Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 02.09.2020 w Komentarze w blogu
-
Sobota – powrót do Lienz Padało w piątek wieczór i całą noc. W sobotę rano niebo było zaniesione, ale deszcz – pomimo pesymistycznych prognoz – ustał. Więc ruszamy w drogę, przez kukurydziane pola i karynckie wioski. Czasem zza chmur wyłaniają się zarysy gór. Nieopodal miejscowości Berg im Drautal trafiamy na drogowskazy do dwóch wąwozów – Ochsenschlucht i Geisslochklamm. Zaglądamy do drugiego z nich – wygodna ścieżka zmienia się jednak wkrótce w skakanie po kamieniach w korycie rzeki, a tabliczka oznajmia, że dalej szlaku nie ma. Próbujemy jeszcze kawałek, ale mżawka i śliskie głazy jednak zniechęcają i wkrótce zawracamy. W wąwozie: Dojeżdżamy do Oberdrauburga. Tutaj, przy kolarskiej metaloplastyce symbolicznie zamykamy pętlę naszej objazdówki – w lewo odchodzi droga na przełęcz Gailbergsattel, na którą wjeżdżaliśmy w niedzielę, a prosto prowadzi szlak w stronę Lienzu. I znów most graniczny między Karyntią i Tyrolem Wschodnim. Wiatr wzmaga się, na szczęście mamy go „w plecy”, więc nie przeszkadza. Nurt Drawy znów robi się bardziej rwący, a wokół wyłaniają się ponownie ostrzejsze kontury Dolomitów Lienzkich. 50 km do Lienzu - a właściwie do Leisach k/Lienzu - pokonujemy do około piętnastej – dziesięć minut później lunął deszcz i zaczęła się burza, która tłukła się cały wieczór. Ale mamy wyczucie czasu ! Spacer po lienzkiej starówce – niestety w strugach deszczu. Ulewa towarzyszyła nam też w drodze powrotnej samochodem, ciężko się jechało 11 godzin w deszczu , dopiero przed samym Szczecinem przejaśniło się. Za nami 520 km rowerowego szlaku oraz kilka krótszych i dłuższych wędrówek po górach. Pod powiekami wciąż obrazy sielankowych dolin z soczystą zielenią, lazurowych jezior i potężnych górskich pasm. W uszach wciąż brzmi szum rzeki i dzwonki alpejskich krów, których zapach też nam towarzyszył, nawet w większych miastach. Cóż, Austria latem zalatuje oborą, taki jej urok ! Było pięknie, kiedyś wrócimy, na pewno !5 punktów
-
Piątek: Drauradweg – w górę rzeki I znów pakujemy cały dobytek i jedziemy z sakwami. Do Lienzu, gdzie stoją nasze auta, mamy prawie 130 km. Powrót zaplanowany na dwa dni – żeby jeszcze coś zobaczyć po drodze i zostawić sobie rezerwę czasową na zapowiadane pogorszenie pogody. Dziś z Darkiem promujemy Pomorze Zachodnie i klubowe barwy. Na zachód od Villach Drawa płynie szerokim, spokojnym nurtem. To już pani Drawa, a nie jakaś narowista górska młódka . Brzegi obficie porasta niecierpek himalajski – inwazyjny, obcy gatunek, ale trudno mu jednak odmówić urody, zwłaszcza o tej porze roku. Przez uprawy sałaty i niezbyt ciekawe rolnicze wioski dojeżdżamy do Spittal an der Drau. Doprawdy dziwne nazewnictwo – z jednej stron jeden Święty Piotr (St. Peter), z drugiej Święty Piotr w Drewnie (St. Peter in Holz), a pośrodku szpital. Aż strach jechać! Trudno nam było doszukać się jakichś informacji o ciekawych obiektach w Spittalu, a nad kolejne letniskowe jezioro niespecjalnie mamy ochotę jechać, zwłaszcza w pochmurną pogodę. Zamiast zwiedzania wybieramy więc wycieczkę na Goldeck. Ciągnie wilka do lasu! Skidepot w lecie nieczynny, ale sakwy rowerowe można zostawić w kasie na dolnej stacji Goldeckbahn. No to jedziemy! Ośmioosobowa gondolka wwozi nas do góry – w dole zostaje miasto i wijąca się wstęga Drawy. Inne wyciągi w lecie pauzują, chcąc więc dostać się na szczyt Goldeck, decydujemy się na spacer szutrową drogą przez widokową polanę, w zimie służącą narciarzom. Szczególnie, że widoczność nieco się poprawia. Jest jednak zimno i nie da się ukryć, że te chmury nie zwiastują nic dobrego. W gryfusowym outficie: Cieszymy oczy górskimi krajobrazami: Dochodzimy do Panorama-Hütte, pod szczytem, na wysokości 2.100 m npm. Darek od dłuższego czasu wzdycha, że napiłby się już wreszcie piwa . Ale zanim siądziemy na tarasie chaty na zasłużony odpoczynek, to trzeba jeszcze zdobyć szczyt, pilnowany przez urocze, rogate stadko. Taka ciekawostka - w chacie można również zamówić do picia mleko prosto od tych rogatych piękności . No kto jest najmilszą krówką na hali ? A kto ma najładniejszą fryzurę ? Przy krzyżu na Goldeck-u, 2.142 m npm. Gdy my pstrykaliśmy sobie fotki, na postumencie siedział sobie starszy pan. Po chwili poprosił o pomoc w założeniu plecaka i o kulach pomaszerował szlakiem w dół. Myślę, że nie znalazł się tu przypadkiem. Szacunek! My zaś pomaszerowaliśmy do chaty, gdzie z radością odkryłam w karcie Germknödel w sosie waniliowym z makiem. Mhmhm! Ale pychota ! No dobra, trzeba spalić tę bombę kaloryczną. Idziemy z powrotem do gondolki i do naszych rowerów. Gdzieś po drodze gubimy szlak i dzięki temu mamy nadprogramowy podjazd do Pusarnitz. Hmm, nawet ładnie tu: Chmury gęstnieją, a my mijamy kolejne ładne miasteczka – Möllbrücke, Sachsenburg. Dolina Drawy zwęża się malowniczo. W wiosce Kleblach-Lind dopada nas zapowiadany deszcz. Miało padać od południa, rozpadało się dopiero po osiemnastej. Znajdujemy nocleg na kwaterze u miejscowych starszych państwa i kończymy dzień w wiejskim gasthofie.4 punkty
-
Czwartek – Wörthersee Po nieco ulgowej środzie we czwartek czekała nas dość długa pętla rowerowa, bo zrobiliśmy 109 km wzdłuż największego karynckiego jeziora – Wörthersee i wzdłuż Drawy. Początkowy odcinek naszej trasy biegł wspólnie z Alpe-Adria-Radweg. Jezioro postanowiliśmy przejechać wzdłuż południowego brzegu, gdyż po drodze chcieliśmy jeszcze zaliczyć atrakcję w postaci wieży widokowej Pyramidenkogel, którą siedem lat temu wybudowano na wzgórzu na południe od Maria Wörth. Można tam dojechać autobusem z miejscowości Reifnitz nad jeziorem, rowerem bocznymi drogami z Velden albo po serpentynach z Reifnitz. Wieża z różnych stron wydaje się mieć inny kształt – wrzecionowaty, klepsydrowaty, albo wręcz amorficzny i zdobyła jakieś cenne nagrody architektoniczne. Rdzeniem Pyramidenkogel jest szyb windy, wokół którego owinięta jest metalowa rura, w której można zjechać z zawrotną prędkością na dół oraz kręcone schody. Gdy się schodzi po schodach, to co chwilę słychać krzyki nieszczęśników, pędzących zjeżdżalnią w ciemnościach na złamanie karku. Można też zjechać z góry na tyrolce. Na wieży są trzy platformy widokowe, z których roztacza się wspaniały widok na okolicę. Wracamy nad jezioro. Podobnie jak Ossiacher See, Wörthersee jest mocno zagospodarowane i tylko gdzie nie gdzie da się zejść nad brzeg. Ale jak już, to jest bardzo ładnie – przejrzysta woda ma turkusowy odcień, a nieco śródziemnomorska zabudowa i mnogość wszelkiego rodzaju pływadeł przywodzi skojarzenia z chorwackimi miasteczkami nad Adriatykiem. Szkoda, że tego dnia nie mamy czasu, aby poplażować i popływać. Trasa wzdłuż południowego brzegu to jazda wąską, ruchliwą szosą, zwykle bez pasa dla rowerów. I choć austriaccy kierowcy jeżdżą raczej w sposób przyjazny dla rowerzystów, to tam jednak zdarzają się różni Sebixowie z Karynami, którzy muszą wyprzedzać „na gazetę” i z rykiem silnika swoich wypasionych gablot . Dojeżdżamy do Klagenfurtu, gdzie odbijamy w stronę przełęczy Loibl – nad Drawę. Długi, ale raczej łagodny podjazd bocznymi drogami do Maria Rain i ostry zjazd szutrowymi serpentynami przez las do Ferlach. A tam – inny świat! Po lewej majestatyczne Karawanki, po prawej jeziora zaporowe i leniwy nurt rzeki. Cisza, spokój, zieleń ... Jeszcze bardziej żałujemy, że jest już późno i nie możemy poopalać się na urokliwym kąpielisku w Ferlach, w takiej scenerii . Trzeba jechać. Nie zdążymy też tym razem powędrować wąwozem Tscheppaschlucht. Cóż, może kiedy indziej … Mamy za to piękny szlak Drawy. Krajobrazy w dolinie Rosental: Moi towarzysze wyprawy: Wieczorne klimaty: Ostatnie kilometry do Villach pokonujemy już o zmierzchu. Dobrze, że rano jechaliśmy już tym odcinkiem i wiadomo, czego się spodziewać. Rzutem na taśmę jeszcze zajeżdżamy na ciepłą kolację w mieście. To był długi dzień.4 punkty
-
Środa: dzień na luzie – rowerem dookoła Ossiacher See i Gerlitzen Po czterech intensywnych dniach zakwasy i „zmęczenie materiału” trochę już dawały się we znaki. Kolejny dzień potraktowaliśmy więc nieco ulgowo i zaplanowaliśmy krótszą, bo około pięćdziesięciokilometrową wycieczkę rowerową wokół jeziora Ossiacher See, znajdującego się blisko Villach oraz letnią eksplorację następnej narciarskiej góry – Gerlitzen, wznoszącej się nad brzegiem jeziora. Gerlitzen w lecie jest mekką paralotniarzy. Najpierw mieliśmy okazję podziwiać lądowisko u stóp góry. Na jeziorze też sporty wodne wszelkiej maści – żagle, kajaki, sup-y, windsurfingowcy i narciarze. Wodni – oczywiście. A jeziorko bardzo ładne i malowniczo położone w rynnie wśród wzgórz. Szkoda tylko, że praktycznie cała linia brzegowa jest zabudowana – prywatne domy, hotele, płatne kąpieliska, więc dostęp do jeziora jest mocno ograniczony. Bardzo komercyjne miejsce i dość zatłoczone. Ścieżka rowerowa biegnie praktycznie przy samej szosie i linii kolejowej, a nie przy jeziorze, więc wrażenia – takie sobie. W miejscowości Annenheim zostawiamy rowery w garażu podziemnym przy dolnej stacji wyciągu i malutkimi, czteroosobowymi gondolkami wjeżdżamy na stację pośrednią ośrodka Gerlitzen Alpe. Na peronie dystans społeczny i pandemiczna instrukcja zajmowania miejsc. Do gondolki mogą wejść cztery osoby z jednego gospodarstwa, albo dwie niemieszkające razem i należy cały czas być w maseczce. Pewnie podobnie będzie zimą. Nieco więcej dowolności jest na kanapie Gipfelbahn, wjeżdżającej na szczyt. Zaraz obok górnej stacji startują wspomniani paralotniarze. Można się również zapisać na lot w tandemie. Chyba fajna sprawa, zwłaszcza w takiej okolicy. Panorama ze szczytu jest imponująca – i to w każdą stronę. Na północy bielą się Wysokie Taury: Na południowym zachodzie widać ośrodek Dreiländerecke, który odwiedziliśmy poprzedniego dnia oraz Alpy Julijskie A na południowym wschodzie – jezioro Wörthersee i Karawanki Klagenfurt Drawa i jezioro Faaker See Wyciągi rozchodzą się gwiaździście ze szczytu, tylko śniegu brak … Na pocieszenie podskubujemy z krzaczków dojrzałe jagody. Mniam! Kwiatuszki… Postanawiamy zejść pieszo do pośredniej stacji, bo jest bardzo widokowo: Spotykamy szczęśliwe krowy Pośrednia stacja to również w lecie dość rozrywkowe miejsce – jakieś trampoliny, dmuchane koła, muzyka, gastronomia itp. Jeszcze chwila i jesteśmy znów przy jeziorze. Objeżdżamy na drugą stronę w nadziei, że uda nam się znaleźć jakieś mniej skomercjalizowane zejście do wody, ale w końcu lądujemy na trawiastej plaży przy restauracji. Kąpiel późnym popołudniem w krystalicznej wodzie górskiego jeziora mimo wszystko przyjemna. Temperatura wody – na pewno wciąż powyżej 20 stopni, a jeszcze kilka dni wcześniej było to 26 stopni. Ponownie kończymy dzień na starówce Villach. [cdn.]3 punkty
-
Cześć Dzięki serdeczne Mariusze! Nie no mówię Ci dla mnie to jest raczej niechciany horrorek - ten Jeziorak. O halsowaniu kajakowym pisałem. Jak masz solidny boczny wiatr to musisz płynąć zygzakiem bo inaczej Cię wywali. A wywrotka z towarem na jeziorze... sam wiesz, lepiej unikać. Wiesz nam bardzo rzadko zdarza się pływać dwójką - w tym roku nawet w dwójce ani ja ani Ewka nie siedzieliśmy, a to piąty spływ więc ten żagielek odpada. Ale... teraz płyniemy z dość sporym luzem czasowym i obiecuję, że jak będą warunki to postaramy się coś wymodzić i powiem Ci jak pracuje. Pozdrowienia serdeczne1 punkt
-
W schroniskach w weekend już od paru lat ciężko o nocleg , a utulnie w Zachodnich też są mocno popularne . Na Słowacji 10 Eur to nie problem za nocleg , a na kwatery są nieźle wyposażone fakt nie ma często jacuzzi i innych luksusów co kto woli. Od Salatyna dalej też jest ciekawie Odcinek Siwy Wierch - przełęcz Huciańska to prawdziwa perła Tatr Zachodnich, odcinek Rakoń - Salatyn jest bardzo atrakcyjny zimą , ze wszystkich szczytów można zjechać na nartach o umiarkowanych trudnościach1 punkt
-
@tanova super przygoda, super zdjęcia i relacja Miałem okazję śledzić Cię na bieżąco na Stravie i Fejsie. Ehhh wspomnienia ożyły, chęć podróży dalszych wzrosła Są duże szanse, że w Karyntii będziemy niebawem...i może się być na nartach Ale ciii bo zapeszę, wyjazd jest jeszcze mocno niepewny z różnych powodów. Dziękuję za relacje - w szczególności z "3 Granic" gdzie z Paulą spędziliśmy ostatni dzień na nartach w zeszłym Ski sezonie1 punkt
-
Dzięki za pobudzenie wspomnień. W tej okolicy spędziłem dwa urlopy (stacjonarnie) - łażenie po górach i wycieczki rowerowe po okolicy. Co do brzegów jezior to wszystkie są prawie całkiem zagospodarowane/zamknięte/prywatne. Poopalać się/odpocząć można tylko na wyznaczonych miejskich/prywatnych plażach, albo jeśli pensjonat w którym mieszkacie ma własny pomost (raz tak mieliśmy nad Wörthersee). Na Gerlitza mogliście zabrać rowery (specjalne zaczepy przy gondolach), a potem zjazd!!! Czekam niecierpliwie na sprawozdanie, gdzie udaliście się dalej?1 punkt







