Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. fafek

    fafek

    Użytkownik forum


    • Punkty

      17

    • Liczba zawartości

      314


  2. Annaa

    Annaa

    Użytkownik forum


    • Punkty

      11

    • Liczba zawartości

      730


  3. johnny_narciarz

    • Punkty

      10

    • Liczba zawartości

      8 428


  4. marboru

    marboru

    VIP


    • Punkty

      7

    • Liczba zawartości

      7 223


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 06.06.2016 w Odpowiedzi

  1. Ostatni odcinek. W 3 dni plan wykonany, czas na bonus. W ostatni dzień zebraliśmy się bladym świtem, by nieco "skrócić" drogę powrotną do PL. A po drodze przerwa na małą działalność górską. Problemy były zasadniczo dwa. Pierwszy: droga, która jeszcze dzień wcześniej była zamknięta z powodu małej lawiny. A drugi: prognoza pogody. Ta nie pozostawiała wątpliwości - będzie padać i będzie zimno na górze. Były więc duże wątpliwości, ale o godzinie 8 rano w miejscu startowym jeszcze nie padało, więc postanowiłem ruszyć, najwyżej zmoknę... Początek na ok 800mnpm, kilka km po płaskim i zaraz zaczyna się podjazd. A ten przedstawi się sam... Jak widać droga już otwarta, póki co sucho. Oby tak dalej! Z początku podjazd jest dość łagodny, można się oswoić z ogromem pracy, którą trzeba włożyć. Z głównej drogi, gdzie zaczynałem jazdę, na górę jest 28km i prawie 1,9km w pionie... Niestety dzień dziecka szybko się kończy - po wyjeździe z jednego z tuneli, z niesmakiem stwierdzam, że już pada. A to dopiero początek wspinaczki. No ale cóż, to była kwestia czasu. Sam podjazd też robi się coraz trudniejszy, już do samego końca będzie stabilnie trzymać 8%. Deszcz i zmęczenie po 3 wcześniejszych dniach, to też słabe połączenie. Momentami pada intensywnie, chwilami przestaje. Widoków za bardzo nie ma, jest mglisto i ponuro. W końcu zaczynają się serpentyny, jest ich 48, są numerowane, ale dość wybiórczo. Tutaj już okolice po przejechaniu 20-tu z nich, wysokość 2060m. W Dolomitach byłaby to już końcówka wspinaczki, na Stelvio czeka mnie jednak jeszcze prawie 700m... Na horyzoncie widać już słynne końcowe serpentyny. I tak mozolnie się to wszystko posuwa do przodu. Na jednym z zakrętów czai się paparazzi, który robi mi serię zdjęć... Teraz mogę sobie je nawet wykupić, ale musiałbym mieć konto na paypalu :-/ Jak mówiłem idzie to mozolnie i mało przyjemnie w tym deszczu, ale drogi ubywa. Śniegu za to przybywa, choć z tej strony, to akurat stok przy drodze jest za stromy, żeby się utrzymał. I wreszcie ostatni kilometr, już widać metę. Nareszcie koniec męczarni (jak bardzo się myliłem, za chwilę się przekonam)... Cima Coppi zdobyta! Jestem chyba pierwszym kolarzem, który w tym roku wyjechał na Passo Stelvio od klasycznej strony (bo to był pierwszy dzień kiedy było otwarte ) Teraz krótka przerwa na odpoczynek, kupno pamiątki i w dół... Początek zjazdu w stronę Bormio, by zaraz odbić na Szwajcarską stronę i przez Umbrail Pass kierować się na sam dół. Bardzo, bardzo długi (ponad 25km) zjazd. W normalnych okolicznościach byłby to raj. W ten dzień był koszmarem. Po pierwszym kilometrze już czułem, że nabawię się odmrożeń palców. Po kilku kilometrach cały już trzęsłem się z zimna. A wysokości wcale szybko nie ubywało, bo na mokrej szosie i wirażach trzeba było bardzo uważać i nie rozpędzać się zanadto. Ubywało za to klocków hamulcowych - po tych 4 dniach, a szczególnie po tym deszczowym zjeździe nowe klocki się praktycznie zużyły... W końcu dotarłem do miejscowości po stronie szwajcarskiej, droga się nieco wypłaszczyła, a ja ile sił w nogach cisnąłem, żeby choć trochę się rozgrzać. Chyba w życiu tak nie zapieprzałem po tak kiepskiej i mokrej nawierzchni... w takich okolicznościach włączają się pierwotne instynkty Do miejsca spotkania czekał mnie jeszcze kawałek podjazdu do pokonania (Reschen Pass), ale chłopaki się nade mną zlitowali i wyjechali mi naprzeciw ;-) I tak po ok 60km wpakowałem się do busa, by wreszcie poczuć ten komfort suchego ubrania :-D i za moment ruszyć w drogę powrotną do domu. Wiadomość dnia: Passo dello Stelvio zobyte! Ale frajdy za dużo w tym nie było. The End
    7 punktów
  2. No wróciłem do dostępu do neta.Chciałem podziękować wszystkim uczestnikom wspomnianego WZF-a za super sobotę.Wypad był świetny.Szczególne podziękowanie dla dzieci które były z Majorem. Oczywiście za to, że nas nie zamordowały swoim tempem :wink:I jeszcze parę fotek: Pozdrawiam.
    7 punktów
  3. Pięknie dziękuję Wszystkim za piękną sobotę i Babią Górę.Towarzystwo dzielne,wesołe i wytrwałe.(oby więcej takich spotkań:smile:) Bałam się troszkę momentu łańcuchów, klamer,przepaści...ale Major Ski wytłumaczył jak się wspinać. Jego uwagi sprawiły,że jak "pająk" pokonałam kryzysowy dla mnie odcinek.:cheerful: Pięknie dziękuję super przewodnikowi-Góralowi spod Skrzycznego, Pięknie dziękuję Izie i Maćkowi za cierpliwość,opiekę i serducho.:angel: Pięknie dziękuję Mariuszowi i Paulinie w walce o szczyty Korony,było super.:smile::applause:
    6 punktów
  4. Kolejny szczyt,tym razem Czupel również zdobyty! Wszyscy słabi i jakaś taka dziwna cisza... :tongue:
    5 punktów
  5. Ja również chciałem gorąco podziękować za te dwa dni morderczej wyprawy. Bardzo dziękuję za ciepłe przyjęcie mojej żony, która w końcu uwierzyła, że forum to nie jakaś narciarska sekta ale grupa zaprzyjaźnionych ludzi, których życiem kierują wyższe wartości. Dziękuję za radość dzisiejszą gdy na wadze pojawiło się nie 75 ani 73 ale 72kg. Do następnego razu. P.S. Wietrzna Dziura znajduje się 100m dalej od rozwidlenia szlaków na Czupel i do Skały Czarownic, musicie wrócić
    4 punkty
  6. Nadchodzi czas na ostatnią górę - piekielne Passo Fedaia. Do pokonania ponad 1km podjazdu, jednak nie sama wysokość robi trudność. Tą robi nachylenie. Pierwsze kilka kilometrów to jeszcze umiarkowana stromizna, ale zmęczenie i upał dają znać o sobie. Obok drogi odpoczywają zwierzaki... Skwapliwie korzystam z widoków, by zrobić jakąś przerwę. Nawet nie próbuję tego na raz podjeżdżać. Potem jeszcze małe wypłaszczenie, taka cisza przed burzą. Dojeżdżam do miejscowości Malga Ciapella. Tutaj żarty się kończą. Do szczytu pozostaje ponad 5km, średnio 11% (!). A co gorsza na początek długa prosta. Jak są serpentyny, jest łatwiej. Tu jedzie się prosto w górę stoku, którym w zimie jeździ się na nartach. W zimie wydaję się to płaską dojazdówką, na rowerze odczucia są skrajnie różne. Na koniec długiej prostej znajduje się knajpa Capana Bill, gdzie zaczynają się upragnione serpentyny. Ale łatwiej wcale się nie robi... Podjeżdżam bardzo mozolnie, co chwila się zatrzymując. W końcu widać już koniec męczarni, widać też ładnie to, co się już pokonało. Na przełęczy czuję się zniszczony przez tą "górę". Na szczęście już do samej kwatery wyłącznie z góry. Po drodze jeszcze rzut oka na masyw Marmolady. W te 3 dni objeździłem wszystkie okoliczne górki, które zamierzałem. W planie była jeszcze jedna wycieczka po okolicy (tym razem bez słynnych podjazdów), ale z racji nieco inaczej rozplanowanej podróży powrotnej, plany się nieco pozmieniały... więc zamiast 100% normy miało być 100% + coś extra Ale o tym później... Aaaa... jeszcze liczby dnia: 90km/3,67km
    4 punkty
  7. Pozdrowienia ze Skrzycznego - kolejny szczyt zdobyty!
    4 punkty
  8. To dzieci chciały poczuć się studentami i ciągnęły do "akademika" ))), a dorośli nie zauważyli podstępu, bo chyba zapomnieli jak mogą wymęczyć imprezy w akademiku )))) I tak dzieci wyprowadziły wszystkich "w pole" Dzięki wszystkim za bardzo miły WZF! no i pogoda wytrzymała Do następnego WZF! (Justyna również pozdrawia i nie może doczekać się następnego! ) Pozdrawiam Tomek
    4 punkty
  9. WZF Babia Góra 06.2016 Babia zdobyta
    4 punkty
  10. Śnieżnik Na Śnieżnik ze schroniska wg.drogowskazu idzie się 25minut... drogowskaz jest zaniedbany,godzina ze starości się zatarła. 1,25h ostro w górę. Spokojnie docieramy na Śnieżnik.(idzie się krócej.) Smutny widok. Pozostałości po wieży widokowej niepotrzebnie wysadzonej w powietrze w 1973r. Ówczesnym władzom patron wieży Cesarz Wilhelm 1-szy nie pasował,więc znaleźli sobie pretekst do jej zniszczenia, mianowicie zły stan techniczny.Ciekawe,bo pierwsza detonacja nie udała się. Mocna kamienna konstrukcja runęła po zastosowaniu podwójnych ładunków. W chwili obecnej planowane jest uzyskanie zgody na odbudowę wieży(Budowy w rezerwatach chyba są trudne). Projekt Wieży Trzech Kultur jest gotowy.Powstał w pracowni Architektury "Januszówka"w Bielsku-Białej. Przy dobrych warunkach pogodowych Śnieznik oferuje widoki na Karkonosze,Ślężę,a nawet Beskidy. My mieliśmy ciut gorszy dzień. Ledwo ustrzeliłam Pradziada. "Ścieżka w obłokach"-niesamowita konstrukcja, punkt widokowy w Dolni Morava relax&sport resort. Wyjątkowy spacer na wysokości,na której poruszają się tylko ptaki. Czeskie szlaki Robi się późno,czas wracać. Ania pozdrawia.
    4 punkty
  11. 15 osób zebrało się na kolejnym WZFie. Tym razem na Babiej. Na razie podchodzimy
    3 punkty
  12. Planowany od dawna wyjazd wreszcie się ziścił.Atak w okolice Johnnego i zdobycie kilku szczytów należących do Korony Gór Polskich.Miało być spokojnie, miało być kameralnie...a wyszło super wspaniale z gronem świetnych Przyjaciół i Forumowiczy.Niepozorne wiadomości priv, teksty pod relacjami, publiczne rozmowy na forum i po wysłaniu, zresztą tak jak obiecałem informacji o naszych razem z Paulą, Maćkiem i jego Żoną planach... zebrała się nas w Górach pod Babią spora ilość. Nieformalne WZF doszło do skutku...a frekfencja? 100%.Tylko Wy - pozytywnie zakręceni na punkcie nart mogliście sprawić nam tak olbrzymią niespodziankę.Chodzenie po Górach w takim towarzystwie to była prawdziwa przyjemność......ale może zacznę od początku tę relację.Wyruszyliśmy wieczorem, w piątek.Początek tego fantastycznego weekendu zaczął się od tego oto widoku: Potem mijaliśmy Ogrodzieniec i kolejny wspaniały widok zainspirował nas do naszego nowego podróżniczego tematu...ale, to nie miejsce... Tuż za zamkiem, gdzieś między tamtejszymi łąkami i spowijającymi je mgłami - prosto na nas i nasze auto wyskoczył jakiś zabłąkany łoś. Na szczęście w porę się zorientował, skręcił i pobiegł równolegle do toru naszej jazdy. Zdarzenie trwało chwilę ale ciarki po plecach przeszły - zderzenie z dwumetrowym kolosem nie byłoby fajne.Dojechaliśmy do Johnnego cali i szczęśliwi.Pobudka dnia następnego okazała się zbyt późna - już po drodze, gdy dołączył do nas Góral spod Skrzycznego z Małżonką wiedzieliśmy, że będziemy mieli obsówę półgodzinną......sorry for all.Na pocieszenie dodam, że Major ze swoją ekipą również się spóźnił :wink:Po drodze, przed nami pierwszy widok na Diablaka. Po szybkim przywitaniu, kupiliśmy bilety do Parku i zaczęliśmy naszą wspólną przygodę z najwyższym szczytem Beskidu Żywieckiego.Start z Przełęczy "Krowiarki". Nasze grono?Imponujące... 13 osób i niezły peleton. Na dosyć szerokim szlaku utworzyliśmy niezły wężyk. Skład Ekipy:JC, MajorSki z Żoną i dwójką najmłodszych uczestników wyprawy, Johnny Narciarz z Żonką, Marionen i Anniaa, Góral spod Skrzycznego z Żoną, Piotr_67 z Żoną no i oczywiście ja z Paulą.Beskid Żywiecki i jego klimat... Niby już nie jeden Beskid odwiedziliśmy... ale każdy inny, każdy ma co innego do zaoferowania. Żywiec zdrój?Myślę, że to co w butelce nie umywa się do tego, co na Babiej może człowiek spróbować. Po dosyć łatwych kilku kilometrach mijamy jedno ze skrzyżowań szlaków i na kolejnym skręcamy na drogę zwaną "Percią Akademików" - żółty szlak. Robi się wąsko, robi się stromiej.Początek tej ścieżki: Powoli wydostajemy się powyżej linii lasu i wyłaniają się dla nas takie oto widoki:
    3 punkty
  13. Ja niestety na wagę nie wchodziłem, ale może to i lepiej (dla mnie oczywiście). Co do PS, Góralu dobrze się zastanów, bo mnie dwa razy nie trzeba zapraszać. :wink: Pozdrawiam serdecznie.
    3 punkty
  14. W piątek skoczyłem na rower trochę odetchnąć od tego upału - niestety tylko na niecałe 2 godzinki. Jako, że ostatnio staram się trzymać z dala od dużego ruchu, pojechałem na wał szutrowy (Zawadowski). Ludzi niewiele, chociaż minąłem kilku rowerzystów i pieszych. Co się dziwić - ciepło, przyjemnie i piątek wieczorem - czego chcieć więcej? Po tym jak wał szutrowy zmienił się w kostkowyi zaczął się kończyć, pojechałem (trochę na ślepo) wzdłuż torów, których koniec (albo początek) jest w elektrociepłowni. Skręciłem w prawo w jakąś drogę gruntową. Mijałem krzaki, ziemniaki itd. - wszystko, co rośnie na wsi.[ATTACH]33165[/ATTACH]Potem kilka skrętów przez kocie łby i mijam rzeczkę Wilanówkę i jakiś kanałek.I jeziorko...Dojeżdżam do ścieżki rowerowej i cisnę do Wilanowa. Po raz drugi przejeżdżam przez Wilanówkę.[ATTACH]33166[/ATTACH][ATTACH]33167[/ATTACH]Niestety bliżej Pałacu w Wilanowie nie da się pojechać, więc robię fotkę z daleka wraz z pobliską kapliczką.Obok budynku poczty robię krótki postój. [ATTACH]33168[/ATTACH]Nieco się pogubiłej, ale w końcu dotarłem na wał szutrowy. Pędzę do domu. Po drodze zatrzymałem się przy dawnych działkach - dojrzewają tam teraz czereśnie! 30km zrobione. Za tydzień może starczy czasu na 40-50. Trzeba się rozkręcać :wink:Pozdrawiam
    3 punkty
  15. Dzień trzeci, to lekkie zluzowanie - mniej kilometrów do przejechania i mniej podjazdów, ale za to ten najgorszy na koniec. Wszelkie opisy były w tej kwestii zgodne, zresztą zdążyłem już nim wcześniej zjechać, więc widziałem, że lekko nie będzie. Na początek jednak częściowa powtórka z pierwszego dnia, czyli mini zjazd do Canazei i od razu pod górę w kierunku Passo Sella/Pordoi. Piękna pogoda, więc i lepsze widoki niż 2 dni wcześniej na tej trasie. Mniej więcej w połowie podjazdu następuje rozwidlenie i zamiast jechać w kierunku Selli jak poprzednio, skręcam na Passo Pordoi. Ta przełęcz zarówno od tej strony jak i od strony Arabby, to taki fajny podjazd szkoleniowy. Długi, wymagający, ale bez trudnych miejsc. Po wyjechaniu na górę czas na jakieś foto i zaraz potem długi zjazd do Arabby i potem jeszcze niżej. Zjazd z wysokości 2230m na ok 1400m i po krótkim wypłaszczeniu za drogowskazami w kierunku Cortiny. Ale tym razem aż tam nie dojadę. Celem jest Passo Falzarego prawowitą (najciekawszą) drogą. Znów więc mnóstwo serpentyn i mozolna wspinaczka. Do pokonania ok 700m. Jak zwykle w okolicy początki podjazdów schowane w lesie - godziny przedpołudniowe, więc każda odrobina cienia mile widziana. Końcówka, to jeszcze kilka patelni, zbudowanych na skałach i kapitalny tunel :-) Kapitalny, pod warunkiem, że akurat nie przejeżdża przez niego stado motocyklistów... wrażenia słuchowe są wtedy dość ekstremalne Już końcówka, już widać wagonik kursujący z przełęczy. Na Passo Falzarego (2116m) mały popas, dziś mam sporo czasu, więc mogę sobie na to pozwolić. Jest bardzo ciepło, więc nie zmarznę na zjeździe. A ten będzie wiódł tą samą drogą, którą przed chwilą wjechałem. Nie zjadę jednak na poziom 1400m, ale jeszcze dalej, aż do Caprile (1000m). Super są te kilkunasto-kilometrowe zjazdy :biggrin:
    3 punkty
  16. Brawo!!! Widzę, że chcieliście poczuć się studentami (z akademiku :wink:). Pozdro dla całego WZF!
    3 punkty
  17. Babia Góra zwana Diablakiem. Cz.3Końcówka marszu to zanikające kosodrzewiny i porosty. Dominowały kamienie. Kilkaset metrów podejścia i zdobywamy szczyt.W szpicy tego ataku :stupid: ja, Paula i JC. Po kilku chwilach docierają wszyscy.Chwila odpoczynku, krótki posiłek, uzupełnienie płynów. Fotka grupowa wieńcząca sukces i zdobycie najwyższej poza Tatrami Góry w Polsce. Niestety pogoda na szczycie nas nie rozpieszczała.Niebo, chmury pociemniały i pojawiło się realne zagrożenie burzą. Zrobiło się bezwietrznie, ciemno i ponuro. Na szczęście były to tylko strachy na lachy. Nie było ani deszczu, ani burzy - całe szczęście, bo tydzień przed naszym pobytem na Diablaku miał miejsce nieszczęśliwy wypadek i od porażenia piorunem zmarł jeden z turystów.Radość z numeru 13 w naszej Koronie Gór Polskich: Ostatnie batony, ostatnie uzupełnianie płynów... ...ostatnie fotki na szczycie... i powrót, po grani Babiej do miejsca startu.
    2 punkty
  18. Urozmaiconą i ciekawą turystycznie częścią Sudetów Wschodnich jest Masyw Śnieżnika.To pasmo górskie zachwyca krajobrazem grzbietów porozdzielanych głęboko wciętymi dolinami,jak i skrytą pod ziemią atrakcją...jest nią Jaskinia Niedźwiedzia. Ta bezleśna kopuła szczytowa Śnieżnika była naszym celem majowej pieszej wyprawy. Jedziemy do Siennej.(ski resort Czarna Góra) Wciągamy się leniwym wyciągiem "Babcią" na Czarną Górę.Wiecie że leciwą "Babcię" zastąpi super szybka laska! wiecie.Sienna rozbudowuje się,będzie gdzie spać Ruszamy z Czarnej Góry grzbietem północno-zachodnim przez Żmijowiec. Trasa dla biegaczy narciarskich-bo takową się przemieszczamy nie jest wymagająca, ale monotonna .Troszkę późno wyruszyliśmy z Czarnej Góry,Mariusz mnie popędza i straszy, że późnym wieczorem wracać będziemy i niedźwiedzie nas zjedzą....hmmm sam wygląda jak niezły "MIŚ"nie boję się. Plan był taki: Dojdziemy do schroniska Pod Śnieżnikiem i wracamy. Kusi ten Śnieżnik,jest tak blisko. No i jesteśmy.Na Hali pod Śnieżnikiem spośród muraw i traworośli wyłania się schronisko PTTK-jedno z najstarszych w PL. r.Założone w 1871. CDN.
    1 punkt
  19. Babia Góra cz.1Na wstępie chciałbym podziękować wszystkim za wspaniałe spotkanie.Nigdy bym nie przypuszczał,że w tak spontaniczny sposób zbierze się aż 15 osób! :applause: Cudowny dzień,wspaniali ludzie i piękna Babia Góra - połączenie idealne. Zaczęło się od tego,że Marboru chciał do mnie wpaść,żeby zdobyć 3 szczyty do Korony Gór Polskich.Na początku miało to być właściwie takie nasze weekendowe spotkanie i wspinanie,ale wszystko nagle się zmieniło.Zmieniło w całkiem spory WZF. Na pierwszy dzień,czyli sobotę,zaplanowaliśmy zdobywanie Babiej Góry.Umówiliśmy się o godz. 9.00 na Przełęczy Krowiarki. No niestety,po długim wieczorze,trochę ciężko się wstawało i nam zeszło,przez co się spóźniliśmy dobre pół godziny.Ilość samochodów na drodze nie pozwoliła tego nadrobić.Jak się okazało,załapaliśmy się na ostatnie miejsca parkingowe.Dycha za postój,po piątce od łebka za wstęp i już możemy ruszać na Babią.Początkowo szlak jest mega light - mógłbym tu na rowerze pojechać,gdyby było wolno... Początkowo mieliśmy plan żeby dojść do schroniska,kawałek wrócić się i żółtym szlakiem wejść na szczyt.Jednak ze względu na pogodę od razu ruszyliśmy do góry.Stromo do góry.Ciekawe - pamiętam z dawnych lat,że na początku tegoż szlaku była tablica ostrzegająca,że to trudny szlak i żeby zastanowić czy mamy odpowiednią kondycję,umiejętności itp. Teraz jej nie widziałem.Może jej po prostu nie szukałem wzrokiem... No to na przód! Początek to po prostu wspinaczka po schodach,nic specjalnego,ale na pewno męczącego. Im dalej,tym bardzie stromo,choć tu jeszcze nic co by mogło przestraszyć. Ten szlak to najtrudniejszy szlak w Beskidach,ale chyba też jeden z najatrakcyjniejszych.Zaczynają się półki skalne i łańcuchy.Zaczyna być stromo,a za plecami coraz ciekawsze widoki.Dla mniej doświadczonych zaczyna być trudno,nawet bardzo trudno,jak dla mojej żony,ale na tym etapie jeszcze daję rady. Instynkty działają - widzę jak uważnie stawia kolejne kroki i choć się boi,to w pełni skupiona robi to jak należy. Aż doszliśmy do ostatniego trudnego miejsca,ale najbardziej wymagającego.Obawiałem się,że to może być spory problem i się nie pomyliłem.Moją Żonkę wyraźnie sparaliżowało i widziałem,że się panicznie boi. Taka ironia,że to ostatnie trudne miejsce,a dalej to już lajtowa ścieżka na szczyt.Gdybym teraz miał się wracać,to na pewno byłoby to większe wyzwanie niż przejść ów miejsce,co też lepszej połówce starałem się wyjaśnić.Na szczęście do akcji włączył się Major - wielki dzięks - powoli poinstruował Izę gdzie kolejno stawiać nogę i... dała redę.Drugą część już sama pokonała.A po tym odcinku miała wielką satysfakcję i nie dowierzała,że się udało. Tak jak pisałem wcześnie,dale już tylko sielanka i delektowanie się widokami.
    1 punkt
  20. Babia Góra zwana Diablakiem. Cz.2Nim jednak drzewa całkowicie zniknęły z naszych oczu - między nimi ukazał się cel naszej podróży.Babia Góra, czyli Diablak 1725 m npm. Zieleń i błękit - moje ulubione kolory na fotkach... Las się skończył - zaczęło się maszerowanie gęsiego. Nim się obejrzeliśmy pojawiły się tutejsze pierwsze łańcuchy. Zatory robiły się głównie przez fotoreporterów :wink: Maciek w akcji "na krawędzi"... Marboru na klamrach... Góral z Żoną w kolejce :smile: Paula... ...i piękne widoczki. W tę sobotę był naprawdę spory tłok na szlakach :wink: JC prze w górę! ...a potem pomaga innym. W tle?Bajka. Po delikatnych trudnościach technicznych, ostatnie miejsca zielone przed szczytem były spowite kwitnącymi kwiatami.
    1 punkt
  21. Co tu dużo gadać... ...jesteście Ludziska super!!! Piękny WZF z płcią piękną. Dziękuję Wam za niezapomniane chwile. PS. Niebawem relacja.
    1 punkt
  22. Mam i nie mam... Mam o tyle, że zaoferowałem się ściągnąć do tego muzeum jeden wagonik pierwszej generacji z Zwoelferhorn (Austria), gdzie do dziś działa siostrzana kolejka wybudowana jak nasza w 1954r ale w stosunku do Szyndzielni wciąż jest w doskonałej formie i wciąż ma wagoniki pierwszej generacji choć pomalowane w kolory. Czy to się ziści.. zobaczymy. ZIAD będzie musiał sporo wyłożyć na taki eksponat. Ponoć już jest lista chętnych. Myślę jednak, że powinni się ogarnąć z tym tematem bo ostatnia taka możliwość. To se ne vrati. Kto chętny niech się spieszy. To ostatnia taka kolejka. Można poczuć się jak w dawnych latach. Młodzi zaś mogą zobaczyć o czym mówią Ci którzy taką jeździli... ;-)
    1 punkt
  23. Mostostal ma chyba nawet wkład w to muzeum Niestety niektórzy rok temu nie pomyśleli jak ZIAD, tylko wszystko na złom wywalili!
    1 punkt
  24. Coś dla MOSTOSTAL-a. Fajne podejście do historii co mi osobiście bardzo się podoba !!!! http://wiadomosci.onet.pl/slask/dawna-gorna-stacja-kolei-na-szyndzielnie-bedzie-otwarta-dla-turystow/dhsvf9
    1 punkt
  25. Czas na zjazd! Ten będzie długi i bardzo kręty. Czyli tak jak lubię :-D Do wyboru zjazd na wysokość 1500m, lub na sam dół do Cortiny d'Ampezzo (1200m). Biorąc pod uwagę, że tym dolnym odcinkiem musiałbym potem z powrotem podjeżdżać, to mógłbym sobie go oszczędzić... ale i tak skończyła mi się woda, więc trzeba było zjechać na sam dół, dylematu nie było. Jak na złość, nie znalazłem nigdzie fontanny/kranu z wodą. We wszystkich kurortach okolicy jest tego pełno, po Cortinie jeździłem i nic nie znalazłem. W końcu udało się zlokalizować mały sklepik, kupić wodę, banana, by kontynuować przejażdżkę. Czas na Passo Falzarego i Valparola. To znów 1000m do zrobienia w pionie. Podjazd łagodniejszy, prowadzi tędy jedna z główniejszych dróg Dolomitów, jednak już tym razem nie siliłem się na ciągłą jazdę. Trudy etapu zaczęły dawać o sobie znać. Po koniec podjazdu otwiera się widok na Lagazuoi - kolejny monumentalny masyw okolicy. Prowadzi tam kolejka górska (startująca z Passo Falzarego), a także trasa narciarska. Po lewej mijam kolejny stok, gdzie nawet sporo śniegu się uchowało. Jadąc w zimie tamtędy było tu ustawione mnóstwo tyczek. Po wjechaniu na Passo Falzarego można kierować się w dół, w stronę Arabby, lub jeszcze kawałek wspiąć się - na przełęcz Valparola. I tu się udałem. Końcówka znacznie stromsza, ale podjazd krótki, więc za moment przystanek na celebrowanie zdobycia kolejnej góry (kolejne HC :-D) Stamtąd trasa zjeżdża do Alta Badii, a konkretnie La Villi. Po zjeździe odcina mi "prąd", całe dzisiejsze żarcie już zjadłem, więc zaczyna to słabo wyglądać. Już 95km, ale mnóstwo jeszcze przede mną. Postanawiam udać się na obiad w Corvarze, jak na złość wszystko pozamykane - sjesta. W końcu trafiam na otwartą piekarnię, gdzie serwują pizzę na kawałki - zjadam cztery, do tego drożdżówkę i powoli odzyskuję siły... Od tej pory jadę tą samą drogą, co dzień wcześniej, tylko w odwrotnym kierunku. Więc najpierw podjazd z Corvary i Colfosco na Passo Gardena. Z La Villi wychodzi ponad 650m przewyższenia. Idzie to bardzo mozolnie. Droga jest odwrotnością poprzedniej, więc przynajmniej nie muszę już sięgać po aparat foto, i tak już za dużo tych zdjęć :> Po wdrapaniu się na przełęcz, krótki zjazd na Plan de Gralba, by wreszcie zacząć ostatnią wspinaczkę tego dnia. Jeszcze tylko 360m na Passo Sella, a potem już z górki. Po drodze przejeżdżam obok masywu Saslong'a Jeszcze trochę, już niedaleko... Tym razem nawet się nie zatrzymuję na Passo Sella, tylko od razu cisnę w dół. Ten odcinek już znam, więc te kilkanaście kilometrów bardzo szybko zlatuje. Jeszcze tylko ostatnie 2km lekko pod górę do kwatery i koniec wyczerpującego dnia. Udało się! Ponad 130km i 4,9km przewyższenia.
    1 punkt
  26. Już nie przesadzaj... jak pisałeś w którymś z postów o przejażdżkach ze średnimi ~30km/h, to nie można powiedzieć, że nie ma kondycji ;-). Mi jadąc solo, rzadko kiedy się tyle udaje. Choć góry to trochę inna bajka, trzeba cisnąć podjazdy na codzień. Jest taka jedna fajna góra w PL, która profilem przypomina typowe alpejskie drogi, to Przehyba. Moim zdaniem idealna na sprawdzenie się - kilkanaście km podjazdu i prawie 900m przewyższenia. Na Sella Rondzie w zasadzie wszystkie podjazdy są łatwiejsze. Tylko jest ich więcej... ;-) ----- No dobra, to czas na drugi etap mojego "Giro". Pierwszy to tak naprawdę była przyjemna przejażdżka, drugi dzień, to już ciężka harówka, żarty się skończyły... Już przed wyjazdem zaplanowałem sobie, że to właśnie drugi dzień, będzie tym najdłuższym i najcięższym. Jako, że z każdym dniem ryzyko, że będę miał serdecznie dosyć roweru rosło, to trzeba było jak najszybciej odpalić największe fajerwerki Ty razem ruszyłem z kwatery w przeciwnym kierunku niż dzień wcześniej. Od razu pod górę drogą w kierunku jeziora i przełęczy Fedaia. Podjazd od strony Canazei jest relatywnie łatwy: lekko ponad pół kilometra przewyższenia i brak większych stromizn. Po Sella Rondzie nogi były trochę "ciężkie", ale jakoś się kręciło... Widoki prawie do samej góry raczej bez fajerwerków... no, nie licząc królowej Dolomitów - Marmolady. Passo Fedaia to właśnie to miejsce, nad którym góruje lodowiec i najwyższy masyw Dolomitów. Jak widać śniegu, zwłaszcza w górnych partiach, jeszcze mnóstwo - gdyby wyciągi były czynne, to można by pojeździć jeszcze na nartach. Czego na tych zdjęciach akurat nie widać, to na upartego dałoby się zjechać do samej przełęczy. Po przejechaniu wypłaszczenia wzdłuż jeziora otwierają się widoki na nową dolinę i zaczyna się zjazd w stronę miejscowości Malga Ciapella. Zjazd z ok 2050m, solidnie nachylony, trzeba się mocno pilnować, bo rower bardzo szybko nabiera prędkości. Podjazd od tej strony rysuje się na znacznie, znacznie cięższy. Po drodze mija się Malgę (1450m) i stację kolejki na Marmoladę. Odcinek kolejki, widoczny na zdjęciu poniżej, pokonuje 900m przewyższenia w jakieś 3 minuty! Ja kontynuuję zjazd, aż do miejscowości Caprile, położonej na ok 1000m. Stąd już skręcam w stronę słynnego Passo Giau. Czeka mnie teraz ponad 1,2km w pionie. Z początku jest płasko... Ale ten stan nie trwa długo i zaraz zaczyna się wspinaczka... I tak dojeżdża się na wysokość ok 1350m, krótki zjazd i rozpoczyna się oficjalny podjazd na Passo Giau. Podjazd najwyższej kategorii (HC), 900m w pionie, średnio 9% nachylenia. Tutaj żartów nie ma! Cały czas ostro pod górę, jedyne momenty wytchnienia, to mostki nad potokami. Oczywiście mnóstwo serpentyn, co trochę ułatwia jazdę. Mam mocne postanowienie wyjechania na raz i nie przeszkadza mi w tym nawet czerwone światło na wahadle na początku trasy (jakiś mały remont) :-D Widzę przed sobą dwóch kolarzy, w połowie drogi jednego z nich prześcigam, drugi cały czas 100-200m przede mną. Za chwilę przemyka obok mnie zawodniczka (kobieta mnie bije! ), chwilę później kolejny kolarz przejeżdża w takim tempie, że się zastanawiam, czy to nie jakiś PRO's, który zabłądził po wcześniejszym etapie Giro d'Italia. ;-) W końcu widać już przełęcz, jeszcze tylko ostatnie metry i... Jest! Udało się wyjechać! W wolnym tempie, ale bez przystanków. 2236mnpm. Zostawiam brykę na parkingu i idę pooglądać widoki. Nie wspomniałem jeszcze o tym, ale drogi Dolomitów są o tej porze roku oblężone przez motocyklistów. Do tego mnóstwo super-samochodów, gdzie Porsche'aki robią za auta dla ubogich ;-) Jest głośno na drodze, ale cóż, trzeba przywyknąć.
    1 punkt
  27. Dzień 3W ostatni dzień chcieliśmy wybrać się na szczyt ośrodka Stubaj od strony platformy widokowej, gdzie widoki są najładniejsze wg. mnie. Ośrodek trochę dziwnie to rozwiązał, bo do góry można było dojechać orczykiem, ale kolejne 300 m na nartach pod górę. Przeszliśmy patrzymy otwarta trasa 6 orczyk widmo stok o 13 jeszcze wyratrakowany . By nie iść dalej zjeżdżamy w dół. Facet obsługujący orczyk trasę na słowo Hello nawet nie odpowiedział, chyba się zdziwił, że ktoś zjechał . Widok z tego miejsca (góra trasy 6): Żeby było ciekawiej myśleliśmy, że tylko jedna restauracja jest otwarta w całym ośrodku jednak okazało się, że knajpa w tym miejscu również funkcjonuje: Po pewnym czasie jedziemy w dół niestety narciarka musiała lecieć do szpitala z użyciem helikopotera: Ok 13 byliśmy przy gondoli na liczniku 40 km w dół. To już koniec nartowania majowego... Zjeżdżamy gondolą w dół otwarcie auta i ciepło jak z pieca niezapomniane wrażenia . Po drodze zatrzymujemy się by podziwiać widoki i zamoczyć nogi w strumyku: Czy warto wybrać się na narty w maju? Pewnie, że warto można się najeździć chociaż km tras za dużo nie ma... ale za to widoki po nartach pozwalają na postawienie kropki nad i. Pozdrawiam,magnusDux85
    1 punkt
  28. To i ja się pochwalę tym, jak się niedawno sponiewierałem... ;-) A uprzedzając nieco ciąg dalszy, był rozmach, było na "bogato", "grubo", "epicko", "z bramą na pełnej k." itd. Od zawsze mi się marzyło pojechać na rower w Alpy i pojeździć tamtejszymi słynnymi drogami. W odróżnieniu od wyjazdów narciarskich, to trudne przedsięwzięcie pod względem logistycznym. Nie wystarczy pójść do biura turystycznego za rogiem i kupić wyjazd... Więc, gdy pojawiła się opcja wyjazdu w Dolomity na długi weekend późno-majowy, nie zastanawiałem się ani sekundy :-) Była przed wyjazdem mała nerwówka związana z obsuwą podczas przedwyjazdowego serwisu roweru, spóźniającymi się dostawami potrzebnego ekwipunku, ale koniec końców w środowy wieczór dosiadłem się do ekipy i ruszyliśmy w drogę. Cel: przedmieścia Canazei, samo serce Dolomitów. Narciarzowi raczej nie trzeba specjalnie przedstawiać okolicy, z punktu widzenia kolarza - wprost idealna baza wypadowa na okoliczne przełęcze. Z powodu bardzo dużego ruchu związanego z weekendem i sporego korka na Brenner, meldujemy się na miejscu z poślizgiem, ale czasu było wystarczająco na zrobienie zaplanowanej trasy. Jeszcze tylko posiłek, szybkie przepakowanie i jadymy z koksem :> Na początek krótki, dwukilometrowy zjazd z Penii do centrum Canazei, rondo, i początek pierwszego podjazdu trasy nazywanej: Sella Ronda. Nazwa nieprzypadkowa - drogi prowadzą w większości tymi samymi terenami, którymi w zimie można na nartach śmigać. Start w Canazei jest na ok 1400mnpm, pierwszą przełęczą do pokonania jest Passo Sella (2240m). W kolarskiej nomenklaturze podjazd należy do kategorii "HC", czyli najwyższej możliwej, 800m przewyższenia robi swoje... Ale jest on całkiem znośny :-) Droga wije się po serpentynach konsekwentnie w górę, dość stromo, ale poniżej granicy bólu. Wysokości przybywa, lasu ubywa, a przed oczami pojawiają się monumentalne skały Dolomitów. Po drodze mnóstwo napisów na asfalcie, ledwie kilka dni wcześniej prowadził tędy królewski etap Giro d'Italia. Wypatruję naszych, swojskich napisów, jednak wszędzie tylko Nibali i Nibali... jednak Włosi go kochają :-) Ja podążam w ciut wolniejszym tempie ( :-P ), ale póki co jest dobrze - intensywny początek sezonu nie poszedł na marne. Jest coraz wyżej, robi się chłodniej, a krajobraz coraz bardziej surowy, jedynie szosa niezmiennie z jednego zakrętu w następny. W końcu po niespełna godzinie, mogę zrobić zasłużony postój, pierwszy skalp zdobyty :-D Pogoda się pogarsza, jest ryzyko opadów, ale widoki mimo to przednie: Po kilku chwilach odpoczynku na Passo Sella, czas na dalszą drogę. I tu wychodzi brak doświadczenia... a konkretnie brak cieplejszej odzieży na zjazdy. Dzień był ciepły, ale popołudnie już takie nie jest, tym bardziej w górach. Chłód zabrał przyjemność ze zjazdu malowniczą szosą, ale zjazd ten był krótki, raptem kilkukilometrowy. Czas na następny podjazd: Passo Gardena. Przełęcz niższa od poprzedniej, dodatkowo start z większej wysokości, więc dość sprawnie to idzie. Po drodze krótkie wypłaszczenie i jedzie się niemal przy samych ścianach skalnych, na horyzoncie już widać premię górską. Po wjeździe na przełęcz już nie zatrzymuję się na zbyt długo, żeby nie tracić ciepła i zaraz ruszam w dół. Ten zjazd już znacznie fajniejszy - długi, kręty i wymagający. Dobry asfalt, więc można poćwiczyć technikę. Obok serpentyn łąki, którymi prowadzą trasy narciarskie, miejscami jeszcze trzymają się resztki śniegu. Jeszcze tylko przejazd przez miejscowość Colfosco i zaraz koniec zjazdu w Corvarze. Tam podobnie jak zawodnicy na Giro, kieruję się na południe na przełęcz Passo Campolongo. Podjazd jest jeszcze krótszy, prowadzi z ok 1560m na 1875m, ale jak cała okolica, również bardzo malowniczy. I czas na kolejny zjazd i znów ćwiczenie opóźnienia hamowania przed zakrętami. Na dole już widać Arabbę. W miasteczku krótki pit-stop, tankowanie wody w fontannie przykościelnej i czas na ostatnią górę tego dnia: Passo Pordoi. Będzie to mój jeden z ulubionych podjazdów - umiarkowanie stromy, 33 numerowane serpentyny i 9km/647m do pokonania, by znaleźć się na wysokości ponad 2230m. Nogi cały czas dobrze "podają", więc i tą górę udaje się bez problemu podjechać "na raz" (wcześniej tylko Campolongo było z przerwą, ale zdjęciową) Na szczycie widać, że słońce już będzie się chować, a nad Canazei straszą ciemne chmury. Przede mną jeszcze najdłuższy, kilkunasto-kilometrowy zjazd. Bez zbędnej zwłoki ruszam na dół. Jest moc i full gaz :-D. W połowie zjazdu wjeżdżam na odcinek, którym zaczynałem dzisiejszą trasę. Jeszcze kilkanaście ponumerowanych zakrętów, rondo w Canazei i krótki podjazd do mety. I można urządzić sjestę. Bilans dnia to ok 68km, przy 2,5km przewyższenia. Średnia słabiutka, więc jej nie podam :-P cdn...
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...