Zgubiłem nartę na 7000m, ale druga została przy nodze i dlatego żyję.
Było nawet gorzej niż na filmie, bo zaliczyłem kilka(naście?) metrów wolnego lotu z lodospadu a potem zjazd głową w dół.. Ściana miała 2km i ponad 40 stopni, a na dole szczelina brzeżna. Uratował mnie fart (głeboki śnieg) i nawyki (przewrót przez bark, hamowanie drugą nartą). Nawet udało się wrócić do góry i odzyskać nartę, choć zajęło to z 1-2h.
Gdyby brakło szczęścia to byłby koniec, ale doświadczenie i kompetencje są jednak ważne. Przede wszystkim upadek był moim błędem. Nie do końca wiem jak do niego doszło, ale chyba wjechałem na lód wiedząc, że on tam jest. Myślałem, że przejadę. Może też najpierw spadłem z niewielkiego progu. Zbyt małe doświadczenie, niedotleniony mózg, stres i mamy błędną decyzję a potem upadek. Z drugiej strony pewne umięjtności, które pomogły się uratować.
Finalnie nic mi się nie stało, ale od tamtej pory spojrzenie na góry jest już inne. Dość wcześnie włączył mi się tryb emerycki bo w wieku 20 lat, ale dotarło do mnie, że kolejnej szansy może już nie być.