Wziąłem udział w zwodach SNOWMANIA, których kolejna edycja odbywała się blisko mnie bo w Zieleńcu. Warunki nieciekawe: w nocy padało, rano lampa, więc śnieg topił się błyskawicznie, a dodatkowo start pierwszego przejazdu, planowany na 11.00, ze względu na awarię bazy danych przesunięty o ok. 1godz. Zawody odbywały się w konwencji slalomu równoległego, z tym że nie chodziło o bezpośrednie porównanie startujących w parach, a liczyła się jedynie suma czasów dwóch przejazdów. Planowane były próbne przejazdy, ale z powodów jak wyżej, aby całkowicie nie zrujnować trasy od tego odstąpiono.
Slalom ustawiony był na dwie pułapki, na drugiej bramce skręt należało kończyć, a nie dopiero zaczynać , a na przelotowej w połowie trasy nie spaść z garbu, bo w obu przypadkach kończyło się to tym, że na następnej bramce stawiało się narty w poprzek. W pierwszym przejeździe pierwszy problem rozwiązałem w miarę poprawnie, a drugi nieszczególnie. Bogatszy o bezpośrednie doświadczenia z pierwszego przejazdu, plus informację, że na przedostatniej bramce jest już kałuża, wystartowałem w pełni skoncentrowany i zdeterminowany do wykręcenia przynajmniej jednego dobrego przejazdu. Początek nie poszedłem na maksa, co się opłaciło, bo o ile na początku mój przeciwnik był lekko z przodu, to już od trzeciej bramki zniknął mi zupełnie z pola widzenia, dalej szło wszystko super, na przedostatniej bramce (tej z kałużą) kątem oka zobaczyłem, wkomponowanego w nią, przyczajonego fotoreportera, docisnąłem więc jeszcze bardziej; przede mną ostatnia bramka (rynna całkiem, całkiem), a ja już pewny swego, do mety ok. 20m i stało się. Wyfrunąłem jak z katapulty w powietrze, przy jednoczesnym obrocie o 900, minąłem lotem koszącym metę, kontakt z ziemią w pierwszej kolejności uzyskałem grzbietem i potylicą.
Dzięki Bogu po dłuższej chwili pozbierałem się o własnych siłach, ktoś z obsługi przyniósł mi nartę, która utknęła ok. 1,5m nad ziemią w siatce zabezpieczającej (czyżbym tak wysoko leciał?). Po wstępnym badaniu na stoku wylądowałem na pogotowiu. Wynik: lekki wstrząs mózgu i mocne stłuczenie kręgosłupa (Bogu dzięki nic nie chrupnęło). W tej chwili leżę w łóżku i tekst ten piszę na raty, bo mam co jakiś czas zawroty głowy, a każdą zmianę położenia odkładam jak mogę najdłużej bo okupuję ją upiornym bólem grzbietu.
I teraz najważniejsze: wystartowałem stary, uparty dureń bez kasku!
Wiem, że większość z Was już tego błędu nie popełnia (oprócz mnie został chyba mój imiennik Wituś, a zawsze myślałem, że Witki to mądre chłopaki), ale chciałbym Was namówić, żeby w zawodach i bez żółwia nie startować.