-
Liczba zawartości
7 223 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
599
Zawartość dodana przez marboru
-
Maciek...aż takiego pecha w tym Sezonie mieć nie mogę :wink: ...będzie Świetnie :happy: ...taki wg mnie jest rachunek prawdopodobieństwa :
-
Współczuję Andrzeju, Twoja opowieść to jakiś koszmar :frown::
-
WZF Pilsko, czyli trzy dni z "Orczykiem" w tle. Maciek i Marcin mnie wyręczyli opisując Pilsko z ostatnich dni...cóż mieli przewagę w odległości do domu i dostępie do neta, hahaha Tak więc, warunki na stoku, pogoda jaka była w ciągu trzech ostatnich dób - wiadoma. Nie ma o czym pisać, powtarzać się... Kwatera, w której nocowałem: Troszkę sztruksiku się znalazło... Koledzy, których poznałem...pierwszy był Marcin. Uśmiechnięty, wesoły Kolega, który preferuje jazdę w deszczu i zielonych spodniach :wink: W piątek popołudniu, minimalna ilość narciarzy na trasach...jazda na maksa. ...kolejny Kolega z WZF, który preferuje jazdę w strugach deszczu...i uwielbia Baby na "Babie" - Johnny Narciarz (fotka z piątku): Czasami nie padało, w ciągu tych trzech dni... Jeśli czytacie relacje Maćka i to, że popołudniu w piątek był w Wiśle...zastanówcie się, czy to prawda :wink: ...wydaje mi się, że on jeździł całą noc po Pilsku, a w sobotę pełen radości witał pierwszych narciarzy na Stoku... ...cóż...każdy wytrawny narciarz, zapalony przeciwnik rekreacji :wink: tak jak Michał (mysiauek) z Kasią oraz Darek Lewandowski...pod wpływem, "złych mocy" z Centralnej Polski, popełnili kilka "grzechów" w Karczmie: ...a tak całkowicie serio: Marcin, Michał, Kasia, Darku - było mi niezwykle miło Was spotkać, poznać i spędzić kilka chwil razem. Dziękuję i mam nadzieję, że do zobaczenia niedługo. Maćku... ...trenuj, trenuj - niebawem dłuższa Przygoda :biggrin:
-
Bystra! – kierowca szarpie mnie za rękaw. Transport czeka. Zapatrzyłam się na majaczącą w dali białą górę. Niech inni się kłócą, dla mnie Elbrus to najwyższy szczyt Europy. I to z niego będę zjeżdżać na nartach. Może nie z samego wierzchołka, ale kto wie? Zdobyto go już pieszo, z psem i na koniu. Ponad miesiąc trwało wciąganie na Elbrus samochodu terenowego. Udało się. Auto spadło w przepaść dopiero przy zjeździe. Będę ostrożniejsza. Na razie jestem w Mineralnych Wodach, 150 km od Elbrusu (i wciąż go widać!). Największy port lotniczy na rosyjskim Kaukazie przypomina raczej obskurny dworzec autobusowy. Przez chwilę się martwię, czy moje narty doleciały. Niepotrzebnie. Wypatruję je wśród powiązanych fantazyjnie tobołów i kartonowych pudeł, które wyjeżdżają na taśmach. Czy ktoś tu w ogóle lata z walizką? Pakuję się do błękitnej marszrutki. Cztery godziny i dotrę do doliny Prielbrusia. Kaukaski off-road Ruszamy, a już po paru chwilach auto hamuje. Kontrola. Potem następna. I kolejne. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam naraz tylu mundurowych z bronią. Stoją na każdym skrzyżowaniu? Arsen, nasz kierowca, bez śladu zniecierpliwienia wysiada, zagaduje, czasem musi dać łapówkę, czasem udaje się uniknąć myta. – Bez nerw – mówi, odsłaniając w uśmiechu złote zęby. Nawet jeśli masz wszystkie papiery, paszport, wizę, specjalny voucher na pobyt, i tak od dobrego humoru pana władzy zależy – zapłacisz czy nie? Ile? A jak dobrze potrafisz się targować? Nawet w garści mistrza zwitek rubli szybko topnieje. Na Kaukazie podróżuje się z fantazją. Mało kto zapina pasy. Światła? Jak lubisz... Kierowcy jeżdżą po kozacku, ale też ich drogi to istny off-road. Na poboczach stare auta, części jakichś nierozpoznanych przeze mnie maszyn, tony złomu. Kiedy nie przykrywa tego śnieg, widok jest kosmiczny. Zaczyna zachodzić słońce. Mijamy drogowskaz na Grozny. Przejeżdżamy powoli przez sporą turystyczną miejscowość Elbrus. – Tu w sklepie sportowym jest kantor. Obok niezły serwis narciarski, nie zedrą ci krawędzi do cna – kierowca jest nieoceniony. Pokazuje, gdzie latem działa najbezpieczniejszy kemping, u kogo zjeść, gdzie jest tanie piwo. Piętnaście kilometrów dalej Tierskol, parę domków, jeszcze 2 km i nareszcie odczytuję na tabliczce: „Azau”. Mój hotel Wierszina graniczy z dolną stacją kolei linowej na Elbrus. Po dniu w podróży marzy mi się wieczorny spacer. Mroźno, niebo bez chmur, wyraźnie widzę szczyty w śniegu. Elbrus ze swoimi dwoma wulkanicznymi wierzchołkami – wyższym zachodnim (5642 m n.p.m.) i niewiele niższym wschodnim (5633 m n.p.m.) wznosi się wysoko ponad inne. Przewyższa o 2 km Azał (3100 m n.p.m.) Hotu-Taj (3400 m n.p.m.) i Trojnoj (3250 m n.p.m.) z pobliskiej doliny Ullu-Kam. Mijam parterowe domki, przede mną ściana lasu. I nagle staję jak wryta. Na poboczu leży koń. Sztywne kopyta sterczą w górę, bok ma rozkrojony, ktoś wyciął wielkie płaty mięsa. Zawracam prawie biegiem. Dociera do mnie, że jestem na końcu świata. Z pewnością tego, który znam. Kolacji dziś nie będzie. Ale śniadanie następnego dnia jest równie ekstremalną przygodą. Na stole ląduje gotowana baranina i kielich gęstego jak śmietana jogurtu. Przełamuję wewnętrzny protest. Tutejsza kuchnia mnie jeszcze zachwyci. Chiczyny, czyli naleśniki z kozim serem, mięsem, cebulką. Solona, suszona surowa ryba, która po dniu na powietrzu, jako przegryzka do piwa, smakuje nieziemsko. I baranie szaszłyki. Tuż obok stacji kolejki, na małym ryneczku, knajpka koło knajpki. Każdy metr odgarniętego śniegu zajmują stragany. Na nich, wśród futrzanych czap i wełnianych swetrów, przetwory. Babuszka, podając mi słój z przypominającymi pomidory warzywami, mówi: „umarlaki”. Do końca nie wiem, co kupiłam, ale jest pyszne. Jak chleb lawasz – płaski, wypiekany w ceglanych piecach – którym opycham się bez wyrzutów sumienia. Spalę wszystko na nartach. Raj jest biały W folderach czytam: Do końca lat 80. ubiegłego wieku narciarstwo na Elbrusie było zarezerwowane dla radzieckich sportowców i astronautów. Pieśń przeszłości. Dziś do stacji położonej w dolinie rzeki Baksan zjeżdżają tłumnie nie tylko Rosjanie, ale także spragnieni egzotycznych przygód cudzoziemcy. I to przez okrągły rok, bo kurort działa też w lecie. Dolna stacja dwuczęściowej kolei linowej znajduje się na wysokości 2200 m n.p.m. Śnieg przykrył prawie cały okoliczny śmietnik. Prawie. Zardzewiałe stalowe słupy, poskręcane liny, pordzewiałe fragmenty silników... Może jutro popada? Bez żalu pożegnam tę dziwną scenografię. Z nowoczesnego wagonika patrzę na tłum w dole trasy. Tu, przy orczyku, rozlokowały się szkółki narciarskie. Chętnych jest mnóstwo. Przede mną ok. 650 m różnicy wzniesień, 2,5 km podjazdu. Przesiadam się na stacji Stary Krugozor – 2920 m n.p.m. Jeszcze 500 m w górę i widzę napis „Mir”. Niewielu chętnych wsiada na krzesełka kursujące do kolejnej stacji – Garabaszi, na 3800 m n.p.m. Ale ja chcę jeszcze wyżej. Patrzę na szczyty Elbrusu. I na grupki alpinistów podchodzące do pobliskiego schroniska górskiego. Jedyna w swoim rodzaju turbaza proponuje noclegi w… beczkach. Podobno to stare zbiorniki po paliwie. Kilkanaście walców – białych, niebieskich, czerwonych. Wewnątrz identycznie: mały korytarzyk i pomieszczenie z czterema łóżkami. Nocleg kosztuje 300 rubli. Oryginalnie, ale w beczce spać nie będę. Za to spróbuję podjechać jak najwyżej ratrakiem. Koszt to 10–15 dol., zależy ilu chętnych zbierze się do przejażdżki w drewnianym kojcu. Przewiana docieram na wysokość prawie 5000 m, do tak zwanych Skał Pastuchowa. (Latem ratrak wyrzuca narciarzy na wysokości 5100 m n.p.m., zimą nieco niżej, na 4700 m n.p.m.). Zeskakuję, robię trzy kroki, i ledwo dyszę. Kłania się brak aklimatyzacji. Nigdy nie byłam wyżej. Chodzenie po górach to nie moja specjalność, może kiedyś? Nie przeczę, że dwa sięgające nieba wierzchołki Elbrusu przyciągają jak magnes. Ale teraz czuję buzującą adrenalinę, bo czeka mnie kilkukilometrowy zjazd po zupełnie nietkniętym, dziewiczym śniegu. Na szalony off-piste aż do Terskola umówiłam się z tutejszą przewodniczką górską. Amina tłumaczy, że jej muzułmańskie imię znaczy: „godna zaufania”. Dokładnie tego mi trzeba, bo pod zmarzniętym śniegiem i pod kruchym lodem kryją się szczeliny i przepaście. Ale to wcale nie przez nie ten freeride mógł skończyć się dla mnie fatalnie. Pierwsze skręty robię na twardym firnowym lodowcu, potem wjeżdżamy w głęboki puch. Pędzimy w dół. Przed wypłaszczeniem składam się do zjazdu, nabieram zawrotnej prędkości i nagle... moje narty hamują prawie w miejscu. Jak zabetonowane w mokrym już na tej wysokości śniegu. Siłą bezwładu lecę w przód, ale dopięte na ekstremalną jazdę wiązania trzymają mocno. Za chwilę dotknę czołem ziemi, czuję, jak każdy mój mięsień naciąga się jak struna. Trzask, blokada jednak puszcza. Odbijam się jak sprężyna, piętami uderzam chyba w tył głowy, robię pełnego fikołka i oniemiała ląduję na równych nogach! Sztuka nie do powtórzenia. Stoję tak chwilę, a potem zaczynam się śmiać jak szalona. Nogi całe, głowa – w kasku, cała. Gdyby ktoś to nakręcił, zostałabym chyba królową internetu? Ale powtórki nie będzie. Chcę wystukać wiadomość do domu. Komórka nie łapie tu zasięgu. Jak na prawie całym Kaukazie. Amina dodaje, że służby górskie nie nasłuchują też raczej sygnałów z klasycznych radiotelefonów, tu jest się zdanym na siebie. Warto o tym pamiętać. Luzuję wiązania, a niech tam, najwyżej zgubię nartę w śniegu. Po tej przygodzie nie mam wątpliwości, że nie chcę ryzykować zdrowia. Jeśli komuś off-piste niemiły, ma do wyboru 35 km oznakowanych tras. Ja też mam na dzisiaj dość wrażeń. Lot z łopatą Ale jutro… Amina ma przyjaciół w Russian Heliboarding Club, sama jest przewodnikiem i ratownikiem górskim. Ocenia, że się nadaję. – Polecimy na tamtą przełęcz – wyciąga rękę wysoko nad głowę. Umawiamy się przy hotelu Czegiet, na dolnej stacji wyciągów. Dostaję specjalny plecak z ABS, skrót od Avalanche Airbag System. W bocznych komorach ma dwie poduszki, które w razie potrzeby mogę napełnić sprężonym powietrzem; wystarczy wyciągnąć zawleczkę. Dzięki temu nie dam się zasypać w lawinie. Na szczęście w tych rejonach to rzadkość. A jednak z plecakiem i łopatą w środku czuję się pewniej. Lot kosztuje 60 dol. Widoki niezwykłe, wkoło same ośnieżone szczyty. Helikopter zabiera do 12 osób, jest komplet. Szepczę do siebie: „Przygoda”, gdy nasza grupka sprawnie wyskakuje na przełęczy na dobrych 3,5 tysiącach metrów. Padam miękko w głęboki śnieg i nie ruszam się, aż helikopter odleci. A potem długi bajeczny zjazd. I już wiem, że wyciągnę z kieszeni ostatniego dolara, byleby móc to powtórzyć. Zakochałam się w tej górze. Ale Elbrus potrafi być też zabójczo groźny. Górski reżim Mroźny 18 lutego 2011 r. Samochód osobowy z piskiem opon zajeżdża drogę busowi wiozącemu, jak mnie wcześniej, turystów z Mineralnych Wód do Prielbrusia. Zamaskowani mężczyźni strzelają z broni automatycznej w szyby. Trzy osoby giną na miejscu, dwie są ciężko ranne. Nocą na wysokości ok. 3470 m n.p.m. w powietrze wylatuje jeden ze słupów kolejki na Elbrus. Na ziemię spada 30 z 45 nowych wagoników. Na szczęście bez ludzi. Dwa dni później władze wprowadzają tak zwany „reżim operacji antyterrorystycznej”. Wszędzie milicja, służby specjalne. I jeden rozkaz dla turystów: „W dół! Opuścić góry!”. Cały rejon zamknięto na długie osiem miesięcy. Lokalne narody nie raz próbowały zdobyć niepodległość, a Rosjanie zawsze dławili te próby. W sąsiedniej Czeczenii cały czas tli się wojna, w Kabardo-Bałkarii aktywnie działa muzułmańska partyzantka. Ostatnie ataki pokazują, że sytuacja jest niestabilna. Ale od pierwszych dni listopada Kaukaz znów oficjalnie zaprasza turystów. Przyjadą? Ja na pewno. Miejscowi nazywają swój najwyższy szczyt Ash-Gamakho, co znaczy „góra przynoszącą szczęście”. Ma taki potencjał, sprawdziłam. To przecież skarb narodowy. Nadzieje są wielkie. Władze planują zbudowanie ośrodka narciarskiego światowej klasy. Elbrus-Bezengi będzie miał 28 wyciągów, 165 km tras narciarskich, z czego 66 sztucznie zaśnieżanych. Źródła wód mineralnych, jakie biją u stóp uznanego za wygasły wulkanu, zmienią się w eleganckie termy. Stacja ma być najwyżej położoną (bo rozpiętą między 1944. a 4164. metrem n.p.m. ) w Europie i w Azji. Huczne otwarcie w 2015 r., ale koniec prac przewiduje się dopiero na 2019. Cierpliwości. Jest na co ostrzyć krawędzie. czas: 10 dni koszt: 6 tys. zł (w tym bilet lotniczy) Elbrus - NO TO W DROGĘ INFO Położenie: Kabardo-Bałkaria – republika wchodząca w skład Federacji Rosyjskiej, leży przy granicy z Gruzją. Powierzchnia: 11 518 km2. Język: rosyjski, kabardyjski, bałkarski. Religia: Kabardyjczycy i Bałkarzy wyznają głównie islam. Rosjanie w większości należą do kościoła prawosławnego. Waluta: ruble, 9,34 rubla = 1 zł. Źródło + inne informacje przydatne do podróży: http://www.national-geographic.pl/traveler/artykuly/pokaz/elbrus-na-kreche/2/
-
Już się nie mogę doczekać... Plan de Corones [video=youtube;uEmhgvuJl-w] Cortina: [video=youtube;b0o13P9RhfI] Monte Elmo [video=youtube;wDelEhdE8Ig]
-
Siema Kewlarek :happy:
-
Jadę na narty do ...
marboru odpowiedział JC → na temat → Wspólne wyjazdy, odstapię kwaterę, szukam kwatery.
Aressi dzięki za bardzo pozytywną wypowiedź na temat Miejsca, do którego powinniśmy dotrzeć już za niecały miesiąc. Cóż...nie mogę się już doczekać :angel: -
Jadę na narty do ...
marboru odpowiedział JC → na temat → Wspólne wyjazdy, odstapię kwaterę, szukam kwatery.
Marcinie, realnie biorąc pod uwagę drogę, jaką mamy do przejechania to, zamelduję się pewnie nie wcześniej na nartach jak ok 12 (po drodze będziemy mieli małą przerwę w jeździe) oraz zakwaterowanie. Będziemy do soboty włącznie, z Jastrzębia (w którym mam rodzinkę) nie jest daleko, więc jak nie jutro to może piątek, sobota? -
Jadę na narty do ...
marboru odpowiedział JC → na temat → Wspólne wyjazdy, odstapię kwaterę, szukam kwatery.
Super sprawa, że się udało Johnny :happy: ...no ale po pierwszym do Ciebie telefonie, miałem stracha, że jednak się nie uda...cóż - wiara czyni Cuda :biggrin: no i trochę Cię trzeba było przekonać bardziej w tej rozmowie : ...co nieskromnym zdaniem mi się udało :biggrin: :wink: Michale i Marcinie, jutro startuję ok 5 rano z Radomia, nie wiem, o której dotrę na Stok. Mój znak rozpoznawczy - naklejka z tyłu kasku. Na privet podam Wam numer swojego telefonu - jakby co to dzwońcie w okolicach południa. Może uda się zrobić małe WZF :happy: ? -
Gwałt na jednej z najpiękniejszych gór świata
marboru odpowiedział marboru → na temat → Wypoczynek w górach
Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości uda się pojechać w jakieś egzotyczne miejsce z daleka od granic... Mihumorze gdzie Ty nie byłeś? Czytając tyle lat forum...mam wrażenie, że wszędzie :happy: -
Jadę na narty do ...
marboru odpowiedział JC → na temat → Wspólne wyjazdy, odstapię kwaterę, szukam kwatery.
Czwartek do Soboty - wyjazd do Korbielowa na Pilsko. Strasznie się cieszę bo będzie małe WZF z Johnnym Narciarzem :-) A teraz uwaga: Wyjazd do Dobbiaco do Włoch... ...do ekipy dołączył właśnie Johnny Narciarz!!! Strasznie się cieszę Maćku :happy: PS. Ale będzie relacja na forum po powrocie...pewnie nawet dwie :wink: -
Gwałt na jednej z najpiękniejszych gór świata
marboru odpowiedział marboru → na temat → Wypoczynek w górach
Michale - brawo, za spostrzegawczość :happy: ...a Góra - niesamowita... -
Spór pod Cerro Torre Peter Beaumont Guardian Spór o jedną z dróg na Cerro Torre - najsłynniejszą skalną iglicy świata - podzielił środowisko alpinistyczne. Hayden Kennedy i Jason Kruk usunęli nity ze słynnej Compressor Route, wbite tam przez Cesare Maestriego w 1970 roku. To był jeden z najgłośniejszych epizodów w powojennej historii wspinaczki górskiej – znaczna część ludzi gór potępiła "zabijanie niemożliwego" oraz "gwałt i profanację". Sprofanowana została góra, jedna z najpiękniejszych skalnych iglic na świecie: Cerro Torre w Patagonii. W 1970 roku włoski alpinista Cesare Maestri został ostro skrytykowany za wkręcenie na stałe ponad 400 haków i śrub w górnej części południowo-wschodniej ściany Cerro Torre. Aby tego dokonać, Maestri wniósł ze sobą pneumatyczną wiertarkę i zasilający ją kompresor, który zresztą pozostawił później zawieszony na najniższych hakach. Dzięki takiemu wykorzystaniu techniki zdołał wejść na wznoszącą się na 3128 m n.p.m. górę, uważaną za jeden z najtrudniejszych szczytów na świecie. Złośliwi nazwali potem trasę, którą wszedł Maestri, "drogą sprężarkową" (Compressor Route). A teraz – w styczniu 2012 r. – dwaj młodzi Amerykanie usunęli ze skał większość nitów, likwidując tym samym Compressor Route i dokonując czegoś, co sami nazwali "pierwszym uczciwym wejściem" tą ścianą Cerro Torre. Wywołało to oczywiście falę wzajemnych oskarżeń pomiędzy wspinaczami z USA i Włoch. 21-letni Amerykanin Hayden Kennedy oraz o trzy lata od niego starszy Kanadyjczyk Jason Kruk zostali nawet na krótko zatrzymani przez chilijską policję w El Chaltén. Wykręcone ze ściany nity zostały skonfiskowane. Grupa czołowych włoskich wspinaczy podpisała się po artykułem zarzucającym Amerykanom "działania w stylu Talibów" i zniszczenie czegoś, co uznane było za część historii światowego alpinizmu. Cesare Maestri po raz pierwszy atakował Cerro Torre już w roku 1959, razem z austriackim przewodnikiem Tonim Eggerem, który zresztą zginął w czasie wspinaczki. Włoch twierdził, że dotarł na szczyt, ale po pewnym czasie inni wspinacze zaczęli to kwestionować. Maestri tak się tym zdenerwował, że w 1970 r. wrócił na Cerro Torre, tym razem przywożąc ze sobą kilometry lin i słynny kompresor, za pomocą którego wspiął się na południowo-wschodnią ścianę góry, nie wykorzystując naturalnych nierówności i pęknięć skały. Wyczyn Maestriego ostro potępił słynny włoski wspinacz i podróżnik Reinhold Messner, pierwszy człowiek, który zdobył koronę Himalajów, czyli wszystkie 14 ośmiotysięczników (doprecyzowując, znajdują się na terenie Himalajów i Karakorum). Choć Compressor Route przez wiele lat była standardową drogą na szczyt Cerro Torre, w ostatnich latach toczyła się dyskusja nad tym, czy wkręcone przez Maestriego śruby nie powinny być usunięte. Kennedy i Kruk, którzy wspięli się na szczyt w 13 godzin, oświadczyli, że postanowili usunąć nity już podczas wejścia na szczyt, po tym jak wykorzystali pięć z nich w czasie wspinaczki. – Przez lata dyskutowano o usunięciu tych zabezpieczeń – mówili wspinacze. – Oczywiście znacznie łatwiej jest o tym mówić, niż rzeczywiście to zrobić i przyjąć na siebie wszystkie konsekwencje. Długo zastanawialiśmy się i doszliśmy do wniosku, że musimy tę decyzje podjąć sami, bez próby osiągnięcia porozumienia w całym środowisku. Rozsądne wykorzystanie tych nitów było przez wiele lat powszechnie akceptowaną praktyką. Trzeba przyznać, że bez nich niemal pionowa skała w kilku miejscach byłaby rzeczywiście trudna do przejścia. Pięć z 400 śrub uznaliśmy za naprawdę potrzebne. Na pierwszym miejscu stawialiśmy szacunek do góry. Dlaczego tak postąpiliśmy? Bo uważamy, że to, co zrobił Maestri, było okropne. Używanie śrub i ciężkiego mechanicznego sprzętu było oburzające nawet w tamtych czasach. Wielu alpinistów przyklasnęło działaniom Kennedy’ego i Kruka, ale nie wszyscy. Ostra krytyka znalazła się w artykule Stefano Lovisona, pod którym podpisało się kilkudziesięciu czołowych włoskich wspinaczy. Działania Amerykanów zostały w nim określone jako "gwałtowne i aroganckie", podjęte na skutek "jednostronnej decyzji" i wynikające z "braku szacunku dla dokonań poprzedników". Co więcej, jak pisał autor, ich decyzja nie brała pod uwagę właściwego kontekstu tego, co zrobił Maestri – dostępności i jakości sprzętu, którego używał, i tego, jak bardzo odizolowanym od świata miejscem było Cerro Torre w 1970 roku. "Usuwając znakomitą większość nitów Kruk i Kennedy przypisali sobie prawo do oceniania stopnia czystości i właściwości technik innych wspinaczy", pisał Lovison. "Zachowali się tak, jakby chcieli usunąć część historii, jakby Maestri był podłym, krwawym dyktatorem, a jego trasa – pomnikiem upamiętniającym jego osobę, a nie śladem po wysiłku włożonym w zdobycie góry." Dodatkowej ironii całej historii dodaje fakt, że niedługo po wejściu Kennedy’ego i Kruka tą samą ścianą na Cerro Torre wspięli się dwa Austriacy. Zdobywając szczyt David Lama i Peter Ortner nie skorzystali nawet z tych kilku śrub, które Amerykanie pozostawili na miejscu, dowodząc w ten sposób, że trasę Maestriego można przejść w sposób klasyczny z zachowaniem najsurowszych zasad "czystości wspinaczki". Lama powiedział później, że ta wspinaczka była największą przygodą jego życia. Źródło: Onet.pl -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- No na nartach chyba się nie da zjechać : ???
-
Marcinie świetna Relacja, dzięki :happy:
-
Gdy kurier Józef Uznański zobaczył, że na Kasprowym Wierchu czekają Niemcy, wyskoczył w nartach z wagonika kolejki w skalisty, piekielnie stromy żleb i brawurowo zjechał w dół. Esesmani otworzyli ogień, ale chybili, a spuszczone za śmiałkiem psy porwała lawina. Słynny skok przeszedł do historii, tyle że w ogóle mogło go nie być. Józef Uznański, najodważniejszy z odważnych, żył w Zakopanem i był legendą Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Ma na koncie brawurowe wyczyny ratujące turystów w górach, jako pierwszy polski ratownik dokonał kilkusetmetrowych zjazdów na linie z użyciem zestawu Grammingera (tzw. szelek), wytresował też pierwszego w Polsce psa do ratownictwa lawinowego, był niezwykle cenionym przewodnikiem. Ale poza stolicą Tatr Józef Uznański słynie głównie z wydarzenia opowiadanego od kilku dziesięcioleci kolejnym pokoleniom młodzieży na lekcjach historii i turystom wjeżdżającym z Kuźnic na Kasprowy Wierch. Chodzi o słynny skok w przepaść z wagonika kolejki górskiej i zjazd na nartach pod gradem niemieckich kul. Urodzony w 1924 roku Józef Uznański był zakopiańczykiem z dziada pradziada, nic więc dziwnego, że od najmłodszych lat ukochał góry i narciarstwo. Jako dziecko podziwiał i uczył się "białego szaleństwa” od legendarnych sportowców tamtych czasów: Bronisława Czecha, Heleny Marusarzówny i jej brata Stanisława, a że odwagi mu nie brakowało, nie tylko szusował po stokach, ale i z Wielkiej Krokwi skakał. Józef Uznański, czerpiąc wprost od swych mistrzów, już jako 15-latek był w składzie reprezentacji Polski i uchodził za niespotykany talent. Mimo to nie było mu dane wystartować na mistrzostwach świata, które odbyły się w Zakopanem w lutym 1939. – Chociaż wyniki miałem bardzo dobre, uznano, że jestem za młody – wspomni po latach. Na złamanie karku Beztroską młodość pod Tatrami przerwała wojna. Niemcy zakazali nie tylko polskiej mowy, ale i jazdy na nartach, pozwalając korzystać jedynie z krótkich desek. Sam Józef Uznański od 1942 roku był kurierem Armii Krajowej, co dziwić nie może, bo właśnie wtedy skończył 18 lat, a pochodził z typowej podhalańskiej rodziny – religijnej ipatriotycznej. Kurierzy podczas niemieckiej okupacji pełnili nieocenioną rolę, przerzucając górskimi szlakami na Słowację i dalej ku Węgrom lub z obu tych kierunków do Polski broń i amunicję. Najsłynniejszy epizod w życiu Józefa Uznańskiego miał miejsce na początku 1944 roku. 20-letni góral wjeżdżał koleją linową na Kasprowy Wierch. Był luty, zimno i bardzo śnieżnie. Tylko tyle wiadomo na pewno. – Wersji wydarzeń, które miały wówczas miejsce, jest dziś równie wiele jak odmian legendy o smoku wawelskim – uśmiecha się Antoni Kroh, zakochany w Tatrach etnograf, historyk kultury i obyczajowości Podhala, znakomity pisarz i gawędziarz. Wedle słów samego Józefa Uznańskiego, wypowiedzianych trzy lata temu przy okazji otwarcia odnowionej kolei na Kasprowy Wierch, podczas jednej z partyzanckich wypraw na Słowację został ostrzeżony przez konduktora, że na górze Niemcy trzepią każdego przyjezdnego. Młody kurier wiedział, że znalazł się w tarapatach, bo był na liście poszukiwanych, więc musi uciekać. Ale jak uciec z wagonika jadącego kilkadziesiąt metrów ponad 50 metrowymi tatrzańskimi świerkami?! Jedyną drogą był skok z wagonika, który przed przybiciem do stacji końcowej na Kasprowym zwalnia. Uznański chwilę wcześniej kucnął, udając, że poprawia narty, a gdy prędkość podwieszonego na linie wagonika spadła, zaś wysokość zmalała do niespełna dziesięciu metrów - skoczył w dół. Nawet kaskader miałby problem, by wyjść z takiego skoku cało, tymczasem Józef Uznański zdołał jeszcze poszusować skalistym odcinkiem w dół i umknął Niemcom. Czy w ogóle zauważyli ten skok, czy otworzyli ogień i spuścili psy, które w podawanej z ust do ust opowieści zginęły pod wywołaną hukiem i ich własnymi łapami lawiną – nie sposób dziś rozstrzygnąć. – Jedne wersje mówią, że ten brawurowy zjazd miał miejsce przed stacją pośrednią na Myślenickich Turniach, częściej wskazuje się jednak Żleb pod Palcem, tuż przed stacją końcową na Kasprowym – wyjaśnia Antoni Kroh. Fatalne zauroczenie W swojej książce "Sklep Potrzeb Kulturalnych” (Prószyński i S-ka, 2010) Kroh przytacza zupełnie inną wersję tej barwnej opowieści. – Proszę ją cytować, po to jest, ale zastrzegam, że nie podejmuje się żadnego rozstrzygania, jak było naprawdę – słyszymy od mieszkającego w Nowym Sączu autora. Oto jaką opowieść pomieścił we wspomnianej książce: "Po przyjściu do Muzeum Tatrzańskiego (…) byłem nowy. Jak wiadomo, z nowego należy przynajmniej raz zrobić durnia, taki panuje obyczaj, na przykład nowego ucznia posyła się do pokoju nauczycielskiego po cosinus, a potem śmiechu co niemiara. Ktoś wskazał mi mężczyznę w goprowskiej kurtce, że to właśnie on wyskoczył z kolejki, więc żebym jako historyk wypytał go o szczegóły i opracował to naukowo. Niewiele myśląc, podbiegłem do człowieka, przedstawiłem się i poprosiłem o spotkanie, bo chciałbym ustalić pewne fakty, związane z jego słynnym wyczynem. Spojrzał na mnie uważnie, podumał chwilę, sapnął, sprężył się wewnętrznie, a następnie zapytał, czy chcę w mordę. – Dziękuję, nie – odpowiedziałem uprzejmie. Na tym zakończyła się rozmowa, pozostawiając zrozumiałe uczucie niedosytu. Więc następnego dnia poprosiłem Różę Drojecką (pracownicę Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem – red.), wspaniałą gadułę, wiele jej zawdzięczam, aby zechciała mi wyjaśnić, czemuż to mój rozmówca tak się rozeźlił. I usłyszałem, co następuje: Józek był bardzo przystojnym chłopcem i świetnym narciarzem. Gdyby nie wojna, na pewno zostałby olimpijczykiem. Baby na niego leciały. Na Kasprowym Wierchu był posterunek niemieckiej straży granicznej, dowodził nim jakiś poczciwy Tyrolczyk, który miał córkę. (…) Stary zorientował się, że jego córka kręci z Józkiem, dowiedział się, co za jeden, dopadł go na Krupówkach i odbył z nim zasadniczą rozmowę. Chciał rzecz załatwić jasno i uczciwie. Powiedział, że osobiście nic do niego nie ma, nie ma też nic przeciwko Polakom, ale jest wojna; jeśli gestapo się dowie o romansie, to dziewczyna skończy w Oświęcimiu za mieszanie ras, Józka rozwalą, a on sam pojedzie na front wschodni, skąd jak wiadomo się nie wraca. Więc jeśli kochasz dziewczynę, to jej nie narażaj. Skończy się wojna, to róbcie sobie co chcecie, ale teraz poczekajcie. Nie ty jeden ją kochasz. (…) Trzy razy księżyc odmienił się złoty, a tato już wiedział, że jego argumenty nie na wiele się zdały. Więc zasadził się na chłopaka. Udał, że wyjeżdża, córka zawiadomiła Józka, że, jak wy to dzisiaj elegancko mówicie, dziupla wolna, próchno się wysypało. Józek wsiadł do ostatniej kolejki. Tymczasem tato zaczaił się z trzema kamratami, żeby mu spuścić manto. Józek wjechał na górę, zobaczył, kto na niego czeka na peronie, więc otworzył okno wagonika, trzymając się zewnętrznej barierki wysiadł na drugą stronę, a zanim trzej panowie obiegli budynek, przypiął narty i poszusował im przed nosem na Halę Gąsienicową do Brońci Bustryckiej. Gdyby go chcieli zastrzelić, zrobiliby to bez trudności, mieli go jak na patelni, ale nie myśleli robić mu krzywdy, tylko przepłoszyć. Oczywiście, nie byli to żadni gestapowcy, tylko grenzschutze, Tyrolczycy, zwyczajni ludzie”. Więzień własnej legendy Tak wspominała to Róża Drojecka, która Józefa Uznańskiego znała latami i mógł jej opowiadać, jak było. Nie tylko skok, ale samo wyjście z wagonika jadącego tuż pod szczytem Kasprowego jest wyczynem nie lada, co potwierdzi każdy, kto widział stromizny i skały tworzące krajobraz ostatniego odcinka trasy kolei linowej. Ale skąd w tej historii brawurowy skok i zjazd pod gradem kul? Weźmy ponownie w dłonie książkę "Sklep Potrzeb Kulturalnych” i oddajmy głos pani Róży: "Kiedyś przyjechała do Zakopanego delegacja ratowników francuskich, zdaje się z Chamonix, Józek się nimi opiekował, wjeżdżali na Kasprowy, pewnie wcześniej trochę wypili. Francuzi jak to Francuzi, zadzierali nosa, że we Francji wszystko najlepsze, więc Józka zeźliło. Chciał im zaimponować, opowiedział więc o tym skoku do żlebu, w końcu, Antosiu, przewodnicy są głównie od tego, żeby opowiadać bajki, to należy do ich rzemiosła, im który lepiej bajdurzy, tym jest lepszym przewodnikiem, panowie to uwielbiają. W takich chwilach nie chodzi przecież o prawdę historyczną. Francuzów zatkało, kazali sobie powtórzyć, napstrykali zdjęć, a potem w jakiejś francuskiej gazecie ukazał się wielki artykuł o Józku i jego bohaterskim wyczynie, związek byłych Maquis dał mu jakąś odznakę honorową. Jak się nasi podskakiewicze dowiedzieli, że mają w Zakopanem takiego bohatera, zaczęli na wyprzódki o nim wypisywać coraz to nowe dyrdymały. To było jak lawina, niepodobna było się wycofać, bo trzeba by odesłać Francuzom order, a to już byłaby gruba kompromitacja. (…) Teraz Józek jest bohaterem narodowym, nie ma innego wyjścia, udziela wywiadów, ale jak go zaczepi o ten skok zakopiańczyk, to się denerwuje. Chciał ci dać w mordę, bo cię wziął za miejscowego, powinieneś się cieszyć. Myślał, że znasz całą prawdę i z niego drwisz”. Czy taka właśnie była prawda? Nie rozstrzygniemy. Pewne wydaje się za to, że i tak w zbiorowej pamięci przetrwa opowieść o bohaterskim kurierze i wystrychniętych dzięki jego odwadze na dudków Niemcach. Tym bardziej, że historia inspirowała m.in. twórców filmu "Znicz olimpijski” z 1969 roku. Nie znaleźli jednak odważnego, który skoczyłby z wagonika do Żlebu pod Palcem, dlatego scenę nakręcono na początkowym odcinku kolejki nad Kuźnicami. Słynny kaskader Krzysztof Fus przypłacił to upadkiem i bardzo długim pobytem w szpitalu. Cierpienie jego było daremne, bo karkołomna scena ostatecznie nie weszła do filmu. – Za to turyści od tego czasu pokazują sobie dwa miejsca skoku Józefa Uznańskiego – opowiada Antoni Kroh. – Róża Drojecka jest już po tamtej stronie, a ja z kronikarskiego obowiązku zawarłem w książce jej opowieść, zupełnie różną od tego, co mówi powszechnie znana wersja wydarzeń i co opowiada sam Józef Uznański. Niech każdy wierzy w to, co wyda mu się bardziej prawdopodobne, bo nie dojdziemy już przecież, jak było – raz jeszcze zastrzega autor "Sklepu Potrzeb Kulturalnych”. Źródło: www.nto.pl ---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Zmarł Wczoraj RIP
-
Narty w Kazimierzu nad Wisłą
marboru odpowiedział marboru → na temat → Relacje z wyjazdów forumowiczów na narty
Oby tylko nie było żadnych przeszkód związanych z Ochroną Środowiska...wycinką drzew itp... Trzymam kciuki za to miejsce, bo mi się bardzo podobało :smile: -
Narty w Kazimierzu nad Wisłą
marboru odpowiedział marboru → na temat → Relacje z wyjazdów forumowiczów na narty
Spójrz Marcinie ile jest Ośrodków na "Nizinach" http://www.skionline.pl/forum/showthread.php/10092-O%C5%9Brodki-narciarskie-w-quot-nizinnej-quot-Polsce.?p=90757&viewfull=1#post90757 -
Narty w Kazimierzu nad Wisłą
marboru odpowiedział marboru → na temat → Relacje z wyjazdów forumowiczów na narty
Krzesło do tej dłuższej trasy - to byłoby idealne rozwiązanie, tylko gdzie? Obok istniejącego Talerzyka - istnieje jedna możliwość...no chyba, że jakoś po środku by puścili, ale to byłaby trudniejsza alternatywa. -
Puchar Świata 2011/2012
marboru odpowiedział JC → na temat → Zawody, wyniki, kalendarze, sylwetki ...
Taki mały "bonus" to Twojego Afrikanerze info. -
Relacja z Egzotycznego narciarsko Kazimierza Dolnego nad Wisłą, wraz z warunkami narciarskimi w województwie lubelskim, pod linkiem: http://www.skionline.pl/forum/showthread.php/15194-Narty-w-Kazimierzu-nad-Wis%B3%B1?p=150616#post150616 Serdecznie zapraszam do obejrzenia relacji.
-
Narty w Kazimierzu nad Wisłą
marboru odpowiedział marboru → na temat → Relacje z wyjazdów forumowiczów na narty
Część I Relacji Pozwoliłem sobie założyć nowy temat na forum, ponieważ Ośrodka w tak egzotycznym narciarsko miejscu, jak Kazimierz Dolny nad Wisłą nie opisywał jeszcze żaden z Forumowiczów. Równie dobrym tytułem dla tej relacji…mógłby być „Narty z Klimatem”. Dla wszystkich, którzy kiedykolwiek byli w tym mieście artystów Klimat właśnie jest tym, co powoduje, że wraca się do tego miejsca. Kazimierz Dolny turystycznie, wraz z nartami w zimie! Czemu nie? Myślę, że takie połączenie będzie bardzo atrakcyjne dla wielu, nie tylko narciarzy ale również dla niejeżdżących rodzin. Co o samym mieście mówi Wikipedia? „Początki osady sięgają XI wieku. Na jednym ze wzgórz istniała osada zwana Wietrzną Górą, należąca do zakonu benedyktynów. W 1181 roku Kazimierz Sprawiedliwy przekazał osadę norbertankom z podkrakowskiego Zwierzyńca. Norbertanki zmieniły nazwę osady na Kazimierz (imię darczyńcy). Nazwa została odnotowana w kronikach po raz pierwszy w 1249 roku, a przymiotnik "Dolny" został dodany w latach późniejszych, w celu odróżnienia osady (w dolnym biegu rzeki, choć tak naprawdę jest to bieg środkowy) od Kazimierza, założonego pod Krakowem (w górnym biegu rzeki). Po około 150 latach osada i okoliczne wsie stały się dobrami korony. Władysław Łokietek w 1325 r. ufundował kościół parafialny. Założenie miasta oraz budowę zamku obronnego legendarnie przypisuje się Kazimierzowi Wielkiemu. Prawa miejskie zostały przyznane w pierwszej połowie XIV w. W 1406 r. Władysław Jagiełło dokonał lokacji miasta na prawach magdeburskich. Wytyczono rynek, ulice, wyznaczono działki pod budowę. Jedynie północną część rynku pozostawiono bez zabudowy. Dzięki temu do dnia dzisiejszego rynek otwarty jest na farę i zamek, który to widok podziwiany jest przez malarzy i turystów. W 1501 r. Kazimierz Dolny stał się siedzibą starostwa. Zygmunt I Stary, zadłużony u Mikołaja Firleja, nadał w 1519 r. jemu i jego synowi Piotrowi dożywotni tytuł starosty kazimierzowskiego. Kazimierz pozostawał we władaniu rodu Firlejów do 1644 r. W tym czasie przebudowany został zamek w Kazimierzu. Po pożarach w latach 1561 i 1585 spichlerze i domy mieszkalne zostały odbudowane przy wykorzystaniu skał wapiennych z okolicznych wzgórz. Firlejowie dbali także o uprzywilejowanie miasta w handlu zbożem spławianym Wisłą do Gdańska, który to handel już wcześniej (w okresie od XVI do XVII w.) przyczynił się do rozwoju miasta. Na handlu zbożem wyrosły kupieckie rody Przybyłów, Czarnotów, Celejów (przybyłych z Włoch). W 1628 r. na Wietrznej Górze osiedlili się franciszkanie, pobudowali klasztor i rozbudowali istniejący (od 1585) kościół…” Więcej na: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kazimierz_Dolny lub Stronie miejscowości: http://www.kazimierzdolny.pl/ To tyle słowem wstępu. Teraz Narty. Dokładne miejsce: http://www.stacjakazimierz.pl/ Trasy narciarskie są dwie, trzecia (580m), która miała być uruchomiona w tym roku – niestety nie działała. Zielona z wyrwirączką – do nauki. Główna o długości 250m oraz nachyleniu 43m – wyciąg talerzykowy. Wjazd trasą do Kazimierza z Puław po lewej stronie, za rondem rozdzielającym drogę z tą do Nałęczowa. Bardzo malowniczy w dolinie pełnej drzew. Opłata jaką uiściłem za jeden wjazd na górę Talerzykiem – 1,50zł. Trafiłem akurat na końcówkę zawodów lubelskiego AZS: Druga charakterystyczna, zaobserwowana przeze mnie jest infrastruktura gastronomiczna o bardzo wdzięcznej nazwie… Rzut oka na Stok…i jedną z pięknych Studentek… Narty na nogi…i w górę… Strona przy wyciągu jest bardziej płaska… Choć nachylenie w stosunku do długości jest spore…widok z połowy wjazdu: Wypięcie na górze. Przede mną licencjonowany instruktor z dzieckiem: A tutaj ławeczka…w tle przyszła trasa nr 3 (za drzewami): Spora odległość między trasami… Szczyt. -
Tu będzie początek najdłuższej 3ki, która będzie bardziej płaska, ale za to o długości 580m. Ze Szczytu widok na dolinę Królowej Polskich Rzek: Wisłę. Spojrzenie na malowniczy dół…i szus! Króciutka, ale bardzo ostra półeczka – po drugiej stronie od wyciągu: Widok w stronę niezłożonej jeszcze mety… Krótką trasę z wyrwirączką…w przyszłości będzie to końcówka planowanej Trasy: Studenci, to mają fantazję!!! Jeszcze chwilka i jestem na dole: …a na dole…ognisko zgasło: „Skionline” zgłodniał…i zamówił pysznego Kebaba… Podsumowanie… …choć było odwilżowo, to w chwilach kiedy zaszło słońce temperatura była ujemna. Trasa dobrze przygotowana…a pod koniec mojej jazdy – byłem jedynym narciarzem na Stoku. To miejsce ma klimat i je serdecznie polecam. Na koniec krótki filmik ze zjazdu: [video=youtube;dQ_DlLaHzV4]http://www.youtube.com/watch?v=dQ_DlLaHzV4&feature=youtu.be Pozdrawiam marboru
-
Uwielbiam takie poczucie humoru :happy:
-
Wikipedia mówi: Mont Tremblant – miasto w Kanadzie, w prowincji Quebec, znane przede wszystkim jako ośrodek wypoczynkowy i narciarski. Miasto wzięło nazwę od pobliskiej góry Mont Tremblant. Miejscowość leży w regionie administracyjnym Laurentides i liczy około 9000 mieszkańców, oddalona jest o około 1,5 godziny jazdy samochodem od Montrealu. Znajdują się tu liczne pola golfowe, istnieje rozwinięta infrastruktura narciarska. Szeroka reklama sprawia, że większość turystów przyjeżdża nie tylko z Quebecu, Ontario czy Nowej Anglii, ale również z Europy czy Azji. Znajduje się tu duża liczba domków letniskowych, zbudowanych w lokalnym stylu. Miasteczko ośrodka narciarskiego znajdujące się u podnóży góry i wyciągów narciarskich zostało wybudowane od podstaw w latach dziewięćdziesiątych na wzór europejski. Filmik: [video=youtube;FPK7cIRBNA8]http://www.youtube.com/watch?v=FPK7cIRBNA8&feature=player_embedded http://www.tremblant.ca/index-e.htm
-
Puchar Świata 2011/2012
marboru odpowiedział JC → na temat → Zawody, wyniki, kalendarze, sylwetki ...
Chyba pora zmienić narty na... Brawo Lindsey za kolejną Kryształową Kulę!!! ...piątą z rzędu :smile:







