Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 11 Październik 2026
-
Rok
11 Październik 2025 - 11 Październik 2026
-
Miesiąc
11 Wrzesień 2026 - 11 Październik 2026
-
Tydzień
4 Październik 2026 - 11 Październik 2026
-
Dzisiaj
11 Październik 2026
-
Wprowadź datę
03.05.2013 - 03.05.2013
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 03.05.2013 uwzględniając wszystkie działy
-
Trawers Silvretty cz2Dzień 5 - SilvrettahornPoczątkowo nie mieliśmy jej w planie ale siedząc na tarasie doszliśmy do wniosku, że czemu nie? Więc oprócz transferu do szwajcarskiej Silvrettahütte (2341 m) postanawiamy wejść na tytułowy, choć wcale nie najwyższy (3244 m), szczyt grupy. Podejście dobrze znamy bo szliśmy tędy przecież wczoraj. Nie napisałem wcześniej, że wejście na lodowiec Ochsentaler Gletcher, przez który prowadzą liczne drogi, jest dość wredne. Idzie się cały czas długimi i stromymi trawersami a ewentualny upadek może skończyć się w przepastnych szczelinach o których Darek powiedział:- popatrzyłem się tam tylko raz a później już tylko przed narty. W dodatku doganiamy kilkunastosobową "wycieczkę" Hiszpanów i trochę wleczemy się za nimi. Na rozległym plateau rozchodzą się ślady i wygląda, że na "nasz" szczyt idziemy stąd sami. Szybko podchodzimy pod szczyt. Na przełęczy zostawiamy graty i widzimy schodzącą parkę. Wygląda jakby pogubili drogę zejściową więc im pokazujemy kierunek. Podejście z początku normalne mocno stromieje i jest z 60 stopni więc wybijamy bezpieczne stopnie i wchodzimy jak po drabinie. Dalej droga jest ani trudna ani łatwa, jakkolwiek jest bardzo "powietrznie" trzeba trochę uważać iść blisko skał a nawet po nich bo trudno do końca ufać nawisom na grani. Na górze, jak zawsze, widoki zapierają dech w piersi. Przyplątały się jakieś ptaki więc je uwieczniam. Ostrożnie schodzimy. Nad przełęczą - de javu - jacyś ludzie z dołu pokazują mi abym poszedł w prawo - pomyliłem kierunek zejścia...Teraz możemy spokojnie pomyśleć co dalej. Jawią się trzy opcje:- bezpośredni zjazd z przełęczy zaznaczony na mapie jako możliwy. Ale jest spore ale - zbocze pocięte jest wieloma lawinami a jego jeszcze "cała" część może spokojnie wyjechać. Podejrzewamy, że może być bezpieczna droga przez zacienioną część zbocza ale jej nie widzimy więc nie ma pewności. Kusi mnie ten zjazd ale za dużo wątpliwości, wątpliwości za to nie mają koledzy - odpuszczamy.- jakieś 300 m dalej jest stroma przełęcz - wystarczy kawałek zjechać, podejść może 150 m w pionie i jest komfortowy zjazd (z opisu i mapy). Tyle tylko, że stok był od rana pod ostrzałem słońca i na jego stromszej części schodzi właśnie niewielki obsów. Takich sygnałów się nie lekceważy.- czeka więc nas dymanie naokoło - odwiedzimy znów Fuoerlla del Cuafini - chodź nie całkiem. Zakładamy narty do zjazdu i staramy się dojechać jak najdalej, później foki i lądujemy na przełęczy ale jakieś 50 m na prawo od wczorajszego miejsca bo tylko stąd można dotrzeć do naszego celu. Na przełęczy spotykamy Francuzów, którzy dziękują nam za zrobienie wczoraj pięknego podejścia na Piz Buina. Okazuje się, że obserwowali nas z tarasu. I tutaj mała dygresja - jeśli zakłada się ślad rano na twardym zboczu to jest on czasem minimalny i nie ułatwia podejścia następnym ale w rozmiękłym południowym śniegu po przejściu paru narciarzy twprzy się komfortowa pozioma półka. Rano jest ona zmrożona i daje niewielki opór. Więc nic dziwnego, że następni są zadowoleni. Początek zjazdu jest wredny - stromy, długi trawers, zakończony jeszcze kijkowaniem. Upał zrobił się niemiłosierny Adaś daje sygnał... i tarzamy się w śniegu a później grupowe foto. Francuzki biją nam brawo.Dojeżdżamy pod Silvrettahorn i z ulgą widzimy, że bezpiecznego zjazdu nie było. Nie dość, że musielibyśmy pchać się przez niebezpieczne stoki to jeszcze widzimy nastromiony kociołek trudny do ominięcia przy zjeździe. Dojazd do schroniska jest mało charakterystyczny bez GPS we mgle może być to strasznie trudne. Są kopczyki kamieni co kilkaset metrów ale to mało. Czy ja już kiedyś narzekałem na szwajcarskie standardy??? Jest tutaj o 50% drożej jak z drugiej strony. Pokój uznaliśmy za mikroskopijny. Do czasu jak zobaczyliśmy inne. Okazało się, że mamy największy! Jest jednak logika w tym upychaniu ludzi bo ogrzewania tutaj nie ma. Butów się nie wysuszy bo piecyka nie włączają, ciepłej wody nawet za opłatą też nie ma no i jedno oczko na "płeć". Ale gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że schronisko jest niezwykle piękne, bardzo gustowne a oferowany standard wystarczający. Jedzenie było dobre i w dużej ilości. Kolega, który częściej bywał w innych szwajcarskich schroniskach twierdzi, że często z żarciem jest tragicznie.Dzień 6 - do Madlenerhaus Prognoza pogody przewidywała zmiany i rzeczywiście jest chmurzasto. Robię trochę "artystycznych" fot mających oddać ten nastrój. \ Pierwszym etapem drogi jest wejście na przełęcz Rote Furka (2688 m). Jest to strome wejście "na husara" - czyli z nartami przypiętymi do plecaka. Z góry jest dość długi zjazd doliną do Klostertaler Umwelthütte (2362 m). Tam trzeba wysuszyć foki i podejść na przełęcz Litzner (2737 m). Brak śladów, trochę stromo do tego Kamil ma kłopoty z nietrzymającymi fokami, co na stromym stoku jest dużym problemem. Na szczęście trytrytki i taśma montażowa ratują sytuację. Z góry czeka nas bardzo długi zjazd do Vermutstausee (1750 m) pięknego jeziora zaporowego. Ten kilometrowy w pionie (a pewnie z 10 km w poziomie) zjazd jest niezwykły bo zaczynamy w grożnych, stromych górach z chmurami piętrzącymi się tuż nad głową a lądujemy nad idylicznym jeziorkiem w słońcu, które w międzyczasie wyszło. Do Madlenerhaus (1986 m) gdzie mamy ostatni nocleg zostało jeszcze z 10 km - mieliśmy nadzieję, że podejdziemy gdzieś obok drogi ale chyba nam się zapowiada spacer z buta. Nadjeżdża jednak skibus i za jedyne 5,5 E podwozi nas na miejsce. Schronisko położone poniżej sporej betonowej zapory, jest luksusowe, ciepła woda w kranach, suszarnia, żarcie pyszne.Dzień 7 - do ostatniej łachy śnieguRano musimy podejść z buta kawałeczek nad zaporę. Jezioro Silvrettastausee powstało poprzez zbudowanie dwóch betonowych zapór na przełęczy. Czeka nas stąd 10 km droga do Galtur. Przy różnicy wysokości 1950 - 1650 trudno oczekiwać zjazdu to raczej trasa biegówkowa. I rzeczywiście na początku jest nawet fajna jazda ale później trzeba uwolnić piętkę (bez fok) i czasem zdjąć narty, ale ogólnie spoko. Po drodze przechodzimy przez wielkie lawinisko a ponieważ pługi odkopały w nim jezdnię to możemy ocenić grubość lawiniska. Biorąc jeszcze pod uwagę znaczną odległość od zbocza robi to spore wrażenie. Im dalej tym mniej śniegu ale ile tego śniegu trzeba? 5 cm? 2 cm? 1 cm? W końcu jednak nawet tego centymetra nie ma... Do samochodu zostało symboliczne 400 m. Nasze nastroje najlepiej oddaje to ostatnie zdjęcie...PodsumowaniePogoda nam dopisała wyśmienicie, nawet zakładając, że moglibyśmy się skutecznie poruszać we mgle to jednak zrezygnować z oglądania piękna gór byłoby stratą niepowetowaną. Jak zawsze lekcja pokory też była i to nie tyle z tą jednodniową mgłą ile raczej z umiejętnościami narciarskimi. Jazda w miękkich śniegach z twardą warstwą na górze niemiłosiernie obnażyła nasze braki techniczne i słabość przygotowania fizycznego. Mam nadzieję, że zdopinguje mnie to do solidniejszej pozatrasowej pracy ale nie w przyjaznym puszku tylko wtedy gdy wydaje się, że nie da się jechać. I to nie na szerokich wygodnych nartach ale zwykłych wąskich i krótkich deskach. Ale były też inne chwile - gdy miałem przekonanie, że razem z wsparciem kompanów i naszych wypełnionych plecaków możemy wszystko - wyznaczyć cel i go osiągnąć. I to poczucie wolności było... najpiękniejsze.Dodatek Wędrując po górach bardzo często widzieliśmy jeziora. Wiele z nich wyglądało na twory działalności człowieka. Dopiero jednak ten rysunek uzmysłowił mi jak bardzo skomplikowany system energetyczny został zbudowany w tych górach. Woda z poszczególnych dolin płynie często wykutymi w skałach syfonami łącząc się i wpadając do jezior. Dalej jest kierowana do siłowni. Spady mają po kilkaset metrów! Piękny system, zero zanieczyszczeń olbrzymia elastyczność podaży mocy - podziw bierze.PozdroWiesiek6 punktów
-
Trawers Silvretty cz1Ukoronowaniem mojego sezonu narciarskiego w tym roku miał się stać tygodniowy (20-27.04) trawers masywu Silvretty. Region ten znany jest także "normalnym" narciarzom z takich stacji jak Ischgl (ale nie Samnaun!), Kappl czy Galtur. I właśnie ta ostatnia miejscowość stała się punktem startowym a jednocześnie metą naszej wyprawy. Sam masyw to jeden z fragmentów głównej grani Wschodnich Alp Centralnych, należy do Austrii i Szwajcarii. Tygodniowy pobyt pozwala tylko na pobieżne zaznajomienie się z tym regionem. 11 schronisk (6 austriackich) daje doskonałą bazę wypadową - większość celów odległa jest o parę godzin drogi. Zaplanowaliśmy noclegi w 4 schroniskach tak aby choć czasem chodzić kapkę lżej (o szturm żarcie, zapasowe ciuchy, higienę)PrzygotowaniaPonieważ o plecaku narciarza wysokogórskiego pisałem już w zeszłym roku to nie będę się specjalnie rozwodził. Udało mi się wymienić stalowe raki na bardzo lekkie amelinowe Campa - zaoszczędziłem 400 g, polary zastąpiłem kurtką puchową (też do przodu). Nie udało mi się wymienić uprzęży bo kiedy po tygodniu analizy zdecydowałem się na skialpinistyczną Roca Muk (160 g) to zabrakło mojego rozmiaru, więc zabrałem starą (450 g), wymiana dość ciężkiego czekana też czeka na lepsze czasy. Resztę szpeju miałem najlżejszą jak się dało - Micro Traxion, tibloc, bloczek awaryjny (40 g), dwie śruby lodowe z tytanu, 2 pętle i 2 pętle z taśmy i 3 karabinki. Sporą rewolucję przeszły narty - nabyłem Triale Hagana (167 cm, 70 mm pod stopą), wiązania Verticale i do tego prosta foka 65 mm. Czyli bardzo lekko. Dlaczego tak się rozwodzę nad wagą? Ano przeczytałem, że każdy kilogram powyżej 10 kg na plecach to spadek sprawności narciarza o 10%. I zgadza się to nieźle z moimi odczuciami - do 7 kg praktycznie plecak mi nie przeszkadza a 14 kg grzmot jest już "kamieniem" w jeździe (bo do chodzenia to może być). I mniej więcej tyle na początku wyjazdu ważyły spakowane nasze plecaki. Ponieważ uprzęże i szpej zakładaliśmy na siebie to w praktyce do zjazdu było 10-12 kg (w zależności od tego kto woził linę i ile płynów zabraliśmy).ObsuwaDo Galtur dotarliśmy bardzo dobrze koło 14.00, już po drodze wiedzieliśmy, że jest 3-ka a do tego było ciepło. Austriacy odradzili nam pchanie się do schroniska co zresztą z opisu trasy wynikało. Przenocowaliśmy w pobliskim pensjonacie za "jedyne" 40 E - tyle dobrego, że z śniadaniem o 5.00 nie było problemów. Dzień 1- nadrabiamy zaległości O 6.00 byliśmy już w drodze i zgodnie z przewidywaniem było twardo. O 9.00 zameldowaliśmy się w Jamtalhütte (2165 m). Schronisko wielkie na 200 osób, ciepła woda w umywalkach, kupę miejsca, suszarnia na wszystko - słowem pełny wypas. Przepakowanie i ruszamy w dalszą drogę. Naszym celem jest Grenzenck Kopf (3040 m). Cel ten osiągamy - bilans dnia to 1500 m w pionie i 16 km w poziomie (+ zjazd około 5-6 km).Dzień 2 - lekcja pokory Naszym celem jest Gemss Spitze (3090 m). Kiepsko jest już od początku, wata rozpełza się stopniowo po górach w prognozie mają być przejaśnienia ale nic z tego. Jest coraz gorzej ale są na razie ślady poprzedników. Pilnie wypatrujemy rozgałęzienia śladów aby wybrać te na lewo ale ich coś nie widać. Po jakimś czasie staje się jasne (GPS), że jesteśmy na drodze na nieplanowaną przełęcz Jamjoch. Postanawiamy po analizie map strawersować zbocze po warstwicy licząc, że przetniemy poszukiwany szlak (jakieś 400 m). Toruję drogę, zbocze jednak stromieje niepokojąco, wydaje mi się, że widzę nieckę a dalej chyba ciemnieje ściana skalna (nie ma tego na mapie). Zarządzam odwrót po śladach. Wracamy w dół i korzystając z GPS-ów wyznaczamy rozgałęzienie szlaków i próbujemy iść według tracków. Jednak dokładność nawigowania w zróżnicowanym terenie jest niewystarczająca i po jakimś czasie poddajemy się. Zjazd też jest trudny w żółwim tempie dokładnie po śladach aby się nie wpakować. Dzień 3 - transfer do Wiesbadener Hütte Prognoza jakby przyjaźniejsza mają być przejaśnienia ale mleko jest wczorajsze, nawet jakby zsiadło. Czeka nas powtórka? Nic z tego! Na 2700 m wyłazimy z chmur i jest lampa. Oglądamy z wielką ciekawością ślady naszej wczorajszej działalności. W miejscu gdzie zrobiliśmy odwrót zaczyna się stroma, naśnieżona niecka towarzysząca sporej skale (ale nie takiej aby znalazła się na mapie). Najśmieszniejsze, że 50 m niżej i wyżej było dobre przejście... Robimy sesję foto bo widoki są rewelacyjne i wiemy, że oprócz przejścia do nowego lokum wejdziemy "po drodze" na Dreiländerspitze (3197 m). Przechodzimy grań i po stromym podejściu jesteśmy pod szczytem. Do przejścia zostało ze 150-200 m w pionie. Oprócz nas jest jeszcze kilkunastu narciarzy. Robimy skidepo ubieramy raki, bierzemy linę i czekany (no i foto) i na górę. Droga jest mocno "powietrzna" są jakieś kominki do pokonania a na górze miejsca dosłownie na dwie osoby. Zjazd także lekki nie jest - narty grzęzną głęboko w skorupiałej warstwie i podczas parokilometrowego zjazdu chyba każdy zalicza glebę. Ale oczywiście jest cudownie, urozmaicenie, i banany nam towarzyszą. W Wiesbadener Hütte dodatkowo towarzyszą nam kufle piwa spod tarasu mamy piękny widok na Silvretta Horn - szczyt na razie nie w planach ale może coś zmienimy. Statystyka wygląda następująco całe przejście 7 godz (w tym pewnie z 2-3 godz pikników), 1050 m przewyższenia 8 km podejścia i pewnie z 5 zjazdu. Schronisko prowadzą z wielką atencją 2 fantastyczne Słowaczki. Dzień 4 - dzień chwałyPogoda ma być murowana, za cel wyznaczamy sobie Piz Buin (3312 m) bardzo popularny tutaj szczyt a później sie zobaczy. Chyba z pół schroniska idzie z nami, jest około 30 narciarzy. Sprawnie osiągamy przełęcz, później skidepo, raki, czekan i około 200 m do podejścia. Jakieś drobne przeszkody do pokonania, trochę uwagi, sesja foto z nami w roli głównej i druga krajobrazowa i zejście na przełęcz. I pytanie co z tak pięknie zaczętym dniem dalej zrobić??? Po krótkiej debacie z paru opcji wybieramy najambitniejszą zjeżdżamy pod przełęcz Fuoerlla del Cuafini, włazimy na nią (3043 m) i czeka nas stąd długi zjazd do szwajcarskiego schroniska Chamonna Tuoi (2250 m). Aby tego dokonać musimy jeszcze tylko znaleźć drogę ostrożnie nawigując miedzy skalnymi pagórkami bo śladów brak. Zjeżdżamy bardzo rozmiękczonym południowym stokiem i zabawa jest fantastyczna. w schronisku pijemy piwo i oglądamy "rewers" Piz Buina. Droga powrotna nie jest już taka oczywista. Możemy zrobić dłuższą turę na około po płaskim ale z obiadu nici więc przyglądamy sie dość stromemy podejściu na przełęcz wschodnią szczytu. Mokry śnieg i nastromienie każą zastanowić się dokładnie nad podejściem. I zamiast drogi przewodnikowej idziemy prawą stromszą częścią gdzie lawina wyczyściła stok miejscami do gołego podłoża. Robiąc coraz krótsze zakosy docieramy na pierwszy próg. upał jest niemiłosierny 25 C więc płyniemy równie obficie jak stok. Mijamy próg wchodzimy w zacieniony kociołek i robi się momentalnie -5 C. 30 stopni różnicy na przestrzeni paru kroków! Mamy do pokonania jeszcze dwa kociołki - jeden z stawem na dnie i gdzieś po 17.00 pokonujemy wreszcie przełęcz. Został nam jeszcze 5-6 km zjazd do naszego schroniska - delektujemy się nim. Lekko po 18.00 jesteśmy na tarasie - wychodzą "nasze" Słowaczki i bardziej stwierdzają jak pytają:- priniosu wam 5 piwoNie odmawiamy, później obiad w austriackim normatywie (czyli porcja jak dla górnika dołowego) a jeszcze dziewczyny serwują dokładki. wszystko zjadamy. Statystyki wygladają nieźle, w 10 godzin robimy 1700 m w pionie i 25 km w poziomie (podejścia i zjazdy). Uff - jeszcze czekają mnie trzy dni postaram się to za parę dni uzupełnić...PozdroWiesiek5 punktów
-
W czwartek znowu odwiedziliśmy włoską część ośrodka,i było podobnie;słońce,idealne trasy i zero ludzi. W ciemno ośrodek można polecić wszystkim,a zwłaszcza rodzinom z małymi dziećmi. Nauders I zwieńczenie pięknego dnia :biggrin:5 punktów
-
Zrealizowałem jedno ze swoich największym marzeń. Na pewno największe marzenie motoryzacyjne.4 dni w "Zielonym Piekle". Nie wiem jakie będzie/jest zainteresowanie takim tematem, ale gdybyście chcieli to po odpoczynku przygotowałbym relację.Na początek zdjęcia zajawki :)Samochód na którego widok było trzecie największe zbiegowisko: TO jeszcze nie najszersza opona ... ręka żony Tylko jeden był piękniejszy od tego: Jedna z wielu legend: Prawdopodobnie najpiękniejsze lusterko: Dajcie znać czy jesteście zainteresowani większą serią zdjęć i jakimiś marnymi filmikami.3 punkty
-
W góry wywozi narciarzy taka dwupiętrowa gondola,tu dolna stacja: A tu górna Pogoda na szczęście poprawiła się więc zwiedzamy ośrodek,a naprawdę jest co. Niestety znowu zaczyna sypać,nic nie widać więc przeczekujemy załamanie pogody w tym schronisku; Kawa bardzo dobra,ale drogo,bardzo drogo.Po godzinie przejaśnia się-czas jeżdzić,kierujemy się do Austrii,chcemy zwiedzić halę Idalp i Ischgl Już austria Na hali Idalp,jak na węźle Sośnica na Sląsku;krzyżują się gondole i krzesełka,pomieszanie z poplątaniem;3 punkty
-
Cześć Dopiero teraz mam trochę czasu,więc uzupełnię relację.Po odwiedzeniu Ortlera góry w okolicach Nauders jakby trochę zmalały,ale pogoda dopisywała. W środę jeździliśmy na miejscu w Nauders. Sniegu jeszcze długo nie zabraknie; A tak wyglądała najbardziej eksploatowana trasa po południu :eek: Dzień mega udany,małe podsumowanie :biggrin:3 punkty
-
W ostatni dzień czyli w piątek mieliśmy dylemat gdzie jechać.Do wyboru były dwa ośrodki;Serfaus-Fiss-Ladis ;http://www.skionline.pl/stacje/austria-tyrol-serfaus-fiss-ladis,osrodek,668.html , albo Samnaun-Ischgl http://www.skionline.pl/stacje/szwajcaria-gryzonia-samnaun,osrodek,426.html , http://www.skionline.pl/stacje/austria-tyrol-ischgl,osrodek,164.html Oba ośrodki bardzo duże,rewelacyjne i nie do przejechania w jeden dzień :.Z Nauders do obu jest około dwadzieścia parę kilometrów,czyli max pół godziny drogi. Z racji że w tym roku jeszcze nie jeździliśmy w Szwajcarii,a tym bardziej taką piętrową gondolą: Wybraliśmy Samnaun Niestety,rano pogoda była kiepska,padał intensywny deszcz,a więc nie było parcia na jazdę.Wyruszyliśmy drogą nr185 a potem nr27;bardzo kręta,wykuta na półkach skalnych z wieloma tunelami,bardzo wąskimi;na jedno auto.Trzeba bardzo uważać,bo miejscowi jeżdzą jak wariaci (skąd my to znamy?) Drogą dojeżdza się do miejscowości Martina,już w Szwajcarii,w lewo odchodzi droga nr 27 którą można dojechać do Scuol gdzie jest niezły ośrodek narciarski (niestety już zamknięty) i dalej do Zernez i Sankt Moritz,albo do Livigno we Włoszech. Samnaun przywitał nas intensywnymi opadami śniegu Pierwsze co wszyscy robią to tankują,bo paliwo dużo tańsze niż w Austrii i Włoszech A potem NARTY Tras napewno nie zabraknie,prawie wszystko czynne,jedyna wada to cena skipasa;48E za jeden dzień :2 punkty
-
Spróbuję coś sklecić w przyszłym tygodniu. Nie mam jeszcze całości fotek.Niestety wklejanie do galerii na skionline to imho porażka i zniechęca mnie skutecznie do zamieszczania większej ilości zdjeć. Wróciłem i ledwo żyję Od piątku do wczoraj non-stop na nogach od rana do wieczora.Trochę czasu potrzebuję na powrócenie do normalności. Zazdroszczę Robertowi. Wydaje mi się, że jeśli ma coś do czynienia to z nowszym modelem. A co znaczy buduje i programuje?Natomiast jeszcze co do wykonania samego samochodu to można mieć WIELE zastrzeżeń. Mega wiele niedoróbek. Na tle chociażby Maclarena wygląda w detalach jak Łada przy chociażby BMW. Moim zdaniem: z daleka kosmos, z bliska totalna porażka. Nie wiem dlaczego ludzie za to płacą mając w tych pieniądzach ogromny wybór. Nie puściłbym tego do sprzedaży. Rozczarowanie.Piękne Tym mnie przewieziono, na tyle skutecznie, że dzisiaj mi badali błędnik... KOSMOS GP Track Racing MC12Corso nadkole FXX Sabine Schmitz i Wiesmana Coś więcej w najbliższym, czasie gdy dostanę całość zdjeć i filmów.Miłej nocy. Ja już o jednym, kolejnym marzeniu śnić nie będę2 punkty
-
I jeszcze parę fotek z samego miasteczka; Reasumując; Sulden am Ortler to bardzo urokliwe miejsce,ma swój wysokogórski klimat,widoki bezcenne.Napewno jeszcze tu wrócę,może nie na cały tydzień,ale dzień,dwa powinny wystarczyć. Pozdrawiam czytających te nocne wypociny i marzących o wielkich górach :biggrin::biggrin::biggrin: piter2 punkty
-
Trasy są w większości łatwe,lub o niewielkim stopniu trudności,ale najfajniejsze jest to co poza trasą,teren daje nieograniczone możliwości frirajdu :biggrin: Mnie najbardziej podobała się trasa nr1,którą można było zjechać do samego Sulden;2 punkty
-
A więc wczoraj dla odmiany zawiało nas do Sulden;http://www.seilbahnensulden.it/Deutsch/index.php Wcześnie rano pobudka,pierwsze sprawdzanie prognozy pogody i kamerki na stokach,gdzie będzie najwięcej słońca. Prognozy kiepskie,najlepiej prezentowało się właśnie Sulden.Już parę lat temu chodziła mi po głowie ta miejscówka,ale zawsze jakoś tak wygrywały inne miejsca.Teraz była okazja,by go poznać.Z Nauders jest to około 45 kilometrów,czyli jakieś 40 minut drogi,ale za to jakiej.Sama przejażdżka stanowi wielką przyjemność.Widoki cudne,góry,jeziora,i średniowieczne zamczyska. Następnie droga pnie się ostro w górę,i na wysokości 1900m pojawia się w końcu malutkie miasteczko Sulden (Solda) W cieniu majestatycznego Ortrela o wysokości 3905m. Widok z parkingu pod dolną stacją; Dolna stacja; Taka kolejka wywozi narciarzy na wysokość 2610m; Widok ze stacji pośredniej Parę minut jazdy i witają nas takie oto widoki;2 punkty
-
Kusiło, kusiło długo i stało się. Kupiłem rower. Kiedyś, jeszcze w czasach szkolnych dosyć sporo jeździłem...później w zasadzie nie wiem jak to się stało - odstawiłem rower. A on, gdzieś porzucony zakończył swój żywot... Sezon narciarski prawdopodobnie już zakończyłem...pogoda nie jest nastrajająca, no i kiedyś należy spasować. 58 dni spędzonych na deskach, to i tak wynik, na który absolutnie nie liczyłem. Choć jak to mówią...nigdy, nie mów nigdy...no i trochę szkoda, że 6 się z przodu jednak nie pokaże... Ponieważ nie za bardzo lubię kończyć...wolę raczej zaczynać...dzisiaj zacząłem Sezon Rowerowy 2013. No i co? No i postanowiłem stworzyć miejsce, w którym na forum będę...mam nadzieję, że i Wy będziecie, podobnie jak z wypraw narciarskich zamieszczali swoje relacje z ciekawych, rowerowych miejsc. Dzisiejszy dzień zacząłem od odbioru swojego bike'a ze sklepu. Szybki obiadek i w trasę. Cel jaki obrałem na swój pierwszy wyjazd to drewniany kościółek znajdujący się tuż za miastem w mazowieckiej miejscowości Bardzice. "Kościół p.w. Św. Andrzeja Boboli w Bardzicach Budowa świątyni została rozpoczęta w 1771 roku dzięki staraniom dziedzica Białobrzegów. Według tradycji starochrześcijańskiej utrzymano główne wejście od zachodu, boczne od południa. Ponadto od strony zachodniej znajdował się skarbczyk, od południowej zakrystia; kryte oddzielnie nadają kościołowi formę krzyża. Jak wynika z zapisu kościół wybudowano pod wezwaniem św. Trójcy oraz św. Apostołów Piotra i Pawła. Kamień węgielny wmurował Antoni Wilski, dziekan grójecki. Kościół posiadł trzy drewniane ołtarze, zdobione kolumnami, które zostały zachowane do dziś. W wielkim znajdował się wizerunek Najświętszej Marii Panny Łaskawej. Ołtarz boczny przedstawiał św. Rocha i św. Ignacego. W ołtarzu po prawej stronie mieściły się podobizny św. Piotra i Pawła oraz św. Jana Chrzciciela. Dawniej kościół zdobiły portrety fundatorów, ale jeden z proboszczów oddał je ich potomkom. Budynek został odkupiony przez parafie w Bardzicach, gdy w Białobrzegach wybudowano nowy. Został on przewieziony do Bardzic w 1957 roku, a następnie zestawiony. Od tego czasu jest kościołem parafialnym pod wezwaniem św. Andrzeja Boboli. Początkowo świątynia zachowywała dawny wygląd. W latach sześćdziesiątych, obita wewnątrz płytą pilśniową straciła urok. Dopiero potem przywrócono jej należyte piękno. Kościół w Bardzicach otoczony jest pięknym parkiem, w którym rosną głównie modrzewie. Wchodząc przez główną bramę mijamy skromne drewniane figurki, by wreszcie, tuż przed wejściem do kościoła ujrzeć piękną rzeźbę patrona parafii św. Andrzeja Boboli. Idąc dalej, zaraz za kościołem, zobaczymy figurkę św. Franciszka z wilkiem przy boku. Od strony południowej stoi duża, drewniana brama nazwana „Bramą Tysiąclecia”. Sam kościół przez wieki został zachowany bez zasadniczych przekształceń. Jeśli chodzi jednak o wystrój świątyni to uległ on znacznej zmianie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Kiedyś był nakryty gontem, później zmieniono pokrycie na blachę miedzianą. Deski, którymi jest obity na zewnątrz oraz sufit, zostały wymienione na modrzewiowe. Zostały zerwane płyty pilśniowe, dzięki czemu odsłonięto zwykłe, drewniane bale. Dziś zdobi je piękna polichromia wykonana przez Janinę Pol, malarkę z Warszawy. Zarówno ołtarz główny jak i boczne zostały odnowione. Najcenniejszym obiektem kościoła jest krzyż z rzeźbą Chrystusa, umieszczony na tęczy. Należy także wspomnieć o organach, które zostały podarowane naszej parafii prze radomską parafię na Glinicach. Ofiarodawcą był pierwszy proboszcz Bardzic – ks. Stefan Popis. Na terenie placu kościelnego stoi osobno drewniana dzwonnica. Zbudowana jest w kształcie słupa. Dzwon, wykonany przez firmę Felczyńskich z Przemyśla, został zakupiony przez parafię w latach dziewięćdziesiątych. Nie sposób nie wspomnieć o sporych zasługach obecnego proboszcza, ks. Eugeniusza Maja, który przybył do Bardzic w roku 1974 i pozostaje tu do dzisiaj. Wszelkie zmiany zawdzięczają parafianie właśnie jemu. Kościół w Bardzicach stał się miejscem, do którego zdążają nie tylko ciekawscy turyści, ale także znawcy sztuki – architekci, malarze, rzeźbiarze." źródło: Urząd Gminy w Kowali Ponieważ budynek był zamknięty, fotki jakie porobiłem, to tylko otoczenie budowli. Główna brama: Mój sprzęt: Na terenie Parku znajduje się rzeźbiona w drzewie droga krzyżowa. Przy jednej ze stacji... ...głaz z pamiątkową tablicą: Kościółek od frontu: Alejka: Dzwonnica: Zwieńczenie wejścia do nawy bocznej - organista: Czyżby Święty Bobola? ale, z Wilkiem...? To Święty Franciszek. Widok z tyłu: Piękna rzeźbiona brama boczna: Będąc na terenie Parku przeprowadziłem bardzo ciekawą rozmowę ze starym Księdzem (85 lat), który przyszedł sobie na spacerek wśród drzew. O historii tego miejsca, o tym co tu zrobił. Okazało się, że większość parkowych drzew - sadził on. Całe życie praktycznie w tym samym miejscu... Niezwykle barwna postać. Po pogawędce należało udać się do domu. Powrót po godzinie 19. Pierwszy dzień rowerowy zaliczony! Tyłek trochę boli, a w nogach 32km. Może to nie szczególny rezultat - ale jestem mega zadowolony z takiego początku weekendu i rozgrzewki. Podróżowanie, turystyka rowerowa - to jest to! Pozdrawiam serdecznie i zachęcam do zamieszczania w tym wątku Waszych rowerowych przygód i podróży. Tych małych i tych dużych. Nim się zacznie, przynajmniej dla mnie, nowy Sezon narciarski 2013/2014 mam nadzieję na poznanie wielu ciekawych miejsc, na dwóch kółkach zasilanych siłą mięśni. marboru1 punkt
-
Witam,Od tego sezonu rozpocząłem własnoręczny serwis narciarski, jednakże mój budżet był ograniczony, więc postanowiłem zaoszczędzić na imadle. Zrobiłem sobie taki stół serwisowy + imadło. Wyszło tanio i dobrze. Piszę o tym, bo imadło to droga sprawa (200- 300 zł) i jeszcze dochodzi do tego stół. Pod stołem jest składana folia budowlana - najgrubsza dostępna w Majstrze. Oto zdjęcia: Cały stół jest wykonany z płyty OSB 12 mm, jednak poziomą, główną część można wykonać z grubszej, tj. 22 mm. Powyżej widzimy podstawki na obu końcach pod narty powinny one mieć wysokość 20 cm. otoczone są taśmą akustyczną, aby nie ranić narty. Wykonałem również wcięcie do ostrzenia krawędzi bocznej. Do tej podstawki przykręcona jest taka dziwna kształtka metalowa, ale można normalnie użyć kątownika. Powyżej widać środkową, regulowaną podpórkę do nart. Górna część wykonana jest z dwóch ćwierćwałków, jednak można ją wykonać z innego, dostępnego pod ręką kawałka drewna. Ćwierćwałki są przybite gwoździami do "wsporników". Te z kolei są przymocowane do głównej płyty za pomocą kątowników, śrub i motylków. W prawym dolnym rogu widzimy haczyki. Ja przymocowuję narty do stołu za pomocą linek, które przywiązuję do wiązań. Wtedy wszystko się mocno trzyma siebie. Pomocny jest węzeł tzw. chwyt aspiranta, o którym w następnym poście.1 punkt
-
Samnaun Niby strefa wolnocłowa,ale nie ma co kupić,wódka i papierosy mnie nie interesują,kosmetyki u nas też można kupić w dobrych cenach. Ciuchy i sprzęt narciarski droższe jak w Austrii,pod koniec sezonu można trafić na niezłe promocje. Do Nauders wróciliśmy inną drogą; L348 -dużo lepszy i szybszy wariant. Koniec1 punkt
-
Mamy mało czasu na zwiedzanie,musimy zdążyć zpowrotem do Samnaun przed zamknięciem wyciągów.Taxi albo nocleg w Ischgl -droga impreza. Znowu w górach. Tutaj odbył się koncert Deep Purple Powrót do Szwajcarii1 punkt
-
1 punkt
-
Schroniska są bardzo nowoczesne Do Ischgl zjeżdzamy chyba najładniejszą trasą nr 7 Ischgl to bardzo ładne i klimatyczne miasteczko,a jednocześnie największa imprezownia w Tyrolu. Dolna stacja gondoli,jednej z trzech. Do centrum prowadzi podziemny tunel1 punkt
-
Rowerowy Radom cz. 1 Po dwóch dniach deszczu, nareszcie przestało padać. Dookoła kałuże i mokro. Ponieważ ryzyko dalszych opadów jest olbrzymie, postanowiłem zrobić krótką rowerową podróż po moim mieście rodzinnym. Po Radomiu. Miejsce to, ani nie jest szczególne, ani nie ma w nim wielu atrakcji turystycznych. Jest raczej przedmiotem dowcipów. Szczerze – to się nie dziwię…ale… No właśnie – tutaj też można coś zobaczyć. Zapraszam Was zatem w tą krótką podróż. Nim jednak do niej przystąpicie, kilka słów wstępu. „Radom – miasto na prawach powiatu w centralno-wschodniej Polsce, w województwie mazowieckim, położone nad rzeką Mleczną. Największy ośrodek miejski w widłach Wisły i Pilicy. Czternaste co do wielkości miasto w Polsce. Siedziba powiatu radomskiego i kurii diecezji radomskiej. Był miastem królewskim Korony Królestwa Polskiego. Według danych z 30 czerwca 2012 roku miasto miało 220 062 mieszkańców.” Do niedawna moje miasto słynęło z Zakładów Łucznika, gdzie jak wiadomo produkowano nie tylko maszyny do szycia…produkowana była i jest broń. Niegdyś chluba… …a dzisiaj? Nieco relikt… „Łucznik” a w tle nowoczesne Multikino Helios: Po długim zjeździe ścieżką rowerową na ulicy Grzecznarowskiego, kieruję się przy dworcu PKP w stronę Centrum. Po drodze mijam w połowie zburzoną Halę widowiskową Radoskóru (niegdyś jednego z większych producentów obuwia w Polsce). Jako małe dziecko, w tym miejscu widziałem koncerty Eleni i Mazowsza. Dzisiaj można zobaczyć tu kolorowe graffiti: Jeszcze kilkaset metrów i wjeżdżam do Parku. „Park powstał w 1827 roku jako ogród angielski, jednak oficjalnie, w postaci jakiej widzimy go dzisiaj, powstawał w latach 1865 – 1877. Zajmuje obszar 7,6 hektara, na którym dominują drzewostany kasztanowca. Od początku istnienia park był jedynie lekko modernizowany w celu poprawy komfortu wypoczywających bądź ułatwienia poruszania się po obiekcie. Generalnego remontu park doczekał się dopiero w 2010 roku, gdy władze miasta wyłożyły ponad 7 mln złotych na gruntowny remont. Wówczas miały powstać nowe alejki, place zabaw, stoliki do gry oraz nowo wybudowany szalet miejski. Parkiem zarządzają władze miejskie. W bezpośrednim sąsiedztwie obiektu znajduje się m.in. klub środowisk twórczych Łaźnia, katedra Radomska, gmach prezydium oraz galeria Rosa. Park jest wpisany do rejestru zabytków.” Główna Aleja rozpoczyna się świetnymi słowami śp. Biskupa Chrapka: „Bazylika katedralna Opieki Najświętszej Maryi Panny w Radomiu – neogotycka świątynia znajdująca się przy ulicy Henryka Sienkiewicza 16 w Radomiu. Zbudowana w latach 1894-1911 według projektu Józefa Piusa Dziekońskiego. W 1981 r. ustanowiona konkatedrą diecezji sandomierskiej-radomskiej, zaś 25 marca 1992 r. – katedrą diecezji radomskiej. Jest kościołem parafii Opieki NMP.” W Parku znajduje się rzeźba Naszego wielkiego kompozytora: Oraz Wieszcza związanego z Ziemią Radomską: Wyjeżdżając z Parku – na wprost mamy Prezydium Miasta: Widok ulicy Żeromskiego oraz deptaka: Na środku tego głównego traktu znajdują się fontanny miejskie (obecnie w przebudowie) oraz Kościół Garnizonowy, w którym w dniu dzisiejszym odbywała się uroczysta, patriotyczna msza. „Pierwotnie była to cerkiew pod wezwaniem świętego Mikołaja wybudowana w 1902 roku według projektu Wiktora Syczugowa, zmodyfikowanego przez innego rosyjskiego architekta - M. Preobrażeńskiego. Świątynia została poświęcona w dniu 9 lutego 1902 przez lubelskiego biskupa prawosławnego Hermana. W 1918 roku cerkiew została przejęta przez wojsko polskie. Zniszczona podczas działań wojennych budowla miała być przebudowana na Muzeum Ziemi Radomskiej. Zwyciężyła jednak koncepcja przebudowy świątyni na kościół garnizonowy pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa. Przebudowa miała miejsce w latach 1925-1932. Autorem tej przebudowy był radomski architekt Kazimierz Prokulski. Uroczysta konsekracja świątyni obyła się w 1930 roku.” Widok w górę ulicy Żeromskiego. Zwróćcie uwagę na znajdujących się po lewej stronie fotki historycznych przebierańców:1 punkt
-
Rowerowy Radom cz. 2 Jadąc w dół deptakiem, docieram do skrzyżowania z ulicą Traugutta. Tutaj znajduje się: „Zespół klasztorny bernardynów w Radomiu – późnogotycki zespół sakralny zlokalizowany przy dawnym przedmieściu lubelskim (dzisiejsza ulica Żeromskiego) w bezpośrednim sąsiedztwie Miasta Kazimierzowskiego. Fundowany w 1468 r. Jeden z najlepiej zachowanych kompleksów klasztornych w Polsce. Początki klasztoru oo. Bernardynów w Radomiu sięgają drugiej połowy XIV wieku, kiedy to ów zakon został sprowadzony do Polski przez króla Kazimierza Jagiellończyka. Radomski klasztor był piętnastym z kolei w Polsce. Miejsce pod jego budowę zostało wyznaczone w 1468 roku, a w kolejnym zostało zatwierdzone przez biskupa krakowskiego. Początkowo kościół i klasztor, wybudowane w ciągu jednego roku były drewniane. Ponieważ znajdował się on poza murami miasta (w myśl klasztornej reguły – przy drodze publicznej), przyjął on formę twierdzy otoczonej wałami, pozwalającej na obronę w przypadku ataku nieprzyjaciela. Kościół przyjął wezwanie św. Katarzyny Aleksandryjskiej.” Podążając dalej wjeżdżamy na ulicę Rwańską. Tutaj także znajduję się zabytkowa świątynia. „Kościół Farny św. Jana Chrzciciela w Radomiu - erygowany przypuszczalnie po 1325, a prawdopodobnie przed kazimierzowską lokacją miasta. Król Kazimierz Wielki lokował Nowy Radom najpierw na prawie średzkim około 1340-1360, potem w 1364 r. na prawie magdeburskim. Wraz z miastem uposażył nową parafię pw. św. Jana. Pierwsza wzmianka o istnieniu parafii pochodzi z 1408 r. (przed 27 lipca 1408). Około 1360-1370 r. został wzniesiony z czerwonej cegły pierwotny, jednonawowy kościół, fundacji Kazimierza Wielkiego. W wiekach XV i XVI dobudowano kaplice boczne. Pierwszą z nich była kaplica Świętego Krzyża. Drugą, która zachowała się do czasów współczesnych była kaplica obecnie zwana różańcową, ufundowana w 1481 r. przez mieszczanina radomskiego Jana Warcaba. Trzecią była kaplica Kosnowska (św. Anny) wzniesiona w 1495 przez małżonków Wojciecha i Annę Kościeni. Czwartą była kaplica Baryczkowska wzniesiona w 1500 przez Stefana Baryczkę obywatela Radomia. Święty Kazimierz Jagiellończyk, rezydując w Radomiu z polecania ojca w latach 1481-1483, traktował świątynię pw. św. Jana jako zamkową i częste miejsce swej modlitwy. W 1495 r. inny syn króla Kazimierza IV Jagiellończyka, Fryderyk, w kościele tym uroczyście otrzymał bullę nominującą go do godności kardynalskiej z przynależnymi jej oznakami.” A to kto? Jedziemy kilkanaście metrów ostatnim fragmentem deptaka i docieramy do Rynku: Znajdują się przy nim takie budowle jak: Ratusz (w obecnej chwili mieści się tu archiwum): Muzeum im. Jacka Malczewskiego: Pomnik Czynu Legionów Opuszczam Rynek i kieruję się do kolejnego ważnego miejsca dla radomian. Nim jednak tam dotrę mijam „resztki” Zamku Królewskiego” wraz z murami miejskimi: Ta budowla, która powstała za czasów Kazimierza Wielkiego niestety została zrujnowana w czasie Potopu Szwedzkiego. Jadę dalej. Kolejny przystanek: „Kościół św. Wacława w Radomiu – wzniesiony w 1216, ufundowany przez księcia Leszka Białego. Wyposażony przez jego syna Bolesława Wstydliwego. W 1440 został rozbudowany i częściowo przebudowany w stylu gotyckim. Wzniesiony pierwotnie z palonej cegły jako kościół parafialny dla parafii staroradomskiej. Zastąpił w tej funkcji dawniejszy Kościół św. Piotra. W kościele mogło się pomieścić około 800 wiernych. W pobliżu głównego gmachu znajdowała się drewniana dzwonnica z sygnaturką, mieszcząca trzy dzwony. Na terenie przykościelnym znajdował się cmentarz. Przy kościele funkcjonowała, przynajmniej w latach 1688-1747 szkółka parafialna. Kościół w swej historii padał wielokrotnie ofiarą kradzieży.” Dość zabytków i Kościołów. Kieruję swojego Authora w kierunku radomskiego miejsca rekreacji. Zalewu na Borkach:1 punkt
-
Rowerowy Radom cz. 3 „Zalew Borki – zbiornik wody w Radomiu, o powierzchni 9 ha. Mieści się na terenie dzielnicy Borki, przy ulicy Krasickiego. Zalew wybudowano w latach 70. XX w. – w dużej mierze w czynie społecznym. Już w II połowie lat 80. pojawiły się problem z napełnieniem akwenu wynikające z drastycznego obniżenia poziomu wód gruntowych w okolicach Radomia (lej depresyjny narastał kilkadziesiąt lat a jego apogeum przypadło właśnie na koniec lat 80.) a także nieszczelności dna zbiornika. Nieszczęściem okazała się także sieć kolektorów deszczowych wybudowanych w ten sposób, że skutecznie drenowana była zawartość zbiornika. Zdewastowany w latach 90. zalew i otoczenie doczekały się poważnych inwestycji w latach 1999-2001. Odnowiono nieckę zalewu i uszczelniono dno, wyremontowano jaz czołowy i jaz kozłowy, oczyszczono stawy odmulające, wybudowano kładkę w południowej części akwenu. Zrealizowano nowe pomosty i ścieżkę rowerową wokół zalewu. Dokonano licznych nasadzeń i wytyczono alejki spacerowe. W wodzie występuje kilkanaście gatunków ryb takich jak szczupaki, karpie, okonie, liny, karasie, płocie, klenie, amury, sandacze, jazgarze, japońce, bassy oraz sumy.” W trakcie kilku kółeczek wokół akwenu (dookoła trasa rowerowa o długości 2km) jestem świadkiem pięknego długiego holu Karpia: Po kilku minutach kibicowania, ryba przy samym brzegu spina się i odpływa spokojnie. Nim to nastąpiło zdążyłem zrobić fotkę Pełnouskiego, którego wielkość szacuję na ponad 10kg. Widok na akwen z drugiej strony: Kaczka: W Radomiu mamy również wodospad… Na samym początku Zalewu znajduje się ostoja ptactwa wodnego: Po zrobieniu kilku kilometrów wokół – przerwa. Jadę na kawę do kolegi z forum, na co dzień dobrego mojego Kumpla Piotrka „Expata”. Kawa kończy się grillem…no i niestety spalone kalorie idą w „gwizdek”. Snujemy plany przyszłego wyjazdu rowerowego i niestety zaczyna padać deszcz. Rower po przejechaniu 16,5km zostaje u kumpla w garażu a on podwozi mnie do domu. Niebo się zaciąga i zaczyna siąpić… …robię jeszcze jedną fotkę kwitnącej magnoli i jestem w domu. Kończę powoli relację – rower trzeba odebrać, bo przestało padać. Po dwóch nudnych dniach długiego weekendu chwilka relaksu w ruchu. Mam nadzieję, że nie zanudziłem Was swoim miastem i wycieczką po nim. Pewnie jeszcze nie raz coś o nim w tym wątku wspomnę i pokażę więcej ciekawych, godnych polecenia miejsc. Tym czasem pozdrawiam serdecznie. marboru PS. Wszystkie cytaty w cudzysłowach: Wikipedia.pl1 punkt
-
1 punkt
-
Następnie szybką 4-osobową kolejką pniemy się jeszcze wyżej na wysokość 2850m.Po drodze podziwiamy jeszcze mniejsze Sulden. Daleko majaczą chmury nad Austrią Z górnej stacji można zjechać dwoma niebieskimi trasami na dół,albo pnąć się jeszcze wyżej.podrodze mija się takie schronisko; I jeszcze jedna kolejka ,też szybkie wyprzęgane 4-osobowe krzesło; Wyżej się nieda,chyba że na piechotę,co niektórzy czynią; W oddali majestatyczny Ortler; A w dole wspaniałe trasy1 punkt
-
No to zaczynamy zabawę:biggrin: w Nauders http://www.nauders.com/pl Cześc,poranek przywitał nas chmurami i mgłą,a nawet zaczęło troszkę pruszyć. Ociągając sie ruszyliśmy na stok,od hotelu w którym mieszkamy jest to jakieś 800m,ale busy kursują co dzieięć minut. Widok z dołu był bardzo ponury;gondolki wywożące narciarzy ginęły we mgle,ale co robić,przecież przyjechałem tu jeździć.Wsiadamy pełni złych przeczuć,bowiem wszystkie prognozy nie dawały złudzeń na udany dzień.Wyjeżdzamy do góry i niespodzianka,nad mgłą jest całkiem nieźle; Rzut oka na tablicę; wszystko chodzi. Z gondolki przesiadamy się na krzesło i podziwiamy trasy Jest nieźle,jest po czym pojeździć. Przeważają trasy czerwone;długie i ciekawe Na czarnych też można poszaleć;trasa nr 25 - 70%nachylenia I wszędzie pusto,ludzi mało albo bardzo mało.Na czarnych jeździmy praktycznie sami.Przygotowanie tras-ideał.1 punkt







