Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 17.08.2011 uwzględniając wszystkie działy
-
Koniec tułaczki orczykowej na Ainecku W ośrodku narciarskim Katschberg powstaje już 2 gondola która zastąpi, a w zasadzie będzie alternatywą do orczyków które obsługują środkową część trasy A1. Nowa gondola będzie miała wspólny peron z górną stacją 2 os starego krzesła startującego z St. Margarethen , które jak wnioskuję po nazwie nowej gondoli(Silverjet 2) w dalszej konsekwencji planu inwestycyjnego również zostanie wymienione na gondolę lub szybkie krzesło Silverjet 1. Piszą że czas wyjazdu na Aineck z St. Margarethen skróci się o 10 min., czas jazdy gondolą to 7 min., długość 2250 m, różnica wzniesień 520 . Więcej informacji i fotorelacja z placu budowy: http://bautagebuch.katschi.at/3 punkty
-
1 punkt
-
Wiatry nie wiatry, ale wypożyczając box w lutym "sprzedawco - monter" poinformował mnie, że prędkość określona przez producenta jest max 110 (albo 120) "wyłącznie" ze względu na przeciążenia, które wynikają przy gwałtownym hamowaniu, a którego nikt nie przewidzi.1 punkt
-
W dniu dzisiejszym została uruchomiona 6-osobowa kolej Doppelmayr z podgrzewanymi siedzeniami i osłonami. Nowy wyciąg o długości 600 m zlokalizowany jest przy Białym Jarze w Karpaczu1 punkt
-
1 punkt
-
Witam podzielę się z Wami moimi doświadczeniami boxowymi. Posiadałem wcześniej małego boxa 270l Mont Blanc (nie pamiętam modelu - ale kształt Tritona), który woziłem na stalowych belkach, na dachu Opla Vectry. Byłem całkiem zadowolony, ale przy następnym zakupie wyciągnąłem wnioski z doświadczeń. Teraz posiadam Mont Blanc Triton 650 (tą największa krowę), który jeździ na dachu Volvo V70 zamocowany do relingów za pomocą genialnych belek WhispBar. Box ma dodatkowo przetłoczenia, w które belki się chowają. Coś, co bardzo spodobało mi się w Mont Blanc, to standardowe mocowanie na wsuwki i zaciski - bagażnik jest nieomal przybetonowany do belek. Ze spodu nie wystają żadne obejmy ani nic takiego. Dodatkowo łatwiej zorganizować bagaż w środku z powodu braku tych płetw szybkozaciskowych jak w Thule. Operacja zakładania i ściągania boxa nie jest tak szybka jak w Thule, ale też nie zabiera dużo czasu. Mam bezpośrednie porównanie do boxa Thule Atlantis 650 gdyż w mojej piwnicy szwagier przechowuje taki obok mojego Jeśli chodzi o spalanie, podmuchy itp. tak jak pisał ktoś wcześniej - na dużym samochodzie nie robi box specjalnie wrażenia. Różnicę można natomiast poczuć w przyspieszaniu - zwłaszcza podczas opadów. W zimie ładuję do środka cały sprzęt narciarski mojej rodziny i znajomych, wózek dziecięcy itp. Latem zmieszczę tam nawet kosę spalinową ze względu na jego długość (230cm) pozdr Raf P.S. IMHO kolor/połysk trzeba dobierać pod samochód. Mam czarny metalik, więc boxa też wziąłem czarny metalik. Całość wygląda kozacko P.P.S. z tego co pamiętam, za jazdę z jakimkolwiek bagażnikiem dachowym powyżej 120km/h można dostać mandat - zwłaszcza w Niemczech/Austrii. Już nie wspominając o tym, że jest to bardzo nierozsądne zachowanie (box + 180km/h... ło matko)1 punkt
-
Byłem na Babiej Górze w niedzielę, o 9.00 wyszliśmy z Zawoi Markowej zielonym szlakiem, w schronisku na Markowych Szczawinach wypiliśmy kawę i zjedliśmy szybkie śniadanie, na szczyt wchodziliśmy Percią Akademików. Na szczyt dotarliśmy ok. 12.30. Do granicy lasu było jeszcze luźno, natomiast od pierwszych łańcuchów zrobił się tłok. Wkurzający byli ludzie schodzący żółtym szlakiem ponieważ były problemy przy wymijaniu się, szczególnie w okolicy łańcuchów i klamer (słyszałem że ten szlak jest jednokierunkowy, tylko do góry), schodziły nawet rodziny z maluchami w sandałkach, co wg. mnie jest skrajną nieodpowiedzialnością. Na Diablaku tłumy ludzi, pogoda dopisała, widoki były świetne. Po ok. 1 godz odpoczynku zeszliśmy czerwonym szlakiem przez Przełęcz Brona (krótki postój), do schroniska. Miałem plan wejść na Małą Babią, ale młodzież zaprotestowała. W schronisku zjedliśmy resztę prowiantu, w planie był obiad ale były takie tłumy ludzi że nie było sensu czekać. Zejście czarnym szlakiem w kierunku Zawoi Ryzowana, pod koniec zmiana szlaku na niebieski do Markowej. Przed parkingiem schłodzenie nóg w strumyku i około 17.00 wyjazd do domu. W sumie wycieczka udana, pogoda dopisała, tylko te tłumy ludzi trochę zepsuły ogólne wrażenie.1 punkt
-
Czekam na relację! Tymczasem może sam coś napiszę,bo dawno nie było żadnej relacji.Letnia wyprawa na Romanke i RysiankeDwa tygodnie temu wybraliśmy się na dwudniową wyprawę w góry.Tym razem nieco dalej od cywilizacji,bo im dalej tym lepiej i przyjemniej!Żeby nie mieć zmartwień czy inny przeszkadzających wypoczynkowi myśli w głowie,zostawiliśmy samochody pod domami i skorzystaliśmy z komunikacji miejskiej i pozamiejskiej... Przejazd w tamtą stronę był nawet przyjemny - autobus i pociąg punktualnie!Do tego nawet pociąg był czysty i w przyzwoitym standardzie. Plan był taki,że ruszamy z Węgierskiej Górki czerwonym szlakiem i idziemy gdzie nas oczy poniosą... i niestety za bardzo nas poniosło... Ruszamy z centrum z dworca PKP,po drodze robimy jeszcze zapasy i kierujemy się na szlak.Najbardziej irytuje chyba to,jak długo trzeba iść asfaltem,żeby opuścić cywilizację.Po drodze robimy sobie jeszcze przystanek przy jakimś bunkrze,który obecnie służy jako pomnik:Jednak nie beton chcemy oglądać,tylko przyrodę.Ruszamy jak najszybciej w las.Kiedy wreszcie opuszczamy cywilizację,możemy sobie odpocząć i podziwiać widoki.Jest pięknie.Podczas wspinaczki dowiadujemy się,że są grzyby:Po drodze mamy taki widok:Nie zrobił by tam stacji narciarskiej?Wystarczy wyciąg postawić i nawet jednego drzewa nie trza by wyciąć!Tak sobie idziemy i idziemy,aż jak zwykle gubimy szlak.To już chyba nasza tradycja... To chyba wina różnych bezsensownych zabaw,jak się później okaże,dla mnie niefajnie się kończących.Ponieważ nie wiemy za bardzo gdzie jesteśmy(chyba przeszliśmy kawałek starym czerwonym,a w tym roku został przemalowany...),ruszamy na przełaj do góry,w najgorszym przypadku dojdziemy do niego na... szczycie.Niestety dalej idziemy i idziemy,w pewnym momencie przekonani,że na szlaku,a tu lipa!W końcu docieramy na jakiś szczyt,ale nie oznaczony,dalej już tylko w dół - coś się nie zgadza!Próbujemy złapać namiar dzwoniąc do schroniska na Rysiance,ale nasze bezsensowne informacje typu:"są duże kałuże","chyba jesteśmy na jakimś szczycie","jest jakaś chatka,ale pozamykana" nie pomagają w lokalizacji.W końcu zatrzymujemy jakiś motocyklistów,którzy kierują nas na właściwą drogę i wreszcie docieramy do schroniska,choć nie na Rysiankę,jak planowaliśmy,a na Słowiankę. Słowianka - bardzo fajne i klimatyczne schronisko,całym sercem polecam!Nie ma tam luksusów,ale też nie po to idzie się w góry.Za to są niezwykle serdeczni ludzie i bardzo przystępne ceny:nocleg 25zł od łebka,a piwko już od 3,5zł!Kiedy nas tam zobaczyli,całych z błota(efekt zabawy...),trochę się przerazili i ochrzcili nas mianem szwejków. Szybko jednak strach zastąpiła sympatia,obopólna. Jeszcze przed spaniem orientuję się,że owe zabawy dla mnie nie skończyły się przyjemnie - rozdarte spodnie,a dalej poharatane i to mocno kolano... rano będzie bolało,nawet mocno... Właściwie kolano kwalifikuję się do szycia,ale się zasklepiło.Następny dzień wita nas deszczem,a właściwie mocną ulewą.Narzekam trochę przy gospodarzu,że jak zwykle w weekend pogoda się "klaruję",na co słyszę odpowiedź:"ojjojojoj" Gospodyni dostrzega rozdarte spodnie:"gdyby mi Pan powiedział,to bym trochę zeszyła".Będąc gdzie indziej myślami,a dokładniej przy rozdartym kolanie odpowiadam:"Nie trzeba,już się zasklepiło..." :pUbieram się w Gore-Tex:spodnie narciarskie,kurtka a na to... worek na śmieci z dziurą na głowę - jest trochu zabawy przy tym...Tego dnia,jak już jesteśmy na szlaku,okazuję się,jak bardzo jesteśmy w d... - przeszliśmy wczoraj zaledwie połowę z planu.W dodatku zajęło nam to cały dzień,a powinno zaledwie 3 - 4 godzin... Dziś według wskazań powinniśmy dojść do schroniska na Rysiance w dwie godziny,w rzeczywistości to chyba możliwe jedynie dla Korzeniowskiego!Zwłaszcza w ulewie.Trasa zajmuje nam chyba ze 4 godziny!Ale tam wiele szlaków jest optymistycznie szacowanych... Te 4 godziny to był dobry test dla odzieży.Spodnie Rossignol gore-tex wytrzymały jakieś 3 godziny,później zaczęły się kleić i przemakać,podobnie kurtka letnia The North Face,za to buty Trezeta na membranie gore,kupione za niecałe 130zł z promocji,spisały się znakomicie!Tak jak... worek na śmieci. Niestety szybko zaczynam odczuwać kontuzję - kolano mnie mocno ogranicza,a do tego spuchnięta kostka,co mocno odczuwam do teraz.Prędko w góry się nie wybiorę... Posilamy się na Rysiance,suszymy i dalej najkrótszą drogą w dół.Niestety nie najlepiej wybraliśmy,przez co sobie trochę przejdziemy... Do cywilizacji - Złatna - w miarę niedaleko,ale do czegoś bardziej sensownego już gorzej.W tejże Złatnej mamy busa za 2,5 godziny!I tu zaczyna się gehenna z korzystaniem z komunikacji!Ruszamy z buta do Ujsoł,tam może będzie lepiej.Godzina z buta i jesteśmy,ale nadal możemy liczyć na tego samego busa!Dobrze,że choć jakaś kawiarenka przy stacji benzynowej otwarta.W końcu się łapiemy i docieramy do Żywca.Tam znów zawód,trzeba czekać ponad pół godziny na busika i ponad godzinę na pociąg do B-B.W między czasie chciałem skorzystać z WC na stacji PKP... to dopiero makabra!Krzaki oferują wyższy standard. :pGrubo po ósmej docieram do B-B,jeszcze tylko autobus miejski i 4 zeta i już w domciu... Małe podsumowanie:-Komunikacja miejska i pozamiejska,wbrew pozorom,to większy luksus i koszta niż własny samochód,do tego "nieco" więcej czasu się traci. -Gore-Tex sprawdza się,ale do czasu.-Czasem można kupić tanio i dobrze - buty Terezeta.-Szlaki tam są przeszacowane,trzeba założyć,że pójdzie się dłużej,zwłaszcza w złej pogodzie.-Na Rysiance jest wyciąg orczykowy,tylko trasa do niego nieco długa - nic dziwnego,że zrobiono tam drogę krzyżową!Ciekawe ilu dociera na dwunastą stację... PS.Mało zdjęć,bo w drugi dzień się nie dało - wszystko przemoczone do suchej nitki!PS2.Nie wiem jak mogłem przejść co najmniej 20 km w tym stanie,po dwóch tygodniach ciągle kuleję i nie wygląda to dobrze,a trzymałem dobre tępo...1 punkt
-
Już wróciłam. Nie bedę robić off topa tylko powiem enigmatycznie, że siłownia to nie są jednak moje klimaty:rolleyes: Fotki są tylko oczywiście od trzeba lecieć końca... A teraz krótka relacja z wyjazdu którą jestem krewna: Termin wyjazdu: 11-18 grudnia 2010 Wyjazd się zaczął dosć pechowo bo się okazało że spryskiwacz nie działa w samochodzie więc do Cieszyna jechaliśmy na czuja bo szyby były białe od soli, potem wymieniony bezpiecznik zadziałał i mielismy spryskiwacz aż do Katschbergu. Generalnie trasa była ok, oprócz tego że rąbał śnieg i autostrady miały jeden przejezdny pas (co nie oznacza że ten pas był czarny). Jak już byliśmy za Murau to się zaczęła jazda na orientację bo śnieg dalej padał a wiart dodatkowo nawiewał śnieżek i tworzyły się zaspy więc trzeba było po prostu jechać między słupkami wyznaczajacymi drogę. Na ostatnim odcinku do Katschbergu musieliśmy się jednak zatrzymać w zatoczce i założyć łańcuchy - potem się okazało że to była dobra decyzja bo inaczej byśmy nie dostali się do Gasthofu:D Mieszkaliśmy w przepięknym miejscu - bliżej stoku nigdy nie mieszkałam: Jak widać od gasthofu do stoku mieliśmy 20 m Polecam tą miejscówkę - przy czarnej trasie numer 3. Alpengashof Bacher ma wszystko to czego potrzebowałam na tym wyjezdzie. Pokoik bardzo przytulny, ale wszędzie w alpach jest przytulnie. To co mnie uderzyło tutaj to wyżywienie. Nie jestem raczej niejadkiem ale też nie pochłaniam nieziemskich ilości jedzenia, ale ktos kto lubi dobrze zjeść i lubi alpejską kuchnię - nie będzie narzekał. Zamówiłam pokój z half-boardem żeby się nie chrzanić z łażeniem po knajpach wieczorem i z zakupami na śniadanie. Pokój z h-b kosztował od osoby 46 euro. Drogo, niedrogo? Ja oceniam że inaczej nie byłoby sensu bo: - mieszkałam na stoku - rano schodziłam na gotowe śniadanko (oczywiscie śniadanie mocno rozszerzone) a potem na nartki - pierwszego dnia zjechaliśmy na nartach prosto do kasy skipassowej - w trakcie dnia można było sobie podjechać do domku jakby jakaś awaryjna potrzeba zaistniała - mnie akurat raz tak zamarzły palce u rąk że inaczej się nie dało - po nartach brałam gorący prysznic i schodziłam na obiadek składajacy się z zupy, drugiego dania i deseru i byłam najedzona po uszy - w cenie była codzienna sauna z której nigdy nie skorzystaliśmy, ale jak ktoś lubi to mógłby pójść. Podsumowując - jakby się upierać to mogłabym nie ruszać autka przez cały tydzień i niczego by mi nie brakowało bo wszystko miałam na miejscu. Naprzeciwko gasthofu był mały domek w którym była suszarnia butów i składzik nart. Dużą wygodą było to że gasthof, pokój i składzik na narty były otwierane jedną kartą co na nartach jest wygodniejsze niż klucze. Jezdziliśmy generalnie w Katschbergu (Tschanek i Aineck) ale na jeden dzień pojechalismy też do TH. Oba ośrodki są dość kameralne i dla osób które nosi żeby zobaczyć cos nowego to po 3 dniach będzie się tam nudziło. Nam się nie nudziło bo pogoda dodawała adrenaliny. Generalnie gorszej pogody to ja nigdy nie miałam na nartach - niby było słońce ale było -15 do -22 i potwornie silny wiatr, zmiatający pył śniegu z tras który lądował niczym igiełki w mojej twarzy... Drugiego dnia kupiliśmy maseczki - przynajmniej kłucia nie było czuć, ale zimno i tak było i palce u rąk i nóg zamarzały. Trasy były zmrożone choć tylko gdzieniegdzie był żywy lód ale przygotowane były super, codziennie z balkonu mieliśmy widok na zaiwaniające ratraki Trasy są w większosci przypadków szerokie i akurat jak my byliśmy to były puściutkie. Trochę więcej ludzi można było spotkać w okolicy knajp a tak to bywało ze po horyzont krzesełka czy orczyki były puste. To skoro jestem przy wyciągach to muszę wspomnieć, że najfajniejsze trasy niestety są obsługiwane przez orczyki, a na niektórych krzesłach brakowało mi (bardzo) zamykanych kapsuł-osłonek przed wiatrem... Przez wiatr niestety czarna trasa 11a z Ainecku była ciągle zamknieta i pokryta murawą - wiatr hulał i zwiewał cały śnieg... widać było że sprawa jest przegrana - chłopaki nawet tam śnieg rozwozili ale po 3 dniu dali sobie spokój. Krzesło na Aineck - 3 osobowe bez osłonki - to najgorszy wyciąg jakim jechałam w życiu i głównie dlatego ze dość długo się jechało i to w pełnym wietrze - tam niestety jest odsłonięta przestrzeń - tragedia. Jak już wjechalismy na Aineck to się zaczęliśmy zastanawiać czy to aby nie jest przypadkiem biegun polarny. Wszystko było białe albo oszronione a sople nie zwisały tylko rosły w bok - zgodnie z kierunkiem wiatru. Trasa A1 jest chyba najfajniejszą trasą tego wyjazdu. Długa (6km), szeroka, pusta i pięknie położona w lesie. Warto było się przemęczyc tym krzesłem na Aineck żeby zrobić tą trasę. Niestety codziennie nie mogliśmy jezdzić tam bo krzesło na Aineck było czasami nieczynne (wiaterek). Połączenie Ainecku z Tschanekiem mogłoby być lepiej dopracowane ale i tak dało się w obie strony przemieścić bez zdejmowania nart. Co do TH to ten ośrodek mi się bardziej podobał bo nie było wiatru:D i niemalże wszystkie trasy są położone w lesie a ja uwielbiam takie trasy. O godzinie 14:30 był jeszcze sztruksik na trasie 20, 21 i 35 - to były najfajniejsze trasy jak dla mnie. Jednak odnośnie mieszkania to zdecydowanie bardziej podoba mi się Katschberg niż TH bo TH to... raczej osada niż miasteczko i wieczorem nie ma zupełnie się gdzie ruszyć na spacer. W Katschi też pole manewru jest ograniczone ale są jakieś bary apres ski i można się przejść miasteczkiem na spacer. Ośrodki są kameralne, jak ja byłam to było pusto, cicho, bez zjazdów stadnych i to było ogromną zaletą. Brakowało mi jedyniem jakiejs bazy zakupowej - był jeden kaufhaus przy hotelu, niby wszystko w nim było a zarazem nic w nim nie było. Taki wybryk natury:confused: Miało być w skrócie a wyszło jak zawsze:rolleyes: Było super i pewnie pojechałabym tam jeszcze kiedyś (z małymi dziećmi na przykład jak już się ich dorobię) gdyby nie ten wiatr i temperatura. Nie sądziłam że te dwa czynniki potrafią tak popsuć człowiekowi humor;) Aha... w drodze powrotnej w ogóle nie mieliśmy spryskiwacza - od Katschi do Wwy.1 punkt







