Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 07.07.2019 w Odpowiedzi
-
Jeśli chcesz odpocząć od polskich upałów, a nad uroki tłocznych, wakacyjnych kurortów przedkładasz surowe piękno majestatycznej przyrody – jedź do Szkocji! Tak zrobiliśmy – we wtorek przed Bożym Ciałem wylecieliśmy z Darkiem i naszą córką do Edynburga, żeby kolejne sześć dni spędzić na włóczędze po szkockich wyżynach północnej Wielkiej Brytanii. W Edynburgu wynajęliśmy samochód – co prawda do większych miejscowości, takich jak Fort William czy Inverness, można dojechać pociągiem z Glasgow, czy właśnie Edynburga, ale już przemieszczanie się po Highlandsach bez własnego transportu jest dość problematyczne. A do jazdy po lewej stronie można się przyzwyczaić. Ruszyliśmy wypożyczoną astrą na północ, do niewielkiej miejscowości Aboyne, we wschodnich Highlandsach, gdzie byliśmy umówieni na spotkanie z synem, który miał nam również towarzyszyć w dalszej wycieczce. Ledwie zjechaliśmy z autostrady, to zaczęły się takie widoczki:😀 Stara droga militarna prowadziła przez góry i przełęcz Cairn O’Mount W Aboyne czekała nas nie lada atrakcja – mieliśmy okazję polatać szybowcem w klubie, w którym szkoli się nasz syn. Piękne tereny, piękna pogoda – słońce i baranki na niebie, więc było bardzo dobre noszenie i świetna widoczność. Temperatury za to raczej rześkie - w słoneczny dzień tak z 15-20 stopni. Jak u nas w kwietniu . Darek załapał się jeszcze na lot we wtorek, a my z córą następnego dnia. A szybowce … z Bielska Białej 😏 – dwa Puchacze (chwilowo w naprawie) i jeden Perkoz No to lecę, pierwszy raz w życiu! 😀😀😀 W dole malownicze zakola rzeki Dee, góry i łąki. Ale super! 🤩 Nawet miałam okazję zakosztować trochę aerobatyki – jakieś loty nurkowe, pętle, takie tam. No, ciekawe uczucie . Ale prawdziwe „wesołe miasteczko” to instruktor urządził naszej Młodej – chyba się jej jednak podobało. 😀 [cdn.]3 punkty
-
Kolejnego dnia mieliśmy uroczystość rodzinną w Glasgow, do którego dojechaliśmy przez bardzo malowniczą dolinę Glen Coe i brzegiem jeziora Loch Lomond. W Glen Coe krajobraz jest bardziej zielony, a góry jakby bardziej masywne niż w Cairngorms. Tutaj również poprowadzono wiele szlaków pieszych, choć okolica jest prawie niezamieszkała. W oddali ośrodek narciarski Glencoe – ok. 1 km od głównej drogi Loch Lomond: A wieczorem, po uroczystości zrobiliśmy sobie krótką wycieczkę po Glasgow rowerami miejskimi, które - podobnie jak szczecińskie - są w systemie nextbike, więc można korzystać z tego samego konta. Wycieczka wiodła bulwarami wzdłuż rzeki Clyde, następnie zielonymi terenami wdłuż jej dopływu - niewielkiej rzeczki Kelvin, kanału Forth and Clyde, a potem kawałeczek przez centrum miasta. W sumie 22 km. Most na rzece Clyde: Pub nad Kelvin Dojechaliśmy do dzielnicy Kelvindale, gdzie znajduje się ciekawe skrzyżowanie - dołem płynie sobie rzeczka Kelvin, a górą poprowadzono kanał Forth and Clyde Canal, przecinający w poprzek centralną Szkocję. Ogólnie to bardzo mało jest typowych dróg dla rowerów, raczej jeździ się jezdnią, albo alejkami pieszo-rowerowymi, ale kierowcy raczej respektują rowerzystów. Szlaki są wytyczone, oznaczone, ale nie wydzielone jako infrastruktura. Odległości oczywiście w milach 😉 Taka panorama to kwintesencja Glasgow - przemysłowe, duże miasto z kilkoma zabytkami i ładnymi miejscami: Lofty nad kanałem: Okolice katedry Św. Munga: People's Palace i zabytkowa szklarnia w parku Glasgow Green - tak zabytkowa, że aż zamknięta, bo szyby ze starości lecą ludziom na głowę ;-). A nazajutrz znów w drogę na północ – tym razem na wyspę Skye . [cdn.]3 punkty
-
Ben Nevis Rano – leje i zimno, +11 stopni. Główna ulica w Fort William wyglądała tak – legendarne szkockie lato : Rzut oka na prognozę – cóż, po 11.00 opady mają przechodzić w nieciągłe, istnieje możliwość przejaśnień, a późniejszym popołudniem deszcz ma zaniknąć 🤔. Jest więc jakaś nadzieja. Generalnie w tamtych górach pogoda klaruje się na ogół w ciągu dnia – inaczej niż np. w Tatrach. A że w czerwcu jest jasno do ok. 23.30, to z wychodzeniem na trekking nie trzeba się tak bardzo śpieszyć. No to idziemy najpierw na śniadanie do pubu: Po śniadaniu niebo wygląda tak jak powyżej, tak więc decyzja zapada – idziemy na Ben Nevis, najwyższy szczyt w Wielkiej Brytanii – 1352 m.n.p.m . Najpopularniejszy szlak – Mountain Path – prowadzi z doliny Glen Nevis, a startuje się praktycznie z poziomu morza, bo ok. 60 m., z parkingu w pobliżu centrum informacji turystycznej Ben Nevis Visitor Centre i mostka na potoku Nevis. Zlało nas zaraz za mostkiem, na szczęście był jeszcze jakiś zagajnik, w którym można się było trochę schować. Szlak nie jest oznaczony – spotkaliśmy tylko dwa takie drogowskazy na rozwidleniu, ale czytelny w terenie, zwłaszcza w dolnym odcinku. I nawet w tak nieciekawą pogodę wędruje nim sporo ludzi. Na dole zielono, malowniczo i pasą się owce – jak wszędzie w Szkocji. Schronisk na szlaku nie ma, tylko na początku szlaku jest jakaś gospoda z gastronomią, widoczna na pierwszym zdjęciu poniżej: Wkrótce szlak skręca w lewo i trawersem skalistej dolinki bocznej dochodzimy na przełęcz, z której widać malownicze jeziorko Loch Meall an t-Suidhe: Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi na szczyt, spowity w ciężkich, gęstniejących chmurach. Niedaleko jeziorka jest nieoznaczone rozwidlenie szlaków – ścieżka na północ prowadzi do osady Torlundy. Szlak dość łagodnie pnie się po kamiennym cielsku Ben Nevisa – widoki super, póki jeszcze są 😏. Wyżej idzie się kamiennym rumowiskiem - niestety znów zaczyna padać i nic nie widać. 🙄 Widoczność szlaku trochę poprawiają stojące co jakiś czas kamienne kopczyki Jest i śnieg na ziemi … … i sypie się z nieba … Jest lodowato – temperatura odczuwalna bliska zeru, a ja żałuję, że nie mam bielizny termicznej i rękawic. Na szczycie ruiny obserwatorium astronomicznego z XIX wieku nie dają niestety żadnej osłony przed siekącym deszczem ze śniegiem. Pstrykamy fotki i spadamy. Schodzi się tą samą drogą, można wybrać też szlak do Torlundy granią Carn Mor Dearg Arete – ale nie w taką pogodę! Jest zimno, strasznie zimno i mokro 🥶🥶🥶. Po czterech godzinach marszu poddają się nawet nowe buty trekkingowe z membraną i przemakają 😢. A na dodatek musiałam sobie chyba przemrozić w mokrych spodniach staw kolanowy, bo przy zejściu w pewnym momencie dostałam strzałę – kolano zesztywniało i zaczęło boleć. Do tego stopnia, że nie byłam pewna, czy dam radę do końca zejść o własnych siłach. Ale jakoś je rozchodziłam, a niżej temperatura też była nieznacznie wyższa, na tyle, że ból trochę odpuścił. Pod sam koniec na dole nawet przestało padać, ale już mi się nie chciało robić zdjęć. Noż taka g**niana górka jak nie przymierzając Szrenica albo Turbacz, a tak nam dała przez tę pogodę w kość 😬! Oj, dawno tak w tyłek na żadnym trekkingu nie dostaliśmy, jak na tym Ben Nevisie. Nie wiem, może czymś rozgniewaliśmy jakichś celtyckich bogów, że tak nam dali popalić 😏. Ale przy lepszej aurze – pewnie jest inaczej, bardziej malowniczo, ale pewnie i bardziej tłoczno. Szczegółowy opis tego szlaku wraz z mapkami można znaleźć tu: Jest to, nawiasem mówiąc, bardzo fajnie zrobiona stronka do turystyki pieszej w Szkocji. Czas wędrówki jednak mocno zawyżony – w tak paskudną pogodę, z przerwami na przeczekanie deszczu, na jedzenie, robienie zdjęć i z lekką kontuzją zajęło nam to niecałe 5 i ½ godziny w nieśpiesznym, turystycznym tempie. Spokojnie można zrobić ten szlak w ok. 4 ½ - 5 godzin przy przeciętnej kondycji.3 punkty
-
Cześć Wczoraj pojechaliśmy z przyjaciółmi na wycieczkę rowerową do Osuchowa. To mała wioska w okolicach Mszczonowa gdzie znajduje się najwyżej położony punkt w województwie mazowieckim. Wyruszyliśmy dość późno bo wysiedliśmy z pociągu w Grodzisku Maz około 11.40. Tam zostaliśmy przywitania chlebem, solą i wiśniówką przez miejscowych - przyjaciele z Milanówka zrobili nam taki happening na dworcu. Jechaliśmy na tyle na ile się dało bocznymi drogami i szutrami. Ten wybór był niezwykle trafny bo dzięki temu przypadkowo znaleźliśmy się w winnicy Dwórzno. Pracownicy winnicy okazali się bardzo mili. Przy nas otworzyli konfekcjonowane właśnie wina, które sobie próbowaliśmy w fajnych firmowych kieliszkach. Zwłaszcza wino z czarnej porzeczki o bardzo intensywnym pięknym zapachu i delikatnym lekko kwaśnawym smaku było genialne. Skończyło się na dociążeniu plecaków - mojego o trzy butelki (porzeczkowe) a Rybelka o jedną (białe wytrawne). Do Osuchowa dotarliśmy koło 14.30 gdzie zjedliśmy coś pod sklepem, obejrzeliśmy sobie (z zewnątrz bo teren zamknięty i chroniony jak Pentagon) Centralny Ośrodek Szkoleniowy ZUS w zaanektowanym za ukradzione nam wszystkim pieniądze, zespole parkowo pałacowym. Szukaliśmy jeszcze z Rybelkiem opisanego w sieci dziwnego kamienia związanego z miejscową legendą (koledzy go później znaleźli i okazało się, że jest to bryła betonu lekko obrobiona przez naturalna erozję co wyjaśniło jego dziwną powierzchnię i fakt, że nie porasta mchami czy porostami. Jako, że minęła już 15.00 ruszyliśmy z Rybelkiem w drogę powrotną do domu asfaltami i szutrami wzdłuż Jeziorki a koledzy pojechali do Żyrardowa aby wrócić pociągiem. Jechało nam się świetnie i kolo 19.30 (wliczając w to postoje - jeden dłuższy w pizzerii w Łosiu na kawę) byliśmy w domu. Tak, że mogliśmy się jeszcze wykąpać, zjeść coś, przywitać z córką i o 21.00 spotkać z ekipą na imprezie w lokalnej piwnej knajpie. Zgodnie stwierdziliśmy, że to było świetne uczczenie 23 rocznicy naszego ślubu. Drogi świetne w większości asfaltowe lub dobre szutry (niektóre średnie z odcinków 5 km mieliśmy powyżej 28km/h) trochę dróg leśnych. Trasa oczywiście bezproblemowo do przejechania bez użycia pociągu ale wtedy trzeba wstać wcześniej i dawać solidniej bo wychodzi około 170 km a tak około 120km. Pozdrowienia2 punkty
-
Super relacja 👍 Przypomniałaś mi kilka miejsc. Zatęskniłem znowu za Szkocją, i żałuję, że na najbliższy urlop muszę jechać do Polski a nie właśnie tam Czekam na relację ze Skye, bo tam jeszcze nie byliśmy, a podobno zapierająca dech w piersiach. No i musimy wczłapać na Ben Nevis (byliśmy po sąsiedzku na Aonach Mor, gdzie wtedy, jeszcze pod koniec Maja, ludzie szusowali na nartach ). Nie ma co patrzeć na szkockie góry przez pryzmat polskich Tatr czy innych gór w Polsce, gdzie między takim Zakopanem a szczytem Kasprowego jest prawie 300metrów wysokości mniej niż punktem wyjściowym a szczytem Ben Nevis. Taki Snowdon (najwyższy szcyt Walii) też wydawał się być niewielką górką (ledwie wysokości Gubałówki), a widok ze szczytu robił nie mniejsze wrażenie niż z Kasprowego chociażby, tyle, że u podnóża tych gór rozpościerało się morze I nie był w Szkocji ten, który nie spróbował "haggis, neeps and tatties"2 punkty
-
2 punkty
-
Po drodze do Fort William, gdzie mieliśmy zabukowany następny nocleg, zrobiliśmy jeszcze dwa przystanki – przy Loch Ness i w Fort Augustus. Loch Ness to strasznie długie i głębokie jezioro, leżące w uskoku tektonicznym – podobnie jak następne trzy, nieco mniejsze „lochy”. Wszystkie połączone są Kanałem Kaledońskim, umożliwiającym żeglugę z północno-wschodniego wybrzeża Szkocji w kierunku południowo-zachodnim lub odwrotnie. Zamek Urquhart nad brzegiem Loch Ness – nie zwiedzaliśmy w środku, bo było za późno Widok na jezioro z południowego końca w Fort Augustus A z drugiej strony przesmyku – Kanał Kaledoński Im bliżej wieczora i Fort William, tym bardziej psuła się pogoda i gdy dotarliśmy na miejsce, deszcz lał się z nieba strumieniami . Z nienajlepszymi przeczuciami – bo na następny dzień mieliśmy zaplanowany trekking w górach – kładliśmy się spać w nieco ponurawym pensjonaciku. [cdn.]2 punkty
-
Tymczasem ze skrzydeł znów przesiedliśmy się w cztery kółka i ruszyliśmy w drogę. Z Aboyne jest całkiem niedaleko do zamku Balmoral – letniej posiadłości brytyjskiej królowej. W okresie, gdy nie korzysta z niej rodzina królewska – od kwietnia do końca lipca - rezydencja jest udostępniona zwiedzającym – ogród i park w zakolu Dee oraz niektóre pomieszczenia. W jednym z budynków jest wystawa fotograficzna, dokumentująca coroczne odwiedziny Elżbiety II i jej rodziny w Balmoral – od roku 1952 do czasów obecnych. Balmoral leży w granicach parku narodowego Cairngorms – największego w Wielkiej Brytanii. Cairngorms to jednak przede wszystkim góry – surowe i prawie bezludne połoniny, ciągnące się po horyzont przez dziesiątki mil. Tylko z rzadka rozproszone są ludzkie siedliska A jak góry – to i narty . Może nie w czerwcu, ale w zimie jest to możliwe, choćby w położonym na przełęczy ośrodku The Lecht 2090, przez który przejeżdżaliśmy. Nazwa pochodzi od wysokości dolnej stacji – 2090 ale nie metrów, lecz … stóp n.p.m. (to jest około 637 metrów) . Tablice informacyjne po angielsku i po gaelicku: A sam ośrodek to rozległa, łagodna polana - jak w Zieleńcu, a na niej 18 km tras, obsługiwanych przez 11 wyciągów orczykowych, pamiętających chyba lata 70-te lub 80-te i jedno archaiczne krzesełko Poma, z kolorowymi siedziskami. Jakoś mi tak ten wyciąg przypomina place zabaw z czasów mojego dzieciństwa... 😏 Ośrodek jest na środku pustkowia – do najbliższej miejscowości jest ok. 10 km, nie ma też jakiegoś specjalnego zaplecza noclegowego, a droga przez przełęcz ponoć często w zimie jest zamykana ze względu na lawiny i zaspy. Generalnie w Szkocji można pojeździć na naturalnym śniegu w pięciu ośrodkach – trzech we wschodnich Highlandsach (Glenshee – największy z 40 km tras, Cairngorm oraz właśnie The Lecht - najmniejszy) oraz dwóch w zachodnich (Glencoe - najstarszy, bo założony w latach 50-tych i Nevis Range – niedaleko Fort William i najwyższego szczytu w Szkocji). Ośrodki nie są jednak duże, infrastruktura jest mocno przestarzała, a kapryśna pogoda i krótki dzień w zimie sprawiają, że większość Brytyjczyków chyba woli latać samolotem w Alpy, niż tłuc się do dość odludnych, narciarskich skansenów w Szkocji ze słabym zapleczem. Ostatni sezon ponoć mieli katastrofalny – brak śniegu, wietrzna pogoda, która unieruchamiała wyciągi, jakieś spory instytucjonalne w Cairngorm – wszystko to sprawiło, że niektóre ośrodki działały tylko dwadzieścia parę czy trzydzieści dni w sezonie i to dopiero w marcu-kwietniu. Paradoksalnie najlepiej było ponoć właśnie w Lecht – orczykom porywiste wiatry tak nie szkodzą, a śniegu było tam tyle o ile.2 punkty
-
Skye to - jak wiadomo - jedna z wysp archipelagu Hebrydów Wewnętrznych, na zachód od Szkocji „kontynentalnej”. Jedna z większych i bardziej znanych. Podobno jej nazwa po gaelicku (którym to językiem wciąż posługuje się około 1/3 mieszkańców) oznacza „Wyspa Mgieł”, ale celtyccy bogowie tym razem byli dla nas łaskawsi i mogliśmy podziwiać zachwycające i niesamowite pejzaże Skye przy przepięknej, słonecznej pogodzie 🤩. Dostać na Skye można się promem lub mostem, łączącym miejscowość Kyle of Lochalsh w Szkocji „kontynentalnej” z wioską Kyleakin na wyspie. Podróż autem z Glasgow trwa około 5 i pół godziny, ale przez bardzo piękne tereny. Znów mijaliśmy Loch Lomond, Glen Coe, a dalej na przykład niezwykle malowniczy zamek Eilean Donan: W ostatniej miejscowości przed mostem na Skye – Kyle of Lochalsh – mieliśmy zabukowany apartament. Pomimo, że całą logistykę ogarnialiśmy z półtoramiesięcznym wyprzedzeniem, to noclegi na wyspie w weekend były już wtedy praktycznie w 100% wyprzedane, a te, które zostały, miały horrendalne ceny 😟. Nawet ten apartament był naszą najdroższą miejscówką na całym wyjeździe, ale chyba najfajniejszą – no i taki widok z okna 😀! W sobotę objechaliśmy wschodnie wybrzeże wyspy i półwysep Trotternish. Będzie dużo zdjęć – nie mogłam się zdecydować na selekcję. Widoczki po drodze – obłędne: Zatrzymaliśmy się przy pastwisku na sesję fotograficzną z Highland cattle, czyli krowami szkockiej rasy górskiej. Czyż nie są urocze ? Kolor włosów i fryzura jakby nieco podobna … A potem zajechaliśmy do Portree – największego miasteczka i centrum administracyjnego wyspy, z urokliwym portem. Trafiliśmy akurat na porę odpływu i obiadu – więc usiedliśmy sobie nieopodal, w niewielkim barze na „fish and chips”. Sielanka! A potem – na półwyspie Trotternish – było jeszcze piękniej: Powyżej widok na Loch Leathan i grupę skalną The Old Man of Storr – jeden z bardziej spektakularnych i bardzo popularny motyw fotograficzny na Skye. Prowadzi tam z głównej drogi również krótki i dość prosty szlak turystyczny. Wodospady Lealt: Ach, jak tu romantycznie … Wodospad Mealt Falls, a w oddali Kilt Rock, wow! 🤩🤩🤩 Widok na drugą stronę niewiele gorszy: Miejsce jest trochę komercyjne – na parkingu stoją busy z wycieczkami – Chińczycy w klapkach i Chinki w sukieneczkach i sandałkach. Jest więc i dyżurny dudziarz, a jakże! [cdn.]1 punkt
-
Panowie, wyluzujcie ! Czy to jest aż tak ważki temat, żeby tak się napinać i obrzucać obelgami?1 punkt
-
Cześć Pamiętamy o rocznicach a nawet miesięcznicach (poznania się) ale nie traktujemy tego obowiązkowo w sensie konieczności świętowania. Wycieczkę zaproponował nasz kumpel a dopiero później zorientowaliśmy się, że daty się pokrywają i że można to powiązać. Wiesz, bez napinki a jak ktoś o czymś zapomni to nic się nie dzieje bo to tak naprawdę nie ma znaczenia. A wycieczka bardzo fajna rzeczywiście była - dzięki. Pozdrowienia1 punkt
-
@Mitek gratuluję stażu małżeńskiego i oryginalnego pomysłu na aktywne świętowanie rocznicy! Fajna wycieczka1 punkt
-
@tanova ale jaki ma to związek z tym, że po prostu nie lubię wyspiarzy całej Wielkiej Brytanii? Mam ich na siłę polubić? Moje nielubienie wynika zwyczajnie ze splotu historii naszych narodów. Michał też się cieszę. Nie chcę rozwijać wątku historycznego, napiszę tylko: wrzesień 39 oraz Jałta. Wiem, wiem zaraz się rzucicie na mnie, że jestem jakiś nienormalny, mało postępowy, czy mam pociągi nacjonalistyczne... Nie! Panowie i Panie - napiszę jeszcze raz: nie lubię Wyspiarzy i tyle, i tylko tyle.1 punkt
-
Ale jak Bianchi, to tak bez osprzętu Campagnolo juz jakoś nie to ...😜 Ale Paule rozumiem, bo na 40te urodziny kupiłem sobie Canyona - pierwsza kolarka żeby zobaczyć, czy w ogóle mi sie to podoba. I tak sobie myślałem, ze na 45te kupię sobie jakaś włoska klasykę i patrzyłem właśnie na Bianchi.1 punkt
-
Podobno sami Szkoci zamiennie nazywają tak brukiew i rzepę, więc w zasadzie do końca nie wiadomo co dostaniesz na talerzu. Ważne, że dobre :D.1 punkt
-
Tak, to brukiew. Chyba w Polsce też wraca do łask. Puszne to to. Jak i haggis, który posmakował mi, gdy zleźliśmy ze stoku w hali w Glasgow i na dole w restauracji serwowali - spróbowałem i odpłynąłem Super sprawa.1 punkt
-
Myślę że nieliczni mieszkańcy północnej Szkocji to niekoniecznie jest ta grupa tłumnie balangująca na Ibizie czy w innych imperzowniach 😒 . A tak w ogóle to raczej byłabym wstrzemięźliwa, jeśli chodzi o takie etniczne uogólnienia i wrzucanie wszystkich do jednego worka.1 punkt







