Pierwszego dnia tłuścioch wycisnął mnie jak cytrynkę,więc w niedzielę postanowiłem zrobić krótszą trasę.Ale to nie znaczy,że było łatwo. Postanowiłem zrobić,jak to nazywam, "beskidzki klasyk" - Szyndzielnia, Klimczok, Błatnia. Wyjazd o podobnej porze jak dzień wcześniej i kierunek B-B,a dokładnie Gemini Park i stamtąd w górę. Początek to oczywiście piękna, asfaltowa ścieżka rowerowa. Już na wysokości szpitala dostrzegam korek,a na rondzie Policja zawraca samochody. Na szczęście rowerzystów puszczają. Jak się okazało, to z powodu ŚDM. Coś tam zorganizowano pod Dębowcem. Moje szczęście,że nie kolidowało to z moją trasą. Dojechałem do szlaku i zacząłem wspinaczkę. W tym samym czasie tuż za mną jechał inny rowerzysta,wyglądający profesjonalnie. Myślałem,że mnie szybko wyprzedzi,jednak ku mojemu zdziwieniu, to ja mu odjeżdżałem. Chyba całkiem nieźle z moją kondycją,skoro na grubasie mam całkiem niezłe tempo. Ale różnica jest zdecydowanie mniejsza niż mi się wydawało. Po drodze wyprzedziłem jeszcze jednego "górskiego wymiatacza".
Wspinaczka nie zajęła zbyt dużo czasu,ale słońca dało mi popalić. Gdzieś w połowie trasy nie było ani grama wiatru,za to grzało niemiłosiernie. Na szczęście później było już tylko lepiej i udało się nawet wyjechać jednym ciągiem na szczyt,a dokładnie to do polany koło orczyka. Tutaj podjechałem pod górną stację gondoli w poszukiwaniu jedzonka,ale ze względu na tłumy postanowiłem jechać dalej. No właśnie - odcinek koło orczyka. Tutaj chwila prawdy. Przyczepność opon tłuściocha pomaga,ale chyba ze względu na ciężar kół wspina się trudniej. Przydało by się jeszcze jedno wolniejsze przełożenie. Ale na normalnym góralu miałem podobnie.
Udało się,ale z trudem. Dalej kierunek Klimczok. To niedaleko i w większości po płaski,ale i tu mogłem docenić zalety szerokiego łapcia. Duża ilość luźno leżących kamieni zawsze wyraźnie utrudniała pokonanie wzniesień,zwłaszcza końcówki na sam szczyt Klimczoka,ale nie dla takiego roweru. Dość szybko delektuję się już tylko widokami. To też najwyższy punkt wyprawy. Dalej będzie już właściwie z górki.
Po odpoczynku ruszam na Błatnią. Teraz to już sielanka,ale niepokojąco wyglądały chmury nad Skrzycznem. Na wszelki wypadek podkręciłem tempo i nie dłużej jak po 20 min. dotarłem do kolejnego szczytu. Tutaj jest bar na dworze,więc można bez wchodzenia do środka i zostawiania bryki bez opieki sobie pojeść i napić się. Nie ma też takich tłumów jak na Szyndzielni. Niepokoją jedynie chmury.
Napojony, najedzony, ruszam w kierunku Wapienicy. Trasa bardzo przyjemna - w połowie to zjazd w połowie po płaskim,do tego jeden mały podjazd niemal na początku. Później ostry zjazd i jestem już nad zaporą. Fotka i kierunek lotnisko. Tam jeszcze przetestowałem nowy odcinek ścieżki rowerowej i czas udać się do domciu. Wypompowany,ale szczęśliwy.
Pozdrawiam,
Johnny