Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
29.07.2022 - 29.07.2022
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 29.07.2022 uwzględniając wszystkie działy
-
Może nie całkiem o widoki koledze chodziło. Z kwatery w St. Vigil można zrobić wycieczkę na SR, Lagazuoi albo do Cortiny jak już im się Kronplatz znudzi3 punkty
-
Ostatni dzień przed powrotem do domu spędziliśmy z Darkiem na wycieczce rowerowej po Parku Krajobrazowym Doliny Bobru. Tym razem pojechaliśmy szlakiem ER-6 w dół rzeki aż do zapory w Pilchowicach i wróciliśmy przez Pogórze Kaczawskie. Pierwszy odcinek - od Jeleniej Góry do Siedlęcina - prowadzi malowniczym Borowym Jarem. To głęboki przełom Bobru, wzdłuż którego poprowadzono DDR-kę i pieszy szlak. Bliskość rzeki i cienisty liściasty las dawały przyjemną ochłodę w poniedziałkowym upale. Poniżej Jeleniej Góry na Bobrze znajduje się kilka budowli hydrotechnicznych i zbiorników retencyjnych - pierwszy z nich to jezioro Modre: W Siedlęcinie zatrzymujemy się przy Wieży Książęcej. W tej średniowiecznej budowli z początku XIV w. zachowały się unikatowe polichromie z legendą o sir Lancelocie z Jeziora. Opowieści o Rycerzach Okrągłego Stołu na Dolnym Śląsku? Kto by się spodziewał, a jednak ... Gotyckie mury wieży również dawały miły chłodek, a opowieść o zakazanej miłości pobudzała wyobraźnię, ale trzeba było ruszać dalej. Za Siedlęcinem szlak ER-6 zmienia swój charakter - zamiast wygodnej DDR-ki mamy ścieżkę wzdłuż rzeki: Na zdjęciach są akurat w miarę równe fragmenty, ale miejscami trzeba było pokonać wystające korzenie i kamienie. Dwa razy asekuracyjnie zsiadałam z roweru ze względu na ekspozycję i trudności terenu. Dojeżdżamy do zapory we Wrzeszczynie: I tutaj zasadniczo kończą się żarty. Za zaporą kamienista, krzywa droga o luźnej nawierzchni pod górę, potem kawałek asfaltu od zakładu metalowego do Barcinka. Przy bramie zakładu taki ciekawy eksponat: W Barcinku krótki postój i jedziemy dalej. Mapa kieruje nas ... tutaj. Ta nikła ścieżynka ledwo widoczna w trawie to ma być szlak euroregionalny? A jednak ... Co było dalej? Zasadniczo była ... dzicz. Na początku jeszcze przejezdna. Gdzieś po drodze spotkaliśmy parę młodych ludzi na spacerze z psami, którzy z uśmiechem stwierdzili, że prawdziwe wyzwania to jeszcze przed nami. Podjazd, a raczej wypych pod Trawnicę - stromo, luźne kamienie, muchy i patelnia w pełnym słońcu. Ponad 30 stopni. Oj, nasłuchał się małżonek soczystych przekleństw! Zdjęcia z tego fragmentu brak, nie miałam siły. Ale za to jakie widoki na górze i jaki zjazd ... Zbliżamy się do zapory w Pilchowicach. A im bliżej, tym gorszy fetor. Niestety Bóbr w tym miejscu zakwitł jadowitą zielenią, a w zasadzie na tym jeszcze plamami czegoś obrzydliwego. Wielkie, śmierdzące bajoro - masakra! Uciekamy czym prędzej drogą w stronę Strzyżowca - to kolejny, długi podjazd, tym razem asfaltowy, więc da się wjechać. I kolejna panoramka z góry: Droga prowadzi znów do Siedlęcina i w Borowy Jar, gdzie w gościńcu "Perła Zachodu" zatrzymujemy się na bardzo dobry obiad z pięknym widokiem: Z gościńca już tylko 2,5 km do Jeleniej Góry i parkingu z naszym autem. Szybki przepak i po czterech godzinach - przed godziną dwudziestą - jesteśmy w domu. Mapka wycieczki:3 punkty
-
Dziękuję za wszystkie rady. Po przejrzeniu także kilku innych tematów i obejrzeniu filmów Jacka na yt zmieniliśmy destynację na Kronplatz, który wydaje się ośrodkiem odpowiadającym naszym potrzebom (zarówno dla zaawansowanych jak i początkujących). Znaleźliśmy fajne zakwaterowanie w St. Vigil (nowy obiekt 200m od gondoli), skąd jest także 25 minut jazdy do Alta Badia, więc Sellarondę też pewnie zrobimy Trudno o coś ciągle pytać mając 10 postów na forum 🙃2 punkty
-
Przed świtem w schronisku i pod nim zaczął się ruch - to miłośnicy podziwiania wschodu słońca ze Śnieżki. Ja potrzebuję jeszcze trochę więcej snu i regeneracji, ale po szóstej wstaję i budzę Darka. Jemy po kanapce i "na lekko", bez plecaków wspinamy się na królową Sudetów. Sama Śnieżka nie leży na Głównym Szlaku Sudeckim, ale jak tu jej nie odwiedzić, skoro jest się tak blisko? Pora dnia robi swoje i na zazwyczaj zatłoczonym szlaku jest pusto - jak miło. Widok na nasze schronisko: I na dolinę Łomniczki, którą będziemy schodzić do Karpacza: Na szczycie jesteśmy tylko my i parka, która zrobiła nam zdjęcie, a po drodze minęło nas jeszcze troje biegaczy: Na niebie widać zmianę pogody - nadciągają frontowe chmury, a prognozy zapowiadają od południa przelotne opady i burze. Schodzimy Drogą Jubileuszową: W schronisku jemy jajecznicę na śniadanie i tak wzmocnieni zabieramy plecaki i ruszamy w dół, naszym szlakiem. Chwilę zatrzymujemy się przy symbolicznym cmentarzu Ludzi Gór w dolinie Łomniczki. Nad wodospadem Łomniczki: Faktycznie około południa zaczyna siąpić lekki deszcz. Trochę popada i przestaje. Dochodzimy do Karpacza - na stacji benzynowej kupujemy hotdogi i zastanawiamy się, co dalej. - Słuchaj, potrzebuję nowych butów, bo w tych już nie wyrabiam. Jeśli mamy gdzieś jeszcze iść, to muszę zmienić buty! - mówię do Darka. Na deptaku w Karpaczu kupujemy więc parę malinowych tenisówek o jeden rozmiar większą, niż noszę zazwyczaj, bo w inne się nie mieszczę. Co za ulga! I kolejne pudełko plastrów żelowych. Pogoda w międzyczasie poprawia się, a gdy wchodzimy na Karpatkę nawet świeci słońce. Szlak prowadzi teraz przez lasy i polany przedgórza, gruntowymi drogami i ścieżkami. Dochodzimy do ruin prewentorium dla dzieci chorych na gruźlicę. Wcześniej, przed wojną, było tu niemieckie schronisko Bergfriedenbaude: Na dwa i pół kilometra przed zejściem ze szlaku złapała nas zapowiadana nawałnica - z gradobiciem, burzą i oberwaniem chmury. Takie atrakcje na koniec! Na szczęście zdzwoniliśmy się ze znajomym, który o tej porze akurat wracał autem z Karpacza, więc zamiast przemoczeni czekać na PKS w Miłkowie, mieliśmy wygodną podwózkę do Jeleniej Góry. Mapka wycieczki:2 punkty
-
Nocleg mieliśmy w pensjonacie nieco oddalonym od szlaku, więc rano czekał nas marsz przez Szklarską Porębę, do Rozdroża pod Kamieńczykiem. Rzut oka na letnią odsłonę kolei linowych na Szrenicę: Pogoda - sztos. Słońce i ciepło, ale nie upalnie. O kilka stopni chłodniej niż czwartkowy skwar. Chwilę czekamy w kolejce u wejścia do wąwozu Kamieńczyka - przepustowość reguluje ilość kasków, które należy założyć wchodząc do tego pięknego miejsca. Nieco powyżej wąwozu wkraczamy na teren Karkonoskiego Parku Narodowego. Chciałam od razu kupić bilety na dwa dni - nie da się. Można kupić bilet na jeden dzień, albo na trzy dni. Kasjerka nie bardzo wie, co zrobić z turystami, którzy chcą wędrować dwa dni - w końcu sprzedaje nam bilet na jeden dzień radząc, abyśmy na ten drugi kupili bilet wychodząc następnego dnia z terenu parku, albo przez stronę internetową. Na Halę Szrenicką idzie się właśnie taką drogą, miejscami są fragmenty z trylinki (trochę wygodniejsze do chodzenia). Przy schronisku chwilę odpoczywamy i robimy sobie mały posiłek, podziwiając panoramę Gór Izerskich po drugiej stronie doliny. Dalszy odcinek to spacer główną granią Karkonoszy. Trzy Świnki Szrenica: Pod Łabskim Szczytem odbijamy na czeską stronę, do źródła Łaby - z którą wiążemy jeszcze pewne plany tego lata. Umowne źródło jest ocembrowanym zbiorniczkiem, koło którego umieszczono herby miast czeskich i niemieckich, leżących nad tą rzeką. Sporo ludzi tutaj - słyszy się głównie języki niemiecki i czeski. Łabski Szczyt: i samo źródło: W drodze na Śnieżne Kotły: Kotły za każdym razem robią na mnie wielkie wrażenie: Maszerujemy w stronę Czeskich i Śląskich Kamieni - po czesku te pierwsze to "Męskie Kamienie", a drugie - "Kamienie Dziewczęce", co wiąże się z legendą o śmierci młodej dziewczyny w tym miejscu. Szlak lekko opada w stronę Przełęczy Karkonoskiej, na której mamy nadzieję zatrzymać się na obiad. Po prawej stronie mamy widok na stoki w Szpindlerowym Młynie: Przed sobą przełęcz ze schroniskiem Odrodzeniu i Śnieżkę w oddali: A w trawach hasa sobie sarenka Wędrowanie po górach ma tę zaletę, że bezkarnie można wciągnąć taką bombę kaloryczną (w schronisku Odrodzenie): Za nami już 20 km marszu, do Domu Śląskiego zostało 8 km. Kondycja stóp niestety fatalna - plastry żelowe tylko trochę poprawiły sytuację, więc idę raczej powoli. Na otarcie łez mam piękne widoki. Słoneczniki: Wielki Staw: Strzecha Akademicka i Samotnia nad Małym Stawem: Cel wycieczki coraz bliżej: Krótko przed zachodem słońca docieramy na miejsce. Zimne piwo na tarasie w takiej scenerii smakuje znakomicie. Schronisko obite żółtą blachą raczej urodziwe nie jest, ale co za miejsce!2 punkty
-
Nigdy do tej pory nie wędrowałam jeszcze po górach długodystansowo, z plecakiem - więc chciałam sprawdzić, czy to coś dla mnie. Wybraliśmy Główny Szlak Sudecki - bo lubimy z Darkiem Sudety, bo jest względnie blisko ze Szczecina, bo dobrze skomunikowany i można go robić etapami. Całość to ok. 440 km od Świeradowa-Zdroju do Prudnika (albo odwrotnie - jak, kto woli) i w zależności od kondycji można go pokonać w turystycznym tempie w dwa-trzy tygodnie. My akurat zdecydowaliśmy się na początek na trzydniówkę, z opcją, że jak nam się spodoba, to za jakiś czas będziemy kontynuować. Tydzień temu, we środę po pracy przyjechaliśmy do Jeleniej Góry, gdzie zanocowaliśmy i zostawiliśmy auto. Do Świeradowa jeżdżą ze cztery PKS-y dziennie, ostatni około 17.00, więc niestety nie było opcji, aby wieczorem dostać się tam transportem publicznym. Pojechaliśmy zatem pierwszym kursem, około 8.00 rano - autobus kluczył po wioskach, więc podróż trwała ponad godzinę. O 9.30 byliśmy w Świeradowie - trzeba poszukać początku szlaku. Czerwona "kropka" znajduje się naprzeciwko budynku dawnego dworca kolejowego (pociągi nie jeżdżą od lat 90-tych), przerobionej na "Stację Kultury": Idziemy najpierw przez park zdrojowy, robimy ostatnie zakupy spożywcze, a następnie szlak wspina się na Stóg Izerski, znany doskonale narciarzom. Na szczycie Stogu Izerskiego odpoczywamy chwilę w schronisku, posilając się zupą dnia - to ostatnia "cywilizacja" na długim odcinku szlaku przez Góry Izerskie. Szlak prowadzi głównie drogami - szutrowymi, czasami asfaltowymi - przez las. Świetna opcja na rower - i rzeczywiście trochę osób tutaj jeździ, natomiast pieszo marsz trochę się dłuży. Na Polanie Izerskiej dochodzimy do szlaku narciarskiego: Za Rozdrożem pod Kopą szlak biegnie po większych wzniesieniach - docieramy do jednego z widokowych miejsc przy Sinych Skałkach: Słońce grzeje mocno, a ja czuję, że rozchodzone przez trzy lata buty niestety zaczynają mocno mnie obcierać. Niedobrze. Dochodzimy pod Wysoką Kopę, należącą do Korony Gór Polskich. Sam wierzchołek jest nieco w bok od szlaku, ale jest porośnięty lasem i nic z niego nie widać. Kawałek dalej wchodzimy na drogę, która zimą jest jedną z tras biegowych wokół Jakuszyc - do kopalni kwarcu "Stanisław". Ładnie jest latem w Izerach, ale zgodnie dochodzimy z Darkiem do wniosku, że to zimą, ze śniegiem nabierają prawdziwej magii. Widok na Szrenicę: Teraz maszerujemy do schroniska na Wysokim Kamieniu. Buty cisną, nogi bolą po dwudziestu paru kilometrach, pić się chce. Na miejscu okazuje się, że bar czynny tylko do 17.00, ale właściciel krzątający się wokół schroniska bez problemu sprzedaje nam jeszcze dwa zimne radlery. Siedząc na ławeczce przed schroniskiem podziwiamy postępy w budowie kamiennej wieży widokowej. Gdy byliśmy tutaj w styczniu - dachu jeszcze nie było. Schodzimy czerwonym szlakiem do Szklarskiej Poręby, która pod wieczór jest głośna i tłoczna. Już w mieście przelatuje lekki deszcz, który przeczekujemy w karczmie. W nogach mamy ponad 30 km, a następnego dnia - Karkonosze. [cdn.]1 punkt
-
Dałem ci szansę abyś wykazał się znajomością Tatr, ale z niej nie skorzystałeś. Oczywiście wiem, byłem, fotka z fotki ciasnej, ale wlasnej.1 punkt
-
Boję się że znowu zostanę oskarżony o umniejszanie czyichś dokonań. Ale podaję tylko fakty 🙂 Trzecia Polka na K2. Press info: K2 w tym roku stało się celem na wielu himalaistów z różnych krajów świata. Kilka dni temu na wierzchołku zameldowało się około 120 wspinaczy (50 klientów i 70 wspierających ich Szerpów), wśród nich z wejścia cieszyła się druga Polka na K2 – Monika Witkowska. Warunki panujące na górze są w tym sezonie łaskawe i jesteśmy świadkami kolejnego udanego ataku zespołu, w którym znalazła się Dorota Rasińska-Samoćko. To jej już dziewiąty ośmiotysięcznik – osiem dni temu zdobyła Broad Peak. Dorota wspina się z użyciem dodatkowego tlenu z butli i pomocą Szerpów. Właśnie otrzymałem (Adam Rowicki – red.) informację od Moniki, że rano na szczycie K2 zameldowała się kolejna Polka – Dorota Rasińska-Samoćko, o której wspominałem w poprzednim poście. Wspinaczka na szczyt nie była tak szybka, jak planował jej zespół, mimo że Dorota była dobrze zaaklimatyzowana po niedawnym zdobyciu Broad Peak. Coś ich zatrzymało na 2 dni, bo pierwotnie atak szczytowy miał być z poniedziałku na wtorek… ale pewnie o szczegółach tego wejścia dowiemy się jak tylko wrócą bezpiecznie na dół. Monika czeka teraz w bazie na Dorotę, choć już prawie wszyscy opuścili to miejsce i ona też już chętnie zawinęłaby się jak najszybciej do kraju. Być możliwe, że dziewczyny wrócą razem do Skardu, bo Monika zakłada wyjście z bazy za dwa dni.1 punkt
-
Zadziwia mnie polecenia Kronplatz na pierwszy wyjazd w Dolomity. To jest taka góra wogóle nie odzwierciedlająca tego co jest najpiękniejsze w Dolomitach. Ładne Dolomity widać tam tylko z daleka. Tak jak Białka nie jest w Tatrach, tak Kronplatz to nie są to najładniejsze Dolomity. No niestety, kolega wybrał nie najlepiej. Już lepsze jest to Val Di Sole, nie mówiąc o Alta Badia, Arabba, Civetta, Wolkenstein, 3 Zinnen.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Niedawno natknęłam się na opis szlaku rowerowego Magistrala Bobru na stronie kolegi @Wujot "Dolny Śląsk Rowerem". Planowaliśmy i tak krótki wypad do Jeleniej Góry, były dwa dni do zagospodarowania - może to jest jakiś pomysł? Wrzuciliśmy więc rowery do auta, a że w niedzielę rano nie bardzo mogłam chodzić, lecz mogłam jeździć - to wybraliśmy się z moją drugą połówką tą trasą w górę rzeki. Miało być rekreacyjnie, widokowo i na luzie. Magistrala Bobru jest zaklasyfikowana jako Euroregionalny Szlak Rowerowy - stąd skrót ER-6 na pomarańczowych tabliczkach (lub starszych biało-zielonych), który towarzyszył nam przez cały czas. Bardzo dobrze oznakowana w terenie - poza jednym miejscem, gdzie jakiś dowcipniś poprzekręcał drogowskazy i ze dwoma miejscami w terenie, gdy trzeba było skonfrontować mapy.cz, można było jechać na znaki. Cała trasa ma ok. 120 km długości od granicy polsko-czeskiej w okolicach Lubawki do Bolesławca i dość urozmaicony charakter. Tuż za rogatkami miasta można było podziwiać piękną panoramę Karkonoszy, po których wędrowaliśmy w poprzednie dni, w tym oczywiście Śnieżkę: Kilka kilometrów pedałowania i zbliżamy się do Rudawskiego Parku Krajobrazowego. Rudawy Janowickie "odkryłam" rok temu, w czasie rodzinnego wyjazdu, gdy chodziliśmy głównie pieszo po szlakach, teraz przyszła kolej na poznanie ich z siodełka. Na początek - dwa wspaniałe pałace w Łomnicy i w Wojanowie. Ten pierwszy udostępniony jest do zwiedzania, w tym drugim mieści się luksusowy hotel. Obydwa otoczone są pięknymi ogrodami, malowniczo położonymi nad rzeką. Łomnica: i Wojanów: Po przejechaniu mostu docieramy do trzeciego pałacu - w Bobrowie - który niestety jest w kompletnej ruinie, szkoda: Trasa trzyma się bardzo blisko rzeki, wykorzystując lokalne, boczne drogi o znikomym natężeniu ruchu. Jedzie się bardzo dobrze, a widoki? Sami zobaczcie! W Janowicach Wielkich zatrzymujemy się na piknik na półwyspie przy ładnie zagospodarowanym stawie w centrum wioski: Potem wracamy na szlak, który na chwilę odchodzi od rzeki, płynącej ponoć głębokim i wąskim przełomem. Szkoda, że nie ma tam szlaku rowerowego, tylko pieszy - teraz czeka nas za to najostrzejszy podjazd do Miedzianki. Ponad 1.5 km, na których trzeba pokonać 125 m wysokości. Można dostać zadyszki. Na górze można się posilić lub uzupełnić izotoniki w lokalnym browarze, tym razem jednak nie zatrzymujemy się tutaj. Zjeżdżamy w stronę Ciechanowic szutrową i asfaltową drogą, ale zdecydowanie gorszej jakości niż podjazd. I kolejny most na Bobrze: Znajdujemy w Ciechanowicach również pałac, ale że wstęp na ogrody kosztuje aż 30 zł od osoby, to nie decydujemy się na zwiedzanie, tylko zaglądamy po drodze przez murek: Tak malowniczo się jedzie: Dojeżdżamy do Kamiennej Góry - pora na drobne zakupy spożywcze na stacji benzynowej (niedziela). Samo miasteczko nie robi na nas jakiegoś wybitnego wrażenia. Szlak prowadzi trochę bokiem, możliwie blisko koryta rzeki, gdzie od czasu do czasu można zobaczyć jakieś stare urządzenia hydrotechniczne: Na odcinku do Lubawki trzy razy przeprawiamy się przez plac budowy drogi ekspresowej S3 - na szczęście jest weekend i nikt tam nie pracuje: Ostatnie kilometry przed Lubawką prowadzą śliczną drogą przez Janiszów i Błażkową - Bóbr jest tutaj ledwie szerszym strumykiem: I w końcu dojeżdżamy do Lubawki. Mamy jeszcze trochę czasu do odjazdu pociągu, więc kręcimy się trochę po rynku i okolicach - ładna, historyczna zabudowa, choć mocno zaniedbana, a samo miasteczko sprawia wrażenie sennego i wyludnionego. Fasadę ratusza zdobi figura św. Krzysztofa - patrona podróżników, więc pewnie i rowerzystów? Ale prawdziwą osobliwością Lubawki jest dworzec. Budynek wywalony w kosmos - monumentalnych gabarytów dworca sporego miasta wojewódzkiego. Obecnie niszczejący pustostan, a do jedynej linii kolejowej, łączącej czeski Trutnov ze stacją Sędzisław trzeba przedzierać się bokiem przez jakieś krzaki: Sam pociąg też jest ciekawy - czeski spalinowy wagonik, warczący jak traktor i sapiący jak stary autobus: W Sędzisławiu przesiedliśmy się do pociągu Kolei Dolnośląskich - niemiłosiernie zatłoczonego sprintera "Chojnik". Oczywiście miejsca dla rowerów były pozajmowane przez innych podróżnych, więc staliśmy wciśnięci w przejście koło WC. Dawno nie podróżowałam w tak nabitym ludźmi pociągu - dobrze, że to tylko pół godziny do Jeleniej Góry. I mapka:1 punkt
-
Zapraszam do lektury relacji z trzydniowej wędrówki po Górach Izerskich i Karkonoszach na blogu:1 punkt
-
I jeszcze na koniec parę wniosków z tej trzydniowej wędrówki: Na GSS z pewnością wrócimy, gdy czas i obowiązki pozwolą. 30 km dziennie po górach to jednak jest dużo i taki odcinek zajmuje mi prawie cały dzień. 20-25 km pewnie byłoby optimum i nie znokautowało mi nóg. Buty - totalna porażka, choć niby były rozchodzone. Mam jeszcze w domu drugą parę górskich butów - wysokich, o pół numeru większych. Zobaczymy, czy sprawdzą się, czy trzeba będzie pomyśleć o wymianie. . Dobrze natomiast sprawdził mi się plecak. Spakowałam się w bardzo wygodny i lekki plecak Gregory Sula o objętości 28 litrów. Bez prowiantu i wody waga wynosiła 5.5 kg, więc ostatecznie pewnie było to nieco ponad 7 kg. Zostało jeszcze sporo wolnego miejsca, więc pewnie dałoby radę zmieścić trochę więcej rzeczy np. na dłuższą wędrówkę.1 punkt







