Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. marionen

    marionen

    Użytkownik forum


    • Punkty

      11

    • Liczba zawartości

      4 615


  2. lu5asz

    lu5asz

    Użytkownik forum


    • Punkty

      7

    • Liczba zawartości

      332


  3. sstar

    sstar

    Użytkownik forum


    • Punkty

      3

    • Liczba zawartości

      5 412


  4. Lexi

    Lexi

    Użytkownik forum


    • Punkty

      2

    • Liczba zawartości

      3 902


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 08.08.2021 w Odpowiedzi

  1. Sobota miała być z burzami, chmurami i niewielką ilością słońca. Narciarzy dużo mniej niż w piątek, czwartek. Większość latem na lodowiec wybiera się na pogodę. Dzień tygodnia nie ma znaczenia, dlatego w tygodniu jest często więcej ludzi jak w weekendy. Niekoniecznie dotyczy to grup sportowych. Ci trenują prawie zawsze, niezależnie od warunków. Ważniejsza jest ilość jednostek treningowych, do tego im trudniejsze warunki treningowe tym lepsze później wyniki sportowe. W przeciwieństwie do osób twierdzących, że na krawędzi można tylko na twardym, tutaj wszyscy trenujący pięknie wycinają carvingowe skręty na każdym rodzaju śniegu (lodu), miło podpatrzeć i wyciągać wnioski poprawiające własne umiejętności. Z Polski oczywiście też była grupa sportowa, dokładnie z Krakowa. Do tego w rozmowie potwierdzili, że trenują by startować w zawodach, co też na naszym forum nie jest dla wszystkich oczywistością. W nocy próbowałem wyczuć pogodę, ale nic z tego mi nie wyszło, był i księżyc i chmury... Rano (między 6 a 7) zanim wyprowadzili gondole z garaży wydawało się, że pogoda będzie jak najbardziej ok. W momencie kiedy ruszyły wyciągi już tak różowo nie było, w wysokich górach zmiany pogodowe następują niesłychanie szybko, od skrajności do skrajności w tempie sportowym. Latem bardzo ważna jest dobra suszarnia, bo jednak do kolan raczej wszystko jest mokre, zwłaszcza jak się zagląda w różne dziwne miejsca. Ja taką suszarnię miałem... Docieram pod Olperer i ponownie pogoda się zmienia na nadspodziewanie uroczo i widokowo fascynującą. Olperer ukazuje się prawie w całości Oczywiście sportowcy już ostro trenują, korzystając z doskonałej widoczności i kontrastu, ja spokojnie objeżdżam wszystkie dostępne trasy Duża część tras na okres letni jest zabezpieczana przed wytopieniem specjalnymi płachtami. Jest to rodzaj białej włókniny, dość cienkiej kilkumilimetrowej grubości, szerokości kilku metrów. Złącza ich są zgrzewane palnikami na gorąco tak jak papa termozgrzewalna. Miejscowi nazywają te płachty flizami (nie wiem jak się to poprawnie pisze). To dość pracochłonne prace, jest do tego oddelegowana specjalna brygada pracowników, do dyspozycji mają też ratrak. Kiedyś flizy były układane na deskach i drewnianych łatach, obecnie za konstrukcję wykorzystuje się tekturowe (twarde) rury, dużo lżejsze i łatwiejsze do układania. Gdyby te odcinki tras (głównie 3) nie zostały zabezpieczone i śnieg na nich się wytopił do samego lodu, nie dałoby się związać później nowego śniegu we wrześniu, październiku z podłożem. Bardzo o to dbają. Mimo położonej flizy śnieg i tak może się wytopić do lodu, na to jest zgromadzony śnieg w wielkich hałdach (też przykrytych płachtami) w kluczowych momentach może być ponownie nawieziony przez ratraki na trasy Widok na Gefrorene Wand Spitzen spod Olperera Pora coś zjeść, turystów jest mało, można się zrelaksować przy szumie wodospadu... 20210731_132906.mp4 Ten letni wodospad przy Tuxer Fernerhaus służy za lokalną rozgłośnię, nadaje dźwiękowego uroku przez 24 godziny na dobę, niczym cykady na Bałkanach. Zagłuszyć go potrafią tylko dźwięki wyładowań elektrycznych podczas burz i dźwięk syreny alarmowej która też czasem się włącza podczas uderzenia pioruna w pobliżu. Po ogarnięciu wszystkich tras dostępnych latem, a nie jest ich dużo pora wyruszyć ponownie na freeridową część ośrodka. Ku mojej radości dalej nikt tam nie jeździ i spokojnie mogę ponownie kreślić swojej mniej i bardziej regularne linie nie niepokojony przez nikogo. Najmniej ciekawy odcinek do pokonania... ale warto było dla tych mało użytkowanych (w zasadzie wcale) miejsc, trochę się przemęczyć 20210731_120623.mp4 Widok z gondoli Gletscherbus 3 na żleb i lodowiec pod Gefrorene Wand Kończę jazdę trochę wcześniej, bo czeka mnie wymiana nart, butów i kijków (pora zaliczyć skitoury latem) oraz odwiedzić Lanersbach a tak nowe gondole wyglądają w środku, dużo lepiej i przestronniej Widać jak mocno zaawansowane są prace przy budowie nowych parkingów podziemnych, nie będzie już parkowania przy drodze z doliny Kiedy wracam na Tuxer Fernerhaus już mocno pada i słychać już odgłosy zbliżającej się burzy Koło stacji stoi pojazd który przypomniał mi o jeszcze jednej atrakcji dostępnej w okolicy skalnej jaskini oddalonej o jakieś 10 maksymalnie 15 minut drogi. Przy starym schronisku Spannagelhaus jest wejście do jaskini Spannagelhoehle. Podobno głębokość jaskini to około 10 km. Dla zwykłych turystów jest udostępniona trasa o długości 500 m. Zwiedzanie zajmuje około 1 godziny i kosztuje 15 eu. Są też trudniejsze trasy, wielogodzinne, wymagają jednak odpowiednich umiejętności i sprzętu (dla grotołazów). To największa skalna jaskinia w środkowych Alpach i najwyżej położona w Europie. Można się wiele dowiedzieć o skałach i klimacie Rozpadało się mocno i jutro też ma tak być... 20210731_162128_01.mp4 Pozdrawiam PS. Przepraszam za muzykę, to nie ja wybierałem
    8 punktów
  2. Cześć Mariusz siadasz i jedziesz i robisz to codziennie. Po pół roku wszelkie problemy nikną. Trzymaj się. Pozdrowienia
    2 punkty
  3. Początek szedł naszym słabo, jednak cierpliwość została nagrodzona i trochę medali nasi sportowcy przywieźli. Lekkoatletyka to była prawdziwa petarda, prawie wszystko się udało. Jakby tak inne dyscypliny poszły tą drogą. Może za trzy lata. Ja dzisiaj oglądałem finał panów w piłce wodnej. Mecz bardzo długo toczył się koło remisu, jednak Serbowie w końcówce pokazali jak odjechać rywalom z Grecji. Podobnie piłka ręczna pań, długo Rosjanki były w meczu, Francja w 2 połowie w końcu odjechała. Praktycznie w większości dyscyplin zespołowych, drużyny które w grupie wygrywały od ćwierćfinałów w systemie pucharowym miały kłopoty. Zupełnie inaczej gra się kiedy możesz, ale nie musisz wygrać, gdy jednak przegrywający odpada to wiele reprezentacji traci swoją moc . Tak było z naszymi siatkarzami po części... Pozdrawiam, również dziękuję za wymianę poglądów i relację, zwłaszcza gdy byłem odcięty od transmisji...
    2 punkty
  4. 2 punkty
  5. Brawa dla naszych olimpijczyków, medlalistow szczególnie, także komentatorów Lexi i Marionen, z zachowaniem proporcji.
    2 punkty
  6. Mamy jeszcze szanse na medal? w kontekście świetnych walecznych Argentyńczyków i va banque Brizzarda, który zastapił w meczu z Polska Toniuttiego, a z ruskimi wyciągnął ich w pierwszym secie za uszy, u nas zabrakło takiej odważnej zmiany, a przecież Toniutti to legenda https://www.onet.pl/sport/onetsport/francja-rko-niebywaly-final-pogromcy-polakow-wyszarpali-zloto-or-tokio-2020/vx2g0ln,d87b6cc4
    1 punkt
  7. Oczywiście pierwsze na co zwróciłem uwagę po rozpakowaniu to jak wygląda mój ulubiony trójkąt, czyli śnieżne pola freeridowe leżące między gondolami Gletscherbus 3, 10 er Gefrorene Wand, a krzesłem Gefrorene Wand 3b. I wyglądały niemal imponująco, bo prawie wszędzie na warstwie lodu zalegała cienka warstwa śniegu, wyglądało to jak tafla wody na jeziorze przy lekkim wietrze. Czy da się po tym jeździć nie miałem pojęcia, ale wyglądało to dość zachęcająco by przynajmniej raz spróbować. Widok z "mojego" tarasu... Wlazłem na górny taras by rzucić władczym spojrzeniem na okolicę i do roboty, bo czas nie stoi w miejscu Po objechaniu miękkich i ciapowatych przygotowywanych tras, przejechałem linię pod starą kanapą na te moje ulubione śniegowe niepielęgnowane poletka, leżace ugorem, co mnie nieco zdziwiło; nikt tego nie uprawiał od wielu dni. Czyżby był jakiś haczyk i jakiś konkretny rzeczywisty powód, że nikt tych miejsc nie katował, do teraz nie wiem. Ruszam na pierwszy zwiad... Pierwsze skręty i okazuje się, że jak najbardziej można po tym całkiem fajnie pojeździć, kreśląc swoje wymarzone linie... Po dojeździe do tej grzędy sprawdzam możliwość zjazdu w najulubieńszym moim żlebie, teoretycznie da się tu jeszcze zjechać, ale ilość kamieni leżących i czasami spadających z pobliskiego szczytu zniechęca mnie skutecznie i odpuszczam z żalem, jadę w dół w stronę skalnej tamy, przecinajacej śnieżne łany i widocznej w dole... Docieram do skał przez które trzeba przedrzeć się do kolejnego pola. Pas skalny ma jakieś 20-30 metrów długości. W narciarskich twardych butach jest to mało przyjemne, mokro, ślisko, sporo strumyków i małych kamieni. Łatwo po tym się nie chodzi i tracę sporo czasu do kolejnego miesca gdzie można założyć narty i dalej zjeżdżać W dolnej części śniegu jest jeszcze mniej na podkładzie lodowym i często przy skrętach lód i drobne kamienie łapią nartę powodując drobne zachwiania, to fajne ćwiczenie koordynacji ruchowej, z całą pewnością mi nie zaszkodzą, może dzięki temu trochę się podciągnę w technice narciarskiej... Kolejny odcinek zjazdu kończy się brakiem śniegu i trzeba tym razem przejechać przez mieszankę lodu, wody i kamieni... Do końca dnia zostałem już tylko na tej freeridowej trasie Byłem bardzo zdziwiony, że nikt nie jeździł w tym miejscu i do końca dnia miałem ten odcinek na własną wyłączność, szczerze bardzo mnie to radowało. Wieczorem mogłem się delektować dobrym włoskim winem i pięknym widokiem z okna (drzwi balkonowych) Pozdrawiam serdecznie.
    1 punkt
  8. Prowansja - cz. VIII - kolarska nirwana - best day ever!!! No dobra - na początek walę prosto z mostu. Kolejny nasz dzień w Prowansji był w przekonaniu całej mojej trupy najlepszym dniem rowerowym w naszym "szosowym życiu". Wydawało nam się, że w Prowansji widzieliśmy już najważniejsze rzeczy wokół, byliśmy na Mt. Ventoux, byliśmy na południe od Malaucene, na północ od Malaucene, kibicowaliśmy dzielnie peletonowi TDF, co nam jeszcze mogło pozostać... otóż to co pozostało to "Les Gorges de la Nesque"... i o tym Wam dzisiaj trochę opowiem. Zanim jednak dojechaliśmy do miejsca, o którym wspominam powyżej, to trochę o trasie zaplanowanej na ten dzień. Ten kto śledził wcześniejsze moje relacje, to być może pamięta, że dzień po Mt. Ventoux część osób ciągnęła do Sault, aby zdobyć Ventoux od tamtej strony, a część w ogóle nie miała ochoty na nic. Ostatecznie wyszło coś pomiędzy, ale do Sault nie dotarliśmy. Wieczorem po emocjach związanych z kibicowaniem TDF siadłem nad mapami, stravami, google'ami i innymi tego typu, aby zaplanować coś sensownego na kolejny dzień. Stwierdziłem, że najsensowniej będzie jak wsiądziemy do auta, zapakujemy rowery na dach i do Sault przemieścimy się samochodem. Stamtąd wjedziemy na Mt. Ventoux najdłuższym, ale równocześnie najłatwiejszym podjazdem, zjedziemy ze szczytu do Bedoin, a następnie z Bedoin wytyczyłem pętle z powrotem do Sault. Przy planowaniu trasy na Strava zwróciłem jednak uwagę, że "heat map" wskazał że z dwóch dróg z Bedoin w kierunku Sault, bardziej popularna jest droga bardziej na południe od tej, którą brałem pierwotnie pod uwagę. Wtedy sobie przypomniałem, że gdy oglądałem różne filmiki o Ventoux jest tam w tych okolicach taka droga z tunelami wykutymi w skałach - tak trafiłem na wąwóz de la Nesque. Ostatecznie życie pokazało, że cała nasza runda to było ponad 90 km i mniej więcej 2.000 m w pionie - dystanse zdarzało mi się robić dłuższe, ale nigdy nie zrobiłem wcześniej takiego przewyższenia. Dla zaprawionych w bojach szosowców, wynik może nie wybitnie imponujący, ale pewnie i oni przyznają, że 2 tys. metrów, to już jest coś. Wrzucałem już profil podjazdu na Ventoux od Sault - coś trochę ponad 1100 metrów w pionie i 24 km długości, z czego tak naprawdę ciężko robi się na ostatnich 6 km, gdy podjazd ten łączy się z podjazdem od miejscowości Bedoin (czyli z tym klasycznym i najtrudniejszym wariantem). Podjazd od Sault dla osób mniej wytrenowanych, ale cokolwiek jeżdżących na szosie uważam, że jest po prostu bardzo przyjemny. W większości 3-6%, a tuż przez tymi najtrudniejszymi 6 km, robi się nawet prawie zupełnie płasko. Oczywiście ciągle lekko pod górę jest, ale nie ma walki o życie, a do tego jest tu po prostu przepięknie. Na dole pola i zapach lawendy, trochę wyżej las i znów piękny zapach lasu: Następnie docieramy do Chalet Reynard powyżej którego zaczynają się natrudniejsze ostatnie 6 km podjazdu, jest to też ta najbardziej znana "księżycowa" część - czyli powyżej linii drzew, wszędzie wokół skałki - nie jestem pewien, bo to nie moja dziedzina - wapienne i widok na przekaźnik. Przy Chalet Reynard pierwotnie planowałem pierwszy postój od dołu, ale ostatecznie czułem się super i stwierdziłem, że wjeżdżam do samego końca bez przystanku. Nie powiem, te ostatnie 6 km dały mi w kość, ale widoki na szczyt rekompensowały wysiłek: W końcu po raz drugi raz stajemy na szczycie Mt. Ventoux. Tym razem udaje się cyknąć fotkę ze znakiem na szczycie, bo za pierwszym razem była zbyt długa kolejka: Po zdobyciu szczytu zjeżdżamy w kierunku Bedoin. Ja nie ukrywam, że mam spory respekt przed tymi szaleńczymi zjazdami, ale trochę zaczynam się do tego jakby przyzwyczajać. W Bedoin pora na nagrodę w postaci lunchu: Po posileniu się ruszamy przez Flassan w kierunku, jak się okazało gwoździa programu - a trzeba przyznać, że do tej pory już było bardzo fajnie - czyli wąwozu de la Nesque: Widokowo robi się coraz ładniej, idealny asfalt, ruch samochodowy niewielki; droga cały czas delikatnie pnie się w górę: Z każdym kilometrem coraz piękniej - obracam się w tył, a tam mniej więcej tak: A do przodu tak: Jest tak pięknie, że umysł trochę nie nadąża "chłonąć" tych wrażeń. Robimy masę zdjęć chcąc utrwalić jak najwięcej z tych widoków: W końcu trafiamy na odcinek drogi z tunelami/tunelikami wykutymi w skale - pięknie to wygląda - jest kilka takich miejsc: Tym razem zdjęć jest więcej niż tekstu, bo co tu pisać - było pięknie - każdy kilometr przynosi coraz piekniejsze widoki, wręcz nierzeczywiste. Droga marzenie, a w tle na horyzoncie nad wszystkim góruje Mt. Ventoux: W każdym razie - każdy kto będzie w okolicy - na swój tzw. "bucket list" niech obok Mt. Ventoux koniecznie wpisze Gorges de la Nesque. To był mój najlepszy dzień na rowerze szosowym. Było mega - na koniec jeszcze widoczek z lawendą, za chwilę dojedziemy do Sault. 90 km w nogach 2000 m w pionie - było tak pięknie, że aż chce się jeszcze. To będzie nasza najlepsza i najfajniejsza tura w Prowansji. Polecam każdemu. Tutaj jeszcze obiecany widoczek:
    1 punkt
  9. Prowansja - cz. VI - dzień TDF Tak jak wspominałem na samym początku, jedną z zaplanowanych atrakcji związaną z naszym wyjazdem do Francji, był fakt, że podczas naszego pobytu w miejscowości, w której zatrzymaliśmy się, czyli w Malaucene, zlokalizowano metę jednego z etapów legendarnego Tour de France. Ba... - nie byle jakiego etapu, bo etapu, który wiódł przez szczyt Mt. Ventoux; więcej w tym roku kolarze po raz pierwszy w historii Tour'u wspinali się na Mt. Ventoux dwukrotnie i dwukrotnie pojawiali się w "naszej" wiosce. Raz przez nią przejeżdżali, a za drugim razem meldowali się tu na mecie. Przy czym etap wyglądał tak, że kolarze po raz pierwszy podjeżdżali najłatwiejszym podjazdem czyli tym od miejscowości Sault, potem zjeżdżali do Malaucene (to była drogą, którą ja z kompanami wspinałem się na szczyt, a oni tu jechali w dół), a następnie jechali z Malaucene od Bedoin i stamtąd tym tzw. klasycznym podjazdem wjeżdżali na szczyt raz jeszcze, znów zjeżdżając drogą w dół do Malaucene. Czyli zjazd w dół był dwukrotnie taki sam, ale podjazdy były dwa różne. Klasyfikacja generalne wyglądała w ten sposób, że Pogacar miał już wyraźną przewagę nad resztą faworytów, ale liczono, że być może okaże w końcu jakąś słabość. Zastanawiano się przy tym, czy etap należeć będzie właśnie do czołówki klasyfikacji generalnej, czyli czy to faworyci rozegrają sprawę wygranej dnia między sobą, czy raczej "pozwolą" na zwycięstwo komuś kto w klasyfikacji całego wyścigu się nie liczy. My postanowiliśmy tego dnia zupełnie zrezygnować z roweru i po prostu chłonąć atmosferę wyścigu i kibicować. Kompletny "rest day". Wcześniej kibicowałem kilkukrotnie wyścigowi Tour de Pologne, więc wydawało mi się, że mniej więcej tak to będzie wyglądać. Okazało się jednak, że Tour de France nie na darmo jest "naj". Gdy dzień wcześniej jedliśmy wieczorem kolację przy głównej ulicy/skwerku Malaucene, nic nie zapowiadało tego, jak bardzo to miejsce zmieni się w przeciągu jednej nocy. Wieczorem bowiem wyglądało to mniej więcej tak: A następnego dnia już tak: Wszystko idealnie rozplanowane - ustawiono całe miasteczko w pawilonami dla VIPów, stolikami, podium, telebimami - w sumie coś takiego tzn. takie "motorhome'y" widywałem jedynie na wyścigach formuły 1. Cała główna ulica miasteczka została kompletnie przebudowana na cele TDF. Zdjęcia nie oddają ogromu tak naprawdę tego co się rozstawia wokół takiego TDF. Pod kościołem rozstawiono - niezależnie od tego co rozstawiono wokół mety - całą strefę kibica, ze sklepikami, olbrzymim telebimem, zapleczem sanitarnym itd. , Zanim zatem pojawili się kolarze i pomiędzy ich przejazdami można spokojnie było sobie usiąść w cieniu pod drzewkiem i oglądać wyścig w tv: Niezależnie od tego można było się uraczyć czymś chłodnym; sponsorzy dbali o to, aby każdy na głowie miał tematyczną czapeczkę z ich logo. Przy czym bank LCL jest sponsorem generalnym i oni chcieli wszystkich przyodziać w żółte baseball'ówki, a firma Lecler chciała wyposażyć możliwie dużo osób w czapeczki i koszulki w grochy. Francuzi mają szczególne podejście do Tour de France. Z jednej strony TDF to wielka maszynka do nabijania kasy i stanowi znaczną część wpływów dla rodziny Amaury, bo to ta jedna z najbogatszych francuskich rodzin stoi za ASO - czyli Amaury Sports Organization - dla której największym "eventem" jest TDF, ale która organizuje też dziś wiele innych wielkich wyścigów kolarskich i to niekoniecznie we Francji - np. Vuelta de Espagna, Liege Bastogne Liege, czy La Fleche Walonne i wiele, wiele innych; ale także niekoniecznie imprezy kolarskie - bo organizują także wyścig Paryż Dakar. Z drugiej strony - TDF to piękna impreza promująca Francję, jej różne zakątki, zabytki itp. Czytałem gdzieś, że Francuzji uważają, że TDF należy do każdego Francuza w jakiejś części i jest ucieleśnieniem tego właśnie co we Francji jest najpiękniejsze. Wydaje mi się to dość górnolotne, ale niechaj i tak będzie. Na pewno to co zwraca uwagę i może potwierdzać tezę, że TDF to święto całej Francji i Francuzów, to fakt jak licznie gromadzą się przy drodze kibice i to niekoniecznie "hardcore'owi" kibice kolarscy, ale także fakt jak przyozdabia się miasteczka, przez które przejeżdża TDF - widać, że te miasteczka niejako "wyczekują" przyjazdu całej tej karawany. Tu kilka przykładów: Zanim pojawią się kolarze, przed nimi jedzie tzw. karawana wyścigu. W sumie gdzieś tam kiedyś oglądałem o tym jakiś film dokumentalny, więc mnie to nie zaskoczyło tak całkiem, ale fajnie było to zobaczyć na żywo. Karawana to coś na co wiele osób przy drodze bardzo czeka - bo z jednej strony przejeżdżają specjalnie na ten cel zbudowane samochody, platformy, które same w sobie robią duże wrażenie (trochę to wygląda jak na jakimś karnawale); a z drugiej strony w tych samochodach siedzą ludzie wyrzucający różne darmowe fanty (czapeczki, breloczki, koszulki, a z bardziej śmiesznych rzeczy, to był proszek do prania - szkoda, że nie dwa dni wcześniej, to nie musielibyśmy kupować 😉 ). Muszę przyznać, że nie spodziewałem się po Francuzach tak niezwykłej zażartości w "walce" o załapanie tych różnych fantów. Leci tego w każdym razie tyle, że ja skończyłem z trzema różnymi kapeluszami przeciwsłonecznymi, chyba pięcioma czapeczkami, trzema koszulkami, niezliczoną ilością breloczków i dobrze, że na koniec złapałem torbę zakupową rzuconą z platformy jednego ze sponsorów wyścigu, bo miałbym kłopot jak się do domu z tym wszystkim zabrać 😉 A wierzcie mi albo nie, nawet się tak bardzo nie starałem, gdyż w jakiejś tam części tylko się broniłem, aby tym po prostu nie oberwać np. w głowę. W każdym razie miśki Haribo, były naprawdę znakomite, a czapeczki i koszulki rozdysponowałem pomiędzy dzieci swoje i znajomych. A tak owa karawana wygląda na kilku zdjęciach - jedzie tego naprawdę sporo; niektóre pojazdy robią spore wrażenie (moje ulubione to koszyki piknikowo-zakupowe Leclerc'a); do tego jest puszczana muzyka, tańce i różne wygibasy: Po takim wstępie - na chwilę sytuacja się uspokaja - i następuje oczekiwanie na pierwszy przejazd kolarzy przez miasteczko. To naprawdę niesamowite, jak szybko kolarze przejeżdżają koło nas. Samochody techniczne i charakterystyczny zapach/smród spalonych klocków hamulcowych świadczą o tym, jak trudne musiało to być dla aut aby utrzymać się za kolarzami podczas zjazdu z Ventoux. Ci na naprawdę wąskiej drodze osiągali prędkości w okolicach 100 kmh pomiędzy kolejnymi zakrętami. Tu czołówka jadąc w kierunku Bedoin - to z niej wyłoni się końcowy tryumfator etapu: Tutaj peleton z głównymi aktorami TDF - na czele zespół Ineos (trzeci z kolei jest nasz Michał Kwiatkowski), który jedzie pod swojego lidera R. Carapaza (od niedawna mistrza olimpijskiego), ale zaraz za nimi jest zespół UAE z liderem - w zółtej koszulce - Słoweńcem Tadejem Pogacarem (3-miejsce w Tokio) - wśród pomocników Tadeja jest nasz Rafał Majka. Co prawda niestety nasi kolarze pierwszych skrzypiec tu nie grali, ale tego dnia Majka i Kwiatkowski wykonają naprawdę ciężką pracę podczas drugiego podjazdu pod Ventoux. Za peletonem jest jeszcze jeden "highlight" i równocześnie pewna niewiadoma. Czy sprinter Mark Cavendish - jadący w zielonej koszulce najaktywniejszego (najlepiej punktującego) kolarza wyścigu, zdoła "przetrwać" ten etap i zmieścić się w limicie czasu. Cavendish to być może najlepszy sprinter w historii kolarstwa - przed tym wyścigiem miał na koncie 30 wygranych etapów TDF. Ostatnie parę sezonów było jednak dramatycznie słabe w jego wykonaniu; nie wygrywał od kilku sezonów nic, mierzył się z chorobą. Wydawało się, że zeszły sezon będzie jego ostatnim. Ostatecznie trafia do jednego z najlepszych zespołów w peletonie, w jakim może znaleźć się sprinter - Dequenick Quick-Step. Rękę wyciąga do niego bowiem menedżer zespołu Patrick Levevre - ustalają ostatecznie, że Cavendish będzie jeździć na kontrakcie za minimalną pensję przewidzianą regulacjami UCI, a jeżeli "coś" wygra, to sponsor ekipy, czyli firma Specialized, za każde takie zwycięstwo dołoży bonus. Przed sezonem nikt jednak w te bonusy, jakoś specjalnie nie wierzy. Cavendish był w ekipie przewidziany na starty raczej w wyścigach 2-ligowych - takich taka ekipa WorldTour też trochę zalicza - a tym samym nieco słabiej obsadzonych. Na pewno nikt, włącznie z samym Cavendishem, nie przewidywał startu w TDF. Ten w zasadzie był od początku zaklepany dla Irlandczyka Sama Bennetta, jednego z najlepszych obecnie sprinterów i zdobywcę zielonej koszulki TDF w zeszłym sezonie. Z uwagi na konorawirusa wiele wyścigów tych pomniejszych było odwoływanych, więc Cavendish nie miał szans jakoś szczególnie się pokazać, w końcu pojawia się - podobno trochę wbrew swojej woli, ale Levevre nalegał na ten start - w wyścigu dookoła Turcji. Tam Cavendish odnosi w sumie 4-zwycięstwa etapowe. Wyścig niby drugoligowy, ale wiele osób w końcu myśli sobie - no dobrze, na koniec kariery Cav wstydu nie przynosi, będzie mógł przejść spokojnie na emeryturę wygrywając w swoim ostatnim sezonie jakieś wyścigi. Potem jednak niespodziewanie w Tour dookoła Belgii, który miał być taką próbą generalną dla sprinterów przed TDF, z uwagi na kontuzję nie pojawia się Bennett - jego miejsce w trybie awaryjnym zajmuje Cavendish - i co... i wygrywa i to jak za najlepszych swoich lat. Tutaj już nie ma mowy o przypadku - wyścig jeżeli chodzi o sprinterów gromadzi wielu z najlepszych. Zaczynają się pytania o TDF - sam Cavendish mówi, że nie ma o czym gadać; takich planów nie ma; Bennett ma startować i koniec. W międzyczasie jednak wiadomo, że Bennett ogłosił, że zmienia team - w przyszłym roku wraca do Bora Hansgrohe. Nie wiadomo więc, czy to na pewno przez kontuzję, czy trochę ze względu na fakt odejścia z zespołu, Cavendish nagla startuje w TDF. Przychodzi pierwszy etap sprinterski - wygrywa; drugi - wygrywa. Nie pamiętam - ile miał zwycięstw etapowych gdy kolarze jechali do Malaucene - ale Cav ostatecznie wygra 4 etapy tegorocznego Tour'u i z 34 zwycięstwami etapowymi w tym wyścigu wyrówna rekord wielkiego Eddy'ego Merckx'a. Jeden z największych comeback'ów w historii sportu. Jeżeli "coś" nie wyszło Cavendishowi w tegorocznym TDF, to ostatni etap - etap w Paryżu - dla sprintera szczególne miejsce - wygrać ostatni etap TDF na Polach Elizejskich. Gdyby tego dokonał to ustanowiłby rekord 35 wygranych i pobił Mercx'a. To jednak się nie udało. Wielu uważało, że taki scenariusz - tj. wygrana w Paryżu, rekord, zielona koszulka wyścigu - byłby najlepszych momentem, aby zejść ze sceny i zakończyć tę piękną karierę. Nie wiadomo jak dalej będzie przebiegać kariera Cavendisha - specjaliści stawiają, że teraz chyba kariery nie skończy, ale nie wiadomo jakie życie nakreśli scenariusze. Faktem jednak jest to, że aby zdobyć zieloną koszulkę - trzeba nie tylko zdobyć najwięcej punktów, ale trzeba być także na mecie w Paryżu. Dla sprinterów przejazd przez góry i zmieszczenie się w limicie czasu (ten liczony jest jako procent czasu pierwszego na mecie), nieraz jest sporą trudnością. Sprinterzy to masywne chłopy, które mają wygenerować poteżną moc na stosunkowo krótkim odcinku tuż przez metą. Przejazd przez góry to domena górali - lekkich, drobnych gości. Rokrocznie więc iluś tam sprinterów odpada albo wycofuje się z wyścigu nigdy nie osiągając mety w Paryżu. Cavendish musiał się więc spinać - na jednym z etapów przyjeżdża bodaj 1,5 minuty przed limitem. Więcej niż pół drużyny oddelegowane jest jednak, aby mu pomóc - wożą bidony, karmią - osłaniają przed wiatrem. Innymi słowy są jak matka Polka i super niania razem wzięte, aby tylko chłop docierał na metę w limicie czasu. Tu na zdjęciu Cavendish (zielona koszulka) przez miasteczko przejeżdża na czele grupki, ale w tle widać 4 koszulki kolegów z zespołu oddelegowanych aby "przeciągnąć" go przez góry: No dobra - przejazd Cavendisha - w zasadzie zamyka pierwszy przejazd - pora przenieść się w rejon mety. Tu mieszają się różne nacje - kibicują nie tylko Francuzi, ale także Belgowie, czy Duńczycy. Ci mają jeszcze w zanadrzu tego wieczoru powód do kibocowania na Euro, ale tego dnia liczą na dobry występ Jonasa Vingegaarda. Na metę znów towarzystwo wpada z olbrzymią prędkością, przy czym to Belgowie będą świętowali najgłośniej. Wout van Aert - wcale nie specjalista od jazdy po górach, ale jedna z gwiazd peletonu i wielka nadzieja Belgów, będzie tryumfował na mecie tego dnia. Ogłosi później, że to jedno z jego największych wygranych (kilka tygodni później zdobywa srebro w Tokio). Za nim jakiś czas później faworyci - Pogacar wydawało się, że nieco słabnie podczas drugiego podjazdu pod Ventoux. Młodzian Jonas Vingegaard (Duńczycy szaleli), który będzie ostatecznie i niespodziewanie drugim kolarzem tego Tour'u - odrywa się przez szczytem o Pogacara i Carapaza. Ostatecznie jednak Pogacar i Carapaz dopadają Duńczyka na szaleńczym zjeździe do Malaucene. A na mecie to Pogacar po raz kolejny pokazuje, kto jest najlepszy. W sprincie na metę wygrywa pojedynek z bezpośrednimi rywalami. Nic to niby nie zmienia, ale mentalnie pokazuje - miałem chwilę słabości tam na górze, ale na końcu to ja jestem najmocniejszy. My czekamy jeszcze na Cavendisha - zegar pokazuje, że ma jeszcze nieco ponad 11 minut na pojawienie się na mecie: Niewiele później pojawia się grupka z "zieloną koszulką" - mieszczą się w limicie. Tego dnia jednak nie braknie tu jeszcze emocji - jeden z kolarzy wpadnie na metę bodaj 4 sekundy przed limitem; a Luke Rowe z Ineos niespodziewanie łapie kryzys i odpada z wyścigu, nie mieści się w limicie - utrata tak doświadczonego zawodnika, to spore osłabienie dla Ineos na przyszłych etapach. Cóż - niesamowicie to było wszystko zobaczyć i przeżyć. Jest to absolutna ekstraliga wyścigów kolarskich. Mam wielki szacunek dla Czesława Langa i organizacji wyścigu Tour de Pologne, ale jednak we Francji widać, jak duży jest przeskok między tymi imprezami. Widać też perfekcyjne zgranie w czasie - gdy na jednym końcu prostej startowej fetowano kolarzy na podium, na drugim końcu ludzie związani z organizacją już zaczęli powoli rozkręcać barierki, chować krzesła, stoły. Karawana jedzie bowiem dalej i do rana wszystko musi być ustawione i gotowe w innym francuskim miasteczku. U nas w Malaucene śpiewy belgijskich fanów będą jeszcze rozbrzmiewać pół nocy 😉 c.d.n.
    1 punkt
  10. Proszę bardzo : (foto - Eltech) Startowaliśmy w Makowie Maz. spod jazu (okolice kościoła), do Narwi jest ok. 28 km. Po drodze jedna łatwa 30m przenoska przez małą elektrownię wodną, obok pensjonatu i restauracji "Bobrowy Dwór".
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...