-
Liczba zawartości
7 223 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
599
Zawartość dodana przez marboru
-
Narciarska wiosna - Zakopane, Kasprowy cz.3 Dojeżdżam i widzę, że część narciarzy zdążyła się już przenieść na tą stronę: Trasa "po biciu rekordu prędkości" wciąż jest na stoku: Pierwszy raz zjeżdżam obok niej i ze zdziwieniem doznaję rozczarowania. Nie było ratraka. Główny stok nie jest przygotowany. Jest nierówno i na twardych przymarzniętych nierównościach trzeba uważać. W zasadzie nie ma fragmentu do samej dolnej stacji kolejki dwuosobowej gdzie pojechałbym na maksa. Wjeżdżam na górę i przy drugim zjeździe jadę trasą Jędrzeja. Ta jest gładziutka i szybka. Parę set metrów jadę tak jak lubię. Ostro i krótkim skrętem. Na jazdę na krechę zabrakło odwagi... ...na dole - w strefie hamowania - Lipa. Nierówności i bardzo twardo. Nie dziwi mnie fakt, że rekord nie został pobity... ...w tych warunkach Narciarz pewnie bał się rozwinąć skrzydła. Ja wyhamowałem... Środkowy fragment trasy: Ostatni szeroki fragment: Od dołu... Ostatnia polanka, po zwężce wygląda zaskakująco. Potwierdza to fakt braku ratrakowania. Śniegu jest pod dostatkiem wokół. Robię przerwę na pyszny bigos w schronisku. Po jedzonku, kawa i dalej w trasę. Promienie Słońca potrafią pięknie oświetlić kocioł: Zjeżdżam jeszcze raz "niebieskim szlakiem"... Robię kolejną króciutką przerwę na piwko... ...które pochłaniam duszkiem...i zdopingowany, po odstaniu 20 minut pod wyciągiem ruszam w dalszą podróż...
-
Narciarska wiosna - Zakopane, Kasprowy cz.2 Na kwaterę w Kuźnicach docieram o godzinie 18. Niestety nie było już miejsc w Jaworzynce, więc z polecenia wybieram dwuosobowy domek w Ośrodku "Kabel". http://www.kabel-zakopane.pl/ Koszt 100zł za ultra "gierkowskie" warunki to przesada. Domki - delikatnie rzecz ujmując hardkorowe. Cóż - jedna noc. Nic złego mi się nie stało - i nie chodzi tu przecież o komfort, a bliskość do dolnej stacji kolejki na Kasprowy. W każdym bądź razie - zdecydowanie nie polecam. Na poniższej fotce - ten pierwszy zielony dach, to dach mojej noclegowni. Tuż przed zmierzchem docieram na Krupówki na kolację. Giewont - nadal na swoim miejscu. Turystów niewielu i tym jestem zaskoczony. Niestety jest za późno by odwiedzić Muzeum Tatrzańskie: Na kolację pyszna karkówka, piwko i lulu. Pobudka o 6 rano. Wychodzę na drogę do Kuźnic, łapię taksówkę (koszt 3zł od osoby) i jestem na miejscu. Przed kasą kolejka na 15 minut. Czekam cierpliwie zastanawiając się, czy kupować karnet czterogodzinny (85zł), czy całodniowy (105zł). Widząc, że Goryczkowa czynna będzie od 10 ze względu na bicie rekordu przez Jędrzeja - decyduję się na ten drugi. Po odejściu od kasy ruch w górę - bez kolejki. Na szczycie jestem przed godziną 8. Warunki: -1 i mgła. Widoczność na 30m. Widząc co się dzieje - rezygnuję z patrzenia na żywo jak miał być bity rekord prędkości. Swoją drogą - myślałem, że impreza się nie odbyła ze względu na pogodę. Przy górnej stacji kolejki - zero informacji o wydarzeniu. Zaczynam jeździć. Trochę po omacku ale na dół przy chorągiewkach wyznaczających trasę nie tracę orientacji. Jest beton. Twardo, równo - szybko. Choć uważam, to jadę w miarę dynamicznie wcinając krawędzie nart w podłoże. Po stromej ściance Gąsienicowej widoczność się poprawia i jest bardzo ok. Zaczyna się. Góra, dół, góra, dół. Narciarzy w ciągu dwóch pierwszych godzinach - niewielu. Nogi czują ogień i ogień oddają stokowi. Popołudniu słońce zaczyna wychylać się zza chmur: Przybywa narciarzy ale to nie powoduje kolejek przy krzesełku. Beton - kruszeje i krawędzie coraz pewniej się wrzynają w ściankę. Rozkręcam się szukając przy każdym zjeździe "okna" wolnego miejsca raz po lewej, raz po prawej stronie najostrzejszego fragmentu kotła. Część narciarzy - nie radzi sobie...jest sporo upadków. Po przetestowaniu na maksa pierwszej z tras - udaję się na drugą stronę. Kolej Goryczkowa popołudniu ruszyła. Dojazdówka przypomina mi te alpejskie... Kilka krótkich skrętów i jestem na miejscu.
-
Narciarska wiosna - Kotelnica cz.1 Nareszcie trochę odpocząłem i mogę Wam zdać dokładną relację z mojego weekendowego wypadu na Podhale. Od dawna czekałem na "okno" pogodowe w weekend w Tatrach. Stało się. W czwartek, piątek zapowiedzi zaczęły się pozytywne. Częściowo chmury, częściowo Słońce w naszych górach wysokich. Decyzja była szybka - jadę! Wstępnie wypad miał być jednodniowy - niedziela. Po kilku postach Kolegów z forum zmieniłem zdanie - postanowiłem przenocować w Kuźnicach i wyjechać już w sobotę rano. Marcin...tchnąłeś tę myśl. Janek...to, że kibicujesz by stuknęło mi w tym sezonie 6tkę z przodu. Szybkie pozyskanie informacji w internecie i wybór jest prosty. W sobotę nartowanie w Białce, której nie znoszę. Powód? Godziny otwarcia - do 21 (do końca nie wiedziałem, o której dojadę), oraz położenie - prawie po drodze do Zakopanego. Zaznaczę, że nie przepadam za Jurgowem, który również był czynny tego dnia. Wyjeżdżam o 8 z Radomia. Po drodze telefon z Jastrzębia potwierdza, że mój wybór jest słuszny! Dziękuję Marcinie, Twojego Kolegi niestety nie spotkałem. Na miejscu jestem o 12:30. Nadzwyczaj szybko udaje mi się dojechać. W centrum Krakowa - zero korków. Temperatura na zewnątrz w Białce Tatrzańskiej +12. Jest słonecznie, choć sporo chmurek, a po drodze w Nowym Targu deszcz. Karnet czterogodzinny koszt 50zł. Zakładam narty. Jest miękko, wiosennie. Pierwszy rozpoznawczy zjazd pod największą sześcioosobową kanapą. Leniwa jazda choć z uwagą. Narciarzy niewielu, chodzą wszystkie wyciągi krzesełkowe z wyjątkiem tego najkrótszego. Jeżdżę pod każdym, każdą trasą. Czerwona nadaje się do jazdy tylko i wyłącznie przy jej skrajnych bokach. Tu jest w miarę równo i o dziwo - twardo. Widoki są przepiękne - a pogoda, cudo. Ponieważ na mapce widzę, że coś się tu zmieniło od mojego ostatniego pobytu w tym miejscu - nowe krzesło. Postanawiam się udać w tamtą stronę. Droga prowadzi przez krótkie dwie czerwone trasy. Warunki na nich - jak to na wiosnę na trochę ostrzejszych stokach - muldy. Specyfika tych krótkich, ostrych zjazdów - tak jak na kieleckim Telegrafie. Lewa strona jest bardzo ok. Krótkim skrętem kręcę agresywnie i jestem już przy owej nowości: Wyciąg pierwsza klasa - niczym BMW. Szybki, wygodny i z podgrzewanymi siedzeniami...no i kolorek nie ma co? Piękny. Nowa trasa - bardzo płaska. Ale dlatego, że płaska to warunki na niej bardzo dobre. Prędkość po kilkunastu metrach pozwala brać "na nartę" wszystkie miękkie nierówności. Od czasu do czasu spoglądam na Tatry... ...a tam: raz bardzo czarne chmury, a raz słoneczko. Tak, tak...czekałem by kolejnego dnia tam pojechać. Po czterech godzinach katowania Białki, wyjeżdżony i nieźle rozgrzany kończę jazdę. Uśmiech na twarzy staje się coraz pełniejszy, gdy moim oczom pokazuje się tęcza... Wsiadam do auta i kieruję się przez Bukowinę w kierunku Zakopanego.
-
Najlepszego dla prezesa!
marboru odpowiedział johnny_narciarz → na temat → Chcę Wam o tym powiedzieć
Wszystkiego dobrego! Zdrówka, pomyślności no i oczywiście świetlanej przyszłości Skionline :smile: -
Niestety nie udało się :frown:: Była mgła. Dwie próby i max 151 km/h...cóż, spróbują pewnie ponownie.
-
Muszę Was Chłopaki zmartwić :wink: Dzisiaj i jutro nic nie będzie... ...właśnie się zbieram do Zakopca :biggrin: Dzisiaj jednak jakaś wieczorna jazda - gdzie? Jeszcze nie wiem, o której przybędę... ...a jutro od rana "Rekord prędkości Jędrzeja na Kasprowym" i "polskie Alpy". ...no może jakąś relację uda mi się wieczorem napisać : :smile:
-
Najlepsze ujęcia Speedridingu i nie tylko :wink: Sezonu 2012/2013 w wykonaniu Bartosza Plewy. Doskonałe ujęcia Free z kamery umieszczonej na narcie w lesie... Doskonała kąpiel w górskim potoku... Lot nad kościołem... Pozazdrościć!!! Świetna zabawa - niesamowite ujęcia z doskonałą muzą. Mistrzostwo Świata! Polecam! [video=vimeo;63798323]
-
Na noc nie zostanę. Chociaż biorę pod uwagę taką opcję, by pojechać w sobotę.) No ale z tego co widzę Harenda nie jest już czynna...ani nic w najbliższym sąsiedztwie, więc bez wieczornej jazdy - to bez sensu dla mnie nocowanie. No a nocleg w Kuźnicach - doskonale znam. Nocowałem już tam :-) Super wygoda, bo na nartach zjeżdża się pod same drzwi. Jeden duży minus, to że kibelek jest wspólny...no ale cóż... Cała rezydencja pamięta conajmniej czasy Gierka :wink: Mam nadzieję, że zapowiadana słoneczna pogoda się sprawdzi...a w nocy będzie przymrozek (na razie go nie widać w zapowiedziach pogodowych za bardzo).
-
Ja prawdopodobnie będę w niedzielę :smile: Będziesz? Dzięki Marcinie za relację.
-
Odcinek 1 Bez pieniędzy, auta, pracy...są na Świecie narciarscy włóczędzy. Ludzie, którzy dla pasji odmieniają swoje życie. Tacy ludzie się przyciągają w niezwykłych miejscach. To Przyjaciele, których połączył puch. To cena, którą ponoszą tylko Ci, którzy żyją z pasją. Prawdziwym okazem takiego człowieka, a może jednym z ostatnich w swoim rodzaju jest Ben. Mieszka gdzieś głęboko, głęboko w Cascade Mountains, w małym domku z drewna... [video=youtube;xFOqfJEzcIU] Odcinek 2 Każdy z nas ma góry i "linie", które kuszą każdego dnia. W każdym sezonie, każdy zjazd, obrót rodzi się w naszej głowie i myśli. To marzenia. Te linie na śniegu pozostają w pamięci. To wolność... ...na szczycie 7000 m. [video=youtube;l9oVdSp5wI8] Odcinek 3 Każda chwila w górach daje możliwość poznania. Edukacja życia czeka tych, którzy chcą odkrywać, oglądać i słuchać. A czasami spotykamy rozsiewacze wiedzy, ludzi, którzy zamierzają zrozumieć...życie i śmierć. Istotę... Domek podróżuje... "Edukacja to proces życia, a nie przygotowanie do przyszłości." [video=youtube;87oDclSzsBY] Odcinek 4 Odkryciem jest, gdy twoje oczy łapią pierwszy przebłysk "poduszek". Twój umysł szybko ocenia, wierząc, jak łatwo będzie bezproblemowo spaść z jednej na drugą i tak dalej... Moment, kiedy możesz skierować swoje narty w dół, obraz flash linii pojawi się w twoim umyśle. Obraz linii zjazdu. [video=youtube;tZA-Q9kc7ys] Ostatnia część bardzo klimatyczna... ...przy muzie z gitary ridera. Polecam :happy:
-
Przeglądając Austria.info odnalazłem bardzo mało wyświetlane super filmiki w videoblogu. Chłopaki z Polski prezentują kilka regionów narciarskich, trochę free... Dowcipnie, super montaż, muza - polecam!!! A nawet bardzo polecam!!! Vorarlberg [video=youtube;k_FEEaOSPxY] Otztal [video=youtube;x4HmGslbJ3c] Stubai [video=youtube;qpU2xHjLF5Y] Alpbachtal [video=youtube;NXYU0Ni8QOs] PillerseeTal [video=youtube;1NNFwXMNq5w] Obertauern [video=youtube;wY1YFROHTho] Ober Osterreich [video=youtube;LX-D6SPOKw8] St.Anton [video=youtube;UrhW4dc2Cdk] Super Goście!
-
Maćku, proszę Cię bardzo :happy: Oto... Rysianka i super pioseneczka: [video=youtube;zETe7SwgvBA] Znane doskonale na Forum - Pilsko: [video=youtube;rOalHxtqpR4] Bieniatka: [video=youtube;SNN_murJ8pY] Lachoń Groń: [video=youtube;qSGegx0GINQ] Kotarz [video=youtube;XUhPjc0rQjY] Wydaje się, że niezmierzone te Beskidy :happy: Zazdroszczę, że jesteś tego wszystkiego tak blisko...zresztą nie tylko Ty, Wszyscy z południa Polski.
-
No to ja dodam od siebie dwa filmiki z Klimczoka :happy: Pierwszy - jazda free w lesie: [video=youtube;vDEDQY0T9jM] Drugi, to świetny filmik z wycieczki skiturowej na trasie Szczyrk Biła - Klimczok - Trzy Kopce - Karkoszczonka - Beskid Węgierski - Brenna - Karkoszczonka - Szczyrk Biła. Świetny klimat, jazda :happy: [video=youtube;PDqPnAku2YE]
-
Pełny przejazd kolejki linowej Girak & Girak na Szyndzielni w Bielsku Białej. Nowa Kolejka powstała w roku 1995. Zastąpiła poniższą, dawną kolej linową dwulinową również firmy Girak & Girak wybudowaną w latach pięćdziesiątych. I co? I teraz niestety nikt nie nakręci filmu, że narciarze się cieszą...nikt, nie podkreśli przydatności inwestycji i pełnego jej wykorzystania. Ot polska rzeczywistość :frown:: To chore niestety. [video=youtube;b_zDhCt8WqU]
-
Dolina Pięciu Stawów - inspiracja z Tatr
marboru odpowiedział marboru → na temat → Freeride, freestyle
Michał...uważaj na regulamin :wink: :happy: -
...a tego to Piotrze nie zauważyłem :eek: Resztę filmików podejrzę...mi się rzuciły w oczy jedynie dwa. Pozdrowienia :happy:
-
No i będą nowe piękne filmy :biggrin: Piękne otwarcie i w ogóle... Popatrzcie jak było w roku 1959. Najwyraźniej historia się powtórzy :applause: [video=youtube;RQcinJDY7ek]
-
To były czasy :happy: Forumowiczom z Bielska pewnie łza w oku się zakręci po obejrzeniu poniższego filmiku, z dawnej kroniki PKF. Tłum narciarzy...starodawne szusy...świetnie wyglądające wagoniki... Zwróćcie uwagę na to jak były przewożone narty! Kawał pięknej historii polskiego narciarstwa. [video=youtube;Y015wGqR4OY]
-
Bardzo ciekawy artykuł dla wszystkich lubiących jazdę poza trasą. Większość przedstawionych miejsc poniżej jest Wam znanych...znanych, ale może do końca nieodkrytych. Śpieszcie się poznawać Beskid Śląski! Za 5 lat freeride'owy potencjał tych gór zmniejszy się o połowę. Co się stanie? Czy tak szybko skruszeją do rozmiarów łagodnych fal w krajobrazie, przez grzeczność nazywanymi Górami Świętokrzyskimi? Takiego dramatu nie będzie, ale ich dzisiejszy potencjał polegający na tym, że z grubsza rzecz biorąc, połowa stoków Beskidu Śląskiego jest odkryta, mówiąc dosadniej – łysa, zostanie skutecznie zniwelowany przez pnące się do góry leśne młodniki, które uniemożliwią swobodną jazdę. Co jeszcze takiego jest w tym najbardziej na zachód wysuniętym naszym Beskidzie, że jest freeride'owym eldorado? Infrastruktura. Rzecz jasna, nawet nie stała przy tej alpejskiej ale swoje potrafi odpracować. Góry są nieduże, a mamy tu kilka naprawdę świetnych pod kątem freeride'u „resortów”. 1. Krzesełko na Skrzyczne. Pokonuje różnicę wysokości 720 metrów. W Polsce więcej może zaproponować tylko kolej na Kasprowy Wierch, ale to na Skrzycznem większą część z tej wysokości da się spożytkować podczas zjazdu poza trasą. Jeśli chcemy szusować tuż przy kolejce to podczas typowego powder day. Kila dni po opadzie trzeba szukać szczęścia w zjazdach do Czyrnej (10 min jazdy na nartach chodnikiem do dolnej stacji kolejki, można wziąć też taksówkę, autobus albo zafundować sobie pół godzinny spacer). Inny, świetny wariant do zjazd na drugą stronę (wschodnią) góry, skąd trzeba wrócić zamówionym wcześniej busem, taksówką, albo wrócić na szczyt na fokach... 2. Małe Skrzyczne – okolice przy szczycie są żenująco płaskie ale mnogość ciekawych form terenowych jakie rozciągają się niżej na licznych bocznych grzbietach i stokach, na dodatek dość gęsto pokrytych wyciągami, jest zaiste imponująca. Klasyczny zjazd pozatrasowy, wymagający oprócz wyjechania wyciągami na sam szczyt Małego Skrzycznego, także krótkiej wycieczki, prowadzi z Kopy Skrzyczeńskiej do Malinowa. Inne dobre linie są z Golgoty i Julian do Malinowa – hektary bukowych lasów do jazdy. 3. Szyndzielnia – mało wykorzystywana kolejka. Droższa niż wyżej wymienione i udostępniająca teren nie tak atrakcyjny i z mniejszą pokrywą śniegu. Pokonuje jednak w 6 minut około 460 metrów różnicy poziomów. W nawigacji nie ma tu większej filozofii, będąc tam zorientujemy się na co można sobie pozwolić. Do dyspozycji mamy bukowe lasy i zarastającą polanę dawnego „stoku” narciarskiego. 4. Czantoria – miejsce kapitalne... ale rzadko raczące nas dobrymi warunkami śniegowymi. Dolna stacja – o zgrozo – znajduje się poniżej 400 m n.p.m. To prawie na wysokości bałtyckich plaż, przez co białe nie lubi tam przelegiwać za długo. Jeśli jednak zima zapuszcza się także w niższe położenia górskie nie jedźcie nigdzie indziej. Tutejsze stoki są strome i porośnięte rzadką, starą buczyną. Jeśli zabraknie puchu przy kolejce, można zjeżdżać do doliny Suchego Potoku, gdzie terenu jest w bród, a wydostać się nie jest trudno. Na dodatek krzesło pędzi na tyle szybko, że nie zdążycie nawet rozpakować kanapki, którą zrobiła Wam na wyjazd mama. 5. Stożek – skromny ośrodek wśród skromnych, zaledwie 250 metrów przewyższenia. Zima jednak lubi ten zakątek ukryty w najwyższych położeniach Wisły. Kiedy w Ustroniu, pod Czantorią, oddalonym stąd o przysłowiowy rzut kijkiem narciarskim, kuracjusze przechadzają się po suchym deptaku, my często otwieramy sezon właśnie na Stożku. Tutejsze zjazdy nie są porażająco długie ale, co dość istotne w naszym sporcie, jest tu śnieg. Poza tym życie można tu sobie umilić na kilku ciekawych skalnych dropach, które w Beskidach nie są przecież tak często widywane. Jak na nieduży obszar Beskidu Śląskiego i realia nadwiślańskiego kraju, infrastruktura jest tam wręcz wspaniała. Na tym jednak góry się nie kończą... O ile większość terenów dostępnych z wymienionych wyciągów jest w mniejszym lub większym stopniu zalesiona, to pozostaje nam do samodzielnej eksploracji całe mnóstwo łysin, czyli bezdrzewnych stoków czekających na nasze esy floresy malowane nartami po śniegu. Najbardziej rozległe odkryte powierzchnie stoków znajdują się w okolicach Skrzycznego, Małego Skrzycznego, Malinowskiej Skały, Baraniej Góry i Magurki Radziechowskiej. Skiturowe eldorado Beskid Śląski to chyba najciekawsze spośród naszych beskidzkich pasm dla narciarzy nastawionych na turowe wycieczki grzbietami. Wszystko za sprawą wspominanych wcześniej wylesień, które miały największą intensywność w okolicach Magurki Radziechowskiej, Baraniej Góry i Małego Skrzycznego. W pogodny dzień widoki potrafią być nie mniej zachwycające niż w wyższych górach. W panoramie z tutejszych odsłoniętych grzbietów bez trudu dostrzeżemy Tatry oraz szereg mniej lub bardziej wybitnych gór sąsiedniego Beskidu Żywieckiego w tym Babią Górę oraz Pilsko. Jednym z pomysłów na wycieczkę na fokach po Beskidzie Śląskim może być pętla wokół Szczyrku biegnącą przez Skrzyczne, Malinowską Skałę, Biały Krzyż i Kotarz. Leniwi albo o słabszej kondycji ski-turowcy mogą wspomóc się wyciągiem na Skrzyczne. Wtedy ruszamy na szlak z zapasem sił. To tylko przykład na skiturową wycieczkę po Beskidzie Śląskim, ale wędrować można po całych tych górach bez większych ograniczeń – nie ma na tym terenie parku narodowego. Opracowanie i zdjęcia: Tomasz Dębiec powder.pl
-
Kuruj się Michale i Janka wyciągaj na narty by Oczko miał na nartach w tym Sezonie :applause: Pilsko potrafi być zachwycające na wiosnę. Szybkiego powrotu do zdrowia życzę.
-
Dziękuję na dobre słowo :happy: 4 dni... ...cóż - jeśli Tobie się udało dobić 20stkę, to i ja spróbuję coś z tym zrobić, by powalczyć o 6 z przodu :wink:
-
Od dawna szukałem na necie ciekawej wyprawy free bądź turowej do Chin. Udało się :smile: Znalazłem świetną, polską, narciarską relację z Wyprawy na Mustang Atę. Oto ta przygoda: Mustang Ata, czyli narciarski raj w środku lata W maju 2012, dojeżdżając do Chamonix, odbieram telefon - dzwoni do mnie znajoma z propozycją wyjazdu narciarskiego na Mustang Atę w Chinach z piątką znajomych. Kończę rozmowę skupiony na najbliższych celach, po głowie zaczynają jednak chodzić te Chiny, które zawsze chciałem zobaczyć. No i jeszcze ta nazwa… Mustang Ata. Temat niczym bumerang wraca po powrocie z Alp. Ekipa jest zmotywowana; widać, że dla wszystkich jest to przygoda, na którą mają chrapkę. Zobaczyłem zdjęcie góry i wiedziałem już, że chcę tam pojechać. Wyprawa nabiera rumieńców pod koniec czerwca i pomimo niedyspozycji jednego z uczestników decydujemy się pojechać w piątkę (Paulina, Magda, Marek, Andrzej i ja). Ale zaraz… nie pojadę przecież na Mustang Atę (7546 m.n.p.m) z moim podstarzałym sprzętem turowym. Wystarcza jedna rozmowa z Jackiem Grzędzielskim z Salewy i dostaję na wyprawę sprzęt do testowania. Jeśli chodzi o sprawdzenie zestawu to nie mam innego wyjścia, jak zrobić to w Tatrach w lecie, ponieważ cały lipiec pracuję jako instruktor. Niosę więc na Halę Gąsienicową zielone Dynafity TLT 5 TF, w których spaceruję z tyłu Betlejemki, żeby sprawdzić czy mnie przypadkiem te cuda nie obcierają. Narty to oczywiście Dynafity z linii Mustang Ata, wiązania Dynafit Vertical ST Stoper , kije węglowe Dynafit, dwa zestawy fok, harszle… uff, mogę jechać. 7500 metrów n.p.m. to nie przelewki. Paulina, Magda, Marek i Andrzej aklimatyzują się wstępnie w Alpach, ja przyjeżdżam do Kirgizji cztery dni wcześniej i aklimatyzuję się do 4600 m w pięknej dolinie Ala-Arcia . Czuję się świetnie, miejscowi Rosjanie są wyjątkowo gościnni, a ściany tak piękne, że aż nie chce mi się jechać nigdzie indziej… ale cóż, trzeba schodzić, bo z Polski wyleciała już ekipa. Od razu po przylocie wszyscy ruszamy wynajętym busem z Biszkeku do Chin. Podróż przez dzikie kirgiskie i chińskie doliny i płaskowyże trwa pełne dwa dni i tak docieramy do Kaszgaru, milionowego miasta w Chinach, gdzie po szybkim przepaku jedziemy dalej Karakorum Highway w kierunku naszej góry. Po kilku godzinach jazdy docieramy do Subax (3600 m n.p.m.) i oczom naszym ukazuje się po raz pierwszy Lodowy Ojciec, jak zwą Mustang Atę miejscowi Urgowie i Kirgizi. Miny nam rzedną , a smaczku dodaje rozmowa z dwójką bardzo solidne wyglądających Włochów (tylko jeden wszedł na szczyt), którzy skwitowali pogawędkę słowami, że torowanie po pas w świeżym śniegu przez kilkanaście kilometrów do najlepszych zabaw na pewno nie należy. Po tej rozmowie decydujemy się jeszcze na szybkie aklimatyzacyjne wyjście w deszczu na 4000 m i już spokojnie śpimy w betonowych jurtach Subax. Kolejny dzień wita nas słoneczną pogodą. Bagaże odjeżdżają w Jeepie, a my pomału idziemy w kierunku bazy głównej pod Mustang Atą, znajdującą się na 4400 m n.p.m. W bazie spory ruch albo raczej przestój po tygodniu złej pogody - wszyscy zeszli i jest tu około setki fanów tego niecodziennego zajęcia, jakim są narty w środku lata. Pełen przekrój narodowości, ale przeważają Europejczycy. Nowo przybyłymi nikt się nie interesuje, nie ma tu już tej kirgiskiej gościnności, jest za to jest komercja w chińskim wydaniu. W bazie panuje spory bałagan, wszędzie walają się śmieci, z toalet nie sposób skorzystać tak są zanieczyszczone, a na środku bazy po prostu mamy sporych rozmiarów regularne wysypisko śmieci. Niejadalne na dłuższą metę, tłuste i słone jedzenie, wszechobecny brud i śmieci, woda prosto z lodowca, która w żaden sposób nie jest filtrowana. My też nie mamy szczęścia - nasza messa to stary wojskowy namiot bez podłogi, za to z kałużą na środku i krzesłami dla krasnali. Długo tu nie chcemy bawić, na następny dzień planujemy więc pierwsze wyjście na 5100 m. Zostawiamy depozyt i wracamy do bazy. Kolejnego dnia dochodzimy ponownie na 5100 m i zostajemy już na nocleg. Jest cudownie. Przed nami góry po horyzont, nad nami piękne słońce i orły, a do tego sprawdzona podczas wcześniejszych wspólnych wyjazdów ekipa… więc póki co nie ma żadnych kwasów. Marek zaczyna bardziej narzekać na ból głowy, więc zostawiamy depozyt na 5550 m i wracamy na jeszcze jeden nocleg z powrotem na 5100 m. Nowy dzień przynosi lepsze samopoczucie i spokojnie osiągając 5550 m, w dobrych humorach spędzamy tu noc. Pierwsze objawy wysokości zaczynają dawać mi się we znaki i rano nie jestem tak rześki jak każdego poprzedniego dnia. Swoje zrobił też 20-kilogramowy plecak. Jednak po dłuższej chwili dobre samopoczucie wraca i foczymy na nartach w kierunku nieodległej bariery seraków, które jakoś będziemy musieli pokonać. Towarzyszą nam tragarze niosący część bagaży. Kiedy jednak docieramy na pole usiane szczelinami, wszyscy błogosławią linę, jaką uparłem się zabrać pomimo komentarzy w stylu „taka łatwa góra”, na której „nikt nigdy nie widział lawiny” . Szczeliny są całkiem konkretne, a lawina sporych rozmiarów zatrzymała się metr przed naszą ścieżką. Okazuje się więc, że tak zupełnie lajtowa to ta góra jednak nie jest. Na wysokości 5900 m wszystkim wyraźnie spada tempo. Dochodzimy do 6200 m i po nocy, która dla jednych była łatwiejsza, a dla innych mniej ciekawa, schodzimy na zasłużony odpoczynek do bazy. Wygląd bazy oraz atmosfera w niej panująca po raz kolejny nie zachęcają do dłuższego pobytu. Wszystkie wyprawy zjechały już na dół i zostaliśmy tylko my. Temperatura w bazie spada o około 10 stopni i zaczyna wiać. Według prognozy, od 20 sierpnia na naszej górze robi się zimno. Świeci jednak piękne słońce i wydaje się, że nic nas nie odwiedzie od stanięcia na szczycie. Jednak Marek po noclegu na 6200 m ma już dość i nie chce tam wracać; wie, że przy takim samopoczuciu na sześciu tysiącach nie rokuje to na wejście na szczyt. Dobrze radząca sobie Magda decyduje się zostać z Markiem dla towarzystwa w bazie, bo w końcu mieli wejść razem i, jak twierdzi, bez Marka jej wejście na szczyt się nie liczy. Wytrzymujemy tylko jeden dzień tzw. restu. Jedzenie sięgnęło dna - zgniłe warzywa smażone na starym oleju, brak podstawowych produktów i obojętność Chińczyków na prośby ugotowania czegoś po ludzku. Nasz kucharz jest tu od ponad dwóch miesięcy, wszyscy już wyjechali tylko Polacy każą mu tu siedzieć po sezonie, a przecież w połowie września jedzie na dwa miesiące pod K2. Szybko uciekamy więc na górę i w jeden dzień dochodzimy do 6200 m, gdzie spędzamy nocleg i rano kierujemy się do ostatniego już przed atakiem szczytowym obozu nr 3. Namiot rozbijamy na 6600 m zamiast na 6800 m i kładziemy się wcześnie spać, bo o 2 w nocy czeka nas pobudka. Szczyt wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Jesteśmy na tym kolosie sami, a w bazie zostały tylko trzy osoby. Prognozy pogody zapowiadają słońce, ale i zimno okraszone nieprzyjemnym porywistym wiatrem, więc pewności co do wejścia nie mamy. Przez całą noc naszym małym namiotem targają niezapowiedziane burze śnieżne i przekonani o dużym opadzie śpimy do rana. Jakie jest jednak nasze zdziwienie, gdy na zewnątrz naszym oczom ukazuje się tylko 5-centymetrowa warstwa świeżego śniegu. Najwyraźniej, resztę zalegającą na lodowej skorupie zabrał ze sobą silny wiatr. Jest za późno na atak i w kapitalnych warunkach śniegowych zjeżdżamy na 6200 z zamiarem powrotu kolejnego dnia. Może uda się wejść nawet trochę wyżej, przenocować i w końcu przystąpić do ataku? Niestety, wygląda na to, że noc na 6600 m, spędzona w przedsionku namiotu, totalnie mnie załatwiła i padam ofiarą przeziębieniowej fali gorączki. Musimy zjechać do bazy i choć jeszcze mamy czas na powrót na górę to zdaje się, że wzmagający się wiatr w górnych partiach i odczuwalna temperatura w okolicy -40 Celsjusza skutecznie nam to uniemożliwią. Gdyby baza była komfortowa i dawała tak potrzebny odpoczynek to mielibyśmy jeszcze szansę. W tym układzie nie mamy jednak złudzeń, dla nas to koniec. Z dołu przychodzi Turdubek, jedyny solidny tragarz, jakiego udało nam się poznać i pomaga nam znosić ciężkie plecaki. Razem z Pauliną rozkoszujemy się jazdą, mknąc w dół po stoku przygotowanym jak marzenie - kilka centymetrów puchu na betonie, bosko! W bazie czekają Marek i Magda, a wraz z nimi napięta atmosfera napędzana przez niezadowolenie kucharza. Całość stosunków między nami a agencją zaczyna przypominać sen o Polsce sprzed 30 lat, a że do mieszanki dyktatury z komunizmem kategorycznie nie chcemy wracać, kończymy naszą wyprawę. Jeszcze tylko jedno solidne zatrucie w restauracji w Kaszgarze, które wszystkich nas mocno przetyrało i już grzecznie wracamy do Polski - nie takiego złego miejsca na ziemi . Tym razem się nie udało, ale jesteśmy z powrotem, cali i zdrowi. Na Mustang Atę część z nas na pewno będzie chciała wrócić, bo jazda na nartach po bezkresnych przestrzeniach jej stoków to kapitalne, głęboko zapadające w pamięć przeżycie. Znamy już patenty, wiemy jak się przygotować, a wyjazd po sezonie dał nam niezapomniane chwile bycia z Lodowym Ojcem sam na sam – uczucie, za którym wszyscy już bardzo tęsknimy… Warto zapamiętać: W tej części Chin, nie ma możliwości zorganizowania akcji ratunkowej z użyciem helikoptera. Wszystkie helikoptery należą bowiem do wojska, które nie użycza ich cywilom. Na miejscu nie ma też żadnych służb ratunkowych, więc trzeba liczyć na własny zespół, czy też słono opłacanych tragarzy, którzy jednak nie mają kompetencji w leczeniu chorób wysokościowych. Konkrety? 1 kilogram ekwipunku, wyniesiony lub zniesiony z 4400 m na 6600 m kosztuje 45 $ !! Kalendarium 12.08.12 - Przylot do Biszkeku 16.08.12 - Baza pod Mustang Atą 21.08.12 - 6200 m 24.08.12 - 6600 m 26.08.12 - Kaszgar 09.09.12 - Powrót do Polski Piotr Sztaba Instruktor Taternictwa Polskiego Związku Alpinizmu Źródło: salewa.pl
-
Na Onecie znalazłem niesamowitą historię. Narciarka mając piękny wiek - 80lat, wciąż jeździ :eek: Nie byłoby w tym pewnie nic szczególnego...gdyby...gdyby chodziło o osobę z dobrym wzrokiem. Ta - jest osobą, która nie widzi. To się nazywa Pasja :applause: "Ta narciarka ma 80 lat i robi coraz większe postępy. Gillian Lindt 10 lat temu straciła wzrok i myślała, że już nigdy nie zobaczy gór. - Nie myślałam, że będę mogła jeszcze jeździć na nartach - powiedziała. Jednak dzięki wolontariuszowi, nadal może pojawiać się na stoku. Obecnie kontroluje jej każdy ruch na stoku, wskazując jej drogę przez radio." Źródło: Onet + CNN. Filmik o tej niesamowitej osobie znajdziecie, tu: http://podroze.onet.pl/narty/80-letnia-niewidoma-narciarka-to-niewiarygodne/x69jp
-
Janku Gratuluję 20stego dnia na nartach :applause: :applause: :applause: Byłem pewien, że tego dokonasz :happy:
-
Bardzo fajny artykuł oraz filmik dotyczący produkcji nart Atomic: Jak wygląda produkcja nart? Z wizytą w fabryce lidera rynku światowego. Pod koniec stycznia wybraliśmy się do Ski amade, jednego z największych regionów narciarskich w Europie. W jego sercu, w niewielkim austriackim miasteczku Altenmarkt znajduje się fabryka nart Atomic. Udało nam się ją zwiedzić i zobaczyć na własne oczy jak drewno, plastik i metal zamieniają się w jedne z najlepszych nart na świecie. Atomic Marka Atomic to lider rynku światowego, w Europie sprzedaje ponad 30% wszystkich nart: alpejskich i biegowych. Na tych nartach jeździło wielu najsłynniejszych alpejczyków, na czele z Hermanem Maierem czy swego czasu również Bode Millerem. Obecnie zawodnicy Atomica to między innymi Marcel Hirscher, Carlo Janka czy Benni Raich. W sumie alpejczycy tej marki odnieśli aż 130 zwycięstw w zawodach Pucharu Świata. Herminator z Flachau Bez wątpienia największą gwiazdą był Maier. Ten murarz z Flachau, nieprzyjęty za młodu do drużyny narciarskiej z powodu zbyt wątłej budowy, został jednym z najwybitniejszych narciarzy w historii. Herminator, bo tak był nazywany, 54-krotnie wygrywał zawody Pucharu świata, ustępując tylko Ingemarowi Stenmarkowi. Wiele innych rekordów, w tym liczba zwycięstw i 2000 punktów w jednym sezonie należą do Maiera, który równocześnie rozsławił narty produkowane "w sąsiedniej dolinie" na cały narciarski świat. Historia Firma została założona w 1955 roku. Zatrudniała wtedy cztery osoby i produkowała 40 par nart rocznie. Fabryka którą zwiedzaliśmy, powstała w 1971 roku, choć oczywiście od tego czasu była wielokrotnie przebudowywana. Obecnie, w Altenmarkt zatrudnionych jest pięciuset pracowników przy samej produkcji nart i drugie tyle w pozostałych działach. Pracują na trzy lub 4 zmiany, wytwarzając 500 tysięcy par nart rocznie. To mniej więcej połowa produkcji nart alpejskich firmy, pozostałe powstają w Rumuni i Bułgarii. Warto przy tym zaznaczyć, że to w Austrii produkowane są wszystkie modele z wyższej półki, w tym narty dla zawodowców. Kanapka czy bratwurst, czyli jak się robi narty 18 dni - tyle czasu potrzeba, by wyprodukować narty. Jeden dzień na kontrolę materiałów, 9 na preprodukcję, 3 na prasowanie oraz 5 na wykończenie i kontrolę jakości gotowych produktów. Zobaczcie proces powstawania nart etap po etapie: [video=youtube;Pu88KHC4628] Race, czyli co jest za zamkniętymi drzwiami Na filmie widzieliśmy buty i narty Marcela Hirschera, przygotowane na Mistrzostwa Świata w nieodległym Schladming. Wygrał tam zawody w slalomie. Czy jechał na tych, które trzymałem w ręku? Trudno powiedzieć. Jak dowiedzieliśmy się od szefa działu "race", najlepsi alpejczycy biorą ze sobą nawet 40 par nart na jeden wyścig i na miejscu decydują, w których wystąpią. Różnią się charakterystyką i smarowaniem, ale przeciętny narciarz zapewne miałby problem z dostrzeżeniem tych drobnych różnic. Na jednej konkretnej parze zawodnik może wystartować do kilku razy, potem idzie on na sprzedaż lub do zawodników na nieco niższym poziomie. Jeśli chodzi o buty, gdy zawodnik przychodzi do fabryki, są dopasowywane specjalnie do jego stopy. Poprzez wstrzykiwanie pianki do założonego na stopę buta, a nie "tylko" dogrzewanie termiczne. Mają twardości rzędu 170 i więcej, choć nie pisze się tego na skorupie. Twardszych nie można kupić w sklepie, nie ma zatem sensu ich promować. Dwa światy Narty zawodników powstają z tych samych materiałów co pozostałe, różnią się jednak drobnymi detalami. Jakimi? To już tajemnica producenta, ale przede wszystkim są nieco sztywniejsze. Pan z działu race skarżył się, że nowych nart gigantowych (które z racji nowych przepisów FIS dotyczących m.in. promienia skrętu drastycznie różnią się od tych sklepowych) w ogóle nie da się sprzedać. Jestem też ciekaw, co robią z wiązaniami - widzieliśmy skalę wypięcia od 12 do 20. Dla porównania, większość wiązań rekreacyjnych kończy się na 12, albo nawet na 10. Inny świat. Wizyta w fabryce dla osoby kochającej narciarstwo od to lat mistyczne przeżycie. Na naszych oczach kawałki drewna, plastiku i metalu zamieniły się w gotowe narty. Najbardziej zaskoczyło mnie to, ile czynności wciąż wykonują ludzie. Każda para zależy od tego, jak zrobi ją kilka osób, a widziałem, że w swoja pracę wkładają serce. Po zwiedzaniu pożyczyli nam narty do jazdy w pobliskim Zauchensee. Zupełnie inaczej patrzyłem na to, co przypinam do nóg. tekst: Franek Przeradzki, zdjęcia i montaż Adam Kłosiński. sport.pl







