Rozumiem i nie rozumiem zarazem. Spróbowałem wind surfing. Pierwszy raz Puck. Bujało przed burzą. Zasadniczno wchodziłem na deskę i z niej spadałem do wody, czasem udawało się wyciągnąć maszt. Czy się zniechęciłem? Nie. Czy wyciągnąłem jakieś wnioski? Może jedynie takie, że lepiej jak nie buja. Ale nie, że windsurfing słaby jest. Drugim razem. Dostałem dużą deskę, mały maszt, aby łatwo się stało oraz wyciągało maszt z wody. Wyciągnęło mnie w zatokę, wiatr był od brzegu, świetnie się płynęło, gorzej z powrotem, nijako nie szło, brak rozłożonego miecza nie ułatwiał, kąty powrotu halsem okazały się zbyt wąskie i ciężko było je utrzymać, duża deska z małym wiatrem ułatwiały za to dryf z wiatrem od brzegu. Dobrze, że się wywróciłem i okazało się, że można stać. Ciągnąc i próbując płynąć z naciskiem na to pierwsze wróciłem do brzegu. Jakie wnioski? Że niby windsurfing bez sensu, czy, że miecz trzeba rozłożyć, a jeśli chce się pływać to niekoniecznie wielka deska z małym żaglem jak do nauki stabilności stania i wyciągania żagla przy brzegu. Potem trzy lekcje z instruktorem, zawsze zmienna pogoda, bywało ostro. Bakcyla złapałem. Początkowe niepowodzenia to brak doświadczenia i szkolne błędy, podobnie jak u ciebie ze skiturowaniem, nic to nie ma do czynienia z rodzajem sportu, a jedynie z błędami, podobnie mógłbyś się zaorać w jeździe trasowej jak już pisałem, gdybyś dobrał złe używane buty, złe narty i do tego trafił na trudne warunki, mgła, muldy, a nie sztruksik i niebieskie niebo, czy wtedy też byś stwierdził, że jazda trasowa do bani? Prościej już nie potrafię.