Skołowany zmiennymi doniesieniami o warunkach narciarskich w Kirgizji,postanowiłem sprawdzić je osobiście.Okazja się nadarzyła,bo zaprzyjaźniony pisarz jechał na pogranicze Afganistanu i Tadżykistanu po wenę i ucieczkę przed tłumem fanek.Dopiero w Biszkeku dolatywała jego żona,więc zaproponował mi funkcję co-drivera i mechanika,co z radością przyjąłem.Jego Vitara dostała nowe,profesjonalne podwyższone zawieszenie i baaardzo wielkie koła,które okazały się źródłem kłopotów,bo na wielkich dołach dobijając do rantu błotnika,cięły oponę.Przerobiłem w warunkach polowych zawieszenie,wspominając z nostalgią cięższe akcje z dawnych czasów na parkingach niemieckich autostrad i dalsza podróż po wyśmienitych drogach Ukrainy,Rosji,Kazachstanu i Kirgistanu przebiegła już bez problemów technicznych.Niestety nie udało nam się spotkać separatystów na wschodniej Ukrainie.Zamiast nich mieliśmy serię spotkań z oficjelami mijanych krajów-rosyjskim celnikiem,kirgiskim pogranicznikiem i dwoma patrolami kazachskiej drogówki.Wszyscy byli tak gościnni,że kosztowało nas to mnóstwo czasu a wypadku tych ostatnich także pieniędzy.Przyjąłem wersję,że to cena sławy mojego kolegi...Dlatego 5500 km w jedną stronę jechaliśmy aż 8 dni...Po dotarciu na miejsce okazało się,że śnieg jest tylko wysoko a heliskiing działa tylko zimą.Wyciągi,są na zdjęciach,takie sobie...