Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 05.01.2014 w Odpowiedzi
-
Część IW styczniu 2013 wybraliśmy się na narty do Doliny Aosty - celem była stacja czy raczej teren narciarski Cervinia (Włochy)/Zermatt (Szwajcaria). Mapa terenu znajduje się pod tym linkiem: http://www.cervinia.it/pages/SKIRAMA_i_en/443 Aby mieć dobre wrażenie jak rozległy jest to teren, najlepiej ściągnąć PDF ze skimapą i oglądać na pełnym monitorze. Jeśli chodzi o statystyki, to oficjalnie cały teren narciarski ma 360 km tras, z czego 160 na terenie Włoch. Z własnej obserwacji mogę powiedzieć, że nie są to liczby szczególnie naciągane, zwłaszcza mając za porównanie inne ośrodki alpejskie.Matterhorn widziany z Klein Matterhorn Dojazd: samolotem do Mediolanu, potem wypożyczonym autem do Valtournenche - czyli miejscowości, w której znajdowała się nasza kwatera. Jako że wypożyczalnie samochodów we Włoszech nie oferują zimowych opon, mieliśmy trochę emocji, na szczęście w newralgicznych momentach drogi w całej dolinie były bez pokrywy (w trakcie wyjazdu różnie bywało...). Wybór Valtournenche jako kwatery był dosyć prosty - miejscowość sporo tańsza od Cervinii, nie mówiąc już o Zermatt, jednakże dzięki gondolce i dalszym wyciągom podłączona do całego terenu narciarskiego, stanowiąca jego część. Nasza kwatera mieściła się w tradycyjnym domu pochodzącym z XVIII czy nawet XVII wieku, wyremontowanym przez obecnych właścicieli. Choć same "apartamenty" były może nieco surowe, to nie da się odmówić klimatu zarówno całemu domowi jak i okolicy - na zdjęciu w głębi widać naszą kwaterę, dłuższe samochody miały spore problemy aby "złamać" się na podjeździe. Na zdjęciu w głębi B&B Pankeo, potem – natrętny kot gospodyni próbował dostać się do naszego mieszkania. Dużą zaletą miejsca była odległość do dolnej stacji gondoli - 5 minut na piechotę, wliczając w to zejście po "schodkach" dostarczające nieco emocji oraz stanowiące rozgrzewkę przed zjazdami. Na szczęście w budynku stacji był depozyt, więc po schodkach poruszaliśmy się bez ciężaru nart i kijków, a niektórzy nawet w zwykłych butach. Po zjazdach wrzucaliśmy narty do szafki i już pozostawało wejście na lekko po "schodkach", jako rozgrzewka przed kolacją. Jak widać na mapce - cały teren narciarski jest bardzo rozległy. Całość składa się z wielu obszarów oddzielonych od siebie grzbietami lub dolinami - nawet w ramach tego co umownie wchodzi w skład "Zermatt" czy "Cervinii". Ma się wrażenie jazdy w wielu połączonych ze sobą mniejszych ośrodkach. Główną zaletą terenu jest możliwość takiego jeżdżenia "turystycznego", zwiedzania - ilość odrębnych obszarów, jakie możemy odwiedzić i ich zróżnicowanie są ogromne, a widoki lepsze niż w jakimkolwiek innym ośrodku alpejskim (moja subiektywna ocena). Nad stokami unosi się majestatyczna, smukła piramida Matternhornu, który można objechać na nartach z trzech stron, oglądać go od dołu z bliska i z oddali - z każdej będzie wyglądał inaczej. A to nie wszystko - możemy podziwiać znajdujący się na wyciągnięcie ręki masyw Monte Rosa, drugi co do wysokości w Alpach, sąsiadujące z nim czterotysięczniki Bretihorn, Pollux, Castro i Lyskamm. Na północ od Zermatt znajduje się masyw Mischabel ze szczytem Dom (ponad 4.500), jest Dent D'Herens, na zachodzie w oddali widać Mont Blanc. Do tego dochodzi ogromna liczba innych szczytów, lodowców, grani i dolin. Drugą charakterystyczną cechą są duże wysokości oraz przewyższenia - na Klein Matterhorn wjeżdżamy kolejką na wysokość niespełna 3900m - stąd zjazd do Cervinii daje nam 1900m przewyższenia! Zjazd do Zermatt - prawie 2300m przewyższenia. Zjazd do Valtournenche (z jednym podjazdem krzesłem około 40 sekundowym) - prawie 2400 m przewyższenia! Możemy tak planować zjazdy, aby regularnie "za jednym zamachem" pokonywać po 1000-1500 m przewyższenia, i to na całym terenie. Pierwszego dnia, tak samo jak każdego kolejnego, zaczynamy od stoków w Valtournenche - mamy je najbliżej, tędy biegnie trasa do pozostałych stoków. Jest to teren trochę oddzielony od reszty ośrodka, ale przedostanie się do Cervinii czy Szwajcarii nie jest problematyczne - polega na wyjechaniu na samą górę wyciągami w V, potem kawałek w dół i podjazd orczykiem (na zdjęciu). W Valtournenche warte uwagi są dwa "wyciągi": (i) gondolka z samej miejscowości Valtournenche na halę Salette - wzdłuż niej biegnie w dół bardzo fajna czerwona trasa "1" o sporym, dosyć równomiernym spadku - najpierw przez hale, potem w lesie, na końcu przez samo Valtournenche - koło domów, pod wiaduktem, w tunelu pod drogą; ta trasa na pewno zasługuje na częstsze korzystanie niż tylko ostatni popołudniowy zjazd do domu; zdjecie - górna stacja gondoli na Salette (ii) sześcioosobowa wyprzęgana kanapa z osłonkami "f" - kanapa pokonuje prawie 500 m przewyższenia i wzdłuż niej poprowadzono 3 bardzo fajne czerwone trasy (fragment oznaczony na czarno) + dodatkowy wariant na jednej z nich. Z uwagi na bardzo małą ilość ludzi, jakość tras oraz bardzo przytulną knajpę na dole wyciągu było to chyba ulubione, a na pewno najbardziej wykorzystywane przez nas miejsce do jeżdżenia; przez dwa dni było to też jedyne miejsce do jeżdżenia - ze względu na wiatr cała Cervinia i przynajmniej część Zermatt były zamknięte, zaś na stokach w Valtournenche osłoniętych od północy i wschodu wysoką granią prawie nie było wiatru. To miało także złe strony - w styczniu, kiedy byliśmy, słońce pojawiało się gdzieś dopiero o 11. Było bardzo zimno.Zdjęcia: krzesło i stoki w porannym cieniu i koło południa. Zdjęcia: te same stoki z góry Pozostałe dwa krzesła w V rozpoczynające się na Salette wykorzystywaliśmy rzadko - były bardzo wolne, było na nich zimno, a stoki wzdłuż nich, choć liczne, nie były szczególnie ciekawe.Zdjęcie – na powolnym krześle „e” ponad niezbyt stromą niebieską trasą 4 Zaletą Valtournenche były absolutne pustki na stokach. Zdarzało się, że oprócz naszej czwórki na trasie jeździło jeszcze kilka osób albo w ogóle nikt.Sama miejscowość Valtournenche całkiem spora, choć także bardzo "górska" - wszędzie prawie stromo. Było też bardzo pusto, wieczorem czynnych kilka zaledwie knajp i jeśli kogoś w nich spotykaliśmy to raczej byli to miejscowi niż turyści.11 punktów
-
Część IIIStrona szwajcarska. Ze względu na rozległość terenu, mieszkając w Valtournenche albo w Cervinii, po stronie Szwajcarii swobodnie można korzystać z terenu na lodowcu Theodulgletscher poniżej Klein Matterhorn oraz niżej w okolicach Schwarzsee. Żeby pojeździć dalej - na Gornergrat i Rothorn - to już wymaga spędzenia sporo czasu na "transferach", mniej na swobodnej jeździe. Wjazd na Klein Matterhorn tradycyjną kolejką linową, na górze trzeba jeszcze przejść około 100m skalnym tunelem. Prawie 3900m - chyba wyżej w Alpach się nie da. Widoki rewelacyjne. Widok z Klein Matterhorn na Plateau Rosa. W oddali Mont Blanc Zjazd z samego Kleina rozczarowuje - jedna wąska trasa, "nartostrada", reszta terenu nieprzygotowana i odgrodzona. Ale jak pisałem stanowi dopiero początek wspaniałych długich tras w dolinyt Już poniżej Plateau Rosa trasa jest szersza, za to bardzo się wypłaszcza. W dodatku aby korzystać ze stoku, albo trzeba wjeżdżać kolejką na KM, albo bardzo powolnymi orczykami. Orczyki na Theodulgletscher, w oddali pasmo Mischabel ze szczytem Dom (4505 m) Głównym punktem terenu miała być sześcioosobowa kanapa "V", wzdłuż której biegną dwie czerwone trasy. Niestety - do krzesła zawsze była kolejka, przynajmniej 10 minut (jedyne takie miejsce na całym terenie w tym czasie), a stoki były słabo przygotowane, bardzo szybko się muldziły, a w drugiej części były dosyć płaskie. Fajne i w miarę puste stoki były poniżej, w kierunku Schwarzsee, obsługiwane krzesłem i gondolą.Rewelacyjna widokowo jest długa trasa 69 w typie nartostrady, biegnąca najbliżej Matterhornu, z dala o pozostałych tras. Po podjechaniu kawałka gondolą można kontynuować objazd M od północy trasą 52 z dala od całej reszty ośrodka, pusto, dziko, szkoda tylko że czerwona trasa wypłaszcza się, a nawet biegnie pod górę, trzeba się było namachać. Takie narciarstwo krajoznawcze.Zdjęcie - trasa 52 przebiega pod północną ścianą Matterhornu. potem pod górkę miła oku architektura po Szwajcarskiej stronie Masyw Gornergrat - fajne trasy biegną wzdłuż 6-os. krzesła "M", pozostałe to głównie czerwone trasy, często wąskie, kręte i strome, poprzedzielane długimi wypłaszczeniami. Z góry Hohtalli (wjazd kolejką linową) świetne widoki na masyw Monte Rosy, sąsiednie czterotysięczniki, lodowce, Matterhorn.Monte Rosa Na prawo Matterhorn (Cervinio), na lewo Klein Matterhorn (Piccolo Cervinio) a środkiem Theodulgletscher płynie... a poniżej Gornergrat Kolejne czterotysięczniki - Lyskamm, Castor, Pollux i Breithorn Widok na zachód Trasa 44 najpierw wąska, kręta i stroma, potem taaaaka płaska Trasa 39 z widoczną trasą kolejki na Gornergrat Najbardziej na północ wysuniętej części terenu - Rothorn - nie zwiedziliśmy. Jest to jak najbardziej możliwe z Valtournenche w jeden dzień, wymaga jednak pewnej sprawności i koncentracji na obranym celu (np. nie powtarzamy po drodze nawet tych najfajniejszych stoków, rozpędzamy się na stromym, żeby potem szybko przemierzyć płaskie, itp.).Podsumowując Szwajcarię/Zermatt - teren bardzo rozległy, wspaniały widokowo, świetny dla wszystkich, którzy lubią na nartach "zwiedzać", naprawdę jest co. Sporo tras wąskich i krętych, z dużą ilością wypłaszczeń. Wrażenie gorszego przygotowania tras niż po włoskiej stronie, w środku dnia spore muldy na co bardziej stromych odcinkach. Mnie brakowało takich tras, po których miałbym ochotę zjeżdżać wiele razy. Sporo tradycyjnych kolejek linowych, które mimo że całkiem szybkie, to jednak o wiele mniej komfortowe niż gondole lub kanapy. Tak samo jak we Włoszech dużo Rosjan, z którymi jesteśmy myleni, Polaków prawie w ogóle.Knajpy - średnio dwa razy droższe niż we Włoszech, za to z jedną ogromnie ważną zaletą - puszczają tam muzykę, której słucham z przyjemnością. Żadnego italo disco!Absolutnym przebojem było Igloodorf na stokach Gornegratu - śniegowe miasteczko-knajpa z barem, jedzeniem i leżakami.Zdjęcie - Igloodorf, w oddali kanapa na lodowcu Theodul, widać też "tramwaj" na Gornergrat. Kupując karnet we Włoszech, można ograniczyć go do strony włoskiej, kupić na cały obszar (sporo drożej) lub dokupować rozszerzenie na konkretny dzień za 30EUR. Mieliśmy karnety na cały obszar na cały czas - rozwiązanie dosyć kosztowne i nie daliśmy rady odpowiednio go wykorzystać - częściowo przez rozległość terenu, częściowo przez kaprysy pogody - dwa dni z bardzo silnym wiatrem, potem intensywne opady śniegu, przez cały czas masakrycznie zimno.11 punktów
-
W grudniu 2013 byłem ze swoim ojcem,który ma 78lat na nartach we; Flachau-Wagrain-Alpendorf Zauchensee-Kleinarl Altemarkt-Radsadt Shladming-Planai Kilka ujęć i filmików,a z tego SB stworzył taki filmik. Chciałbym w Jego wieku móc jeszcze choćby się tak ślizgać po alpejskich stokach. Może znajdzie się więcej seniorów którzy będą uwieczniani i w tym wątku będzie można ich oglądać. [video=youtube;M_5ExOMOT4M]9 punktów
-
Aby wydostać się z Valtournenche, należy wjechać orczykiem na Colle Superiore Cime Bianche - stamtąd albo zjeżdżamy do dolnej stacji bardzo nowoczesnej i szybkiej (12m/s) kolejki na Plateau Rosa, albo zjeżdżamy do Cervinii trasą "7" wybierając jeden z jej wariantów - jest to bardzo długa, ciekawa czerwona trasa z wieloma ściankami ale i wypłaszczeniami. W górnej jej części chodzi wolne 3-osobowe krzesło narażone na silne wiatry - aż prosi się, aby zastąpić je szybkim wyprzęganym z osłonkami o dłuższej trasie - stoków jest tam dookoła sporo. Aby dostać się do głównej części SN Cervinia, musimy albo zjechać do samej miejscowości albo przez Pleateau Rosa zjechać po Szwajcarskiej stronie na Theodulpass.Widok na tereny narciarskie w "głównej" części Cervinii i unoszący się nad nimi Matterhorn: Zjazd długą trasą nr 7: Widok na Plateau Rosa i biegnącą stamtąd trasę 7 Kolejka na Plateau Rosa Wagonik zjazd z plateau rosa trasa 7 w kierunku Cervinii W "głównej" części Cervinii najczęściej jazda na dwóch krzesłach - E i C najbliżej Matterhornu - w sumie pokonują 1000m przewyższenia i dają wiele wariantów zjazdów. Trzy krzesła "N", "O" "P" z Plan Maison na Theodulpass są dosyć krótkie i kłopotliwe w użyciu.Widok na tereny narciarskie Plateau Rosa od północy z górnej stacji kanapy C - widać budynki na Plan Maison Początek tras 26 i 24 Podsumowując włoską stronę SN: dużo fajnych krajobrazowo, bardzo długich tras niebieskich i czerwonych, czarnych prawie nie ma, duże różnice poziomów. Nawet jednak czerwone trasy nie mają równomiernego spadku - większość pomiędzy stromymi fragmentami ma spore wypłaszczenia. Dosyć często zdarzają się na trasach takie "muldki" wynikające z ukształtowania terenu, które nie zostały splantowane. Krzesła w większości wyprzęgane i z osłonami. Jedzenie smaczne (Włochy...), pizza kosztuje 10 EUR, grzane wino 4 EUR, ale same knajpy są różne - większość nie była przystosowana do panujących w styczniu temperatur rzędu -20 i w środku było po prostu zimno, większość klientów nie zdejmowała w ogóle kurtek. Łazienki często pozostawiały wiele do życzenia - np. trzeba było wyjść na zewnątrz, aby się do nich dostać, i nie miały żadnego ogrzewania. Widać, że w budynki od dawna nie inwestowano. Muzyka w knajpach czerpała z bogatej tradycji italo disco czasem robiąc przerwę na gangnam style. Co kto lubi.Wiele knajp miało na stanie psa5 punktów
-
Witamniestety na Rohacach warunki są już bardzo złe,na całej trasie lód, kamienie i przetarciai tłumy - szkoda nart.Zdziwił mnie natomiast widok podczas wysiadania z kanapy.Powyżej górnej stacji wyrównali teren. Tam gdzie niedawno była kosówka i głazy jest równo jak stół. Z rozmowy z pracownikami wynika, iż szykują się spore zmiany.Obecną kanapę zastąpi nowy sześcioosobowy wyprzęgany wyciąg. Będzie dłuższy od obecnego o około200 - 300 metrów. Obecna kanapa zostanie przeniesiona w dół i będzie się zaczynała przy parkingu.Niestety nie wiem gdzie będzie się kończyła. Prace mają ruszyć zaraz po sezonie.Szkoda, że trasa nie zostanie pociągnięta aż do podnóża Saladyna ale i tak zapowiada się bardzo ciekawie.4 punkty
-
Podsumowanie: Niestety byłam już w Schladming... : więc moja ocena każdego następnego ośrodka nie będzie obiektywna tylko siłą rzeczy subiektywna. - ośrodek fajny, duży, ale jak dla mnie raczej „do zaliczenia”, a nie żeby tam jeszcze wrócić; -miasteczko bardzo ładne ale lansiarskie (takie troszkę pretensjonalne); -niedobór swojskich knajp i niewiele knajp na stokach; -brak targu adwentowego (może to nieważne, ale gdzieś czytałam, że tak jak w Schladming tak i tutaj jest targ, na którym można kupić grzane wino, zjeść kasztany i kupić pamiątki); -mało rozrywek „około-narciarskich” choć to był początek sezonu, było mało śniegu więc wszystkie giganty, skiparki, kinderparki, rodelbahny były zamknięte). Brakuje nocnego stoku; -mało tras sztucznie naśnieżanych – i teraz ciekawostka – pierwszy raz się spotkałam z tym, że na tablicy z oznaczonymi otwartymi/zamkniętymi trasami są oznaczone trasy sztucznie naśnieżane (oznaczone śnieżynkami): -jest to ośrodek drogi; -brak skiline w st. Anton; -dość sporo tradycyjnej (żeby nie powiedzieć starej) infrastruktury narciarskiej; -ośrodek skitourowy i freerideowy – sporo dojazdówek łączących trasy lecących lekko pod górkę, co oznacza że trzeba „jodełkować”; -trasy w wielu miejscach wzajemnie się krzyżują – jeśli chcesz się dostać do jakiegoś konkretnego miejsca w ośrodku i mówisz „jedziemy trasą nr ileśtam żeby dojechać do wyciągu cośtambahn” to często nie jest tak, że jedziesz jednym numerkiem trasy na sam dół. W międzyczasie masz 5 rozjazdów i przy każdym trzeba się zatrzymać i doktoryzować, która trasa gdzie jedzie, bo odcinki jak dla mnie jednej trasy są oznaczone kilkoma numerkami. Tablice na rozjazdach są troszkę nieprzemyślane – numerek trasy jest z jednej strony, a strzałka z przeciwnej... i tak do każdej trasy. Ja zdecydowanie wolę tablice gdzie jednej strzałce podporządkowanych jest kilka numerków tras. Tu troszkę naćkane było: Niestety popełniłam błąd w stosunku do tego wyjazdu, ponieważ naczytałam się o tym ośrodku dużo dobrego, mapka wyglądała dość fajnie, a ja miałam co do tego ośrodka ogromne oczekiwania. Jak już napisałam powyżej - jak dla mnie - ośrodek fajny, duży, ale raczej „do zaliczenia” a nie żeby tam jeszcze wrócić. Gratulacje i oklaski dla osób, które przebrnęły przez moje wypociny :applause: Tutaj jest pełna galeria (klikać wstecz): http://www.skionline.pl/forum/gallery/showimage.php?i=8001&c=54 punkty
-
Przyjazd do Wagrain dzisiaj 15.30. Po drodze deszcz przez całe Czechy i Austrię. Od St. Johan deszcz przechodzi stopniowo w śnieg. W Wagrain śnieg, którego już tak dawno nie widziałem w całej miejscowości. Karnety już w rękawach. Od jutra relacje ze stoku. pozdrawiam2 punkty
-
Ja akurat muszę za to ojcu podziękować. Od moich najmłodszych lat rozjeżdżaliśmy różne beskidzkie szlaki. A sam kiedy był młodzieńcem czyli w 50tych latach ubiegłego wieku z B-B jeździł z kolegami do Szczyrku. Z buta wychodzili na Skrzyczne.Trochę czasu spędzali na szczycie i zjeżdżali do schroniska.Potem na Doliny,na Dolinach kilka podejść. Potem zjazd do Dunacia i po drodze,oczywiściej śnieżnej białej,"łyżwą" do Łodygowic na PKP i pociągiem już po ciemku powracali do B-B.2 punkty
-
Raczej to ma niewiele wspólnego z jakimiś tradycjami, mój ojciec np. zaprzestał jazdy na nartach dawno, ja go już nie pamiętam na nartach(a to młodszy brat seniora z filmu). Tak że ja jeżdżę tylko dzięki własnej determinacji od 7 roku życia, jak się kogoś doprosiłem żeby mnie zawiózł na górkę, a jak już miałem te 13 lat, tyle że potrafiłem się ruszyć samodzielnie komunikacją masową to radziłem sobie sam, Szczyrk, Rycerka, Zwardoń.2 punkty
-
Wujek(bo to mój wujek) od wiosny do jesieni niemal dziennie tłucze kilometry na rowerze, a oprucz tego nadal jest czynny zawodowo i pracuje fizycznie:applause:2 punkty
-
Warunki narciarskie w lubelskim Wstałem dzisiaj rano, patrzę przez okno, a na ulicy kałuże pokrył lód. Szybka decyzja, śniadanko, deski do auta i w drogę. Ponieważ w centralnej Polsce otwarta jest jedna króciutka górka - to właśnie na nią jadę, zresztą kolejny raz - po wypadzie wieczornym w Sylwestra. Temperatura po drodze +5 i obawiam się, czy będzie po czym jeździć. Na kamerce wyglądało ok, choć wieczorem kropił delikatny deszcz i w sumie nigdy nie wiadomo. Rąblów jest czynny od 10siątej i po minięciu Wisły, orientuję się, że mam dobry czas. Postanawiam więc po drodze odwiedzić ośrodek, który znajduje się tuż za Puławami: Parchatkę. Na stronie internetowej: http://www.parchatka.pl/ wielki napis, wkrótce otwieramy, a na stoku wiosna: Zielona łąka dominuje nie tylko powyższy, bardziej stromy stok, ale również całe to miejsce. Zimy ani widu, ani słychu... Widok bardzo smutny. Jest 9:45, więc jadę dalej, do miejsca przeznaczenia. Z daleka stok wygląda na tyciutki...bo w rzeczywistości taki jest. Nie wiem jak to, tutaj zrobili, że jest śnieg i się utrzymuje tak długo? Aura od tygodni wiadomo jaka. Przymrozki pojawiają się jedynie na godzinę, dwie nad ranem. Gdybym nie widział na własne oczy, nie jeździł, to bym w to nie uwierzył. Jestem drugim narciarzem na parkingu. Boję się, czy w ogóle ktoś otworzy wyciąg? Właściciel się krząta w obejściu i uspokaja - za sekundę włączy mi talerzyk. Przebieram się szybciutko i rozgrzewam. Kupuję karnet na 3 godziny i jestem gotowy do jazdy. Parę minut po 10siątej puściutko: O dziwo! Po założeniu nart stwierdzam, że jest twardo a powierzchnia jest zmrożona. Fajnie. Nim poznany starszy Pan z nartami się zebrał...to jeździłem sam na całej górce ponad 20 minut. Zero obsługi, jedynie narty i ja... ...poczułem się przez jak na swoim osobistym, prywatnym stoku. Wycinam pierwsze ślady na sztruksie: Zapowiada się intensywny trening - góra, dół, góra, dół. Noga i kolano trzymają się w miarę ok. Po kilku zjazdach, pozwalam sobie na bardziej dynamiczne skręty. Przybywa narciarzy, a ja robię kilka fotek dłuższego zjazdu znajdującego się po lewej stronie Rąblowa. Armaty wystawione, śladowe ilości śniegu również widoczne - właściciele walczyli dzielnie o uruchomienie całości tras ale niestety się nie udało. Góra wygląda tak: Część najbardziej zewnętrzna, przy zbiorniku z wodą do naśnieżania zupełnie bez śniegu: Obok działającego talerzyka, piękna zielona trawa: Jeżdżąc sobie sam, sporo myślałem dlaczego mimo totalnej wiosny w centralnej Polsce tutaj jest ten kawałek górki z przyzwoitymi warunkami śnieżnymi? Dlaczego to się utrzymuje? Na dodatek jak na moje oko jeszcze długo się utrzyma. Rozwiązaniem zagadki jest chyba położenie względem stron Świata. Słońce zagląda tu rzadko, bo znajduje się idealnie za lasem: I nawet jak przebije się przez chmury, to całe miejsce jest zacienione. Przed moim wyjazdem pojawiło się kilkunastu narciarzy i deskarzy, zrobiło się miękko...choć jedynie na samej powierzchni. Ok 20cm śniegu jest mocno zbita i twarda pod spodem. Pakuję się i ruszam w drogę powrotną. Wyjeżdżam z Rąblowa i postanawiam odwiedzić trzeci, mój ulubiony z lubelskich stoków: Stację Kazimierz znajdującą się w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą: http://stacjakazimierz.pl/ Wygląda to tak: Podjęta została próba naśnieżania, a śnieg został jedynie na samym dole. Obydwie trasy - z zieloną trawką, podobnie jak w Parchatce. Podsumowując: fajny poranny trening w Rąblowie. Ośrodek powinien dotrwać do mrozów i z pewnością będzie czynny - czyli będzie gdzie zaspokoić narciarski głód. Inne miejsca narciarskie w województwie lubelskim - nie zapowiada się by zostały otwarte w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Niestety. pozdrawiam marboru2 punkty
-
Soszów, 5 styczniaPo 2 tygodniach braku nart postanowilismy coś zrobić dla zdrowia.W Beskidzie Żywieckim i Śląskim obecnie są otwarte wg mojej wiedzy:Pilsko - szczyt, Złoty Groń w Istebnej - jakieś resztki śniegu, Szczyrk - wyciąg dla dzieci w Czyrnej, Biały Krzyż i Soszów - trasa niebieska. I to wszystko. Wszędzie warunki trudne lub bardzo trudne. Śnieg wszędzie przypomina to co jest na wiosnę tuż przed zamknięciem sezonu czyli lodowa kasza - rano zmrożona i twarda, a po godzinie, dwóch zwały kopnej kaszy lub cukru (jak kto woli). Dzisiaj padło na Soszów. Pierwszy wyjazd kanapą godz. 8.15. Trasa w miarę równa, beton od góry do samego dołu. W tym betonie jest wtopionych dużo drobnych kamyczków, raczej niegroźnych dla nart.Pierwsza "ścianka" to dla wielu a zwłaszcza naszych wschodnich sąsiadów było zbyt wiele na ich umiejętności.Opuszczalśmy ośrodek ok. godz. 10 i wtedy ilość ludzi na wąskiej trasie robiła się spora.Trasa w wielu miejscach to już była breja cukrowa.No cóż, narty obecnie w Beskidach to średnia przyjemność. Szkoda mi trochę gości zza wschodniej granicy, którzy wydali sporo kasy na przyjazd, a tu taka kicha. wyciąg w pobliżu Soszowa2 punkty
-
Powrót: Wyjechaliśmy ok 10:00. W Niemczech na autostradzie najpierw kamyczek uderzył w przednią szybkę i niestety szyba pękła. Potem jeszcze w Niemczech mięliśmy przygodę – skorzystam z cytatu mojego Brudera (Bumtralala) z fejsbunia: „Wczoraj, wracając z Austrii przez Niemcy zdarzyło się, że na autobahnie pękła mi opona. Zjechałem na pas awaryjny, założyłem kamizelkę odblaskową i w odpowiednio dużej odległości rozłożyłem trójkąt ostrzegawczy. Wypakowałem bagaże, wyciągnąłem zapas i zabrałem się za jego wymianę modląc się w międzyczasie, żeby kolega, który wymieniał opony w tym samochodzie miał do dyspozycji sprawny klucz dynamo...metryczny ; ) Nie minęło 5 minut, a za mną pojawił się niebiesko-biały passat z błyskającymi na dachu bombami i napisami POLIZEI. Idę więc do nich myśląc, że zrobiłem coś źle, że tak nie można. Pan Policjant macha do mnie, żebym nie zawracał sobie nimi głowy i robił co do mnie należy, potem podszedł i zapytał, czy w czymś nie pomóc. Widząc, że jakoś sobie radzę, popatrzył, przypilnował i na koniec pomógł pakować bagażnik. Nawet poleciał po trójkąt i mi go zapakował! Po wszystkim pomyślałem sobie: no to teraz się zacznie: papierologia, tłumaczenia itp. Pytam więc, czy chce zobaczyć moje dokumenty. Nein, to już alles, szerokiej drogi! - odpowiedział Pan Policjant. Szok mi jeszcze nie minął...” Potem był korek 5 km na zjeździe na 12, potem musieliśmy zatankować bo jechaliśmy już na oparach a kolejka na idiotycznie rozwiązanej stacji BP z McDonaldem wychodziła na autostradę A2, a na deser się okazało że na każdej bramce do płacenia za A2 stoi kilku-kilometrowy korek więc szacowany czas przejazdu przez A2 wydłuża się o kilka h, zatem zjechaliśmy na „starą 2” i tak wlekliśmy się aż do Łowicza gdzie wjechaliśmy na A2. Ostatecznie byliśmy w domu o 00:30. Grunt że wszystkie kończyny są na miejscu2 punkty
-
Dzień 6 Ostatni dzień na nartach – zachmurzenie z przejaśnieniami. Tego dnia w końcu otworzyli Rendl. Ruszyliśmy więc z domu na stoki St.Anton, zjechaliśmy ulubioną trasą 2, potem trasą 1 do miasta, stamtąd przez miasteczko jakieś 50m z buta do RendlBahn. Zaliczyliśmy wszystkie trasy po kolei, włącznie z trasą przy łorcyku). Trasy R4, R11 i R12 – fajne i przyjemnie twardo przygotowane. Wyciąg Riffel II był zamknięty. Wróciliśmy do St.Anton, wciągnęliśmy się Galzigbahn i zjechaliśmy trasą 8. Cała trasa była w chmurach, gęsta śmietana, widoczność zerowa plus padający śnieg. Postanowiliśmy zatem jakoś przeczekać tą pogodę, bo ta chmura nagle się pojawiła więc myśleliśmy, że nagle przejdzie. Weszliśmy do knajpy Hospitz przy trasie 8 w St.Christoph. Okazało się że połowa stolików jest porezerwowana...potem okazało się że ceny są nieco wysokie (gulaschsuppe 8,20 EUR), a na ścianach wiszą zdjęcia gości tej knajpy: królowie i książęta... ...więc też sobie pstryknęliśmy fotkę, zjedliśmy ciacho i natknęliśmy się na fajną ciekawostkę – do piwnicy w której są toalety prowadziły schody, ale obok schodów była zjeżdżalnia: Genialny pomysł!!!! Jak wyszliśmy z knajpy to pogoda była taka sama, więc jazdy nie było tylko zsuwanie się po omacku. Zaliczyliśmy ulubioną trasę 2, na której niestety na naszych oczach jakaś nieźle jeżdżąca kobitka uszkodziła sobie kolano i zwozili ją. Ten widok troszkę działa na psychikę i w tak kiepskich warunkach widoczności zdecydowaliśmy, że ok 15:00 wstąpimy do knajpy przy stoku przy którym mieszkamy, zjemy obiadek i zsuniemy się do domku. Na koniec po jedzeniu zaliczyliśmy jeszcze raz trasę 25, tak na pożegnanie i do domku. Wieczorkiem poszliśmy na spacerek i resztkowy szoping. Ciekawostką w sklepie narciarskim była duża (chyba 1x1m) chustka do zawijania gardełka w chłodne dni z wydrukowaną na niej mapką narciarską Ski Arlberg Jak znajdę taką ze ski amade to sobie kupię Odwiedziliśmy też miejscowe muzeum – czytałam że jest to muzeum narciarstwa, ale w zasadzie to muzeum St.Anton. Głównie ten budynek to restauracja (górna półka cenowa), ale na piętrze jest muzeum. Wejście kosztuje 4 EUR i dostaje się gadającego automatycznego pana, który po angielsku opowiada historię St.Anton, a potem historię narciarstwa w St.Anton.2 punkty
-
Dzień 5 Pogoda pochmurna – postanowiliśmy zwiedzić Sonnenkopf. Pojechaliśmy autkiem – niewielki ośrodek na pół dnia, z niektórymi fajnymi trasami. Niestety brak sztucznego naśnieżania, ale ratowali się wybierając śnieg ratrakiem z polany: Ten ośrodek to 1 gondola + 3 krzesła (1 nieczynne) i jakieś dojazdowe orczyki. W sumie zastanawialiśmy się którym z 2 krzeseł jechać najpierw Jedna część ośrodka to łyse wygwizdowie obsługiwane przez stare... przepraszam tradycyjne niewyprzęgane niespieszne krzesło. Trasy przygotowane super na gładź (nie oceniam kamieni). Trasy 7 i 5 – genialne Trasa 2 + 3 = 5 Są tam 3 knajpy, z czego jedna przy trasie 1 była nieczynna. Aha, w głównej knajpie przy gondolce piłam ciekawy szwajcarski narodowy napój – Rivella w wersji Red – oranżada z 35% zawartością serwatki. Genialny smak ! Akurat jak byliśmy w Sonnenkopf to równocześnie na ten sam pomysł wpadło wojsko austriackie – uczyli się tam jeździć na nartkach: Mają też tam tradycyjny wyciąg do łapania za linkę: Ok godziny 13:00 po jedzonku zwinęliśmy się do Lech (parking 4) z zamierzeniem szybkiej teleportacji do Warth celem pobrania mapek Warth, których zapomniałam zabrać dla potomnych poprzednim razem. W Warth niestety nie użyliśmy sobie bo zerwał się bardzo silny wiatr (efekt ruchomych piasków na stoku, jak sypki pył śnieżny w postaci fal przemieszcza się po stoku a człowiek traci orientację czy to on się porusza czy podłoże). Potem do wiatru dołączył zacinający śnieg, zrobiło się pusto na stokach, więc na stoki wylazła obsługa i dokonywała „sztucznego naśnieżania” w postaci narzucania łopatami na stok śniegu i przyklepywania tych białych łat... W Warth niektóre stoki miały śnieg w kolorze cafe latte: Po powrocie na stronę Lech zobaczyłam w pobliżu wyruszający na żer ratrak więc pojechałam za nim i za pomocą dyktafonu w komórce spełniłam swoje marzenie – jako sygnał przychodzącego smsa mam ustawiony dźwięk wydawany przez pracujący ratrak. Bajka Wieczorem zakupy i spacerek. Poszliśmy do sklepu, w którym robią swoje własne nalewki. Oczywiście było ich tyle że nie wiedzieliśmy czego popróbować i na co się zdecydować2 punkty
-
Dzień 4 Pogoda była nieco gorsza – chmurzyło się. Pojechaliśmy autkiem do Lech na parking nr 4 z planem zwiedzenia Warth-Schröken i sprawdzenia nowiutkiego połączenia Lech-Warth. Nowe gondolo-krzesło Auenfeldjet to wyciąg z dupo-grzejkami w gondolkach – wspaniała sprawa! Z Lecha do międzystacji jeździ mieszaniec 2 krzesła + 1 gondola, a od międzystacji do Warth jeżdżą gondolki. Do godziny 12:00 były chmury, potem wyszła lampa. W Warth na górze jest łyso i skalisto, a na dole jest nieco drzew. Bardzo przyjemne szerokie trasy, pięknie położona trasa W4, W2. Trasy do Schröken W7, W9 i W5 też super. Knajpka Hochalp przy trasie 19–swojska i stylowa Pyszne papu: Samo Schröken przypomina mi troszke Alpe di Siusi – dużo pagórków przykrytych puchem, choineczki, słoneczko W Warth- Schröken są dwa photopointy (z czego jeden nie działał) i 2 giganty bmw x-drive (niedziałające). Wieczorem - spacerek.2 punkty
-
Dzień 3 Pogoda znów piękna – lampka i lekko na minusie. Wystartowaliśmy z domku i postanowiliśmy zwiedzić St.Anton i sprawdzić czy już udało im się ułożyć trasy i zatrzeć fatalne wrażenie z dnia 1. Niestety Rendl (druga strona St.Anton) nadal była zamknięta. Trasy były świetnie przygotowane jak na tą ilość śniegu – gładziutki sztruksik. Niestety gdzieniegdzie zdarzały się kamienie, ale przy tej ilości śniegu można to wybaczyć. Trasa nr 2 zrobiła na mnie super wrażenie –piękna, szeroka, gładka idealnie nachylona (miała oznaczenie że jest czarna, ale nie należy się tym sugerować). Zatrzymaliśmy się na jedzonko w knajpie GampenBar przy trasie 22 – na tarasie było tak cieplutko, że myślałam że bielizna narciarska się na mnie stopi: Tego dnia korzystaliśmy też z gondolki Galzigbahn – warto coś o tej gondolce napisać, jako że jest rzeczywiście jedyną w swoim rodzaju gondolką (jak większość pasażerów tej gondolki nagrałam filmik pokazujący mechanizm jej działania, ale filmik jest bez zwrotów akcji i bez zaskakującego zakończenia więc nie wstawiam). Generalnie jest wielkie granatowe koło, które unosi 24 osobowe (część siedzi i część stoi) gondolki z poziomu „ładowania ludźmi” do poziomu lin, na które są zrzucane gondolki. Ciekawostką jest to, że gondolki całą trasę jadą na 2 linach, a nie na jednej. Wieczorkiem jak zwykle spacerek i dodatkowo pamiątkowy szoping – uwaga na kasę, bo tu wszystko jest piękne ale i nieco przydrogie Kupiłam sobie breloczek z butem narciarskim2 punkty
-
Dzień 2 Pogoda – lampa i lekki mróz. Postanowiliśmy pojechać do Lech-Zürs, ale nasza gospodyni powiedziała, że ze skibusami jest problem, tzn. z St.Anton nie chodzi skibus do Lech-Zürs tylko dopiero ze Stuben, więc musielibyśmy albo najpierw post-busem jechać do Stuben i tam przesiadać sie w skibusa, albo na nartach jechać do Stuben i tam przesiąść sie do skibusa. Wybór był oczywisty – zapakowaliśmy klamoty do autka i ruszyliśmy do Lech. Zaparkowaliśmy na bezpłatnym dla posiadaczy skipasu Parkingu nr. 4 przy Schlosskopfbahn – wolne niewyprzęgane krzesło. I tak trzeba wziąć bilecik parkingowy, ale potem przy kasach bilecik i skipass są sczytywane i ten karnecik służy do wyjazdu za free. Widoki w Lech są inne niż w St.Anton – jest trochę choinek, niektóre trasy lecą w lesie i są piękne, świetnie przygotowane na sztruksik i szerokie. Trasy 62a, 34, 34a, 35, 46 i 50 – super Zaliczyliśmy cały Lech – Zug, zatrzymaliśmy się w Lech w knajpie RudAlpe przy trasie34a na ciacho (tam jest dość drogo) i potem „kopsnęliśmy” się do Zürs – do gondoli trzeba niestety przejść przez miasteczko „z buta”, ale na szczęście w zasadzie tylko na drugą stronę głównej ulicy. Kolejka Rüfikopf (40 osobowa stojąca). W Zürs super są trasy 11, 38 i 38a, 3, 3a i 1. W Zürs taką paniusię spotkaliśmy: Z Zürs wróciliśmy trasą 17 do Zürsersee – niestety powrót z Zürs do Lech jest dość ograniczony – trzeba wracać przez cały Zürs, bo Lech i Zürs łączą się ze sobą tylko kolejką Rüfikopf – żeby była jasność, mówię o normalnych, przygotowanych trasach dla narciarzy, bo trasami do skitouru czy freeridem można się jeszcze dostać do Zug, ale wyciąg Maldoch i tak nie chodził. Niedziałający wyciąg Maldoch sprawił również, że musieliśmy dymać ze 200m po umiarkowanie płaskim terenie „jodełką” żeby dostać się do trasy 17. Ponieważ już była dosłownie 16:00 od razu w Zürs złapaliśmy skibus do Lech, ale tutaj też niestety niedociągnięcie – skibus jedzie tylko do Parkingów nr. 1, 2 i 3, więc z Parkingu 3 musieliśmy z buta dymać 200m do Parkingu 4. Przy górnej stacji wyciągu Kriegerhorn w Lech jest photopoint. Wieczorkiem - spacerek na rozruszanie mięśni2 punkty
-
Dzień 1 Pogoda – słoneczko za lekkimi chmurkami i temperatura lekko na minusie . Zwiedzanie ośrodka zaczęliśmy od St.Anton-Stuben. Ludzi było niestety sporo – aż byłam zdumiona że więcej geniuszy wpadło na ten pomysł żeby w tym przedświątecznym okresie (kiedy wszyscy szaleją na zakupach i w kuchni) jechać na narty. Na szczęście okazało się że to był tylko boom weekendowy. Stoki niestety juz o godzinie 10:00 były totalnie roz... rozkopane, muldy do kolan a pomiędzy nimi lód. Tak jakby w ogóle nie były przygotowywane. Śniegu było niewiele mimo sypania armatkami. Tak czy siak widoki gór z wyłażącymi spod śniegu skałami do mnie nie przemawiają. W St. Anton góry są dość łyse (skaliste, bez choinek – SB i MB dawniej Figo złapią sie za głowy z tak profesjonalnego określenia). Przy niedostatku śniegu widać było trawę i jakieś organizmy pionierskie (porosty i inne czepiające się skał cuda) Pierwsze co nam się rzuciło w oczy to w większości wyciągów w St.Anton brak jest bramek do odbijania karnetów (co oznacza brak skiline). Niestety w porównaniu z innymi ośrodkami, w których byliśmy tutaj jest mierne i dziwne oznaczenie tras - zaskakujące było to, że trasy czerwone były trudniejsze niż czarne. Ale o oznaczeniach tras napiszę jeszcze później, bo to ciekawy wątek. Do Stuben prowadzi piękna trasa 17 i S1 – długie i przyjemnie nachylone. Stuben jest malutkim ośrodkiem, w zasadzie nie ma tam miasteczka tylko „osada” z hotelami i kapliczką. Stuben to stare niewyprzęgane krzesła typu kolano-jebki i niestety brak sztucznego naśnieżania (kamulce i skały). Trasy nie są powalające, bo są dość wąskie. A to jest efekt "sztucznego naśnieżania" w Stuben czyli zabierania z okolicznych polan śniegu i wrzucania go na trasy Wieczorkiem poszliśmy do kościółka do St.Jakob – mszę odprawiał młody ksiądz z dziwnie brzmiącym akcentem i dobrze wyczuliśmy że to „swój chłop” – po mszy pogadaliśmy sobie z przesympatycznym polskim księdzem, który też jest narciarzem.2 punkty
-
Ski Arlberg 14-21.12.2013 Wyjazd: Droga była w sumie ok. Z Wwy wyjechaliśmy od razu na A2 i jechaliśmy przez Niemcy (na Lindau). K.Hołowczyc chyba chciał nas prowadzić przez Monachium, więc przez pewien czas słyszeliśmy znudzony głos Hołka: „Jesteś poza trasą... nowa będzie lepsza” – to chyba w zamierzeniu miało działać uspokajająco na psychikę kierowcy Nasz Gasthof (Haus Pfeifer) położony był ok 50m od trasy nr. 24a, tak że wychodząc przez furtkę, wpina się narty, podjeżdża się 50m po polanie do stoku i już zaraz jest dolna stacja gondolki Nassereinbahn. Typowy pokój ze śniadaniem. Generalnie ciężko w okolicy znaleźć nocleg poniżej 50 euro i sensownie położony – wydaje mi się, że znalazłam optymalne lokum (zarówno cenowo, jak i co do lokalizacji). Gospodarze generalnie raczej mówili „po swojemu”, ale dogadywaliśmy się bez problemu... chyba... Pokoik był na parterze z najpiękniejszym dla narciarza widokiem - na trasę i dolną stację gondolki. Pokoik wystarczający jak na 2 osoby, przytulny, z różową łazienką, ale bez netu i TV. TV mieliśmy co prawda w pokoju śniadaniowym tuż za drzwiami naszego pokoju, który był przeznaczony wyłącznie dla nas, ale to nie to samo – lubię tuż po przebudzeniu włączyć Alpenpanoramę i przy dźwiękach tej muzyczki zbierać się na śniadanie i do wyjścia. Pokój śniadaniowy był wykończony w moim ulubionym stylu czyli z padliną na ścianach Jak tylko się zameldowaliśmy i wnieśliśmy klamoty do pokoju, poszliśmy na spacer po miasteczku (zaczął padać śnieg). Miasteczko jest baaardzo duże jak na to co się spodziewałam – jest po prostu rozległe i piękne, w tym czasie pięknie ozdobione świątecznymi dekoracjami, każdy dom zadbany, jakby wczoraj odmalowany. Mnóstwo sklepów takich dość lansiarskich, niewiele restauracji w stylu Stubn/Huette ze swojskim miejscowym jedzeniem, natomiast większość to restauracje hotelowe np. z zupą tajską zamiast tradycyjnymi alpejskimi zupami. Jak się później okazało na stokach też jest niewiele knajp w porównaniu z takim skiamade, gdzie na każdej trasie jest minimum jedna knajpa. Z czystym sumieniem mogę polecić restaurację Fuhrmann Stube (w miasteczku) i knajpę RodelAlm przy rozwidleniu tras 25 i 24a – w miarę normalne ceny i pyszne jedzonko. Taki spacerek po mieście (do Galzigbahn i z powrotem) robiliśmy sobie codziennie wieczorkiem po nartach. W miasteczku jest Billa i Spaar – sklepy są czynne nawet w niedzielę (Spaar do 19:30). Obok Billi jest stacja „tankowania” TESLI:2 punkty
-
1 punkt
-
Niestety nie. Ryanair nie pozwala na przewóz nart jako bagaż rejestrowany. Za przewóz nart o wadze do 20kg trzeba zapłacić dodatkowo 50euro za każdy odcinek lotu, nawet jeżeli lecisz tylko z nartami! W trosce o zdrowie i bezpieczeństwo pasażerów linie lotnicze Ryanair nie przyjmują do przewozu sztuk bagażu o wadze powyżej 32 kg lub o wymiarach przekraczających łącznie 81 cm wysokości, 119 cm szerokości i 119 cm głębokości. To ograniczenie wagi nie dotyczy sprzętu ułatwiającego poruszanie się. Sprzęt sportowy lub muzyczny, taki jak między innymi duże wędki, kije golfowe, rowery* (limit ciężaru rowery wynosi 30 kg), skutery, sprzęt do szermierki, tyczki, oszczep, deski surfingowe, deski snowboardowe i narty, ani duże instrumenty muzyczne, w tym także harfy, kontrabasy i perkusje, nie nadają się do przewozu przez linie lotnicze praktykujące szybkie rozładunki, takie jak Ryanair. Takie przedmioty ważące nie więcej niż 20 kg mogą jednak być przewożone w luku samolotu poza dopuszczalnym osobistym limitem bagażu rejestrowanego po uiszczeniu dodatkowej opłaty w wysokości 50 € za sztukę za lot w jedną stronę w przypadku rezerwacji online lub 60€ za sztukę za lot w jedną stronę w przypadku rezerwacji na lotnisku lub za pośrednictwem telefonicznego centrum obsługi firmy Ryanair.1 punkt
-
1 punkt
-
akurat to najlepsze warunki są w Białce Na wszystkich trasach należących do Kotelnicy , jest prawie 80 cm śniegu , najlepsze to , że mają zapas śniegu na conajmniej tydzień lub dwa besz śniegu .Żaden inny ośrodek w tej chwili nie może konkurować z Kotelnicą .PrawdopodobniE jak co roku przetrwają kryzys bez strat. A tu dowód dla niedowiarków http://kotelnica.webcamera.pl/ http://kamerynastokach.republika.pl/osrodek_kamery_bialka_tatrzanska.html1 punkt
-
W wieku 14 lat miałem Polsporty z Betami na 200 cm, tak że lataliśmy razem:biggrin:, ostatnio nawet zatęskniłem za tak długimi nartami i chciałem kupić Stocki DH na 215 cm, ale jakaś menda mi je podkupiła:mad::1 punkt
-
To jednak jesteście rodziną:applause: Filmik - czadzik. Kiedy Senior się zaloguje na forum?? :wink:1 punkt
-
....., Zwardoń. Toż ja musiałem nad twoją głową przelatywać, bo na 2m nartach nie dało się skręcać więc na krechę jeździliśmy skacząc z muldy na muldę na Małym Rachowcu. Mam nadzieję, że za te dwadzieścia parę lat też jeszcze pojeżdżę. Gratulację dla wujka oraz za zdecydowaną wygraną podczas wideofilmowania w Istebnej.1 punkt
-
Sprzęt bardzo porządny. Kiedyś kumpel dał mi się na takich przejechać za dziecka i w stosunku do moich Epoxów był spora różnica. Co do ustawień wiązań to idź do jakiegoś serwisu, który zrobi to właściwie lub zrób to sam metodą prób. Na początek ustaw na 1 i jedź na stok, jak się nie będą wypinać samoistnie przy ewolucjach to tak zostaw. Jeżeli będą to daj 1,5 itd. Miłej zabawy. Czekamy na relację z jazdy.1 punkt
-
Należy pogratulować Seniorowi, nie tylko kondycji ale też tego, że to pewnie również dzięki niemu w Waszej rodzinie kultywowane są tradycje sportowe i narciarskie :happy:1 punkt
-
Można tylko pozazdrościć tak sprawnego Ojca i mieć nadzieję, że samemu jeszcze przez jakiś czas się pojeździ.1 punkt
-
Nareszcie jest. Dzięki SB. utworzyłem również nowy wątek; http://www.skionline.pl/forum/showthread.php/18432-70-czyli-Seniorzy-na-nartach?p=184049#post1840491 punkt
-
1 punkt
-
W Jurgowie warunki jak na aurę dobre tak wynika ze strony http://nowa.hawran.pl/n/19/styczniowy-dzien-na-stoku1 punkt
-
Powiem wam że ze względu na charakter mojego zawodu często mam problemy z kolanami i parę razy sytuację uratował Arthron Complex już po 2-3 dniach kolana wracały do normy przed wyjazdem na narty robię kurację parę dni a na wyjazd to podstawowy produkt jak dla mnie1 punkt
-
Odpowiednie wspomagacze farmaceutyczne są ważne ale mentalności, determinacji nic nie zastąpi:) Jak widać tobie nie brakuje więc wszystko będzie dobrze. Piszę tak ponieważ podobnie nigdy nie odpuszczam Powodzenia1 punkt
-
Jak prognoza jest zła to nie otwierają wcale przejścia , nie ma tak że godzinę działa a potem nie . Dlatego czasem wydawać się moglo iż spokojnie przeprawa mogła by być otwarta a tu nic z tego . Będąc 6 dni tyko dwa razy można było pojechać na stronę włoską , na dole zawsze jest wyświetlana informacja no i ten pociąg na stoku :cheerful: , widokowo fajny1 punkt
-
W dolnej części COS ma problem z gruntami i to chyba podstawowy problem.W tym roku kilka razy wspinałem się na Skrzyczne i obszedłem wszystkie trasy.Pod koniec FIS-a są jakieś płoty,podobnie tam gdzie prowadzi Ondraszek.Być może w zimie je demontują - to takie proste drewniane ogrodzenia - i nie ma problemu,ale najwidoczniej coś jest na rzeczy. : W każdym razie dolna część krzesełka nie prędko zostanie zmodernizowana. :frustrating:1 punkt
-
Trzeci odcinek Magazynu Narciarskiego to oprócz szkoły tricków Marka Dońca przedstawienie sylwetki wspinacza Michała Króla oraz wycieczka do włoskiego kurortu Livigno. Odcinek trzeci: http://www.tvn24.pl/magazyn-narciarski,89,m/cale-odcinki,170/magazyn-narciarski-odc-3,383569.html#autoplay Na TVS ukazał się również niedawno reportaż ze stacji narciarskiej CzorsztynSki. Obejrzeć można pod linkiem: http://www.tvs.pl/tv/video,weekend_z_tvs_zima_201314,9982.html1 punkt
-
Chyba po mieście będę musiał zacząć chodzić w kasku, bo tutaj ze względu na sople zwisające z rynien, prawdopodobieństwo oberwania soplem jest setki razy większe niż na stoku!1 punkt
-
Zdjęcia z wczorajszego pobytu w stacji SUCHE w Poroninie Zdecydowanie najlepsze warunki ze wszytskich stacji jakie odwiedziłem. Twardo i równo. Brak przetarć, przetopów i minerałów. Jeżeli ktoś się wybierze, to polecam naostrzyć wcześniej narty, wtedy jazdę obędzie się bez zbędnych driftów1 punkt
-
To samo pomyślałem.Wtedy w styczniu był wysyp grzybów! :eek: Sam je znajdywałem! Chyba właśnie wtedy odkryłem Pilsko,bo tylko tam dało się jako tako pojeździć.W Szczyrku był jeden dramat. Rosyjscy meteorolodzy przewidywali dla nas w lutym ostry mróz,nawet poniżej -40st!Tak miałoby być nawet 3 tygodnie!Tak przynajmniej przeczytałem jesienią.Natomiast według nich grudzień miał być bardzo ciepły (i był),styczeń również ciepły. Ciekawe czy się sprawdzi? :wink: Czy nie uważacie,że skoro warunki są takie beznadziejne,to stacje powinny obniżyć ceny za karnety?Jeden Złoty Groń tak zrobił. Soszów,mający jedną wąską niebieską trasę,raczej mało ciekawą,trochę sporo sobie żąda.Jeszcze płatny parking. : Nie wiem jak na Pilsku,ale chyba tam też nie ma żadnych zniżek,a za obecne warunki to nawet pół ceny za karnet to raczej dużo. Jak już jest mizeria z warunkami,to choćby z ceny mogliby popuścić. :1 punkt
-
http://skrzyczne.cos.pl/ Wiem że to żadne pocieszenie bo nie ma śniegu ale jest nowa strona skrzycznego z nową mapką1 punkt
-
Zakopane Szymoszkowa - narty z widokiem na Tatry. Warunki wiosenne, na trasie 30-50 cm śniegu. Na stromszej, nasłonecznionej części trasy miękko i pojawiają się pierwsze przetopy. Brak przetarć lub kamieni. Ruch umiarkowany. Sent from my iPhone using Tapatalk1 punkt
-
Plan na długi weekend: Niedziela 05.01. 09:30 Bormio, - Slalom kobiet, 1. przejazd (45min) E2 12:30 Bormio, - Slalom kobiet, 2. przejazd (75min) E2 14:15 Bormio, - Slalom kobiet, 2. przejazd (30min) Poniedziałek 06.01. 14:30 Bormio, - Slalom mężczyzn, 1. przejazd (75min) 17:45 Bormio, - Slalom mężczyzn, 2. przejazd (60min)1 punkt
-
Dwóch kosmitów wylądowało na ziemi. Ciemna noc pustkowie idą. Dochodzą do zamkniętej stacji benzynowej. Podchodzą do dystrybutora. Jeden z nich mówi: - Dzień dobry my jesteśmy kosmici, przylecieliśmy tu w pokojowych zamiarach chcemy tylko porozmawiać. Dystrybutor milczy. Tak trzy razy. W końcu jeden z nich nie wytrzymał i mówi: - Chyba mu przywalę z lasera. Na to drugi: - Nie rób tego, to jakiś kozak. Więc jeszcze raz próbują a dystrybutor ciągle milczy. Więc ten jeden wyciąga laser, strzela, stacja wylatuje w powietrze. Wstają pół kilometra dalej otrzepując się z kurzu. Jeden drugiego pyta: - Ty skąd wiedziałeś że to kozak? -Jak byś się okręcił 2 razy dokoła swoim penisem a następnie wsadził go sobie w ucho też byłbyś kozak.1 punkt
-
Wstawiłam galerię zdjęć i podpisy pod zdjęciami: oto link do pierwszego zdjęcia http://www.skionline.pl/forum/gallery/showimage.php?i=3312&c=5 i trzeba klikać do tyłu ("poprzednie zdjęcie") Mam nadzieję, że przebrniecie, bo co prawda zdjęć jest sporo ale i tak się ograniczyłam bo było ich prawie 900:o1 punkt
-
Informacje ogólne: Wejściówki na zawody: Generalnie zasada jest taka, że trzeba je kupić, bo nie wpuszczają nie tylko na metę ale również przy trasie nie można stanąć, bo cała trasa jest zabezpieczona. Wejściówki można było kupić w Aquarenie, w centrum w Cash&Fun albo tuż przed zawodami u sprawdzaczy biletów. Cennik wygląda dość zabawnie bo normalne bilety kosztowały tak: SG – 17€ DH – 24€ SL – 19€ natomiast bilety VIP-Loge kosztowały tak: SG – 400€ DH – 1000€ SL – 500€ Restauracje: Restauracji w mieście jest generalnie niewiele, większość to hotelowe restauracje do których się nie pchaliśmy. Generalnie restauracje są prowadzone przez Włochów ale mają także tradycyjne dania Tyrolskie. Jeśli ktoś chce zjeść pampucha to tylko w jednej knajpie w mieście je mają, w samym centrum knajpa nazywa się Konditorei Cafe Bar (Vorderstadt 17). Ntomiast na stoku do której kanajpy nie poszliśmy to było wszystko bardzo smaczne, tyrolskie i w tych samych cenach (gulaschsuppe ok 4€, sznycel z frytkami i sałatką ok 10€, pampuch ok 4,50€). Parkingi: W Kitzbühel są 3 parkingi bezpłatne ale są one w centrum miasta i zbyt daleko od gondolki. Natomiast jest jeden duży płatny parking pod gondolką Hahnenkamm bahn wyciągającą na Streifa (trzeba tylko przejść przez tory kolejowe i jest się pod gondolką). W czasie zawodów nie można tam zaparkować bo centrum jest zamknięte i na parking pod gondolką na bank nas nie wpuszczą. Ponieważ ośrodek łączy w sobie 3 miejscowości, Kirchberg-Kitzbühel-Jochberg więc można spokojnie podjechać do Kirchbergu czy Jochbergu i tam są duże parkingi bezpłatne i stamtąd łatwo można dostać się do Kitzbühel już na nartach. Imprezy apresski: Bardzo dużo jest barów apersski, już pod samą metą Streifu zaczynają się bary i na starówce też jest ich dużo. Trafić do nich nietrudno – trzeba iść za dźwiękiem muzyki. Natomiast w weekend Pucharu Świata wszystkie ulice centrum zamieniają sie w jedną wielką imprezownię. Podsumowując: Na początku miałam obawy co do mojego noclegu, czy będą parkingi, czy będzie trzeba skibusem dojeżdżać na stok ale już po pierwszym dniu okazało się że to jest najlepsza opcja. Mieszkaliśmy jakieś 1,5 km od centrum, na obrzeżach Kitzbühel, na małym kameralnym cichym osiedlu domków z privat roomami. Z dojazdem do stoków, na imprezę czy do centrum na kolację nie było problemu a wieczorem na osiedlu była cisza i spokój, można było się wyspać, przejść wieczorem na spacer, co w centrum mogłoby być trudne, bo tak jak pisałam całe centrum zamieniało sie w imprezownię a na ulicach co kilkadziesiąt metrów rozstawione były wielkie kolumny z których wydobywała się ogłuszająca muzyka. Jak koś przez ten tekst przebrnął to gratuluję Niebawem postaram się umieścić fotki w galerii.1 punkt
-
Poniedziałek 25.01.2010 Dziś pierwszy dzień po tłocznym imprezowym weekendzie. Liczyliśmy na to że stoki będą puste i rzeczywiście tak było, większość kibiców przyjechała tu tylko na weekend z tym że mimo tłoku w mieście nie było widać tłumu na stokach. Natomiast po zakończeniu zawodów cały ten tłum zniknął z miasta a na stokach też było pusto. Pojechaliśmy samochodem do Kirchbergu, pogoda nie była super słoneczna ale idealna na narty. Przejechaliśmy się do samego Kitzbühel żeby zaliczyć trasę slalomową i drugi raz zaliczyć Streifa. Niestety Streif był zamknięty i z tego co mówiła obsługa to miał być otwarty dopiero w piątek bo przygotowują go do użytku. Trasa slalomowa była generalnie też w rozbiórce, ale pozwolono nam zrobić sobie zdjęcie w bramce startowej i zjechać na dół. Trasa była totalnie zlodzona a krawędzie nart zwykłego śmiertelnika po prostu nie trzymały się tego lodu. Na krechę bałam się zjechać bo potem bym nie wyhamowała przed bizonem który właśnie ruszał na trasę, więc kalecząc ten sport i technikę zsunęłam się jakoś na dół. Tego dnia zwiedziliśmy wszystkie trasy leżące pomiędzy Kiztbuhel a Kirchbergiem oprócz trasy56 lecącej do Aschau z której potem nie ma jak sie przedostać z powrotem. Wyciągi C2, D2, D4 i D8 nie mają bramek na skipassy więc ekg wychodzi trochę zakłamane. Wtorek 26.01.2010 Od rana sypał śnieg a w powietrzu mleko. Widoczność była fatalna ale o tym dopiero się przekonaliśmy już na nartach. Postanowiliśmy dzisiaj zwiedzić stoki położone pomiędzy miejscowościami Jochberg a Pass Thurn. Samochodem podjechaliśmy do Jochebrgu, tam bez problemu znaleźliśmy miejsce na parkingu i ruszyliśmy na górę. Wiedziałam już że czeka mnie wjazd reliktowym krzesłem a potem kotwicą więc nawet nie zapinałam butów. Z wyciągów roztaczał się piękny, jednorodny widok – mleko. Wjechaliśmy z gęstą warstwę chmur. Nie było nic widać poza czubkami nart które podczas jazdy znikały pod warstwą świeżej warstwy puchu. Pomijam już fakt że był wiatr a płatki śniegu wygładzały odmrożoną twarz jak peeling. Jak już dotarliśmy na górę to zaczęliśmy wycieczkę do Pass Thurn. Większość wyciągów, którymi jechaliśmy nie miała bramek więc cały monitoring siada. Wyciągi F2, F6, F7, F8, F9, G5 i G4 nie miały bramek. Bramkę dopiero złapaliśmy w Pass Thurn na wyciągu G1. Generalnie tego dnia nasz narciarski dzień to była walka z żywiołem. Nie dość że przez mleko i śnieg nie było widać gdzie prowadzi trasa (bo trasy w tamtej okolicy nie były położone w lesie) to jeszcze nie widziałam podłoża i ukształtowania terenu. Bieg na orientację polegał na szukaniu słupków i tabliczek wyznaczających trasę i jeżdżeniu od słupka do słupka. Ludzi tego dnia na stokach było bardzo mało (albo przez mleko nie było ich widać). Wracając z Pass Thurn spotkaliśmy parę z Czech, która także próbowała się przedostać z powrotem do Jochbergu. Postanowiliśmy połączyć siły i jechać we czwórkę – w końcu co cztery pary oczu to nie dwie Szybko się okazało, że wszyscy czworo nie zauważyliśmy jednego drogowskazu i wróciliśmy do wyciągu którym już jechaliśmy. Jazda we czwórkę wyglądała tak, że jechaliśmy jedno za drugim w odległości ok 2-3 metrów żeby się nie zgubić. Na szczęście cało i zdrowo dotarliśmy do Jochbergu, po drodze zatrzymując się ok 15:45 na zasłużony obiad. Wcześniej nie chcieliśmy stawać na jedzenie bo baliśmy się, że nie wyrobimy się z powrotem. Dzień nie był do końca stracony, bo nie widząc podłoża (a właściwie nie widząc nic poza mlekiem) musiałam jechać polegając tylko na czuciu nart, coś jak jazda na nartach z zamkniętymi oczami. Polecam:) Wieczorkiem poszliśmy do Aquareny (basen w Kitzbühel). Mając skipass przy sobie wejście na basen bez limitu czasowego (czynny od 10 do 21) kosztuje 5,5 €. W budynku znajduje się basen z ciepłą wodą do pasa gdzie odbywa się aerobik, są bicze wodne i wydzielone oczko dla bobasów, basen pływacki z nieco chłodniejszą wodą i dwie zjeżdżalnie. Sauna i solarium jest za dodatkową opłatą. Spędziliśmy tam 40 minut z czego większość czasu na biczach i na zjeżdżalni I teraz ciekawostka: w przebieralni męskiej suszarki są do wolnego użytku natomiast w przebieralni damskiej wrzuca się 20 €centów co powiedzmy że starcza na podsuszenie włosów mojej długości (ale do końca suche nie są). Ręcznik, klapki i mydełko trzeba mieć swoje. Wróciliśmy do domku akurat na drugi przejazd slalomu w Schladming Środa 27.01.2010 Ostatni dzień nartowania. Za oknem chmury ale bez opadu śniegu więc postanowiliśmy pojechać do Jochbergu, zwiedzić trasy, które znamy z czucia a nie z widzenia. W połowie drogi kotwicą przywitało nas piękne ostre słońce a poniżej w dolinie zalegały gęste chmury. Bajkowy widok! Jadąc trasami śmiałam się sama do siebie z zaskoczeniem że tak te trasy wyglądają jak cokolwiek widać. Trasy były dobrze przygotowane, gładko i twardo. Ludzi było znacznie więcej, przed wyciągami stało się max 10 min w kolejce ale tłoku na trasach nie było. Generalnie ośrodek jest fajny, trasy przyjemne jednak przez te orczyki i stare wyciągi krzesełkowe które na takim wygwizdowiu jak Zweitausender (2004 m i wiatr w twarz) nie mają opuszczanej szyby niestety nie zachęcają. Jakbym miała wrócić do Kitzbühel to jeździłabym w Kirchbergu-Kitzbühel. Na koniec dnia przeszliśmy się jeszcze na kolację do centrum Kitzbühel. Zjadłam rosół z okiem bałwanka czyli speckknoedel soup i kaise spatzle czyli spatzle serowe których zapach rozkładał na łopatki skarpetki narciarskie po całym dniu jeżdżenia Po powrocie do domku spakowaliśmy to co się dało a reszta suszyła się przez noc. Czwartek 28.01.2010 Wyjazd do Wwy. Byliśmy już spakowani poprzedniego dnia, jedyne co to dopakowaliśmy rzeczy narciarskie i ok godziny 11 wyjechaliśmy. Sypał śnieg przez prawie całą drogę ale jechało się dobrze, bez większych problemów. Około 19 zrobiliśmy postój na spotkanie w Rogatej i jedzonko, które planowo miało trwać godzinę ale się nieco przedłużyło nawet nie wiem kiedy i odprowadzeni przez Wojtusia i RobertaJanusa ruszyliśmy do Wwy. Tu droga nie była już taka wesoła, parę naczep stojących na środku drogi bez ciągnika i jakieś samochody wiszące na bandach śniegu, zamieć śnieżna i lodowisko ale na 1:30 byliśmy w Wwie, cali zdrowi i z depresją że wyjazd na narty się zakończył.1 punkt
-
Pamiętnik z Kitzbühel (21 - 28. 2010) Środa 20.01.2010 Ruszyliśmy z Wwy ok 16:00, droga do B-B była całkiem niezła, niezbyt zatłoczona natomiast ilość radarów zwaliła mnie z nóg... mimo że droga prosta i pusta to nie dało się jechać równo tylko co chwila halt. Zajechaliśmy do B-B na małe spotkanko w Rogatej:) Dziękuję przy okazji Wszystkim którzy tak licznie przybyli Z B-B ruszyliśmy ok 23:30, po drodze zatrzymaliśmy się 2 razy na odpoczynek i zajechaliśmy do Kitzbühel we czwartek na godzinę 10 rano. Czwartek 21.01.2010 Ponieważ pokój nie był jeszcze gotowy, a już trwał trening do zjazdu więc postanowiliśmy się przejść i zobaczyć tą imprezę. Przyszliśmy na metę i właściwie na „dzień dobry” spotkaliśmy po kolei wszystkich czołowych zjazdowców Pucharu Świata. Ponieważ na mecie czekała dosłownie garstka kibiców zrobiliśmy sobie z nimi fotki, wzięliśmy autografy. Większość zawodników nie miała nic przeciwko, natomiast Didier Cuche wyciął w długą tak że trzeba było Go gonić, uciekał i śmiał się, dowcipniś jeden, ale w końcu uległ memu urokowi...nie miał za bardzo wyjścia Carlo Janka...cóż na zdjęciu miał minę jakby był tam za karę, ale taką samą minę miał na rozdaniu numerów startowych, podczas gdy reszta zawodników z uśmiechem pozdrawiała kibiców i taką samą minę ma jak wygra zawody... więc rozumiem że uśmiechu nie ćwiczył przed lustrem. Przesympatyczny był Werner Heel, który w TV wygląda na rudego brzydala z Tyrolu a w rzeczywistości ma piękny uśmiech, równiutkie zęby i jest dość przystojny jak na brzydala Svindal bidulek chyba nie wiedział jak ma kibiców przepędzić i jak się wydostać, bo jak każdy zaczął sobie z nim fotki robić to chłopak przepadł i puścili go dobre 20 minut później (dla porównania reszta zawodników po 3 – 5 minutach uciekała). Podeszliśmy jeszcze w drodze powrotnej do gondolki żeby wyrobić sobie skipassy i do centrum kupić wejściówki na zawody. Po tak emocjonującym początku pobytu w Kitzbühel wróciliśmy do naszego pokoiku rozpakować się, troszkę zdrzemnąć (w końcu dobę nie spaliśmy) i wieczorkiem pojechaliśmy się przejść po pięknym centrum Kitzbühel i zjeść kolację w przytulnej, niedrogiej restauracji z miłą obsługą, w której jak się później okazało jedliśmy prawie codziennie. Piątek 22.01.2010 Zawody (super G) zaczynały się o 11:30. Ponieważ centrum Kitzbühel i dojazd do Hahnenkamm były zamknięte a skibusy jeździły totalnie przeładowane to nasi gospodarze doradzili nam żeby pojechać do Kirchbergu i stamtąd dostać się na już nartach do Streifu. Rzeczywiście bez problemu dotarliśmy na zawody, zjechaliśmy wzdłuż trasy i wybraliśmy optymalne dla siebie miejsce na 2 zakrętach. Rozłożyliśmy baner skionline i właściwie od razu zaczął się wyścig. Wrażenia są nie do opisania, bo sama atmosfera zawodów robi swoje, a jeszcze obejrzenie tego na żywo w realnych prędkościach... niesamowite. Po przejechaniu pierwszej 30stki zjechaliśmy do mety i tam oglądaliśmy wyróżnienie Cucha, Walchhofera i Streitbergera. Potem poszliśmy na tyły trybun zobaczyć wychodzących zawodników. Spotkałam tam pana Roberta Brunnera (menagera do spraw PR austriackiego teamu) którego dobrze znamy z relacji zawodów PŚ jako podmieniacza nart austriackich zawodników Po zawodach pojechaliśmy na górę zjeść coś i potem właściwie już trzeba było zjeżdżać do Kirchbergu. Wieczorkiem pojechaliśmy do Centrum na dekorację zwycięzców i losowanie numerów startowych. Okazało się, że to tak samo huczna impreza jak same zawody Ze zjedzeniem czegoś obiadowego już był problem wieczorem. Wszystkie restauracje, których w Kitzbühel nie jest za wiele były wypełnione po brzegi albo zarezerwowane. Co prawda w Centrum rozstawili kilkadziesiąt budek z piwem, kiełbaskami i hamburgerami ale my chcieliśmy zjeść coś zdrowszego W końcu zjedliśmy średniej jakości kurczaka w miodzie i pomarańczach we włoskiej restauracji De Gusto, niby ą ę ale w gruncie rzeczy to McDonald byłby lepszy, szybszy i tańszy – czekaliśmy 30 min na danie...i zapłaciliśmy 50€ (podczas gdy obiad dla 2 osób w mieście i na stoku kosztuje ok 25€). Poza tym gość który nas obsługiwał zachowywał się dziwnie, ja byłam wściekła bo głodna a on nie umiał powiedzieć w skrócie po angielsku z czego jest to danie które chcieliśmy zamówić więc zamuczał jak krowa...aż ludzie ze stolików obok się dziwnie patrzyli.1 punkt







