Tak jak nie podniecałem się kiedy Iga Świątek przegrała w sezonie klika ważnych pojedynków, tak teraz zwycięstwo z Sabalenką cieszy ale też nie znaczy, że wszystko zawsze wygra. Umiar i cierpliwość jest w kibicowaniu wskazana. Wystarczy cieszyć się na bieżąco z sukcesów. Wiele zależy od samopoczucia dnia, aktualnej formy, warunków na korcie czy rodzaju podłoża i oczywiście porcji większej lub mniejszej szczęścia. Dobrym przykładem jest sytuacja w męskim tenisie. Po Wimbledonie wieszczono już koniec Novaka Djokovica i hegemonię totalną Carlitosa Alcaraza. A finał był niezwykle zacięty i o porażce czy zwycięstwie zadecydowały pojedyncze akcje. Co dalej sie wydarzyło- Carlitos do dzisiaj nie wygrał żadnego turnieju a Novak nie przegrał żadnego meczu. W Paryżu na dodatek nie tylko wygrał ze wszystkimi przeciwnikami ale pokonał też grypę żołądkową. Żal Dymitrowa w finale, bo bardzo po tylu latach przerwy chciał wreszcie coś wygrać i był tego bliski a po drodze miał bardzo mocną drabinkę turniejową, może innym razem się uda. Szkoda, że Hubertowi Hurkaczowi zabrakło trochę punktów by dostać się do finałów w Turynie, był naprawdę blisko. Trzeba trochę teraz liczyć (niesportowo), że może ktoś z pierwszej 8 nie wystartuje w ostatniej chwili. Dzisiejszy finał kobiet ma dla Igi Świątek podwójny ciężar, oby się udało pokonać Amerykankę. Jeśli nie, tragedii nie będzie i tak jest świetną tenisistką z najwyższej sportowej półki. Jazda Iga Świątek...