Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. fafek

    fafek

    Użytkownik forum


    • Punkty

      6

    • Liczba zawartości

      314


  2. marboru

    marboru

    VIP


    • Punkty

      3

    • Liczba zawartości

      7 223


  3. Mati1981

    Mati1981

    Użytkownik forum


    • Punkty

      3

    • Liczba zawartości

      354


  4. magnusDux85

    magnusDux85

    Użytkownik forum


    • Punkty

      3

    • Liczba zawartości

      288


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 03.06.2016 uwzględniając wszystkie działy

  1. To i ja się pochwalę tym, jak się niedawno sponiewierałem... ;-) A uprzedzając nieco ciąg dalszy, był rozmach, było na "bogato", "grubo", "epicko", "z bramą na pełnej k." itd. Od zawsze mi się marzyło pojechać na rower w Alpy i pojeździć tamtejszymi słynnymi drogami. W odróżnieniu od wyjazdów narciarskich, to trudne przedsięwzięcie pod względem logistycznym. Nie wystarczy pójść do biura turystycznego za rogiem i kupić wyjazd... Więc, gdy pojawiła się opcja wyjazdu w Dolomity na długi weekend późno-majowy, nie zastanawiałem się ani sekundy :-) Była przed wyjazdem mała nerwówka związana z obsuwą podczas przedwyjazdowego serwisu roweru, spóźniającymi się dostawami potrzebnego ekwipunku, ale koniec końców w środowy wieczór dosiadłem się do ekipy i ruszyliśmy w drogę. Cel: przedmieścia Canazei, samo serce Dolomitów. Narciarzowi raczej nie trzeba specjalnie przedstawiać okolicy, z punktu widzenia kolarza - wprost idealna baza wypadowa na okoliczne przełęcze. Z powodu bardzo dużego ruchu związanego z weekendem i sporego korka na Brenner, meldujemy się na miejscu z poślizgiem, ale czasu było wystarczająco na zrobienie zaplanowanej trasy. Jeszcze tylko posiłek, szybkie przepakowanie i jadymy z koksem :> Na początek krótki, dwukilometrowy zjazd z Penii do centrum Canazei, rondo, i początek pierwszego podjazdu trasy nazywanej: Sella Ronda. Nazwa nieprzypadkowa - drogi prowadzą w większości tymi samymi terenami, którymi w zimie można na nartach śmigać. Start w Canazei jest na ok 1400mnpm, pierwszą przełęczą do pokonania jest Passo Sella (2240m). W kolarskiej nomenklaturze podjazd należy do kategorii "HC", czyli najwyższej możliwej, 800m przewyższenia robi swoje... Ale jest on całkiem znośny :-) Droga wije się po serpentynach konsekwentnie w górę, dość stromo, ale poniżej granicy bólu. Wysokości przybywa, lasu ubywa, a przed oczami pojawiają się monumentalne skały Dolomitów. Po drodze mnóstwo napisów na asfalcie, ledwie kilka dni wcześniej prowadził tędy królewski etap Giro d'Italia. Wypatruję naszych, swojskich napisów, jednak wszędzie tylko Nibali i Nibali... jednak Włosi go kochają :-) Ja podążam w ciut wolniejszym tempie ( :-P ), ale póki co jest dobrze - intensywny początek sezonu nie poszedł na marne. Jest coraz wyżej, robi się chłodniej, a krajobraz coraz bardziej surowy, jedynie szosa niezmiennie z jednego zakrętu w następny. W końcu po niespełna godzinie, mogę zrobić zasłużony postój, pierwszy skalp zdobyty :-D Pogoda się pogarsza, jest ryzyko opadów, ale widoki mimo to przednie: Po kilku chwilach odpoczynku na Passo Sella, czas na dalszą drogę. I tu wychodzi brak doświadczenia... a konkretnie brak cieplejszej odzieży na zjazdy. Dzień był ciepły, ale popołudnie już takie nie jest, tym bardziej w górach. Chłód zabrał przyjemność ze zjazdu malowniczą szosą, ale zjazd ten był krótki, raptem kilkukilometrowy. Czas na następny podjazd: Passo Gardena. Przełęcz niższa od poprzedniej, dodatkowo start z większej wysokości, więc dość sprawnie to idzie. Po drodze krótkie wypłaszczenie i jedzie się niemal przy samych ścianach skalnych, na horyzoncie już widać premię górską. Po wjeździe na przełęcz już nie zatrzymuję się na zbyt długo, żeby nie tracić ciepła i zaraz ruszam w dół. Ten zjazd już znacznie fajniejszy - długi, kręty i wymagający. Dobry asfalt, więc można poćwiczyć technikę. Obok serpentyn łąki, którymi prowadzą trasy narciarskie, miejscami jeszcze trzymają się resztki śniegu. Jeszcze tylko przejazd przez miejscowość Colfosco i zaraz koniec zjazdu w Corvarze. Tam podobnie jak zawodnicy na Giro, kieruję się na południe na przełęcz Passo Campolongo. Podjazd jest jeszcze krótszy, prowadzi z ok 1560m na 1875m, ale jak cała okolica, również bardzo malowniczy. I czas na kolejny zjazd i znów ćwiczenie opóźnienia hamowania przed zakrętami. Na dole już widać Arabbę. W miasteczku krótki pit-stop, tankowanie wody w fontannie przykościelnej i czas na ostatnią górę tego dnia: Passo Pordoi. Będzie to mój jeden z ulubionych podjazdów - umiarkowanie stromy, 33 numerowane serpentyny i 9km/647m do pokonania, by znaleźć się na wysokości ponad 2230m. Nogi cały czas dobrze "podają", więc i tą górę udaje się bez problemu podjechać "na raz" (wcześniej tylko Campolongo było z przerwą, ale zdjęciową) Na szczycie widać, że słońce już będzie się chować, a nad Canazei straszą ciemne chmury. Przede mną jeszcze najdłuższy, kilkunasto-kilometrowy zjazd. Bez zbędnej zwłoki ruszam na dół. Jest moc i full gaz :-D. W połowie zjazdu wjeżdżam na odcinek, którym zaczynałem dzisiejszą trasę. Jeszcze kilkanaście ponumerowanych zakrętów, rondo w Canazei i krótki podjazd do mety. I można urządzić sjestę. Bilans dnia to ok 68km, przy 2,5km przewyższenia. Średnia słabiutka, więc jej nie podam :-P cdn...
    4 punkty
  2. Dzień 3W ostatni dzień chcieliśmy wybrać się na szczyt ośrodka Stubaj od strony platformy widokowej, gdzie widoki są najładniejsze wg. mnie. Ośrodek trochę dziwnie to rozwiązał, bo do góry można było dojechać orczykiem, ale kolejne 300 m na nartach pod górę. Przeszliśmy patrzymy otwarta trasa 6 orczyk widmo stok o 13 jeszcze wyratrakowany . By nie iść dalej zjeżdżamy w dół. Facet obsługujący orczyk trasę na słowo Hello nawet nie odpowiedział, chyba się zdziwił, że ktoś zjechał . Widok z tego miejsca (góra trasy 6): Żeby było ciekawiej myśleliśmy, że tylko jedna restauracja jest otwarta w całym ośrodku jednak okazało się, że knajpa w tym miejscu również funkcjonuje: Po pewnym czasie jedziemy w dół niestety narciarka musiała lecieć do szpitala z użyciem helikopotera: Ok 13 byliśmy przy gondoli na liczniku 40 km w dół. To już koniec nartowania majowego... Zjeżdżamy gondolą w dół otwarcie auta i ciepło jak z pieca niezapomniane wrażenia . Po drodze zatrzymujemy się by podziwiać widoki i zamoczyć nogi w strumyku: Czy warto wybrać się na narty w maju? Pewnie, że warto można się najeździć chociaż km tras za dużo nie ma... ale za to widoki po nartach pozwalają na postawienie kropki nad i. Pozdrawiam,magnusDux85
    3 punkty
  3. Jutro będzie tydzień jak odwiedziłem Międzybrodzie Żywieckie, a dokładnie bardzo fajny, treściwy podjazd. Jeszcze niedawno myślałem, że w tym rejonie znam już wszystkie asfaltowe podjazdy, a tu się okazało że jednak nie! A więc możemy na szczyt wjechać z dwóch stron, ul. Widokową lub Akacjową, początek obu znajduje się bardzo blisko głównej drogi na Żar. Długość obu to około 600 metrów o średnim nachyleniu 12%. Przy okazji na szczycie mamy fajny widok. Poniższe zdjęcia przedstawiają właśnie początek podjazdu z jednej i drugiej strony plus widok z samej góry. Tak więc można zrobić sobie małą pętelkę, raz z jednej strony, raz z drugiej, ja tak właśnie uczyniłem. Po drodze zahaczyłem jeszcze o dolną stację kolei na Żar. A na koniec wracając do BB ponownie mój ulubiony Przegibek. Serdecznie pozdrawiam Maciek
    3 punkty
  4. Kasina W.Kilka nowych zdjęć z prac przy wymianie krzesła na Śnieznicy Fundamenty pod nowe podpory gotowe, część słupów starego wyciągu zostało już zdemontowane Trwa rozbiórka dolnej stacji krzesła Elementy podpór nowego krzesła Doppelmayer już przywieziono A dotychczasowe krzesło Tatropomy zapewne znajdzie sie w jakimś nowym miejcu pozdrawiam
    2 punkty
  5. Czas na zjazd! Ten będzie długi i bardzo kręty. Czyli tak jak lubię :-D Do wyboru zjazd na wysokość 1500m, lub na sam dół do Cortiny d'Ampezzo (1200m). Biorąc pod uwagę, że tym dolnym odcinkiem musiałbym potem z powrotem podjeżdżać, to mógłbym sobie go oszczędzić... ale i tak skończyła mi się woda, więc trzeba było zjechać na sam dół, dylematu nie było. Jak na złość, nie znalazłem nigdzie fontanny/kranu z wodą. We wszystkich kurortach okolicy jest tego pełno, po Cortinie jeździłem i nic nie znalazłem. W końcu udało się zlokalizować mały sklepik, kupić wodę, banana, by kontynuować przejażdżkę. Czas na Passo Falzarego i Valparola. To znów 1000m do zrobienia w pionie. Podjazd łagodniejszy, prowadzi tędy jedna z główniejszych dróg Dolomitów, jednak już tym razem nie siliłem się na ciągłą jazdę. Trudy etapu zaczęły dawać o sobie znać. Po koniec podjazdu otwiera się widok na Lagazuoi - kolejny monumentalny masyw okolicy. Prowadzi tam kolejka górska (startująca z Passo Falzarego), a także trasa narciarska. Po lewej mijam kolejny stok, gdzie nawet sporo śniegu się uchowało. Jadąc w zimie tamtędy było tu ustawione mnóstwo tyczek. Po wjechaniu na Passo Falzarego można kierować się w dół, w stronę Arabby, lub jeszcze kawałek wspiąć się - na przełęcz Valparola. I tu się udałem. Końcówka znacznie stromsza, ale podjazd krótki, więc za moment przystanek na celebrowanie zdobycia kolejnej góry (kolejne HC :-D) Stamtąd trasa zjeżdża do Alta Badii, a konkretnie La Villi. Po zjeździe odcina mi "prąd", całe dzisiejsze żarcie już zjadłem, więc zaczyna to słabo wyglądać. Już 95km, ale mnóstwo jeszcze przede mną. Postanawiam udać się na obiad w Corvarze, jak na złość wszystko pozamykane - sjesta. W końcu trafiam na otwartą piekarnię, gdzie serwują pizzę na kawałki - zjadam cztery, do tego drożdżówkę i powoli odzyskuję siły... Od tej pory jadę tą samą drogą, co dzień wcześniej, tylko w odwrotnym kierunku. Więc najpierw podjazd z Corvary i Colfosco na Passo Gardena. Z La Villi wychodzi ponad 650m przewyższenia. Idzie to bardzo mozolnie. Droga jest odwrotnością poprzedniej, więc przynajmniej nie muszę już sięgać po aparat foto, i tak już za dużo tych zdjęć :> Po wdrapaniu się na przełęcz, krótki zjazd na Plan de Gralba, by wreszcie zacząć ostatnią wspinaczkę tego dnia. Jeszcze tylko 360m na Passo Sella, a potem już z górki. Po drodze przejeżdżam obok masywu Saslong'a Jeszcze trochę, już niedaleko... Tym razem nawet się nie zatrzymuję na Passo Sella, tylko od razu cisnę w dół. Ten odcinek już znam, więc te kilkanaście kilometrów bardzo szybko zlatuje. Jeszcze tylko ostatnie 2km lekko pod górę do kwatery i koniec wyczerpującego dnia. Udało się! Ponad 130km i 4,9km przewyższenia.
    1 punkt
  6. Już nie przesadzaj... jak pisałeś w którymś z postów o przejażdżkach ze średnimi ~30km/h, to nie można powiedzieć, że nie ma kondycji ;-). Mi jadąc solo, rzadko kiedy się tyle udaje. Choć góry to trochę inna bajka, trzeba cisnąć podjazdy na codzień. Jest taka jedna fajna góra w PL, która profilem przypomina typowe alpejskie drogi, to Przehyba. Moim zdaniem idealna na sprawdzenie się - kilkanaście km podjazdu i prawie 900m przewyższenia. Na Sella Rondzie w zasadzie wszystkie podjazdy są łatwiejsze. Tylko jest ich więcej... ;-) ----- No dobra, to czas na drugi etap mojego "Giro". Pierwszy to tak naprawdę była przyjemna przejażdżka, drugi dzień, to już ciężka harówka, żarty się skończyły... Już przed wyjazdem zaplanowałem sobie, że to właśnie drugi dzień, będzie tym najdłuższym i najcięższym. Jako, że z każdym dniem ryzyko, że będę miał serdecznie dosyć roweru rosło, to trzeba było jak najszybciej odpalić największe fajerwerki Ty razem ruszyłem z kwatery w przeciwnym kierunku niż dzień wcześniej. Od razu pod górę drogą w kierunku jeziora i przełęczy Fedaia. Podjazd od strony Canazei jest relatywnie łatwy: lekko ponad pół kilometra przewyższenia i brak większych stromizn. Po Sella Rondzie nogi były trochę "ciężkie", ale jakoś się kręciło... Widoki prawie do samej góry raczej bez fajerwerków... no, nie licząc królowej Dolomitów - Marmolady. Passo Fedaia to właśnie to miejsce, nad którym góruje lodowiec i najwyższy masyw Dolomitów. Jak widać śniegu, zwłaszcza w górnych partiach, jeszcze mnóstwo - gdyby wyciągi były czynne, to można by pojeździć jeszcze na nartach. Czego na tych zdjęciach akurat nie widać, to na upartego dałoby się zjechać do samej przełęczy. Po przejechaniu wypłaszczenia wzdłuż jeziora otwierają się widoki na nową dolinę i zaczyna się zjazd w stronę miejscowości Malga Ciapella. Zjazd z ok 2050m, solidnie nachylony, trzeba się mocno pilnować, bo rower bardzo szybko nabiera prędkości. Podjazd od tej strony rysuje się na znacznie, znacznie cięższy. Po drodze mija się Malgę (1450m) i stację kolejki na Marmoladę. Odcinek kolejki, widoczny na zdjęciu poniżej, pokonuje 900m przewyższenia w jakieś 3 minuty! Ja kontynuuję zjazd, aż do miejscowości Caprile, położonej na ok 1000m. Stąd już skręcam w stronę słynnego Passo Giau. Czeka mnie teraz ponad 1,2km w pionie. Z początku jest płasko... Ale ten stan nie trwa długo i zaraz zaczyna się wspinaczka... I tak dojeżdża się na wysokość ok 1350m, krótki zjazd i rozpoczyna się oficjalny podjazd na Passo Giau. Podjazd najwyższej kategorii (HC), 900m w pionie, średnio 9% nachylenia. Tutaj żartów nie ma! Cały czas ostro pod górę, jedyne momenty wytchnienia, to mostki nad potokami. Oczywiście mnóstwo serpentyn, co trochę ułatwia jazdę. Mam mocne postanowienie wyjechania na raz i nie przeszkadza mi w tym nawet czerwone światło na wahadle na początku trasy (jakiś mały remont) :-D Widzę przed sobą dwóch kolarzy, w połowie drogi jednego z nich prześcigam, drugi cały czas 100-200m przede mną. Za chwilę przemyka obok mnie zawodniczka (kobieta mnie bije! ), chwilę później kolejny kolarz przejeżdża w takim tempie, że się zastanawiam, czy to nie jakiś PRO's, który zabłądził po wcześniejszym etapie Giro d'Italia. ;-) W końcu widać już przełęcz, jeszcze tylko ostatnie metry i... Jest! Udało się wyjechać! W wolnym tempie, ale bez przystanków. 2236mnpm. Zostawiam brykę na parkingu i idę pooglądać widoki. Nie wspomniałem jeszcze o tym, ale drogi Dolomitów są o tej porze roku oblężone przez motocyklistów. Do tego mnóstwo super-samochodów, gdzie Porsche'aki robią za auta dla ubogich ;-) Jest głośno na drodze, ale cóż, trzeba przywyknąć.
    1 punkt
  7. 85 km po Puszczy Kozienickiej. Cz.2...i ruszamy dalej.Wody dzisiaj pijemy dużo - jest nie tylko ciepło, jest również parno. Mijamy uroczą malutką rzeczkę o uroczej nazwie Leniwa... ...po odwiedzinach u Świętego Franciszka, a w zasadzie jego kapliczce pełnej drobnych pieniędzy... ...jedziemy już w stronę tutejszych malowniczych zbiorników wodnych.Na początek bagno przy "Diabelskim Mostku". Swoją drogą ciekawe czemu to miejsce akurat tak się nazywa? Docieramy do skrzyżowania szlaków i udajemy się w nieznane szlakiem rowerowym żółtym w kierunku "Rezerwat Pionki".Tutaj mam mój debiut - nigdy nie jechałem tą ścieżką, jedyne co, to śledziłem ten trakt przez gogle maps. Po kilkuset metrach docieramy do pierwszego ze zbiorników wodnych. Jest tutaj klimatyczny pomost a sama miejscówka z pewnością obfituje w ryby - znajdujemy się na terenie chronionym i nie wolno tu łowić ryb.Zbiornik dosyć spory z dostawą świeżej wody - przepływa przez niego maleńka rzeczka Żała. Może kilometr, może dwa i kolejne dzikie, piękne miejsce.To nazywa się Ostrownicą: ...Puszcza Kozienicka, to taka nasza nizinna mała Białowieża skrzyżowana z leśnymi rozlewiskami Biebrzy. Największe wrażenie robi na nas kolejne bagnisko znajdujące się niedaleko Rezerwatu Dęby.Magicznie... Powoli wyjeżdżamy z głębi lasu, teraz jedziemy jego skrajem mijając okoliczne wioski.Klimaty mojego dzieciństwa u dziadków......za młodu na takich stertach uprawiało się wspaniały freestyle. Powoli wracamy w rejony gdzie na rowerach kręcimy się na co dzień.Ostatni ciek wodny, malutka, z czystą wodą i żółciutkim piaskiem - Gzówka. W Jedlni Letnisko ponownie uzupełniamy płyny... również energię w BB i powoli spadamy do domu. Nie udały się kajaki - udały się rowery... rowery niemalże wodne.Pozdrawiammarboru
    1 punkt
  8. 85 km po Puszczy Kozienickiej. Cz.1Na weekend zaplanowany był dwudniowy spływ kajakowy...ale niestety towarzystwo przestraszyło się gwałtownych burz i niestety z biwakowania wyszły nici, z wyjazdu też.Szkoda, bo wędeczka, sprzęt naszykowany a burz ani widu, ani słychu w centralnej Polsce.Cóż było robić - by dzień "nie poszedł na zmarnowanie" postanowiliśmy z kumplem pocieszyć się wyprawą rowerową.To był pierwszy mój wyjazd w tym roku - lepiej późno niż wcale.Ponieważ najbardziej pasują mi, w szczególności w upały, trasy w lasach dzisiaj kierunek wyprawy mógł być tylko jeden - Puszcza Kozienicka.Nim jednak dojechaliśmy do lasu, po drodze kilka razy przystanąłem i sfociłem kilka mazowieckich klimatów :wink:Czy ktoś pamięta taką żołnierską piosenkę "Chabry z poligonów" Jerzego Rynkiewicza?Właśnie teraz jest pora na te śliczne, błękitne i delikatne kwiatuszki... Na jednym z małych wiejskich zbiorników wodnych prawdopodobnie Kokoszka Wodna z pisklętami...inna bardziej popularna nazwa tego małego ptaszka wodnego to Kurka Wodna. Przy szuwarach również kilka rodzin popularnych Kaczek Krzyżówek: Dojechałem do Jacka - patrzymy w niebo... ...czemu my na ten biwak nie pojechaliśmy we dwóch skoro reszta się wystraszyła pogody?Więcej tego błędu obiecujemy sobie we dwóch nie popełnić.Ruszamy.Po kilku kilometrach startujemy w Puszczy Kozienickiej w miejscowości Kozłów. Tutaj zapylamy po szutrze i pod górkę - w głąb lasu. Robi się mega ciepło, woda "paruje" nam z bidonów. Wjeżdżamy między drzewa w poszukiwaniu cienia i natykamy się na trasę maratonu rowerowego. Jedziemy nim kilkaset metrów, pod jedną, potem pod drugą górę i natykamy się na ukrytą w gęstwinie wierzę obserwacyjną.Na jej szczycie, w ciągu dnia, 7 dni w tygodniu pracuje pracownik leśny obserwując przez lornetkę, czy gdzieś w puszczy się nie pali.Wysokość tej konstrukcji (wokół Radomia spotkałem trzy takie budowle: niedaleko Wilcznej oraz na najwyższym szczycie województwa mazowieckiego - Altanie) jest imponująca. Zjeżdżamy z wzniesienia i wracamy do twardej drogi przeciwpożarowej - moje opony do jazdy w piachu, między drzewami nie bardzo się nadają.Docieramy do pobliskiego wybiegu dla koni i podziwiamy przez chwilę zwierzęta pełnej krwi arabskiej w barwach ulubionych przez Winetou. Teraz przed nami fragment drogi skrajem lasu - widoczki może nie górskie, ale niziny również mają coś w sobie magicznego. Wbijamy się ponownie w zieloną gęstwinę. Po kilku kilometrach trafiamy do jednego z pierwszych bagien Puszczy Kozienickiej... Pięknie zielono, "eksplozja" roślin.W tym miejscu decyduję, że pojedziemy dalej w głąb boru i tym razem zboczymy na szlak rowerowy żółty.Tam powinno być więcej poniższych klimatów... Uzupełniamy zapasy wody wyjeżdżając do uroczej wioski Stoki i...
    1 punkt
  9. Wczoraj wieczorem kolejne 15km - znowu miałem godzinkę. Tym razem pojechałem nad Jeziorko Czerniakowskie. Chciałem objechać je dookoła, ale droga była za bardzo dziurawa - może dokończę objazd, jak będę miał więcej czasu. Teren jeziora jest objęty ochroną i nie można się w nim kąpać, mimo że plaża jest. Mnie nie ciągnęło, bo woda śmierdziała.[ATTACH]33056[/ATTACH] [ATTACH]33057[/ATTACH]Na większości brzegów rosną chaszcze.Wracam się na wał szutrowy...... i żwirowy
    1 punkt
  10. Wczoraj wieczorem miałem godzinkę wolnego, to wskoczyłem na rower. Jako, że znudziła mi się jazda przy ruchliwych ulicach, pojechałem wzdłuż Wisły. Praca w polu trwa...Jako, że rzadko tu bywam, starałem nie tracić z widoku jednego punktu.Po kilku kilometrach zjeżdżam z wału. Mijam tory kolejowe, apartamenty, oczyszczalnię ścieków, po czym ląduję przy warszawskich ziemniaczkach :wink:Kanalizacji niestety tu nie ma...[ATTACH]32995[/ATTACH]Kręcę się trochę po spiralnych ulicach. Numery są tu trochę dziwne - jest 22a, 22b a potem 22e...Jedna z przydrożnych kapliczek.No i dojeżdżam do cywilizacji... Jak będą następne testy rowerowe, to wezmę MTB i przyjadę tutaj, żeby wypróbować resory :biggrin: Rekreacyjne 15km przekręcone.
    1 punkt
  11. Wychodząc z domu nie miałem ustalonego planu gdzie pojadę. Początkowo miały być okolice Lipowej. Po drodze korygowałem azymut i przez Szczyrk trafiłem do Wisły Czarne, a następnie przez Ustroń do Bielska. Wyszło tego ponad 80km i 1000m przewyższenia.
    1 punkt
  12. Wieczorny RadomJakoś w tym roku odpuściłem sportową jazdę......preferuję za to jazdę typowo turystyczną, a wręcz towarzyską.Dwa kółka, to zawsze jest dobry powód by wyrwać się z domu, spotkać z kolegami i znajomymi.Oczywiście numer jeden, to wyprawy leśne i te w głuszę poza miasto......ale te w gwarze miasta, w ciepły wiosenny wieczór? Równie są urocze.Dzisiaj miejsce zbiórki, to zbiornik rekreacyjny Borki. Potem pojechaliśmy do centrum. Najczęściej wykorzystywany w pocztówkach widoczek z Radomia: Wyremontowane, podświetlane wieczorem fontanny... Jedna z pięknych kamienic i knajpek na deptaku: Każdy powód by wyrwać przyjaciół z chaty i się spotkać jest świetny......a najlepszy ten rowerowy :happy:pozdrawiammarboru
    1 punkt
  13. Zdjęcia super! :applause: Tylko jak Ty ich tyle wrzuciłeś do jednego posta??? :wink: Moja relacja z dziś - jutro.A z jutra to pewnie pojutrze... :biggrin:
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...