Rzeczkę wspominam z nostalgią. To tu w 02?21994 stawiałem pierwsze narciarskie kroki na obozie sportowym.
Dostałem czerwone ołówki Volkl, do tego czerwone i plastikowe już buty -> firmy nie pamiętam. Ze względu na limitowaną ilość sprzętu [tylko 10 par nart na grupę 20 osób], jeżdziło się na zmianę z kolegą. Kolega pod koniec turnusu zdemolował but, tzn czarodziejską mocą cudną urwała się cała podeszwa, i tyle było z nartowania.
Natomiast:
- zabawa była przednia
- ze względu na brak kasy, cała grupa nie korzystała z wyciągów, tylko wchodziła z buta na górę. nasz poziom wysportowania był taki, ze 4 godziny zjazdów i podchodzenia nie robił nam żadnego problemu
- mieliśmy oczywiście instruktora na start. Facet nauczył nas na początku, jak się upada na nartach -> do teraz pamiętam i stosuję, jak trzeba. Oraz że w czasie jazdy nogi trzeba mieć w pozycji jak do sexu [ o co kaman?]
- w ramach zakończenia szkolenia mieliśmy po 1 przejeździe na drewnianych tyczkach z pomiarem czasu
- w głowie utkwiła mi opowieść instruktora, jak to w Rzeczce jakiś narciarz zaliczył glebę, to narta ołówek nie miała stopera w wiązaniu, pojechała na dół i uderzyła w zaparkowanego Poloneza, wybijając w nim szybę