filmów popularno-naukowych na temat ograniczeń ludzkiego umysłu, która m.in. to zjawisko demonstrowała.
A poza tym, to ponownie zapraszam do uważnego obejrzenia zdjęcia z miejsca wypadku. Ten stok tylko na pozór jest tak równy, żeby dało się go w całości objąć wzrokiem.
Każdy kontroluje (tyle ile da radę), a pomimo tego do wypadków wciąż dochodzi.
PS:
Żeby było ciekawiej, to Dekalog FIS umieszczony na stronach Stowarzyszenia Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN (SITN) nie tylko nic nie mówi o jakimś "wyżej-niżej", ale także w ogóle nic nie wspomina o jakimś zjeżdżaniu "bardziej z góry" lub "mniej z góry".
Oto treść pkt 3 Kodeksu Narciarskiego:
Tyle i tylko tyle!
Całość do sprawdzenia tutaj: http://www.sitn.pl/dokumenty/147,dekalog-fis.html