Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 23.11.2014 w Odpowiedzi
-
"Na narty jeździłem częściej, sam, a nieraz z Bogdanem albo Danielem. Początkowo miejscem wypadowym były schroniska na Gąsienicowej lub Kondratowej, a do szczytu Kotła chodziliśmy piechotą, bo na kolejkę nie było nas stać. Ten okres jednak trwał krótko, bo zafascynowały mnie Tatry Zachodnie, a szczególnie okolice Doliny Miętusiej. Stało tam na Przysłopie malutkie schronisko, prowadzone przez dwie starsze góralki, Bronkę Polankową i Staszkę Skupień. Bronka była za młodu narciarską mistrzynią Polski w zjeździe i slalomie, a na stare lata osiadła na Miętusiej. Urok tego miejsca i jego gospodyń był tak przemożny, że jeździłem tam wielokrotnie zimą na narty, a wiosną i jesienią, by sobie połazić po okolicznych górach. Z czasem uzyskałem nawet przywilej w postaci prawa do siekiery i rąbania drewna, którą tą umiejętność i zamiłowanie wyniosłem z czasu pracy w lesie po wyjściu z partyzantki. Drugi przywilej dotyczył przynoszenia wody pitnej ze źródełka, wypływającego ze stoku, jakieś sto metrów powyżej schroniska. Schodząc potem z wiadrami, trzeba było się nieźle nabalansować, żeby donieść wodę w wiadrach, a nie w butach. Któregoś razu Bronka wspomniała, że ona za młodu zwoziła wodę na nartach. Na co ja, bez namysłu, zabrawszy narty i wiadra, ruszyłem do źródełka. Dopiero gdy obciążony dwoma wiadrami wody, zawieszonymi na wygiętym pałąku nosidła, ruszyłem ostrożnym szusem w dół, zrozumiałem, że przygniatający mnie ciężar nie daje możliwości skrętu i za moment wyląduję na ścianie schroniska. Na ten widok Bronka otworzyła drzwi, chcąc mnie uratować przed rozbiciem o ścianę, a może licząc na to, że długość kuchni wystarczy mi do wyhamowania. Jakimś cudem nie wjechałem jednak do środka, tylko z całych sił przyłożyłem się do głębszego skrętu, po czym zahamowałem tuż przed drzwiami. Przyznaję ze wstydem, że w rozkołysanych wiadrach wody nie zostało za wiele. Dzień w schronisku na Przysłopie zazwyczaj rozpoczynałem od narąbania drewna i przyniesienia wody, potem zjeżdżałem do Doliny Miętusiej, gdzie płynął strumień, zimą ukryty pod śniegiem, skąd wąską leśną przecinką podchodziłem "jodełką" na Upłaz i tam jeździłem aż do zmroku. Wielki Upłaz, sięgający aż pod Ciemniak w masywie Czerwonych Wierchów, był prawdziwym rajem dla narciarzy. Zjazd powrotny przecinką do Doliny był stromy, pełen muld i wykrotów, i za każdym razem budził emocje. Kiedyś wybrała się ze mną na Upłaz Zocha Marusarzówna, siostra niezapomnianego skoczka, Staszka, sama też bardzo dobra narciarka. Póki jeździliśmy po upłazie, dotrzymywałem jej pola, ale w drodze powrotnej ona wysforowała się naprzód, bo sprawniej kręciła ciasne zwroty. Kiedy dystans między nami urósł do pół długości przecinki, nie wytrzymałem. Ruszyłem szusem prosto na dół, przegoniłem ją i dopiero na dnie Doliny zatrzymałem się, na miękkich z wysiłku nogach. Po kilku minutach Zocha dojechała spokojnie do mnie, popatrzyła, pokręciła głową i powiedziała: "Gdybym ja tak zjechała, od razu bym się zabiła". Nie powiedziałem jej, że był to czyn szalony i desperacki i że omal się nie zabiłem. Gdy w parę lat później Bronka i Staszka zamknęły schronisko, namówiłem kiedyś Daniela i pojechaliśmy zimą na Miętusią. Zamiast w schronisku, zainstalowaliśmy się w pustym szałasie pasterskim, gdzie urządziliśmy sobie legowisko. Po śniadaniu, uwarzonym na benzynowej maszynce, wędrowaliśmy na Upłaz, pod wieczór zjeżdżaliśmy z powrotem do szałasu i rozpalaliśmy wielką watrę, by ugotować solidny posiłek z makaronu i mięsa z puszki, a potem siedzieliśmy przy ogniu, grzejąc się i popijając czarną kawę. Gdy watra wygasła, właziliśmy w śpiwory, nakrywaliśmy się po czubek głowy i zapadaliśmy w zdrowy, mocny sen. Któregoś wieczoru w drodze powrotnej Daniel źle wyhamował na dnie Doliny i, przebiwszy pokrywę śniegu, wylądował w potoku. Do szałasu nie było daleko, ale kiedy w końcu biegiem tam dotarliśmy i pomagałem mu zdjąć mokre ubranie, trzeszczało od mrozu. Biedny Daniel, tajał potem w śpiworze wiele godzin, ja zaś całą noc podtrzymywałem ogień, by wysuszyć mu ubranie. Żyliśmy tak prawie dwa tygodnie, aż do wyczerpania żywności, kiedy to musieliśmy zjechać do schroniska na Ornaku. Tam Daniel został, ale ja nie mogłem znieść zaduchu i ciasnoty. Zabrałem "Muchomora" (namiot) i roztasowałem się na noc nieopodal, na zboczu. Kładąc się wieczorem spać, zrobiłem wszystko niby zgodnie z rutyną, ale widać nowe warunki wytrąciły mnie z równowagi, bo zapomniałem schować buty do śpiwora. Rano włożenie na nogi zamarzniętych butów okazało się średniowieczną torturą. Prędko zrezygnowałem i wróciwszy jak niepyszny do śpiwora, zabrałem się za rozmrażanie butów nad benzyniakiem. Tak zastał mnie Daniel, który przyszedł rześki i wypoczęty po nocy przespanej w miękkim łóżku. Zupełnie nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak ryczał ze śmiechu. Chociaż... po chwili śmialiśmy się już razem." Ufff skończyłem przepisywać... Trafiłem na te krótkie, narciarskie wspomnienia czytając autobiografię Kapitana Dariusza Boguckiego "Śladami życia". Postanowiłem się nimi podzielić, bo klimat dawnych Tatr, braku cywilizacji, miłość do nart i narciarstwa była jakże odmienna od tej, naszej, codziennej, teraźniejszej rzeczywistości. Świetny dla mnie krótki fragment, mam nadzieję, że spodobał się i Wam. Dariusz Bogucki (ur. 19 grudnia 1927 w Warszawie, zm. 22 września 2002 w Bydgoszczy) - polski kapitan jachtowy, żeglarz-polarnik, pisarz. W 1952 ukończył wydział Budowy Okrętów Politechniki Gdańskiej, a w 1968 uzyskał stopień doktora nauk technicznych. Brał udział w 12 wyprawach oceanicznych i polarnych, z czego w 7 jako kapitan. Przepłynął 100 tysięcy mil morskich. Jako pierwszy dopłynął na jachcie do zachodniej Grenlandii i powyżej 80° szerokości geograficznej od Spitsbergenu. W 1983 został przyjęty (jako piąty po wojnie Polak) do międzynarodowego stowarzyszenia podróżników The Explorers Club z siedzibą w Nowym Jorku. Jest autorem licznych książek podróżniczych: Islandzki rejs, Do brzegów Grenlandii, „Gedanią” za oba kręgi polarne, Zanim powrócimy. Był członkiem m.in. Klubu Polarnego, Bractwa Wybrzeża, Bractwa Kaphornowców. W 1972 otrzymał Srebrny Sekstant za rejs na Spitsbergen i Jan Mayen na s/y „Mestwin”. Jego żoną była graficzka i tłumaczka poezji hiszpańskiej Irena Kuran-Bogucka. Źródło: Wikipedia.pl Teraźniejszość w Tatrach Zachodnich, wyprawa i zjazd z Ciemniaka (Czerwone Wierchy) w poniższym filmiku: [video=youtube;azuL7EJg-es] Skitury... piękna przygoda! pozdrawiam marboru7 punktów
-
na Skolnitym jest już lina, krzesełka czekają na montaż na dolnej polanie.. https://www.dropbox.com/s/7duid84nfztg82w/IMGP3628.JPG?dl=02 punkty
-
Panowie, nie dajmy się zwariować! Nie kwestionuję potrzeby precyzyjnego ustawienia siły wypięcia wiązań, ale czy ktokolwiek słyszał o takim przypadku, żeby ubezpieczalnia żądała takiego kwitka??? Przecież taki wymóg żeby miał jakikolwiek sens, musiałby być zapisany w OWU ubezpieczenia, a ja nigdy z takim zapisem się nie spotkałem! Według mnie, to są bajki rozpowszechniane przez producenta urządzeń oraz właścicieli serwisów, którzy zainwestowali w takie urządzenia, ale nic więcej!2 punkty
-
Narciarski i rowerowy: http://www.bikershop.pl/pl/Aktualnosci/NOWY_OUTLET_W_KIELCACH1 punkt
-
Kolejny wyjazd w ciemno. Do ostatniego dnia obserwowaliśmy prognozy, bo relacje innych forumowiczów trochę nam dały do myślenia. Wyjazd w sobotę wieczorem (8.11) ok. 20tej. Powrót we wtorek (11.11)po nartach. Dopiero w drodze mieliśmy zdecydować, gdzie pojedziemy. Pod uwagę braliśmy Hintertux lub Solden. Sytuacja sama się rozwiązała, bo szwagier w czasie, kiedy reszta drzemała, przejechał zjazd na Hintertux i dopiero w Insbrucku zapytał, gdzie ma jechać. Zgodnie z powiedzeniem: "zawsze do przodu", postanowiliśmy nie zawracać i pojechaliśmy do Solden. Ok. 9-tej zatrzymujemy się przy pierwszym domu z napisem frei. Po chwili mamy już kwatery. Kosztuje to nas 25 euro za osobę, miejscówka jest ok, samo centrum (do Katapulty rzut beretem). Rozpakowanie, szybkie śniadanie i ruszamy na lodowiec. Gondolka z miasta jeszcze nie chodzi, dlatego jedziemy samochodem. Silnik 1,6 i cztery osoby ze sprzętem na pokładzie sprawiają, że nie jest to takie łatwe . Dobrze, że drogi czarne. Po drodze na bramkach kupujemy karnety 1,5 dniowe i docieramy na parking pod gondolą na Rettenbach. Mimo późnej pory, udaje nam się znaleźć dobre miejsce, do którego możemy zjechać na nartach. Dobrze się składa, bo możemy w czasie dnia zmieniać narty. Pogoda dopisuje, pierwszy zjazd na rozgrzewkę trasą pucharową, a potem po kolei sprawdzamy inne trasy, m.in. przejeżdżamy tunelem na Tiefenbach. Po kilku zjazdach wracamy na chwilę na parkingi podmienić narty. Zmiana nart w ciągu dnia to dobry sposób, żeby lepiej dostrzec różnice między poszczególnymi modelami. Na koniec czeka nas zjazd do miasta, to też wyzwanie dla hamulców naszego samochodu. Po odpoczynku idziemy się odstresować do Katapulty, o tej porze sezonu świeci pustkami, podobno w sezonie są tam tłumy, sam lokal ok (jak ktoś lubi muzykę mechaniczną:wink:)i ceny też rozsądne. W drugi dzień planujemy jechać na lodowiec skibusem, ale na przystanku okazuje się, że źle odczytaliśmy rozkład i musielibyśmy czekać 25 min., za tyle to będziemy samochodem pod kolejką. Wrzucamy sprzęt do auta i znowu katujemy "brykę".Pogoda już gorsza, mglisto i trochę wieje. Jednak wiatr nie jest bardzo silny, bo wszystkie kolejki działają. Jeździmy cały dzień, ale robimy 2 przerwy. Ludzi mało, słaba widoczność sprawia, że dużo osób wcześniej wraca .Wieczorem sprawdzamy prognozy, bo w kolejnym dniu ma mocniej wiać. Najlepiej wygląda Pitztal. Rano pakujemy się i ruszamy pod kreta. Na miejscu jesteśmy o 10:30. Niestety Pani w kasie mówi, że u góry chodzą tylko orczyk i jedna kanapa. Gajowy, który jest u góry, radzi nam jechać na Kaunertal, bo tam są orczyki odporne na wiatr. No i za jego radą już prawie mamy odjeżdżać, ale rodacy zjeżdżający z góry proponują nam karnety po 15 euro. Wiem, co niektórzy sobie pomyślą, ale 44 euro za jeden orczyk i krótką kanapę, to trochę za dużo i ciężko było się nie skusić. U góry okazuje się, że dużo osób zniechęconych pogodą zrezygnowało i do działającego orczyka stoi kilka osób. Wieje mocno, ale słońce stale się przebija i da się wytrzymać. Trasa tez jest ok. Co prawda było sporo trenujących ekip, ale większość już zjeżdżała na dół. Przy krecie minęliśmy się z Viktorią Rabensburg. Mimo wiatru, warunki na trasie bardzo dobre. Sama trasa wzdłuż orczyka też jest bardzo przyjemna. Jeździmy na okrągło. Z czasem ludzi jest coraz mniej, pod koniec jeździmy prawie sami, a ostatni zjazd to całkowicie pusty stok. Po nas zjeżdżała już tylko obsługa zamykająca trasę.Mimo, że nie zapowiadało się ciekawie dzień narciarsko bardo udany, zresztą jak cały wyjazd. Droga powrotna bez niespodzianek, wyruszamy o 18tej i o 4:30 jestem pod domem.Wkrótce filmik.1 punkt
-
Odwiedziłem, wybór mają spory, a ceny bardzo dobre, porównywalne z tymi najtańszymi ofertami z allegro.1 punkt
-
Podczas treningu w Vail Ted Ligety złamał nadgarstek w lewej ręce! Być może wystąpi w PŚ w specjalnym opatrunku usztywniającym.1 punkt
-
Bumer, nie ma w tym nic dziwnego. Zrobią takie soczewki jednodniowe bez żadnego ale! Wiem bo tak własnie robię. I bardzo sobie chwalę takie rozwiązanie. W opakowaniu jest 30 sztuk. Dzienny koszt to około 4 PLN. Da się przeżyć! :wink: Oczywiście wszystkie te zastrzeżenia, o których wspomniałeś trzeba wziąć pod uwagę (wada wzroku, alergie, przeciwwskazania) ale nie demonizujmy. Nosisz je tylko przez kilka godzin dziennie i nie codziennie. A wygoda duża. Moim zdaniem godne rozważenia.1 punkt
-
Pierwsze widze ze buduje sie nowoczesny wyciag obsługujacy dosc dluga, fajna, oswietlona trase, a tak wazny aspekt jak nasniezanie sie pomija. Bez sniegu zaden wyciag nie przyciagnie turystow.1 punkt
-
1 punkt
-
To wytłumaczcie mi jeszcze, ale tak prosto 'krowie na rowie'... mają być najnowsze i jedne z lepszych na swiecie wyciągów (np. skrzyczne), montowane przez zagraniczną ekipę fachowców- to wiele sie na robociźnie niezaoszczedzi, trasy przygotowane prze ratraki 'pisten bully' do których leje sie ropę czesto powyżej europejskich cen, opłaty, podatki Vat itp dzierżawy wyższe niż w Alpach, podobnie jak amortyzacja i stopa zwrotu.... Czyli jak? Koszty mają być swiatowe a ceny 'krajowe' dostosowane do 'przecietnego Polaka'. Czy tylko ja wiidzę w tym absurd? Kto dopłaci? Pozdrawiam Michał (też mi szkoda orczyków za 40 zł na dzień, ale w cuda dawno przestałem wierzyć)1 punkt
-
slavvik pisał,że woli większość tras niebieskich,bo zaczyna dopiero zapuszczać się na czerwone Schladmnig nie jest więc najlepszą propozycją.Ale może się zahaczyć np. w Radstad czy Altenmarkt i całe Skiamade w zasięgu 1 godzinki dojazdu samochodem. Nie znudzisz się slavvik na pewno. Na rozruch zrób sobie Zauensee w kierunku Flachau Winkl razem z Kleinarl. Potem,tzn. następnego dnia możesz zrobić Flachau +Wagrain i aby się nie nudzić przeciągnij się aż do Alpendorf ,tylko spiesz się. Nawet Obertauern masz pod nosem,mieszkając w Radstadt. Tylko pamiętaj ,że Obertauern chodzi na osobnym skipasie.1 punkt
-
Jeśli najważniejsze kryteria to dużo różnych tras i żeby było dużo niebieskich to mój ranking byłby Schladming, Soelden (+ Gurgle), Obertauren. W Saaalbach nie byłem więc się nie wypowiadam.1 punkt
-
Z Pitztalem nie jest tak jak jest napisane na stronie ..... - od kreta po lewej stronie w dół masz niebieską trasę i dojeżdżasz do gondoli - tam jest kapitalna trasa do połowy bardzo fajna szeroka urozmaicona - niebieska - oznaczona jest jako czerwona bo w drugiej części jest uskok - na tej trasie możesz spędzić nie jeden dzień ....ma 3 warianty zjazdu w tym z fajnymi górkami .... (jeździsz wyłącznie gondolą ze stacji pośredniej) omijając lodowcowy uskok (w lewej trasa czarna z prawej czerwona) - gondola na słynny szczyt i teoretycznie masz mocną czerwoną .... jednak jadąc lewą stroną w dół trafiasz na piękną szeroką niebieską - w sumie masz dwa miejsca którymi nie jeździsz a tak same niebieskie .... nie mogę wgrać zdjęć bo bym ci to obrazkowo pokazał :tongue:1 punkt
-
ceny koszmarne Tanszy ok, ale od ktorego ???? Ja kupie Wislanski 4*4h i mam w nosie ich ceny. KochamSkrzyczne ale juz ceny nie. 2 lata temu 4h kosztowaly 35 zlotych i to byla cena dla Polaka nie pracujacego na stanowisku prezesa. Szkoda bo robi sie to sport elitarny, 4 osobowa rodzina na stoku to dla zwyklego Polaka przepasc :sad:1 punkt
-
wTYm roku polecam polski stoki aby nabrac umiejetnosci i doświadczenia . a po roku mając wyzszy poziom uderzyć na Austrię . Piekny jest nasz Szczyrk SOLISKO, JULINY , CZYRNA Biały KzYŻ .. to 23 km tras Piękne tez PILSKO..... BIALKA jest super plus baseny ale tam tlumy..... fajne spokojne stoki to KLUSZKOWCE ..1 punkt
-
Będzie świetna ...na pewno to chcialeś przeczytać A serio: Turracher teoretycznie chodzi do majówki, nie ma żadnego strachu w marcu. Uwaga, oprócz 2 ww. ośrodków powinieneś mieć także Lachtal na skipassie, podobnej skali i niedaleko (nie wiem gdzie będziesz mieszkał). Warto tam skoczyć, solidnie a pusto. Update: uuups, doczytałem do Lachtal masz podobną odległość jak na Turracher, trochę dalej ale z tego co pamiętam bez takich podjazdów na przełęcz. W drugą stroną masz Katschberg (ew. start z St.Margarethen) jakby co, na granicy Karyntii i Salzburgerlandu - fajne miejsce; a ciut bliżej Grosseck-Speiereck, też OK. Nie ma więc strachu co do warunków, nawet na miejscu możesz manewrować - gdyby były problemy - choć w marcu nie przewiduję Nie ma wspólnego skipassu na wszystkie, tzn. jest (na pewno był) na te 3 w Styrii, ew. wspólny na na Katchberg i Grosseck (także Fanningberg) masz Lungau. Przyjemny rejon, głównie dlatego że dość blisko i nie jest tak popularny.1 punkt
-
Wręcz przeciwnie! Doświadczenie uczy, że w przypadku połączenia ośrodków cena na wspólny karnet rośnie do poziomu droższego ośrodka, a czasami nawet powyżej.1 punkt
-
Pamiętam,pamiętam,niejaki ROCH :tongue:ale... ma czas do marca,28 marca a potem czerwieniec :biggrin:1 punkt
-
Podsumowałem rowery z sezonu letniego, podsumuję krótko kajaki. Rzeki, jeziora, zbiorniki zaporowe łącznie ok 350km na wodzie z wiosłem - wszystko w wątku. Zdecydowanie za mało. Brakło przede wszystkim Wisły i wypraw kilkudniowych z biwakami pod namiotem oraz jakiejś morskiej wyprawy. W przyszłym roku będzie zdecydowanie lepiej. PS. Sezon 2015 mam nadzieję zacząć gdzieś na rzece w styczniu, może w lutym :wink:1 punkt
-
Podsumowanie Sezonu 2014 Przewlekłe zaziębienie spowodowało, że skończyłem sezon rowerowy w pierwszej dekadzie listopada, wcześniej niż zamierzałem. Nim, mam nadzieję, że już niedługo - człowiek będzie miał okazję rozpocząć nartowanie (zazdroszczę trochę tym, którzy już zaczęli) pora na małe podsumowanie sezonu letniego. Na rowerku, po różnych drogach... ...jeździłem głównie w sierpniu, wrześniu, październiku i listopadzie. Łącznie przejechanych ok 2400km - cel był ustawiony z 3ką z przodu...cóż - może za rok. W porównaniu z zeszłym kontuzyjnym rokiem (620km) i tak jest nieźle. Z ciekawych miejsc, po których miałem przyjemność jeździć: Grecka wyspa Samos ...i przepiękne, nasze, polskie Bieszczady Najlepszym miesiącem z największą liczbą km - wspominany niżej październik i 1155km. Najdłuższy dzienny przebieg 103km. Najdłuższy i najszybszy odcinek przejechany 85km w czasie ok 4 godzin (po ciemku, w październiku :smile:). Coś się kończy, coś się zaczyna... ...pierwsze poranne przymrozki przyszły dosyć wcześnie. Mam nadzieję, że są zapowiedzią dobrego i długiego sezonu narciarskiego - czego sobie i wszystkim życzę. Nogi do nart przygotowane. pozdrawiam rowerzystów forumowych marboru PS. Endomondo - super aplikacja. Jestem bardzo zadowolony z działania.1 punkt
-
Bode wypada do stycznia. Niestety:( http://eurosport.onet.pl/zimowe/narciarstwo-alpejskie/alpejski-ps-dluga-przerwa-bode-millera/0kx5x1 punkt
-
Przy okazji świąt udało mi się coś zmajstrować, może się Wam spodoba:smile: [video=youtube;ZgBidMvYRs0]1 punkt







