-
Liczba zawartości
7 223 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
599
Zawartość dodana przez marboru
-
Dodam jeszcze filmik dotyczący afrykańskiej wyprawy...niestety w angielskiej wersji. [YOUTUBE] [/YOUTUBE]
-
- Mój najgorszy dzień? W tamtym roku. Wtedy pięciu mężczyzn zaatakowało mnie w Dakarze. Ranili mnie maczetą w lewą kostkę i stopę. Starałem się nie pozwolić im zabrać kamery i plecaka. Po tygodniu w szpitalu, z kilkoma szwami znów byłem na trasie! - opowiada Peter Gostelow, Anglik, który jedzie na rowerze z Londynu do Kapsztadu. Trasa liczy ponad 30,000 km. Przygoda zaczyna się w ciepłe miesiące 2009 roku. Peter Gostelow mieszkający na co dzień w angielskim Dorset kończy przygotowania do kolejnej wędrówki, wsiada na rower i wyrusza na południe. Gostelow to nauczyciel, ale na rowerze już swoje przeżył. W 2005 roku przejechał trasę Japonia - Wielka Brytania. Tym razem postanowił pokonać glob ziemski w innym kierunku. 16 sierpnia 2009 rozpoczął w Londynie swoją podróż do Kapsztadu. Incydent z senegalskimi złodziejami przytrafił się Anglikowi pod koniec 2010 roku. Potem Gostelow pokonał Kamerun i wjechał na najbardziej wymagający teren - Afrykę Środkową. Na szczęście (dla bezpieczeństwa) podróżuje teraz wspólnie z japońskim rowerzystą Hiromu. Rowery 'czują' już przebyte kilometry i nierówne drogi centralnej części Czarnego Lądu. - Okropne drogi w Nigerii dały nam popalić. Hiromu walczył długo z przednią zębatką. Po drodze zniszczyliśmy sporo sprzętu, który pomagają nam kompletować lokalni rzemieślnicy. Na razie to jakoś trzyma, ale mam nieodparte wrażenie, że w czasie jazdy czegoś w tym rowerze brakuje - mówi Gostelow. Anglik po Kamerunie podróżował jakiś czas bez wizy. Zdecydował się na to, po wizycie w urzędzie imigracyjnym. - Nie będę płacić nieuprzejmej kobiecie. Nie chciała przedłużyć mi wizy, a ja nie zamierzałem się z nią kłócić. Miałem zapłacić jakieś dodatkowe pieniądze - nie ma mowy - tłumaczy wzburzony rowerzysta. Magiczne litery Przy przekraczaniu kolejnych granic pomoc japońskiego współtowarzysza okazała się bezcenna. - Mieliśmy kilka problemów - wtedy do akcji wkraczał Hiromu. Pisał na karteczce jakieś szlaczki w swoim języku i mówiliśmy celnikom, że jeśli schowają je do kieszeni, to będą pod ochroną przed wszystkim złymi mocami. Nie mogłem oderwać oczu od ich twarzy zahipnotyzowanych tymi papierkami. W Afryce tradycyjne wierzenia wciąż mają niesamowitą moc oddziaływania - opowiada Gostelow. Gdzie tu spać? - W nocy rozbijamy namioty w pobliżu szkół. Mamy stałą procedurę: do wioski wjeżdżamy przed zachodem słońca i pytamy o pozwolenie wodza. Prowadzeni przez kordon towarzyszących nam dzieci rozbijamy później obóz i zaczynamy gotować. Przez siedem nocy jedliśmy kiedyś trzy miski ryżu (ok. 0,5 kg) wymieszanego w puszkowanymi sardynkami, kostkami maggi i jeśli mieliśmy dobry dzień, to dodawaliśmy jakieś pomidory i główki czosnku. Kiedyś nie mogłem skończyć mojej porcji i chciałem podzielić się z dziećmi, które obserwowały nas z odległości kilku metrów, stojąc gdzieś w ciemnościach. 11-letni chłopiec wziął miskę i zniknął z nią w mrocznej gęstwinie. Usłyszeliśmy kilka krzyków. Po minucie miska wróciła, bez ziarenka ryżu w środku - opisuje Anglik. Co dalej? Masa kłopotów Obecnie Hirumi i Gostelow odpoczywają w stolicy RŚA - Bangui. Tam przygotowują się do czekającej ich drogi. - Bangui wygląda jak wyciągnięte z kapsuły czasu. Miasto nad rzeką Ubangui to nasz ostatni przystanek w RŚA. Dalej czeka na nas Demokratyczna Republika Konga. To ekscytujące. Tysiące kilometrów drogi, po której mało kto podróżuje. Spodziewam się masy kłopotów. Gdzie będziemy się zatrzymywać? Pełno tu piachu, błota, z nieba leje się żar, są problemy z wilgotnością powietrza. Co będziemy jeść i czy znajdziemy zdatną do picia wodę? Dookoła bieda jakiej jeszcze nie widzieliśmy. To dla mnie najważniejsza część trasy. Jeśli nie okaże się ciężka, to będę rozczarowany. Mam nadzieję, że ukończę ją w jednym kawałku, z rowerem i kilkoma dobrymi historiami do opowiedzenia. Coś czuję, że będzie co wspominać - kończy Anglik, który ma za sobą już ponad 19 tys. km. Niedługo wsiądzie na swój rower i obok Japończyka ruszy dalej na południe, w kierunku Kapsztadu. O dalszych losach wyprawy będzie można przeczytać na OFF.SPORT.PL
-
Erhard Loretan. Śmierć z miłości do Gór - Ekstremalnie boję się śmierci - powiedział Erhard Loretan w 1995 roku, gdy jako trzeci człowiek w historii zdobył czternaście najwyższych szczytów Ziemi. Zginął w czwartek, w dniu swoich 52 urodzin. - Tam, gdzie inni wjeżdżali windą, on wybierał drogę po szklanej ścianie - wspominają go największe serwisy informacyjne. Dla Erharda Loretana czwartek miał nie różnić się niczym od pozostałych dni w roku. Rano wyszedł wraz z turystą na grań Grunhorn (4043m). Drogę znał doskonale, jak całe Alpy Berneńskie, gdzie będąc nastolatkiem, zaczynał swoją przygodę ze wspinaczką. Może to podmuch wiatru, może nagłe osunięcie śniegu spod nóg, a może coś, czego nigdy się już nie dowiemy, sprawiło, że jeden z najsłynniejszych alpinistów w historii runął w 200-metrową przepaść. Klient, któremu Loretan miał pokazać piękno gór, przebywa obecnie w szpitalu w stanie krytycznym. Wspinaczka to nie wyścig... ... uważał Loretan, chociaż tempo miał zawsze ekspresowe. Szwajcar zaczął się wspinać w wieku 11 lat. Cztery lata później zdobył alpejski Doldenhorn (3645 m) i tak to już było - coraz wyższe szczyty, zdobywane w coraz krótszym czasie wprawiały w osłupienie świat alpinistów i himalaistów. Na szczycie pierwszego ośmiotysięcznika stanął w wieku 23 lat (1982 rok, Nanga Parbat). Pozostałe trzynaście zdobył w trzynaście lat. - Wyścig - to słowo trochę tutaj nie pasuje. Nie wierzę, że to wyścig pomiędzy wspinaczami. Wymyśliły go media. Ale może się mylę. Jeśli ludzie chcą w to grać, to moim zdaniem rzecz polega na tym, żeby dojść na szczyt bez tlenu. Jeśli masz minimum etyki, to serce powie ci, czy wspinaczka była czysta czy nie - mówił Loretan na końcu swojej drogi po Koronę Ziemi. 40 godzin miłości Po raz pierwszy głośno zrobiło sie o nim w 1986 roku, kiedy w ciągu zaledwie 40 godzin, nocą, bez dodatkowego tlenu, wraz z innym szwajcarskim alpinistą Jeanem Troilletem, zdobyli Mount Everest. Potem zjechali do podstawy ściany kuluarami w trzy godziny. - Nie mieli przy sobie ani namiotu, ani nawet śpiworów. Wykorzystali okno pogodowe pod koniec pory monsunowej. Wystarczyło im jedno podejście. To była prawdziwa rewolucja - komentuje wydarzenie Daily Telegraph. Sam Loretan, niezwykle skromny człowiek, który zanim został przewodnikiem górskim zarabiał jako stolarz, po zejściu nie szukał dużych słów. - Naszym celem wcale nie było zdobycie Everestu w dwa dni. Po prostu mieliśmy szczęście. Myślę, że byliśmy młodzi, zakochani w wspinaczce, a kiedy jesteś zakochany, zrobisz wszystko. To nie było żadne poświęcenie, dla nas to było coś normalnego. Wcale nie myśleliśmy, że dokonujemy czegoś niesamowitego - powiedział na dole. Od kiedy w 1953 roku Edmund Hilary prowadzony przez miejscowego przewodnika Tenzinga Norgaya zdobył po raz pierwszy najwyższy szczyt świata, prawie 2 700 himalaistów podążyło jego drogą. Niedoświadczony wspinacz może zapłacić nawet 70 tys. dolarów, by zmierzyć się z Everestem. - Jeśli poszukamy analogii w wspinaczce po ścianach wieżowców, to w czasie gdy przewodnik wraz z turystą wsiadają do windy, Loretan mknie w górę po szklanej powierzchni - zachwycał się Szwajcarem Peter Hilary, syn Edmunda. Tego samego roku Loretan zdobył 38 szwajcarskich szczytów w 19 dni. Im krócej na górze, tym lepiej Prawie wszystkich podejść dokonał po alpejsku - obok Wojciecha Kurtyki był jednym z pierwszych, który wprowadził ten styl do wspinaczki wysokogórskiej. Wyznawał zasadę: 'im krócej na górze, tym lepiej dla ciebie', dlatego wspinał się bez zbiorników z tlenem, ograniczając do minimum sprzęt i czas wspinaczki. W 1995 roku po Reinholdzie Messnerze i Jerzym Kukuczce stał się trzecim himalaistą w historii, ktory zdobył Koronę Himalajów i Karakorum. - Ekstremalnie boję się śmierci - powiedział wtedy magazynowi L'Objectif. Nic jednak na to nie wskazywało. W tym samym roku zapuścił się w śnieżne bezdroża Antarktydy i odnalazł drogę na szczyt jednej z najwyższych, dotąd nienazwanej góry kontynentu, która wkrótce już znana była jak Mount Loretan. Zespół dziecka potrząsanego Legenda Loretana została w 2002 roku przyćmiona osobistą tragedią, która przerodziła się ogólnoświatową debatę. Nie mogąc uspokoić płaczącego syna, Loretan potrząsnął nim kilka razy, a później odłożył siedmiomiesięczne dziecko do kołyski. Nie zauważył, że niemowlę już nie żyło. Sąd skazał go za nieumyślne spowodowanie śmierci na cztery miesiące w zawieszeniu. Zwróciło to uwagę lekarzy. Nowe badania na temat potrząsania niemowląt wykazały, że to najczęstsza przyczyna ich śmierci, a w samych Stanach Zjednoczonych prawie 1,5 tysiąca dzieci rocznie doznaje poważnych urazów. Życie i pasję Erharda Loretana po czwartkowym wypadku opisywały największe agencje informacyjne. Artykuły zamieszczały New York Times, Guardian, Daily Telegraph, Independent i serwisy poświęcone wyłącznie wspinaczce. W dniu śmierci Erhard Loretan kończył 52 lata. Źródło: www.off.sport.pl ----------------------------------------------------------------------------------- RIP
-
Piękna zapowiedź nowego filmu o tematyce narciarskiej - "Retallack". Zobaczcie... [YOUTUBE]http://www.youtube.com/watch?v=WLIBIBeKGIs&feature=player_embedded[/YOUTUBE]
-
Piotrze, ze swojej strony - to co mogę zrobić, to przesłać maila do znajomych z linkiem do ankiety i prośbą o jej wypełnienie. Mam nadzieję, że będzie odzew
-
Po zimie nartom należy się regeneracja Zanim po zakończonym sezonie rzucicie sprzęt narciarski w kąt poświęćcie mu chwilę. Dlaczego warto to zrobić wyjaśnia Damian Osuchowski, właściciel serwisu narciarskiego Ski Tuning w Zakopanem. Wracamy z ostatniego wyjazdu narciarskiego w sezonie. Co potem zrobić z nartami? Ostrzymy je, smarujemy, czy czekamy z tym do kolejnej zimy? Damian Osuchowski: Warto po zimie zrobić generalny serwis polegający na wyrównaniu krawędzi, wyrównaniu ślizgów i posmarowaniu ich na gorąco. Potem powinno się je zcyklinować [zdjąć nadmiar smaru, który nie wchłonął się w ślizg narty]. Lepiej nie zostawiać nart zasmarowanych, co niestety wielu narciarzy robi. Jeśli narty z warstwą smaru stoją potem w wilgotnym miejscu, woda nie ma gdzie odparować. Jeżeli rdzeń jest drewniany, powoduje to jego gnicie. Takich zmian na oko nie widać, ale nieodwracalnie niszczy się wówczas konstrukcja narty. No właśnie. Gdzie narty przechowywać? Powinny przede wszystkim stać w suchym miejscu. Może to być piwnica, garaż, byleby nie było tam wilgoci. Czy należy jakoś je dodatkowo zabezpieczyć? Narty wystarczy spiąć ski-rzepami, żeby ocierające się o siebie krawędzie się nie tępiły. Żadnych dodatkowych ręczników, przykryć nie potrzeba. Poza tym, wiązania można skręcić na zero (do minimalnej wartości na skali), tak, żeby sprężyny, które się w nich znajdują, nie były cały czas ściśnięte. Ma to wpływ na długowieczność wiązań, ich precyzję i poprawne działanie. A co z resztą sprzętu? Jak zadbać np. o buty narciarskie? Warto używać płynów dezynfekujących. W większości dobrych serwisów i wypożyczalni są takie dezynfektory, ale można też użyć samodzielnie w domu preparatu do zwykłego obuwia. Buty można też zostawić lekko spięte, żeby skorupa trzymała swój kształt. Nie zasłaniamy ich od góry. Nie polecam też trzymać ich w miejscach, gdzie się kurzy, bo przez te kilka miesięcy w butach może nazbierać się sporo brudu. Jakie są najczęstsze uszkodzenia sprzętu spowodowane niewłaściwym przechowywaniem? Najpowszechniejszy problem to potężna rdza na krawędziach. Przez okres, kiedy narty są nieużywane, wchodzi w nią bardzo mocno. Żeby ją potem zlikwidować, trzeba ściągnąć sporo krawędzi. Wtedy narty szybciej się zużywają. Warto zwrócić też uwagę na ślizg. Niektórzy jeżdżąc na narty używają bagażników otwartych. Wówczas sól i brud z drogi wchodzą w narty, niszcząc ślizg. Sprzęt nadaje się potem do ponownego przesmarowania. Ile trzeba zapłacić za przywrócenie nart do porządku po sezonie? Od ok. 15 do 100 zł. Wszystko zależy od tego, jak bardzo narty są zniszczone i ile razy były serwisowane w trakcie sezonu. Czy posezonowy serwis nart skiturowych czymś się różni? Raczej nie. Ale warto przypomnieć, że takie narty po sezonie też potrzebują smarowania. Często narciarze, którzy chodzą na skitury, nie smarują nart, bo klej, który jest na fokach trochę gorzej wówczas trzyma się ślizgu. Wolą więc mieć je suche. Ale raz na jakiś czas smarowanie nie zaszkodzi, tym bardziej, że są już technologie produkcji fok, które nie wymagają kleju - tzw. foki nanotechnologiczne. One nawet po pełnym serwisie nart świetnie się trzymają. A jak zabezpieczyć foki po sezonie? Podczas użytkowania warto foki raz na jakiś czas przesmarować. To zabieg pielęgnacyjny, który przedłuża ich żywotność. Po sezonie wystarczy je skleić ze sobą, zabezpieczając dodatkowo folią ochronną, złożyć i schować do pokrowca. Ważne jest, by przechowywać je w suchym miejscu. Przed kolejną zimą znów musimy udać się z nartami do serwisu? Trzeba się wybrać do dobrego serwisu narciarskiego, by na nowo ustawić wiązania na odpowiedniej maszynie (Jet Bond). Po kilku latach użytkowania skala jest nieco przekłamana i np. 7 din może odpowiadać w rzeczywistości 6 dinom. Wszystko dlatego, że sprężyna, która jest w środku, traci swoją sztywność. Potem można już jechać na narty. Czyli nie trzeba ich ponownie smarować? Nie, można na nich trochę pojeździć. Pierwsze serwisowanie powinniśmy zrobić, gdy zobaczymy, że ślizg robi się siwy. To znaczy, że jest już przesuszony i potrzebuje natłuszczenia. Warto też na bieżąco dbać o stan krawędzi i zoli. Lepiej jest ostrzyć częściej, szlifując przy tym niewiele, niż odkładać to na koniec sezonu i pozbywać się wówczas znacznej grubości krawędzi, która najczęściej jest poszarpana, przyrdzewiała i wywinięta. Rozmawiała Barbara Suchy, www.narty.sport.pl
-
Co zrobiłeś dzisiaj dla obniżenia kosztów własnych? Co to jest Czartopłoch? Jak wyglądały pieniądze chlebowe, a jak smakował Sen Sołtysa? Nie wiesz? To znaczy, że koniecznie musisz odwiedzić te miejsca! Muzeum nie zawsze kojarzy się z pompatyczną martyrologią i rodami królewskimi. Czasem jest poświęcone rzeczom zwykłym, codziennym, a jego bohaterem może być przyjaciel z dziecięcych lat. Takie miejsca znajdują się i w naszym kraju, więc zapraszamy na subiektywny 10 TOP najbardziej oryginalnych muzeów w Polsce. 10. Muzeum Nietypowych Rowerów [YOUTUBE] [/YOUTUBE] 9. Muzeum Żaby [YOUTUBE] [/YOUTUBE] 8. Muzeum Guzików [YOUTUBE] [/YOUTUBE] 7. Muzeum Chleba [YOUTUBE] [/YOUTUBE] 6. Muzeum Ognia [YOUTUBE]http://www.youtube.com/watch?v=gRvZa44zuqI[/YOUTUBE] 5. Muzeum Siekier [YOUTUBE] [/YOUTUBE] 4. Muzeum Dobranocek [YOUTUBE]http://www.youtube.com/watch?v=NWHQpzE13mo[/YOUTUBE] 3. Muzeum Przestróg, Uwag i Apeli W Kopalni Złota w Złotym Stoku znajduje się Muzeum Przestróg, Uwag i Apeli. Jest ono kolekcją tabliczek ostrzegawczych, informacyjnych i propagandowych z czasów socjalizmu. Większość z nich wiąże się z przestrzeganiem przepisów BHP w zakładach pracy. W dzisiejszych czasach napisy typu: „Wejście do toalety tylko za okazaniem książeczki zdrowia”, „Pamiętaj, że urodziłeś się bez części zapasowych” czy „Rolniku, daj krowie, krowa da Tobie!” są zabawnym wspomnieniem. Obecnie znajduje się tam już około 300 tego typu uwag, przestróg i apeli. Miłośnik zwierząt, jedzenia i picia czy historii PRL-u, każdy znajdzie pośród nich coś dla siebie. Wiele z przedstawionych muzeów można zwiedzać za darmo, reszta to koszt sięgający kilku złotych. Są blisko, są oryginalne i na pewno uatrakcyjnią każdy wyjazd. Link do Galerii Zdjęć: http://zdjecia.polska.pl/katalog/galeria/slide,Muzeum_przestrog_uwag_i_apeli,pid,193401,gid,193215,cid,17.htm?sh=19 2. Prywatne Muzeum Diabła Polskiego Kolekcja Diabła Polskiego „Przedpiekle” posiada 1874 eksponatów. Uznana jest za drugą taką kolekcję na świecie pod względem ich liczby. Znajdziemy tam rzeźby, rysunki, grafiki, obrazy, plakaty, książki, nagrania audycji radiowych i telewizyjnych, które ściśle powiązane są z podaniami, legendami i opowiadaniami o Diable Polskim. W warszawskim muzeum dowiemy się ile minut ma kwadrans diabelski oraz jak z jaja, noszonego wiosną przez tydzień pod pachą, pozyskać diabła wychowańca. Niektóre eksponaty można obejrzeć pod linkiem: http://www.diabelpolski.eu/przedpiekle/eksponat.html 1. Muzeum Tanich Win Torreador, Bycza Moc, Mocna Zośka, Sen Sołtysa, Dziki Zachód, Komandos Strong, Drink Nadwiślański, Wino Patyk – to tylko nieliczne z nazw win owocowych, których muzeum znajduje się w Szklarskiej Porębie. Poza samymi trunkami w muzeum mieści się kolekcja etykiet i plakatów reklamowych tanich win, zwanych potocznie jabolami. Oglądanie ekspozycji może być połączone z degustacją, gdyż jak głosi jeden z plakatów „ Tanie wina są dobre, bo są dobre i tanie”. [YOUTUBE]http://www.youtube.com/watch?v=OUT01kipJA8&feature=player_embedded[/YOUTUBE] Źródło: TravelAdvisor.pl + filmiki, galerie: marboru PS. Dla mnie Hit - to Muzeum Siekier!!!
-
Kolejna bardzo ciekawa pozycja. "Góry na opak" - rozmowy z rodzinami himalaistów Rodzinom himalaistów góry wiele dają, ale niejednokrotnie jeszcze więcej zabierają - wynika z rozmów przeprowadzonych przez Olgę Morawską, żonę tragicznie zmarłego Piotra Morawskiego. "Góry na opak" to książka o górach tylko z trochę innej perspektywy niż zwykle się o górach pisze" - mówi o swojej książce autorka. Olga Morawska przejechała pół Polski, aby spotkać się z ludźmi, którzy na co dzień żyją górami, choć ich nie zdobywają - rodzinami himalaistów. Nazywa ich bohaterami drugiego planu. Rozmawiała zarówno z rodzinami tych, którzy już na zawsze zostali w górach, jak i z bliskimi osób, które wciąż jeżdżą na wyprawy, realizując swoją niebezpieczną pasję. Bliscy himalaistów nie wybrali sobie życia w cieniu "wielkiej góry" - zostało im narzucone z wszystkimi jego wadami i zaletami. "Zaczęłam pisać tę książkę, ponieważ chciałam zobaczyć, jak do pasji, jaką są góry wysokie podchodzą inne rodziny, które w taką pasję zostały wplątane. Miałam wrażenie, że nikt nie jest ciekaw tych bohaterów drugiego planu, a mnie akurat zaciekawili, ponieważ w jakimś stopniu dzielę ich historię" - powiedziała Olga Morawska. "Po pół roku zbierania materiałów i rozmów okazało się, że powód zaczyna się zmieniać. Napisałam tę książkę, żeby przypomnieć zapomnianych - tych, o których niewiele się już mówi. Przypomnieć ich wielkość i osiągnięcia przez pryzmat tego, co mają do powiedzenia ich rodziny. Nie miała być to książka o śmierci w górach, ale o ludziach gór i ich rodzinach: małżonkach, dzieciach, rodzicach czy rodzeństwie" - dodała autorka wywiadów. W książce znalazły się rozmowy o Andrzeju Zawadzie z jego żoną Anną Milewską, o Macieju Pawlikowskim z jego żoną Elżbietą, o Eugeniuszu Chrobaku z jego żoną Grażyną Jaworską-Chrobak, o Darku Załuskim z jego mamą Ireną, o Dobrosławie Miodowicz-Wolf z jej bratem Konstantym Miodowiczem, o Wandzie Rutkiewicz z jej bratem Michałem Błaszkiewiczem, o Piotrze Pustelniku z jego synem Pawłem, o Andrzeju Heinrichu z jego bratem Stefanem, o Andrzeju Czoku z jego żoną Wandą i o Jerzym Kukuczce z jego synem Wojtkiem. "Podziwiam Olgę za ten pomysł. Te wywiady dają obraz pewnej społeczności - ludzi czekających na swoich "szaleńców górskich". Temat od dawna wisiał w powietrzu, ponieważ ten sport od zawsze znaczony jest górskimi dramatami" - powiedziała Anna Milewska. Takim dramatem była śmierć zaledwie 32-letniego Piotra Morawskiego podczas wyjścia na Dhaulagiri (8 kwietnia 2009 roku). Celem jego wyprawy była wówczas zachodnia ściana Manaslu, a Dhaulagiri miało stanowić jedynie etap aklimatyzacji. Niestety, wpadł do 25-metrowej szczeliny i zaklinował się na 20. metrze. Nie udało się go uratować. "Po śmierci Piotrka zaczęłam przeglądać jego notatki i znalazłam tam dedykację dla mnie i dla naszych synów. To było jak pomachanie z zaświatów, bo bardzo chciałam, żeby nas doceniał za to, że czekamy i że jesteśmy tacy dzielni. Na pytanie, co jest najważniejsze w życiu Piotrek pewnie zawsze odpowiadałby, że rodzina. Ale motorem jego życia na pewno były góry" - powiedziała PAP Olga Morawska. Uzupełnieniem wywiadów są zdjęcia wykonane przez Piotra Morawskiego w czasie wypraw. "Pierwotnie zamierzałam wydać album ze zdjęciami Piotrka, ale nie chciałam, żeby to był album, który będzie stał na półce i nikt nie będzie do niego zaglądał. Dlatego w książce, która jest opowieścią o górach z innej perspektywy znalazły się zdjęcia prawdziwego himalaisty. O górach opowiadają ci, którzy w te góry nie jeżdżą, ale same góry pokazane są oczami Piotrka". Książka "Góry na opak" ukazała się 20 kwietnia nakładem wydawnictwa National Geographic.
-
Taki ładny dzień się zaczyna, a człowiek zamiast np w Tatry, to do pracy musi jechać Jan Kasprowicz KRZAK DZIKIEJ RÓŻY W CIEMNYCH SMRECZYNACH I W ciemnosmreczyńskich skał zwaliska, Gdzie pawiookie drzemią stawy, Krzak dzikiej róży pąs swój krwawy Na plamy szarych złomów ciska. U stóp mu bujne rosną trawy, Bokiem się piętrzy turnia śliska, Kosodrzewiny wężowiska Poobszywały głaźne ławy... Samotny, senny, zadumany, Skronie do zimnej tuli ściany, Jakby się lękał tchnienia burzy. Cisza... O liście wiatr nie trąca, A tylko limba próchniejąca Spoczywa obok krzaku róży. II Słońce w niebieskim lśni krysztale, Światłością stały się granity, Ciemnosmreczyński las spowity W bladobłękitne, wiewne fale. Szumna siklawa mknie po skale, Pas rozwijając srebrnolity, A przez mgły idą, przez błękity, Jakby wzdychania, jakby żale. W skrytych załomach, w cichym schronie, Między graniami w słońcu płonie, Zatopion w szum, krzak dzikiej róży... Do ścian się tuli, jakby we śnie, A obok limbę toczą pleśnie, Limbę, zwaloną tchnieniem burzy. III Lęki! wzdychania! rozżalenia, Przenikające nieświadomy Bezmiar powietrza!... Hen! na złomy, Na blaski turnie, na ich cienia Stado się kozic rozprzestrzenia; Nadziemskich lotów ptak łakomy Rozwija skrzydeł swych ogromy, Świstak gdzieś świszcze spod kamienia. A między zielska i wykroty, Jak lęk, jak żal, jak dech tęsknoty, Wtulił się krzak tej dzikiej róży. Przy nim, ofiara ach! zamieci, Czerwonym próchnem limba świeci, Na wznak rzucona świstem burzy... IV O rozżalenia! o wzdychania! O tajemnicze, dziwne lęki!... Ziół zapachniały świeże pęki Od niw liptowskich, od Krywania. W dali echowe słychać grania: Jakby nie z tego świata dźwięki Płyną po rosie, co hal miękki Aksamit w wilgną biel osłania. W seledyn stroją się niebiosy, Wilgotna biel wieczornej rosy Błyszczy na kwieciu dzikiej róży. A cichy powiew krople strąca Na limbę, co tam próchniejąca Leży, zwalona wiewem burzy... ...tak się trochę rozmarzyłem
-
Janku... ...nie obraź się ale przedstawiłeś delikatnie rzecz ujmując niezbyt popularne wśród Nas, narciarzy Skionlinowców poglądy :eek: Zastanawiając się co Ci odpisać chwilę się zastanowiłem. Tatry są dla Ludzi, Narciarzy, Piechurów. Chodź to, w Polsce niewielki fragment Gór "wysokich" z całą pewnością również dla Zieleni, Zwierząt zostaną "dzikie ostępy". Dopóki nikt nie znajdzie zdrowego kompromisu to zarówno Ludzie, jak i z pewnością "dzikiej przyrodzie" nie będzie dobrze. Teraźniejszość dla nas Skimaniaków: Tatry to zaścianek Narciarskiego Świata. Niestety takie są fakty
- 1 884 odpowiedzi
-
- 3
-
-
- kasprowy wierch
- stacje narciarskie
-
(i 4 więcej)
Oznaczone tagami:
-
U mnie połowa Sezonu zgodnie z Planem, końcówka niestety nie (odwołanie kilku wyjazdów). 26 dni na nartach to i tak chyba nieźle jak na "nizinnego" narciarza W minionym Sezonie zaliczyłem kilka Stoków, po których nie jeździłem wcześniej... ...przede wszystkim to włoskie Dolomity, Sella Ronda i okolice. Wisła Cieńków + Klepki , Istebna. Kasprowy w tym roku obdarzył mnie cudowną pogodą...no i to był ostatni narciarski wypad. Super sprawą było poznać kilku Kolegów forumowych osobiście: Mitka, KP oraz Johnnego Narciarza No i! Uczę się cały czas, uczę...
-
Jadę na narty na Cypr – mówiąc takie słowa znajomym z pewnością wywołamy u nich ironiczny uśmieszek. Owszem, wiele osób kojarzy Cypr z typowo wakacyjnymi wyjazdami na gorące plaże. Jednak Cypr to nie tylko wylegiwanie się na plaży, to również świetne miejsce do uprawiania białego szaleństwa. Ostatnimi czasy wyjazdy na narty na Cypr cieszą się coraz większą popularnością. Wyobraźmy sobie, że wstajemy rano i spokojnie jemy śniadanie w hotelu z widokiem na morze wspominając wakacyjne upały. Potem powoli się spakować i przy 20 stopniowym cieple udać się na północ gdzie czekają na nas góry Troodos. Aby dotrzeć na miejsce musimy wspiąć się krętą, ale dobrze utrzymaną drogą zostawiając w tyle piękne, wapienne wybrzeże. Po drodze miniemy jesienny krajobraz i dotrzemy do centrum narciarstwa w górach Troodos. Droga nie jest łatwa, ani krótka, ale przynosi wiele satysfakcji i pięknych widoków. Poza tym które miejsce na ziemi pozwala na kąpiel w ciepłym morzu w południe i wieczorne szusowanie na nartach na naturalnym śniegu? Przygoda z nartami rozpoczęła się na Cyprze w 1934 roku, kiedy to powstał pierwszy na wyspie klub górski. Niestety II Wojna Światowa pokrzyżowała plany i rozwinięcie narciarstwa zostało niejako przełożone na rok 1947. Wtedy to narciarstwo zaczął propagować Cypryjski Klub Narciarski. Już wkrótce wybudowano pierwsze dwa wyciągi narciarskie na wschodnim zboczu góry Olimpos (1951 m n.p.m.). Na Cyprze świetnie poczują się zarówno początkujący, jak i już nieco bardziej doświadczeni narciarze, gdyż wyciągi narciarskie i trasy zjazdowe nie należą do najtrudniejszych. Wyjazdy na narty na Cypr można zorganizować sobie nawet bez własnego sprzętu. Transport w samolocie pary nart i butów i tak mógłby okazać się kłopotliwy. Wypożyczalnie sprzętu prosperują bardzo sprawnie, a znaleźć je można przy wyciągach w Sun Valley oraz przy północnych stokach Olimpu. Niestety musimy liczyć się z tym, że sprzętu może nie wystarczyć dla wszystkich i będzie trzeba od czasu do czasu trochę poczekać. Buty i narty wypożyczone na jeden dzień to koszt około 10 funtów cypryjskich. Wyjazd na Cypr może być świetnym rozwiązaniem na pogodzenie rodziny, gdy jedno chce jechać nad morze, inne na narty, a jeszcze inne chce się poopalać. Wyjazd może daleki i dość kosztowny, ale jest w stanie zapewnić całoroczne atrakcje. Autor: Kamil Rogala, Aktywna Kobieta. No i jeszcze filmiki. Na Trasie ze snowboardzistami: [YOUTUBE] [/YOUTUBE] Poza Trasą na nartach. Niezła muza, zjazd i widoczki. [YOUTUBE] [/YOUTUBE]
-
Spojrzenie na piękno narciarstwa, gór. Medytacja, samotność w białym puchu. Cudowny telemark wytrawnych narciarzy...rys historyczny ski in back-country w Ameryce. Szukałem całości filmu i niestety nie znalazłem Trailer jest dosyć długi. W jego drugiej części fantastyczne zjazdy w puchu...w jednym ujęciu Narciarza goni pies a może, to Wilk chce Go zjeść? Polecam [video=youtube;tMxwXES1SL0]
-
Piotrze zrobione. Przebrnąłem... Ciekawy temat Pewnie ankietujący wskazywać będą pewną telefonię jako wiodącą w reklamie humorystycznej
-
Dziękuję Sławku za dobre wieści
-
Darka, jak widać nie ma u Nas od jakiegoś czasu... Martwię się. Czy ktoś z forum, kto ma z Nim kontakt wie co u Niego? Wiem, że część z Forumowiczy ma telefoniczne namiary. Proszę Go, przy okazji pozdrowić serdecznie.
-
Dziwnie ułożył się ten sezon ski-turowy. Najczęściej odwiedzałem rejon Hali Kondratowej, a na szczycie Kopy stanąłem aż osiem razy... Nie ukrywam, że lubię to miejsce, a dlaczego? Przeczytajcie państwo sami. Wiele jest w Tatrach miejsc urokliwych, które niczym magnes ściągają kolejne pokolenia turystów. Jednym z nich jest na pewno Hala Kondratowa oraz schronisko PTTK na polanie, położone urokliwie u stóp Giewontu. Aby tu dojść wystarczy godzinny spacer z Kuźnic. W lecie obsługuje ono głownie turystów idących na Giewont lub Czerwone Wierchy, a zimą narciarzy, którzy często nartostradą przez Kondratową lubią wracać tędy do Kuźnic. To magiczne miejsce w sercu gór. Pierwsze schronisko dla turystów powstało tutaj w 1933 r. W 1948 r. obecne schronisko na Kondratowej zostało wniesione dzięki zaangażowaniu zakopiańskiego oddziału PTT, a jego pierwszym gazdą był Stanisław Skupień - znany zakopiański narciarz, olimpijczyk (1932 – Lake Placid), zawodnik klubu SN PTT i medalista mistrzostw Polski w biegach narciarskich. To on stworzył rodzinną, kameralną atmosferę tego urokliwego schroniska, którą można odczuć i dzisiaj. Potem schronisko prowadził Andrzej Skupień, a od jego śmierci gaździną na Kondratowej jest Iwona Haniaczyk. To już trzecie pokolenie rodziny Skupniów w tej części Tatr. I mimo, że prowadzenie schroniska wiąże się z ciężką fizyczna pracą, jego gaździna, Iwona Haniaczyk, nie zamieniłaby swojej pracy na żadną inną. - Mam przecież najpiękniejszy widok z „biura” - na Czerwone Wierchy i Kasprowy Wierch - mówi. Powyżej schroniska znajduje się ładna łąka z widokiem na Kasprowy Wierch, Giewont i Czerwone Wierchy. Nieco poniżej schroniska, na niedużej polance, wznosi się szałas pasterski, a „bacował tu tęgi zbójnik i rozbójnik Wojtek Mrowca Gał z Olczy”, jak podają źródła historyczne. Można stąd dojść na Przełęcz Kondracką przez tzw. „Piekło” lub pójść w drugą stronę na Przełęcz Pod Kopą Kondracką i dalej na Czerwone Wierchy. Najciekawszym moim zdaniem celem narciarskim w rejonie Hali Kondratowej jest Kopa Kondracka (2005 m.n.p.m). Stoki ma w większości trawiaste i wystarczy niedużo śniegu, a można z niej zjechać na nartach. To z pewnością cel wart wyjścia na początek sezonu. Przy dobrych warunkach śnieżnych można na nią wejść na nartach nawet w styczniu. Pamiętajmy jednak, że to tereny występowania dużych lawin i trzeba zawsze sprawdzić aktualny stan zagrożenia lawinowego. Jeżeli pokrywa śnieżna nie jest stabilna, zawsze wycieczkę możemy skrócić np. dochodząc tylko do Kamienia. Kopa Kondracka to moja (i pewnie nie tylko moja) zdecydowanie ulubiona narciarska „góra” w Tatrach Zachodnich i jedna z chętniej odwiedzanych w całych Tatrach. Ileż „wariantów” i „wariancików” udało się tutaj zrobić – pewnie będzie tego z kilkanaście. Ale do rzeczy. Szczyt położony jest bardzo blisko Zakopanego. Z Kuźnic osiągniemy go po szybkim podbiegu w czasie ok. 2 – 2,5 godziny (w zależności od kondycji, są też szybsi:). A w nagrodę za trudy podejścia czekają nas królewskie widoki oraz długi i piękny zjazd o długości 3-4 kilometrów. Dodatkową zachętą mogą być spotkania z bohaterkami turni – kozicami, które lubią ten rejon. Czasami uda nam się bowiem spotkać na tej drodze to zwierzę-symbol Tatrzańskiego Parku Narodowego. tego roku byłem na Kopie kilka razy sam. Na samym szczycie Kopy Kondrackiej spotkałem kiedyś kozi kierdel – liczący 11 sztuk. Kozice pasły się na zachodnich stokach Kopy (od strony Wyżniej Świstówki i górnych pięter Doliny Małej Łąki i tzw. Kotlin), na terenie pozbawionym już śniegu, z lubością zajadając się starą trawą. Pamiętajmy, jak ważne jest nasze zachowanie, gdy spotkamy te rzadkie zwierzęta. Nie przeszkadzałem im. Nie powinniśmy się gwałtowanie do nich zbliżać, gdyż kozice są bardzo płochliwe i mogą rozpocząć ucieczkę, co może być dla nich niebezpieczne. Podziwiajmy to piękne zwierzę ze stosownej odległości, a widok spokojnie pasących się kozic pod szczytem Kopy niech będzie dla nas czystą przyjemnością. Ja tak właśnie zrobiłem. Wbiłem narty w śnieg, oparłem się o nie plecami, kozice nie okazywały lęku i podeszły na jakieś 15 metrów. Narty zapinam na szczycie Kopy Kondrackiej i zaczynam zjazd długim skrętem na wschód, po lub w bezpośrednim pobliżu grani, w stronę Przełęczy pod Kopą Kondracką. Po przejechaniu kilkuset metrów skręcamy ostro w lewo, na stronę wielkiego zbocza śnieżnego, zwężającego się ku dołowi, w stronę niewielkich turniczek. To tzw. Karby – droga naszego zjazdu. Jest to teren dość lawiniasty – dlatego też polecamy, by dokonywać wyżej opisywanego zjazdu tylko i wyłącznie przy pewnych warunkach śnieżnych (z drugiej strony 100% pewności nigdy nie ma, możemy jednak zminimalizować zagrożenie, gdy panuje w Tatrach np. 1 stopień zagrożenia lawinowego). Gdy jest niepewnie, radzę jechać „klasycznie”, czyli stokiem z Przełęczy pod Kopą Kondracką do Kamienia, przy czym unikać formacji wklęsłych (żlebów) i raczej trzymać się grzęd. Długimi łukami poruszamy się tym stokiem, który stopniowo się zwęża ku dołowi, a stromizna maleje. Teraz możemy – o ile śniegu jest wystarczająco dużo – kontynuować zjazd na wprost, przez dwa przewężenia, do widocznego w dole Kamienia (nastromienie ok. 35º, bardzo ładny fragment zjazdu), albo łatwiej, ale niemniej ciekawie, przetrawersować stok w prawo i dojechać kilkoma skrętami do szlaku idącego na Przełęcz pod Kopą Kondracką i za jego śladem dotrzeć do Kamienia (nastromienie nieduże, ok. 25 º). Z tego miejsca czeka nas jazda dość szerokim stokiem niewielkiego kotła pod Kamieniem, a potem po niemal płaskim terenie polany zjazd „na krechę” aż do schroniska na Kondratowej. Tu zawsze warto się zatrzymać. Posiady w schronisku to także ważny element wycieczki narciarskiej. Element towarzyski. Po trudach dnia gorąca herbata smakuje wybornie, jest czas, by przyjrzeć się naszym śladom (jak jest pogoda zobaczymy je z werandy schroniska), powspominać to, co działo się w ciągu dnia. Dlatego dla niektórych Kopa to także góra wspomnień, pięknych zjazdów, ale i niemniej ważnych przyjaźni w stosunku do ludzi związanych z tym schroniskiem, dosłownie ciepłym kątem w sercu Gór. Są nimi: Iwona – kierowniczka tego obiektu, Andrzej z Kondratowej, który zawsze szeroko wyciągniętą prawicą witał mnie i moich przyjaciół w schronisku i częstował nas tym co miał najlepszego, wiecznie uśmiechnięta i dowcipna Basia, której charakterystyczny śmiech słychać było w schronisku i jego okolicy. Wreszcie wspominam bardzo miło Przemka Sobczyka z „Yurta-ski” z Kuźnic, gdzie po całodniowej „wyrypie” zawsze można się napić dobrej kawy z ekspresu i zjeść coś pysznego – to krąg przyjaźni i ludzi, którzy zawsze byli i są mi bliscy i życzliwi. Pewnie nie tylko mnie... każdy, kto chodzi w Góry przyjaciół pewnie ma. To naturalne. Samotne wycieczki narciarskie też mają urok, ale te z przyjaciółmi zawsze się lepiej wspomina. Przyjaciele... bez nich wycieczki w Góry nie miałyby przecież smaku i wyrazu. Tym razem jestem sam. Nie narzekam jednak. Dość wspominania – zapinam narty i szlakiem narciarskim pędzę do Kuźnic, tu, zdejmuję narty i definitywnie kończę „wyrypę”. Ale powrócę za rok na pewno... Źródło: Wojciech Szatkowski, www.watra.pl
-
Ludzie z Inner City Bikes połączyli rower z ostrym kołem z monocyklem i stworzyli wyjątkowo minimalistyczny pojazd. Tylko czy to jeździ? Konserwatywni cykliści nie przekonają się do takiego pomysłu, ale zobaczcie: rower ma koła, kierownicę, pedały i hamulec. Wszystko się zgadza. Tylko koła są jakoś blisko siebie: [YOUTUBE] [/YOUTUBE] Nie ulega wątpliwości, że nie ma łańcucha, a jeździ! Producenci nie podali jeszcze ceny ani daty premiery, ale można się zapisywać na listę oczekujących. wydanie internetowe www.gizmodo.pl
-
No tak. Ręce! Sam mam z tym kłopot
-
...i ustał :eek: [YOUTUBE] [/YOUTUBE]
-
Oto jak się zachowuje wyciąg Krzesełkowy jak przez niego przechodzi Lawina. Lawina została wywołana przez Armatki i Człowieka. Ciekawe, czy ktoś, kto strzelał zdawał sobie sprawę jaki wywoła "kataklizm"? [YOUTUBE] [/YOUTUBE]
-
Czy Aksel-Lund Svindal to skoczek narciarski? Oczywiście nie...chodź na trasie DH w Are w 2006 roku skoczył 80m na nartach zjazdowych w czasie zawodów :eek: Popatrzcie: [YOUTUBE]http://www.youtube.com/watch?v=yDVg7ipdulY&feature=player_embedded#at=72[/YOUTUBE]
-
Opierają się działaniom deszczu, wiatru i słońca. Oto formacje, które zdają się przeczyć wszelkim prawom natury! Ogród Bogów, USA Niezwykłe skalne formacje można podziwiać na terenie parku Garden of the Gods (Ogród Bogów), który leży w amerykańskim stanie Kolorado. Piękny krajobraz, w którym przeważają formy z czerwonego piaskowca ściąga tu miliony turystów. Najczęściej chcą oni zobaczyć ogromną skałę, która sprawia wrażenie, jakby zaraz miała się przewrócić. Leży tuż przy publicznej drodze, więc przejazd pod nią jest dodatkową atrakcją. Tylko dla odważnych! [YOUTUBE] [/YOUTUBE] Ale w Ogrodzie Bogów kryje się masa innych formacji, które wyglądają równie niewiarygodnie. Niezwykłe skały noszą oryginalne imiona, jak na przykład Całujące się Wielbłądy czy Płaczący Indianin. Odwiedzając park trzeba zachować szczególną ostrożność. Zwłaszcza po silnych opadach deszczu konstrukcje mogą zostać naruszone. Mimo kilku wypadków władze nie zdecydowały się ograniczyć wstępu na teren Ogrodu Bogów. [YOUTUBE] [/YOUTUBE] Digby, Kanada Niezwykłym zjawiskiem jest także skała w miejscowości Digby, w kanadyjskiej prowincji Nowa Szkocja. Ma niecałe 10 metrów wysokości i jest z bazaltu. Około 50% zdaje się „wisieć” nad ziemią, mimo to jest odporna na szalejące tu nierzadko sztormy. Jedno ze zdjęć z poniższego You Tube [YOUTUBE] [/YOUTUBE] Kjeragbolten, Norwegia Kjerag to norweska góra położona nad fiordem Lysefjord, która przyciąga turystów żądnych mocnych wrażeń. Jej najwyższy punkt wznosi się na wysokość 1100 m n.p.m. Tuż obok znajduje się Kjeragbolten, zaklinowany pomiędzy dwiema skałami głaz o objętości 5 metrów sześciennych. Turyści bardzo chętnie robią sobie zdjęcia stojąc na kamieniu. Jest to wręcz obowiązkowa pamiątka! [YOUTUBE] [/YOUTUBE] Kyaiktiyo, Birma Kyaiktiyo, inaczej nazywana Złotą Skałą (Golden Rock) to jeden z najsłynniejszych celów pielgrzymek buddystów. Na jej szczycie znajduje się pagoda – buddyjska budowla sakralna. Skała została pokryta złotymi liśćmi przez pielgrzymów. Położona na samym skraju zbocza zdaje się przeczyć prawom grawitacji. [YOUTUBE] [/YOUTUBE] Park Narodowy Arches, USA Mówiąc o niezwykłych skalnych formacjach nie można nie wspomnieć o amerykańskim Parku Narodowym Arches, położonym we wschodniej części stanu Utah. Zajmuje powierzchnię 309 km kw. i co roku przyciąga około 750 tysięcy turystów, głównie za sprawą licznych ostańców w kształcie smukłych wież o niezwykle fantazyjnym wyglądzie. Znajdujące się tam sławne łuki skalne to m.in. Delicate Arch, Turret Arch i Double Arch, okna: North i South Windows. [YOUTUBE] [/YOUTUBE] Naturalne łuki skalne powstały w wyniku procesu erozji i wietrzenia, które zachodzą tu od około 150 milionów lat. Są prawdziwym symbole stanu Utah - nawet tablice rejestracyjne mają wizerunek łuku! Choć sprawiają wrażenie kruchych, dzielnie przeciwstawiają się działaniom warunków atmosferycznych. [YOUTUBE] [/YOUTUBE] Sahara el Beida, Egipt Biała Pustynia (Sahara el Beida) to główna atrakcja oazy Farafra w zachodnim Egipcie. Charakterystyczny jest piasek kremowego koloru i masywne kredowe rzeźby. Zostały ukształtowane przez burze piaskowe i zachwycają niesamowitymi formami. Miejsce jest często odwiedzane przez turystów, a także jest prawie obowiązkowym miejscem wycieczek szkolnych w Egipcie. [YOUTUBE] [/YOUTUBE] Źródło: wp.pl, filmiki wyszukał marboru.
-
Euro 2012 - ktoś stara się o bilety?
marboru odpowiedział johnny_narciarz → na temat → Chcę Wam o tym powiedzieć
Gratulacje Maćku Ja niestety nie dostałem żadnego maila - więc Lipa Będę próbował w losowaniu dogrywce. -
Sezon ski-turowy zbliża się powoli (niestety) do końca... Jaki był? Całkiem niezły, mimo pozornie małej ilości śniegu udało się zrobić kilka niezłych zjazdów i wypraw. Jednym z nich była wycieczka na Rakoń w mgłach i klimatach, których pewnie nie powstydziłby się sam Mistrz – Stanisław Ignacy Witkiewicz, gdyby malował tatrzańskie pejzaże... Rakoń (słow. nazwa Rakoň, 1879 m n.p.m.) – to mało wyróżniający się szczyt w Tatrach Zachodnich, znajdujący się w długiej bocznej grani, która odgałęzia się od głównej grani Tatr na Wołowcu i biegnie w kierunku północnym. Może być celem pięknej wycieczki narciarskiej. Przez grań tę przebiega granica polsko-słowacka. Szczyt Rakonia jest celem nietrudnej, a ładnej wycieczki ski-turowej. My wyruszyliśmy nań z Maćkiem w marcu br. Tereny narciarskie doskonałe. Następujące wskazówki, co do tego szlaku daje Józef Oppenheim w swoim przewodniku narciarskim po Tatrach z 1936 r.: – Wspaniały, średnio stromy teren narciarski, do Rakonia dostępny każdemu jako tako jeżdżącemu narciarzowi. Nie podchodzić tylko pod ściany Czerwonego Wierchu i Wołowca (lawiniasta). Rakoń od Wołowca oddzielony jest niewielką przełęczą Zawracie, zaś w stronę sąsiedniego w południowym kierunku Grzesia biegnie grzbiet Długiego Upłazu z Łuczniańską Przełęczą (1602 m n.p.m). Tą właśnie drogą, możemy z Polany Chochołowskiej, przez Grzesia i Długi Upłaz, po ok. 2,5 godzinach podejścia dostać się na szczyt Rakonia. Tadeusz Zwoliński w swoim przewodniku narciarskim tak opisuję tę drogę: - Stąd (z Grzesia – przyp. W.S) szerokim, prawie płaskim grzbietem ku południu i ku południowemu-zachodowi wznosimy się łagodnie przez Długi Upłaz na kopulasty szczyt Rakonia (1879) – skąd otwiera się wspaniały widok – grzbietem droga łatwa (Tadeusz Zwoliński, Zakopane i Tatry Polskie w zimie, Zakopane 1934, s.121-122). Rakoń możemy osiągnąć także na nartach podchodząc od schroniska na Polanie Chochołowskiej przez Wyżnią Chochołowską (jest to droga trochę krótsza od wyżej opisanej, podejście zajmuje ok. 2 godziny). Najpierw lasem, a powyżej jego granicy bulami do góry do kotła pod Rakoniem. Cały czas trzymamy się wypukłości terenu, omijając żleby. Stamtąd skręcamy w prawo ku widocznemu stąd Długiemu Upłazowi. Czasami na grani Długiego Upłazu tworzą się duże nawisy śnieżne, pokonujemy w najbardziej dogodnym miejscu. Skręcamy w lewo i po ok. 20 minutach podejścia osiągamy łatwo szczyt Rakonia. W kierunku północno-zachodnim z Rakonia odchodzi jeszcze jedna, dość szeroka grań, Zabrat, rozdzielająca dwie urokliwe słowackie doliny: Łataną i Rohacką, o urokach narciarskich których w swoim przewodniku z 1936 r. pisze Józef Oppenheim. Podkreśla on walory zjazdu w tamtym rejonie (zjazd w całości po stronie słowackiej). Zbocza Rakonia są stosunkowo łagodne. W kierunku zachodnim i południowym rozległe widoki na Dolinę Rohacką, dziko wyglądające stąd obydwa Rohacze, bardziej przypominające szczyty Tatr Wysokich niż Zachodnich. W kierunku wschodnim rozległe widoki na niemal wszystkie szczyty Tatry Zachodnich, a także widać stąd przy pięknej pogodzie szczyty Tatr Wysokich, aż po odległy Lodowy. Graniczny szlak przez Grzesia, Rakoń, Wołowiec i Kończysty Wierch jest często odwiedzany przez narciarzy polskich i słowackich. Rakoń jest jednym z punktów zawodów ski-alpinistycznych im. Józefa Oppenheima. Miejsca na rozległym szczycie jest wiele, spokojnie możemy dokonać przepinki, to jest odkleić foki i przygotować się do zjazdu. Zjazdy były dwa: na Przełęcz Zabrat a potem do Doliny Wyżniej Chochołowskiej. A potem czekało nas znoszenie nart do schroniska na Chochołowskiej i powrót do domu... Za rok znowu powrócimy w te strony... Źródło: Wojciech Sadkowski, Watra.







