Gotowy ruszam przez las,bo tak prowadzi trasa i nawet na początku piasku nie widzę... Ten pojawia się nieco później. Jest go ca raz więcej,aż w końcu wpadam na otwartą przestrzeń. Tak,tu zaczyna się pustynia. Czas sprawdzić co potrafią szerokie opony! Na początek kieruję się mniej więcej na sam środek,żeby poczuć klimat prawdziwej pustyni. Żar leje się z nieba i daje się mocno odczuć, ale na szczęście sporo pomaga dość silny wiatr, który nie jest krępowany przez las czy inne obiekty. Ale i tak co najmniej 30 st. w cieniu daje się odczuć. Jazda też nie należy do łatwych - szerokie opony dają radę,ale w bardziej grząskim terenie trzeba zredukować bieg i włożyć sporo siły. Zabawa przyjemna,ale mam też świadomość,że trochę siły trzeba zachować na drogę powrotną.
Na środku pustyni jest taki taras widokowy - tak bym rzekł - na którym jest krótki opis samej pustyni,o wydmach itp.
Zastanawiałem się gdzie dalej uderzyć. Wypatrzyłem w oddali jakieś zabudowania,więc tam się skierowałem. Wydawały się być niedaleko,ale to chyba Fatamorgana... Widać upał dawał się powoli we znaki. Na szczęście na pustyni można trafić na Oazę i schronić się choć w cieniu. Niestety,jaka pustynia, taka Oaza...
Po blisko godzinnej jeździe,zacząłem opadać z sił. Upał zaczynał mnie wykańczać,a picie się kończyło. Nie było wyjścia i trzeba było uciekać. Resztkami sił i w dość dramatycznym stylu odnalazłem drogę do lasu i wodopoju. Ale ciężko było... Najważniejsze,że nie trafiłem na węże, skorpiony czy ruchome piaski.
Na szczęście cały i zdrowy opuściłem to miejsce. A jak ono w praktyce wygląda? Oto zdjęcie z tarasu widokowego - to ta łatka... :tongue:
Dość mocno zmęczony po szaleństwach w piachu,ruszyłem w drogę powrotną. Dokładnie tą samą trasą,którą tu przyjechałem. Po drodze postraszyły mnie jeszcze chmury burzowe,ale na szczęście udało mi się przed nimi uciec. Miałem przy tym sporo szczęścia,bo później się tam mocno rozpadało. Deszcz na pustyni? Takie rzeczy tylko w Polsce... :wink:
Po drodze jeszcze taki widok:
Ten dom stoi po niewłaściwej stronie wałów,nad samą Wisłą! Jak on przetrwał rok 1997 i 2010,kiedy woda przelewała się przez wały? Co ciekawsze, tam nadal mieszkają ludzie!
No i to by było na tyle. Była niezapomniana przygoda. Sił starczyło na powrót i łącznie tego dnia przejechałem nieco ponad 200 km. Tłuścioch wyciska z człowieka więcej kalorii niż normalny rower,ale dałem rady.
Pozdrawiam,
Johnny