Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 09.06.2015 w Odpowiedzi
-
Przeglądając jakieś stare pudła ze zdjęciami, znalazłem kilka fotek narciarskich: Miejsce to Zieleniec, ferie zimowe luty roku Pańskiego 1973. Tutaj wjeżdżam wyciągiem, na którym lina wkręciła mi spodnie o czy wspominałem w innym wątku. Na tej fotce wyraźnie widać jedno z niezbędnych narzędzi narciarza tamtych czasów, czyli klucz do wpinania się do wyciągu (ten na foto był bakelitowy o czym pisałem, też w innym wątku). Inna sprawa, że też ten klucz nie wyrządził mi krzywdy tak sobie dyndając w takim miejscu.... Na tym zdjęciu mój pierwszy instruktor i trener - przygotowywał mnie do zawodów o Puchar Orlicy( wystartowałem w dwóch edycjach tych zawodów dla dzieci - zawody pod niezmienioną nazwą rozgrywane w Zieleńcu są do dzisiaj) Tym instruktorem i trenerem był oczywiście mój Tato. Chociaż był samoukiem to bardzo dobrze jeździł na nartach i zawsze moim marzeniem było, żeby Jemu dorównać, a czy mi się udało ? Tego niestety nigdy już się nie dowiem. Jeszcze uzupełnienie sprzętu:Tato narty Alu 3200 PU, wiązania alfa, buty Alpina. Ja narty Alu 1100, wiązania Marker Junior, buty Alpina, spodnie granatowe z jakiegoś elastiku(tych nie zapomnę nigdy) no i sweter czerwono szary zrobiony na drutach przez moją mamę(dzięki mamuś).4 punkty
-
2 punkty
-
Dalsza część naszej wyprawy na Szczyrbski Szczyt czyli przejście granią na Hlińską Turnię. Materiału było z 2h trudno zmieścić na niecałych 6 minutach filmu skala trudności tej trasy to początek 1 i potem 0+ czyli taka Orla Perć miejscami bez łańcuchów, kamera niestety nie oddaje nawet w 50% tego jak było na żywo więc może się to wydawać spacerem sam mam takie wrażenie gdy to oglądam. Zapraszam na krótki film z tego przejścia. [video=youtube;b8Nu1TyswaA] Pozdrawiam Rafał2 punkty
-
Szczyrbski Szczyt plus przejście granią na Hlińską Turnię.Witam, jak wspominałem w poprzednim poście zrealizowałem wypad na w/w szczyt.Wyprawę zaczynamy żółtym szlakiem z Štrbské Pleso, zaparkowaliśmy tuż koło skoczni narciarskich za jedyne 10E, rankiem temperatura bardzo znośna coś w okolicach 9 - 12 stopni, początkowo szlak idzie w lesie jakaś 1h marszu nie jest wymagający więc spokojnie z małymi dziećmi można się wybrać. Po godzinie marszu las znika a zastępuję go kosodrzewina i mniejsza roślinność, zaczynają się już nam ukazywać dość ładne widoki na wyższe partie gór.:smile: w oddali nasz cel dzisiejszej wyprawy. Po około 30 min dalszego marszu dochodzimy do Vodospadu Skok i dalej do Kozich Stawów Wyżnich, bardzo urokliwe miejsce i dla większości turystów cel podróży tym szlakiem. W oddali widać mini plażę z krystalicznie czystą wodą, temperatura wody dość niska jeszcze ale za to bardzo ożywiająca. Jeden z wielu stawów w Dolinie Młynickiej Zatrzymujemy się chwile na posiłek w tym miejscu ale to nie był nasz cel wiec ruszamy dalej jeszcze żółtym szlakiem w kierunku Capiego Stawu. Nasz dzisiejszy cel coraz bardziej góruje nad doliną, swoja formą dość mocno przypomina piramidę. Udając się dalej szlakiem po kilkudziesięciu minutach docieramy do miejsca katastrofy helikoptera ratunkowego który rozbił się tutaj w 1979r (Tutaj można o tym przeczytać więcej) tagedię tą upamiętnia tablica i symboliczny pomnik z głazu można tam zapalić znicz.. Dodatkowo można tam miedzy szczelinami głazów znaleźć pozostawione szczątki helikoptera, dużo tego już niema pewnie turyści zabierają co chwila coś na pamiątkę. Po chwili ruszamy dalej i docieramy do Capiego stawu jest on częściowo zamarznięty jeszcze ale nie na tyle by chodzić po lodzie. Tutaj schodzimy ze szlaku, który prowadzi w lewą stronę na Bystrą Ławkę my natomiast udajemy się w prawo na Szczyrbski Szczyt,jeszcze rzut oka na stawy. I w końcu po małych przygodach z rakami (niewielki odcinek okazał się dość zlodowaciały) docieramy na szczyt 2395m.n.p.m i jeszcze mała panorama ze szczytu. Czas mieliśmy dość dobry sprzęt ze sobą więc na szczycie zapadła decyzja o przejściu grani na Hlińską Turnię z tego będzie film ale to w następnej części.Może jeszcze coś szkrobnę z wypadu rodzinnego do doliny Kościeliskiej dla zaczynających przygodę z Tatrami i ogólnie pojętą turystyką górską.Pozdrawiam Rafał2 punkty
-
CześćJa byłem nad moją ulubiona rzeką - Welem - tym razem stacjonarnie na jednym z dwóch najpiękniejszych miejsc biwakowych jakie na rzekach poznałem. Byliśmy sporą grupą - 6 rodzin! ale mimo to udało się przepłynąć kawałem rzeki. Niestety z racji długiego weekendu i pięknej pogody grup kajakowych sporo i niestety w większości troszkę mało cywilizowane to grupy były. Odcinek króciutki bo część osób w załogach damsko-dziewczęcych pierwszy raz na kajakach była. Poza tym grupa duża - 10 dwójek i dwie jedynki więc wiadomo jak to idzie. ;)Cieszę się, że syn zaprzyjaźnił się na dobre z jedynką. Parę zdjęć - wprawdzie nie z tego roku ale z tej rzeki: [ATTACH=CONFIG]22952[/ATTACH] Ostatnie zdjęcie ma już wartość poniekąd historyczną (zrobione w 2009). Jest na nim staw portowy w Nowym Mieście Lubawskim gdzie kiedyś kończyło się spływy - obecnie praktycznie całkowicie zamulony i niedostępny.Pozdrowienia2 punkty
-
2 punkty
-
JC napisał,że jesteś MISZCZ.: A ja napiszę MISZCZ ŚFJATA.:angel: Jesteś nim z pewnością Johny.:applause:1 punkt
-
Jeślibyś odebrał w Skawinie albo Krakowie, to mam syntetycznego "Małacha" na -5, rozmiar L. Używałem na lekkim mrozie i było ok. Z tym, że to już było ponad 10 lat temu, a nie wiem czy śpiwory trzymają parametry.1 punkt
-
Jeżeli nie pojadę na Grossglocnker'a albo Triglav to mam do pożyczenia Quechue Light 0st syntetyk Tkomf 0st(kobiety) Tlim -5st(mężczyźni). Ale niestety rozmiar M czyli wzrost niby 170cm (ja przy 174cm mam spoko), waga 1440g. Pozdrawiam Tomek1 punkt
-
1 punkt
-
Cześć Mam do oddania Mój stary śpiwór. To był śpiwór wyprawowy - 1,5 kg nieodtłuszczonego puchu ( we związku z tym charakterystycznie wali ) Niestety jest już trochę przechodzony i ma zepsuty zamek ale ciepły jest z pewnością. Jeżeli nie załatwisz sobie nic lepszego masz go u mnie. Pozdrowienia1 punkt
-
Witam, asekuracji jest więcej za mną idzie jeszcze kolega tylko nie ujętej na filmie tak jak pisałem 2h w 5min, dość często wykorzystywaliśmy tam naturalne szczeliny wystające głazy do zakładania liny po przeciwnej stronie w razie upadku dość skutecznie by to ułatwiło asekurację upadającego. Co do lotnej to jest wiele teorii na jej temat jednym jest potrzebna by się czuć bezpiecznie innym będzie to bezpieczeństwo zmniejszała czyli jak spadnie kolega to ja też, nie chce się wdawać w dyskusję czy wszytko tam było jak należy, osobiście czułem się bezpiecznie na tej grani. pozdrawiam1 punkt
-
Johnny przed taką wyprawą naładuj w siebie węglowodanów i miej zapas choćby batonów, rodzynek, batonów musli, żeby Cię nie odcięło, a po tym co piszesz to chyba to Cię spotkało. Nie chodzi o ilość żeby się najeść czy zaspokoić głód, a o bieżące dostarczanie głównie właśnie węglowodanów. Tak samo regularnie uzupełniać płyny, choćby samą wodą mineralną, żeby się nie odwodnić i żeby organizm mógł cały czas pracować na obrotach.1 punkt
-
Petycja do burmistrza Szczyrku Napisałem petycję do burmistrza Szczyrku w sprawie Mullera GMD z Dolin. Bardzo proszę, żeby jak najwięcej osób się pod nią podpisało. Albo pisząc w tym wątku, albo do mnie na prywatną wiadomość (potrzebne jest imię i nazwisko )Petycja zostanie wysłana dzisiaj wieczorem albo jutro. Jak macie jakieś pomysły na ew. poprawki, to napiszcie je.1 punkt
-
cz.4 - powrót Kawałek za spływem kończy się trasa po wale,ale szlak jest nawet dość dobrze oznakowany,więc staram się go trzymać.Jak się teraz okazuję,jechałem tak jak wspomniał SB.Trasa jest super!Niemal cały czas przebiega obok wału,jest równa,asfaltowa,tylko na krótkich odcinkach szutry bądź dziury w asfalcie. Właśnie przy takich krótkich odcinkach znów się przekonuję,jak bardzo przydałby się full... Kiedy ma się już ok 150 km w nogach,wszystko zaczyna przeszkadzać. Nie spieszę się,już zrobiłem co miałem zrobić. Po drodze zaopatruję się w napoje,ale nie pomyślałem o jedzeniu i to był błąd! Ale do 160 kilometra jakoś idzie,a czasem mam takie fajne miejsca do wypoczynku - przystanek PKS i miękkie krzesełko.To na pewno dla mnie... :wink: Zastanawiałem się jak długo tak można jechać i nie opaść z sił.No to się dowiedziałem.Mniej więcej ok 160 kilometra pojawił się pierwszy kryzys i musiałem nieco zwolnić,czasem chwilkę odpocząć w cieniu.Ponieważ trasa,którą dojechałem do Zatoru jest pagórkowata i sporo tam długich,męczących podjazdów,postanawiam jechać dłuższą,ale pozbawioną takich atrakcji,na Oświęcim. Droga fajna,ale ja z każdym kilometrem tracę siły. Pomyślałem,żeby uderzyć do Mc-Donalds w Oświęcimiu,ale do niego było jeszcze daleko.Niestety i tak innej opcji nie miałem,jadąc bokami. Klimatyczny mostek: Śluza w Oświęcimiu - spora! To wyraźnie się odbiło na mojej kondycji.Chyba organizm nie miał już z czego czerpać i do tego zbierało mnie na wymioty.Jakoś nie chciało mi się szukać wspomnianej restauracji,bo nie pamiętałem jak tam daleko,więc tylko sobie odpocząłem na jakiejś ławeczce w parku.Uznałem,że lepiej będzie zatrzymać się przy jakiejś stacji benzynowej i wciąć jakiegoś Hot Doga.Tak też zrobiłem.To znaczy zatrzymałem się przed Brzeszczami i kupiłem dwa. Niestety nie byłem w stanie przepchać je przez gardło,do tego było mi niedobrze.Jednego się udało,drugiego napocząłem i... wywaliłem.Jednak chwila odpoczynku + posiłek wyraźnie postawiły mnie na nogi i już do końca jechałem bez żadnych niemiłych przygód.A w domciu czekał Schabowy! :cheerful: Schabowy i baaardzo zimne piwo! :angel: Można otworzyć szampana! Podsumowując.Dziś zrobiłem 225 km.Trasa sporo mnie nauczyła i doświadczenia przydadzą się na przyszłość.Przede wszystkim nie wolno lekceważyć posiłków.Dobrze jest też mieć jakieś urozmaicenie odnośnie napojów.Najlepiej mieć te energetyczne i wodę mineralną.Przede wszystkim jeść regularnie!1 punkt
-
cz.3 - czas odpocząć i odwrót Pojeździłem nieco,więc czas na posiłek i odpoczynek.W tym momencie mam na blacie 120 km. Poszukałem sobie odpowiedniej,tradycyjnej "restauracji" i właściwego miejsca do odpoczynku.Fontanna wydawała mi się najwłaściwsza.Ten Pan jest bardzo sympatyczny i rozmowny.Potrafi zaskoczyć swoich klientów... Obważanki skonsumowane.Czas ruszać pozwiedzać i sobie pojeździć.Kraków to bardzo przyjazne miasto dla rowerzystów,więc nie chciało mi się stąd w ogóle wyjeżdżać.Najchętniej zostałbym na dłużej. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i czas wracać.Kieruję się powoli nad Wisłę i dalej w kierunku wspomnianej "Wiślane Trasy Rowerowej".Ostatnie spojrzenie i ruszam w drogę. Wspomniana trasa jest mocno oblegana,niemal korki!Rowerzystów mnóstwo! Ciągle muszę wyprzedzać,czasem na trzeciego... Raz sam zostaję wyprzedzony przez gościa,który wyglądał na zawodowca - ubiór,rower itp.Pomyślałem sobie,że pewnie przejedzie tak 5 km i zdechnie.Nie pomyliłem się.Po kilku kilometrach go dogoniłem i "siadłem na koło".Super się tak jedzie. Zero wysiłku,a prędkość spora.Do tego chyba go irytowała moja cykająca "wolnobieżka". Gość się stara,ale chyba puchnie,więc "zaatakowałem" na krótkim podjeździe.Jeszcze próbował się utrzymać,ale pociągnąłem nieco dłużej i więcej się nie widzieliśmy.Nie uważam się za mistrza,absolutnie,ale to taka mała satysfakcja,kiedy ma się ponad 130 km w nogach,a jeszcze można złoić komuś skórę.Komuś,kto wygląda na dobrze wytrenowanego. Jazda po wale się kończy i natrafiam na coś takiego.Chyba każdy może spróbować pod opieką instruktora.Nurt jest mocny!1 punkt
-
Mi wczoraj podczas wieczornej przejażdżki przyszedł spontaniczny pomysł na przejażdżkę odrobinę większego kalibru dziś. Trasa już częściowo przejechana wcześniej, podjazdy zaliczone,ale na MTB. A różnica pomiędzy MTB, a "szosą" jest taka, że to co w pierwszym przypadku jest wyprawą, to w drugim przypadku jest popołudniową igraszką ;-)Beskidy, okolice Jeziora Żywieckiego, ale bez jakichś ekstremów, więc początkowy transfer pociągiem. Planowy wyjazd 9.39. Na dzień dobry psikus na stacji kolejowej w Skawinie - na tablicach podany peron 1, zaś tuż przed przyjazdem komunikat: "pociąg ze stacji blablabla do stacji blablabla, wjedzie na tor przy peronie drugim"... nosz super, uwielbiam takie wycieczki w podkuwanych butach :]W Małopolsce, mało gdzie się jeszcze ostały pociągi, ale przynajmniej jak już coś jedzie, to na eleganckich składach. Więc wsiadam do jednego z ostatnich nabytków województwa, w środku klima, kierunek B-B, ja wysiadam w Andrychowie. Po drodze, między Wadowicami, a Andrychowem zastanawiam się czy jednak nie wysiąść z pociągu, bo na rowerze chyba byłoby szybciej ;-) Wysiadka dość nieprzyjemna - z klimatyzowanego pociągu na rozgrzany peron, no tak, godz. 11...Mój pojazd techniczny odjeżdża... A ja zostaję sam z moim wehikułem... Początek z Andrychowa w stronę Przełęczy Kocierskiej. Słońce praży nieznośnie, a klimatyzacja pod górę nie działa ;-) Sam podjazd dość znany i ceniony, jako że na samym początku trasy, więc udaje się "zrobić" na raz i w nienajgorszym tempie. Tereny ładne, ale nie chciałem się zatrzymywać na zdjęcia przed przełęczą, a potem na horyzoncie pojawił się inny kolarz, a dystans zmniejszał się bardzo powoli, więc już niestety nie można było się zatrzymywać, tylko trzeba było gonić :-)Udaje się doścignąć zawodnika na samej przełęczy, potem długi i bardzo fajny zjazd w stronę Żywca. Nawierzchnia na tyle dobra, że nie czuć zbytnio prędkości, ale jak na liczniku pojawia się "6", to już trzeba sobie powiedzieć: prrrr... szalony. Cały czas mam nadzieję, że wreszcie w tym roku uda się skończyć sezon na zero (w upadkach) :>Po zjeździe zaczyna się jazda wokół zbiornika wodnego - cały czas hopki góra - dół. Nie lubię tego odcinka. Potem małe zabłądzenie i wreszcie zaczyna się podjazd pod narciarski Żar. Po drodze krótki postój przy dolnej stacji kolejki... I dalej ostro w górę. Tym razem już na kilka razy, ale jest w miarę znośnie. No, nie licząc pogody - na szczycie góry nomen omen Żar, piecze straszliwie. Przed wyjazdem w domu, położyłem tynk (z kremu) w dużej ilości, ale zapowiada się, że nie wystarczy :] Wokół jak to na Żarze, pełno latających i sporo kolarzy. Czas na kilka ujęć: Pizza i w drogę...Dalszy ciąg to już głównie nabijanie kilometrów ruchliwymi drogami, byle do domu...W planie miałem pojechać tradycyjnym skrótem Czaniec - Andrychów, ale przegapiłem skręt, psiakrew... Autem nigdy nie mam z tym problemów, a na rowerze przy znacznie mniejszej prędkości się udało...Zatem przejazd przez Kęty, Andrychów, do Wadowic. Tam skrótem w kierunku Brzeźnicy i Skawiny, ale i tutaj mylę drogę zjeżdżając z obwodnicy Wadowic o jedno rondo za wcześnie. Konsultacja z panem GiePeeSem i powrót na właściwą drogę.Jeszcze jedna kilka mniejszych podjazdów i tor wyścigowy, czyli DK44 do Skawiny. Na szczęście w niedziele mało tirów jeździ. Końcówka ile fabryka dała, bo na liczniku blisko do poprawienia drugiej cyfry ze średniej. I w końcu dom... uffAuuuu... piecze :]1 punkt
-
cz.2 - wjazd do Krakowa Przeprawa promowa nie jest długa,wręcz dziwię się,że tu jakiś lekki mostek nie postawią,ale ja się nie znam. Dalej olałem jakiś oznaczony szlak,bo te ciągle pojawiają się i znikają - tak z doświadczenia.Chyba to był błąd,ale przynajmniej udałem się do znanej mi bardzo dobrze drogi.Jeśli dobrze pamiętam oznaczenie,to nr 780. Niestety samochodów tu sporo,ale długo nią nie jechałem,bo spostrzegłem piękną,asfaltową drogę na wałach.Od tego momentu jazda była czystą przyjemnością. Tą trasą docieram na przedmieścia,gdzie wszędzie i w każdym kierunku wiodą dobrze utrzymane ścieżki rowerowe.Ja bym powiedział nawet drogi,bo ścieżki to takie "popierdułki" są... Dość szybko docieram do centrum i tu pierwsza ciekawa atrakcja.Jak będę następnym razem,to na pewno skorzystam! Nie ma w Krakowie żadnej wieży widokowej,czy jakiegoś drapacza chmur,to jest coś takiego: Dalej pojeździłem sobie wzdłuż Wisły,bo to niewątpliwie jedno z najlepszych miejsc dla rowerzystów.Sporo tu pływających restauracji,czy też różnej maści statków wycieczkowych.Ale przy tym upale to najchętniej bym do wody wskoczył! Dalej jazda na starówkę.Najfajniejsze jest to,że dla rowerów nie ma tu żadnych zakazów.Jeździć można wszędzie,a drogi są wyraźnie lepsze niż przy ostatniej mojej wizycie.Mam też wrażenie,że odnowiono wiele budynków,jakoś tak wypiękniał ten Kraków. Najciekawsze jest to,że język polski jest w zdecydowanej mniejszości! Najczęściej słyszę niemiecki,później węgierski,czeski,słowacki (choć te dwa trochę trudno rozróżnić...),dopiero dalej angielski.Sporo też Azjatów.Kraków stał się prawdziwą światową metropolią.1 punkt
-
Do Iłży - wyjazd prawie hardkorowy ;-) 124 km Cz. 1 Johnny katuje ekstremalne odległości, a ja spokojnie wkręcam się w sezon :wink: Zaliczone pierwsze 1100km w sezonie i codzienna jazda po kilka kilometrów...a że w długi weekend miałem czasu nieco więcej - Paula już nie pisze się na tasiemce - postanowiłem wyprawić się do Siczek (taki kurort z wodą w okolicach Radomia) przez Iłżę (zupełnie nie po tej stronie miasta). Trasa wyszła odległościowo jak dla mnie bardzo fajnie - 124 km (mój nowy rekord odległości) ...ale w upale jedna nie była przyjemna. Początek ok godziny 8:30 i pogoda jeszcze znośna. Dosyć szybka jazda, delikatny wiaterek w twarz i odrobina ochłody w mijanych fragmentach lasu. Poniżej fotka w miejscu, które nie raz już prezentowałem w zimowej aurze w relacjach narciarskich, w drodze do świętokrzyskich stoków. Teraz zgoła inaczej - kwitnąco: Ciepło, dookoła zielono i buchający żarem asfalt - choć godzina dopiero ok 10siątej... Chwila przerwy przy okolicznych stawach dała odrobinę wytchnienia i wilgoci. Stary młyn? W czasie tej wycieczki maki przykuwały człowiekowi wzrok do siebie. ...nie to, że byłem na głodzie jakimś :wink: Przedmieścia Iłży witają mnie wielkim piecem garncarskim. Odrobiną patriotyzmu: A przede wszystkim tutejszym zamkiem, a w zasadzie ruinami zamku.1 punkt
-
Warka - Góra Kalwaria, czyli Pilicą i Wisłą z Wiosłem. Cz. 1. Plan spływu Warka - Góra Kalwaria chodził nam (mi i kolegom), od dawna po głowie - nie wyszło wcześniej, bo pogoda, bo obowiązki, bo wiele różnych przeszkód. W Boże Ciało wreszcie się udało. Wszyscy wolne, pogoda wyśmienita, początek długiego weekendu, cały dzień przed nami a woda piękna. Mapa spływu: Przygodę zaczęliśmy w okolicach mostu kolejowego w Warce. Szybkie dmuchanie pneumatyków... radomska flota się nieco rozrosła - hahaha pasje zarażają :happy: Trzy Seawavy - w tym dwa z pokładami jednoosobowymi i z pojedynczą załogą - ekipa; Expat, Jacek, Paula i Ja. Humory dopisują i na Pilicy jesteśmy zaraz po 9tej. Otwieramy piwka i wypijamy symboliczny toast za dziewicze wodowanie jednostki Jacka. Sprzęt z pokładem "jedynką" jest super zwrotny, szybki a na dodatek ma olbrzymią moc załadunkową - jako kajak wyprawowy Seawave wydaje się być doskonałą jednostką. Zaliczając odcinek z Warki do ujścia...mogę śmiało powiedzieć, że mam w swojej karierze kajakarza zaliczoną prawie całą Pilicę...no może brakuje mi jeszcze do przepłynięcia dwa małe fragmenty - cóż, będzie trzeba uzupełnić te "czarne plamy" - w każdym bądź razie, rzeka jest być może i nudna ale z całą pewnością, woda, otaczająca przyroda, doskonałe towarzystwo powodują, że dzień jest wspaniały. Co kilkaset metrów, na meandrach pojawiają się wypłycenia i malownicze plaże. Płynąc trzeba uważać, by nie władować się na mieliznę - chwila nieuwagi i trzeba wysiadać z kajaka i go albo pchać, albo ciągnąć. Takie miejsca doskonale nadają się na przerwy w wiosłowaniu i rozprostowanie kości. Czas mija szybko i po minięciu mostu drogowego na trasie Sandomierz - Warszawa kończymy Pilicę wpływając na królową polskich rzek. Takie połączenie dwóch sporych cieków wodnych, to doskonałe łowisko wędkarskie. Wisła, to zupełnie inna kategoria...waga ciężka. Widoki po horyzont, woda, niebo, piasek - dzikość. Z wody, płynąc środkiem pośród fal, na wietrze dopiero dociera do człowieka jaki to ogrom i siła. Robimy przerwę obiadową na jednej z łach. Taka oto sytuacja: Chłopaki w jedynkach odpływają pod prąd i lądują nieco wyżej niż ja z Paulą. Nim do nich dochodzimy na piechotę - ognisko jest już prawie gotowe. Jemy kiełbaski i cieszymy się jak dzieci, że jesteśmy w miejscu praktycznie niedostępnym z brzegu. Ponieważ wiatr jest z tych wmordewindowych, zbieramy się po przerwie i szybko płyniemy dalej.1 punkt
-
Pod kanapą leżało parę długich kawałków lin – dla tych, którzy lubią te tematy:smile: Na placu boju - ciężki sprzęt I na koniec – zdziwienie – niespodzianka – a zarazem pytanie - a co robią te elementy na ogrodzonym placu przy Jontku??? – czyżby to składowe kolejnej układanki w kierunku Miziowej??? – no bo przecież aż tyle nie mogło im pozostać… To na razie tyle W „sezonie ogórkowym”….Pozdrawiam:smile:1 punkt
-
troche asfaltu, nieco lasu.....Wczorajsza pogoda wręcz zmuszała do wycieczki. Od jakiegoś czasu chciałem zobaczyć postępy odbudowy kośćiólka na Stecówce.... Miejsce znane wszystkim, który kiedykolwiek mieli styczność z Beskidem Slaskim, to od zawsze główny punkt przystankowy na szlaku na Baranią, zarówno od Wisły jak od Istebnej i od Kubalonki. Kościółek spłonął w grudniu 2013- prawie do fundamentów... wraz z wspaniała snycerką miejscowych stolarzy-artystów i rzeźbami Konarzewskich.... Odbudowa ma się całkiem ok, na szczęście upadł pomysł by odbudować go jako murowany (zgroza!) Docieram tam od strony Kubalonki szosowym podjazdem.... Okazuje się, że w Święto nie był to najlepszy pomysł, ale mimo to nie zostałem rozjechany przez setki samochodów i dziesiątki motocykli.... Głębce: Nowa droga Przełęcz Kubalonka Skoro już byłem w tym rejonie to miałem okazję sprawdzić mocno reklamowaną (przez 'wyciągowców' z NO i Cienkowa) trasę rowerową połaczoną z wyjazdami wyciągami (NO- zjazd do Cienkowa- Wyciągiem na Cienków- zjazd do Zapory). Oczywiscie wypadła mi ona 'pod włos' czyli z podjazdami na rowerze.... :-)O ile Kubalonka przeszła bez wrażeń to podjazd pod Cienków obnażył moją lichą kondycję.... w dodatku błądzę w podwórkach co kosztuje kolejne podjazdy... :-) ale w docieram do karczmy przy wyciągach w jednym kawałku i nawet umiem oddychać- nie jest źle.... :-)Scieżka na Cienków Wyzni Osrodek narciarski - wersja letnia Potem już zjazd do Malinki i podjazd trawersujacy Czupel (Klepki)Klepki od góry: Skocznia z nietypowej perspektywy Tu juz błądzę na potęgę ale dzięeki temu znajduję taki urokliwy 'singel' ciągnący się prawie 2km bez szczególnych podjazdów za to z kilkoma przenoskami przez potoki i bagienka.... Singiel wyrzuca mnie na nowe trasy na Nowej Osadzie... podłoże wyrównane, ubite walcem wibracynym..... Jesli będą dobrze naśnieżone to moga okazać sie sympatyczną alternatywą głownego stoku..... Trasa 'odwrotna' czyli ze wspomaganiem podjazdów wyciągami powinna być przejezdna dla każdego rowerzysty, może poza kilkoma pod/zjazdami pomiędzy NO i Klepkami - głownie z powodu stromizny i luźnych kamoli... dla wytrawnych 'gorali' będzie swietna zabawa. (ja te miejsca zaliczyłem z buta...moj rower jest mało gorski)http://www.gpsies.com/map.do?fileId=tyscujiuguompscchttp://www.cykloserver.cz/tipy-na-vylety/detail/?d=180170Przy okazji dyskusji o GPS- wydaje mi się że cykloserver podaje przewyższenia bardziej sensownie.PozdrawiamM1 punkt
-
1 punkt
-
To jest już po zawodach, już jest ciepło i temperatura nawet w nocy pw 0, wszystko płynie...1 punkt
-
Ja dzisiaj przejechałem tylko 9km :stupid: Ale to tak dla odprężenia ;-) Za to pojeździłem po Morskim Oku Z domu pojechałem wałem siekierkowskim Do Trasy Siekierkowskiej I przez Sobieskiego do parku Morskie Oko To jest to właściwe Morskie Oko A to taka podróbka :tongue:1 punkt
-
1 punkt
-
Testy rowerów Scott Dziś,razem z Andy-w i jego synami,wzięliśmy udział w testach rowerów Scott. Super impreza!!! :applause: Trasa wiodła spod sklepu na Kozią Górkę i dalej w dół.Podjazd dał mi nieco w kość,bo dawno nie podjeżdżałem szutrami,do tego nowy rower,w który trzeba było się "wjeździć".Na początku nieco odstawałem,ale później już bez trudu trzymałem tempo.Full suspension wymaga przyzwyczajenia,zwłaszcza na zjazdach.Trzeba też odpowiednio dopasować rower,choćby wysokość siodełka,co ja zrobiłem źle.Później dochodzi odpowiednie dopompowanie amorów itp... Ale maszyna robi wrażenie !!! Można poczuć,dlaczego warto wydać więcej pieniędzy... :wink: Ja testowałem Scott Spark 740 - rower All Mountain,to chyba się zwie w skrócie XC. Świetnie działające amortyzatory,do tego regulacja 3 poziomów z kierownicy podczas jazdy,daje niesamowity komfort. Andy-w miał nawet regulację wysokości siodełka,również z kierownicy! Super bajer! :applause: No to już wiem,że full ma dla mnie sens! Jak ktoś chce mi jeszcze odradzać taki zakup,niech sam się przejedzie... :wink: Jeszcze dodam,że na równy asfalt,można całkowicie zablokować oba amory (przód i tył) na kierownicy,jednym ruchem palca! Za chwilę kilka fotek (niestety komputer coś mi szwankuję) To muszę kupić!!! Pół melona w rowerach... :biggrin: Serwis na trasie Po jeździe grill: kiełbaski,mięsko,napoje,czekoladki itp... E-bike - ale czad!!! Wspomaganie elektryczne działa niesamowicie!!!1 punkt
-
Z Bielska-Białej w kierunku Brennej Witam. W tygodniu, po pracy mozolnie katuję rowerowe trasy w masywie Klimczoka, Szyndzielni, doliny zapory w Wapienicy. Tym razem wraz z moją połówką postanowiłem spełnić jej oczekiwania co do tras rowerowych. Wybraliśmy się z Bielska w kierunku Brennej przez Jaworze, Jasionki, Górki Wielkie i Górki Małe. Trasa prowadzi początkowo asfaltem, po czym poprzez las i dalej ścieżkami wzdłuż rzeki Brennicy. Jako, że pogoda dzisiaj dopisała, spędziliśmy wspaniałe niedzielne popołudnie pokonując w sumie ponad 40 kilometrów. Wskazania ze Sports Tarckera: http://www.sports-tracker.com/workout/jarow/556b3036e4b05dcecc6180e6 Kilka fotek: Pozdrawiam JaroW1 punkt
-
Szabasówka Pogoda w weekendy nie rozpieszcza, więc i pływania w tym roku jak na lekarstwo. Jednakże pomimo takich przeciwności, udało się wczoraj wyrwać na kilka godzin na wodę. Gdzie? Kilka razy już pływany Zalew Domaniów oraz wpływające do niego trzy rzeczki. Pstrągowanie (wiosłowanie pod prąd) ma swój urok - w szczególności na dużej wodzie. Główny cel - Szabasówka, maleńka rzeczka, gdzie przy normalnym poziomie wody, głębokość rzadko przekracza metr. Wczoraj ten malutki ciek zaskoczył zarówno prędkością nurtu jak i ilością wody. Na początku - razem z Andrzejem, kumplem, który mi towarzyszył musieliśmy nieźle się namachać, by przepłynąć ujście rzeki i przyśpieszony prąd na końcowych meandrach, potem - dwie przenoski na malutkich kładkach - przy normalnym stanie wody, spokojnie przepływa się pod. Im dalej płynęliśmy zaczęło pojawiać się coraz więcej przeszkód: zwałki, krzaki, drzewa ze swoimi koronami pochylone do samej wody. Cóż było robić? - przedzieraliśmy się przez to wszystko. Nasza droga pozostanie na długo, przejściem dla innych kajakarzy...pytanie tylko, czy ktoś tędy, poza nami w ogóle będzie płynął? Cóż? Nasza dziewicza podróż pozostanie na jakiś czas przetartym szlakiem. Wody na wodowskazach - full. W tle kościółek w miejscowości Mniszek. Minęliśmy drogę krajową numer 12. Tutaj trochę bardziej zaludnione tereny - działki, a z działek do wody prowadzą urocze pomościki. Drzewa, wierzby przy tym stanie wody - rosną w rzece. Dookoła piękna zieleń. Na kolejnej zwałce - przerzucenie kajaka się średnio powiodło, w trakcie spadł nam plecak do wody...i w tym miejscu niestety musieliśmy zawrócić, by go dogonić. Szkoda, bo w planach mieliśmy jeszcze co najmniej kilka kilometrów do przepłynięcia pod prąd... Zgubę dogoniliśmy po kilometrze i na powrót nie było już czasu. W każdym bądź razie - plecak, klucze od domu, kasa i czekoladki zostały uratowane - nauczka na przyszłość jest taka: by z debiutantem kajakowym, przy każdej przeszkodzie, która jest do pokonania, na głos wypowiedzieć dokładnie strategię jej pokonania. Nurt jest szybki i drogę powrotną pokonujemy "w mig". Żegnamy Szabasówkę, która na poniższym zdjęciu łączy się z Jabłonicą. Pod Jabłonice również wczoraj próbowaliśmy wpłynąć, tak samo jak w Radomkę - chaszcze są tak duże, że bez maczety nie ma co próbować płynąć dalej... ...cóż - trzeba wrócić w te regiony z "bronią". Podsumowując zrobione 17km wodą, w tym połowę "pod prąd". Wyprawa trwała pięć godzin i dała nam mnóstwo radości. Nie mogę się doczekać kolejnych spływów. Pozdrawiam marboru1 punkt
-
Szczerze mówiąc też nie wiedziałem. Dowiedziałem się o tym nie dawno podczas drążenia tematu w poście o Muller GMD (Kondratowa/Skrzyczne) - http://www.skionline.pl/forum/showthread.php/20169-Szczyrk-Doliny-II-Muller-GMD-zostanie-obj%C4%99ty-ochron%C4%85-konserwatorsk%C4%85./page2 Co prawda zdjęcie laski jadącej na J-barze widywałem w sieci i w książce p. Barana ale wydawało mi się, że to jest właśnie to pierwsze jednoosobowe krzesło lub w ogóle fotka zaczerpnięta gdzieś z netu (są tego setki) z jakiegoś alpejskiego kurortu z lat 50. Tymczasem okazało się, że Muller GMD a i owszem był pierwszym w Polsce wyciągiem orczykowym ale z bębnem linką i kotwicą do holowania narciarzy a prawdziwie pierwszym wyciągiem podporowym, wysokiego prowadzenia liny z zawiesiami holującym narciarza i działającym w ruchu okrężnym (tj z kołem zwrotnym i powracającymi zawiesiami na stałe sprzężonymi z liną) okazał się ów J-bar. :cheerful: Pozostaje teraz kwestia skąd ów J-bar w Polsce się wziął....? Nie chce mi się wierzyć, że to pionierska myśl techniczna ówczesnych przodowników pracy, z drugiej strony nie przypuszczam, że wyciąg ten został zakupiony w innym (alpejskim) kraju. Myślę, że to była pierwsza przymiarka typu C/P podpatrzona gdzieś w Alpach albo nawet USA (tam J-bar był bardzo popularny i jest do dziś). Sposób jazdy na tym wyciągu był bardzo prosty ale zważywszy na brak jakiejkolwiek amortyzacji, zapewne także mało wygodny. Pół biedy gdy było dość śniegu by J-bar ciągnął narciarza jak na zdjęciu. W ewentualnych dołkach czy miejscach obniżenia terenu J zapewne nieco unosił szusmena w powietrze i stąd pewnie te 3 szczebelki pod zadkiem. Linka z bębnem lub teleskop zdecydowanie rozwiązały ten problem. J-bara można by zatem nazwać wyciągiem krzesełkowo orczykowym, wlecząco unoszącym, jednoosobowym... ;-)1 punkt
-
Moja skucha - nie na Goryczkowej a na Gąsienicowej. Mea culpa.. ;-) Nie jestem pewien ale może tak być. W tamtych czasach wykorzystywano co się dało. Tu masz to cudo:1 punkt
-
A tu taka ciekawostka... Dzikowiec (woj Dolnośląskie). Wyciąg to Mostostal 1000 z orczykami typu IV (wzorowane na Doppelmayr z końca lat 50).1 punkt
-
Może dlatego, że na innych wyciągach nie było sznurków, tylko były gumowe taśmy, które częściowo amortyzowały szarpnięcie. A to już był sprzęt "profesjonalny" :1 punkt
-
Miały być"nasze" ale te fotki mi się bardzo podobały więc daję: http://nowahistoria.interia.pl/historia-na-fotografii/tak-polacy-zaczynali-jezdzic-na-nartach-zdjecie,iId,1633381,iAId,134123 Pozdrawiam1 punkt
-
No i zgodnie z moimi przypuszczeniami wątek zamiera. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe:smile: Tak aby trochę go rozruszać wkleję filmik: Miejsce - Międzybrodzie Bialskie Czas - Środek zimy 1997 Występuje - Piotr_67 [video=youtube;Mzkr2rvLUAw] Było to moje pierwsze spotkanie z deską snowboardową. Jak na razie wszystko wskazuje na to, że ostatnie. Fakt, że deska była koszmarna. Jakaś wyczynowa slalomówka Burton-a z wiązaniami do wpinania butów "twardych". Jak się okazało to nawet nieźli deskarze z takim czymś maja problem a co dopiero nowicjusz i to wtedy z 16 letnim stażem na nartach. Można się śmiać do woli:biggrin: Później dla tych co to biadolą czy dziecko może, czy się nie stanie mu krzywda....itp. Ja tak wiozłem swoją córę pierwszy raz wyciągiem i to był jej pierwszy dzień na nartach. Nie ma po tym traumy:biggrin: nie twierdzi, że przesrałem jej życie:wink: Na koniec standardowe przygotowanie stoku - super!!!!!!! Pozdrawiam1 punkt
-
1 punkt
-
Cześć He he staram się tylko trochę rozbawić wspominając przez łzy. Narty mają 150cm - widzisz sam jak to głupio wygląda. To Blizzard Acrobatic - wyczynowa narta do baletu. No może nie Hart ani Olin, które królowały wtedy w tym segmencie ale lepsze niż Volkl. Był jeszcze polski prototyp - bardzo udany - ale wyprodukowano tyle par, że ciesze się, że je widziałem bo mogę być jednym z nielicznych spoza fabryki. :)Tutaj już jakieś dłuższe narty są ale nie wiem jakie i czyje??? Pozdrowienia serdeczne1 punkt
-
"A terasz ja" To znowu Wielka Racza. Rok 1985-86, ubiór stylizowany na........rycerza:biggrin::wink:Pełny wypas:Gustowna czapeczka, sweter o parametrach 15000/15000, doskonale ciepłe rękawice (robocze:smile:), oraz pas który miał spełniać, wraz ze sznurkiem i kluczem, rolę łącznika człowieka z wyciągiem:biggrin:Ciekawostką są buty. Są to buty marki RIEKER. Buty z tworzywa, ale bez wyciąganej wkładki. Mało tego to miały takie jakby podłączenie dla jakichś rurek. Podobno do suszenia. Były sztywne i mało wygodne, ale trzymały jak zbój. Jeśli dobrze kojarzę to Rieker nadal produkuje buty, choć już nie narciarskie.Pozdrawiam1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Piękne. Ze zdjęć tych wynika, że większość zaczynała na "doskonale" przygotowanych trasach. Moja żona i córa mają również podobne zdjęcia (ilość śniegu zdjęcie nr 1 i 3):biggrin::biggrin: A jednak nie przeszkodziło to w świetnej zabawie i nauce narciarstwa. Tu dowody: [video=youtube;ggpXI3GHDzQ] Rok wyświetla się na filmie. Miejsce to Koniaków. "Stok" za domem gospodyni przygotowany własnoręcznie a właściwie własnonożnie przeze mnie, żonę córę i chrześniaka. Śniegu ile było to widać, ale temperatura był bite -20stC:smile: Następne ujęcie to rok ten sam, ale stok już proffi - Kubalonka w Istebnej:biggrin::wink:. Wtedy jedyne miejsce ze śniegiem w regionie. Pozdrawiam1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Niestety mam mało fotek z początków mojego nartowania. Mam wrażenie,że w tej chwili stosunek mojego nartowania do ilości zdjęć jest odwrotnie proporcjonalny.: Kiedyś kilka razy w tygodniu gdzieś tam się bywało na nartach. Nie mówię o przydomowych górkach,ale jakiś Dębowiec,Szyndzielnia,Czantoria czy Skrzyczne były często przeze mnie odwiedzane. I to PKSem lub PKP.:laughing: Ale przejdźmy do sedna. To zdjęcie już kiedyś było na forum. Ja i mój pierwszy sprzęt. W latach 60tych XX wieku.:biggrin: Kruca ale jestem stary już.:crazy:1 punkt
-
Ponieważ poczatki mojego narciarstwa (co za duże słowo- raczej po prostu uzywania nart przeróżnych) minęły niestety bez sladów materialnych w postaci sprzętu, pokaże tylko co znalazłem w zeszłym roku w czasie remontu magazynku przy garazu. Ponieważ wszystkie inne stare narty poszły kiedyś na przemiał byłem przekonany, że ulubione niegdyś fiszerki również... Przyznam, że to była miła niespodzianka. Obecnie te narty są po fachowym serwisie, kat krawedzi 90st :-) wiązania - 'kultowa' Tyrolia 150, rozebrane i przesmarowane, działają jak nówki (a były skrecone na 3/4 i nie tykane od mniej wiecej 1983 r - 30 lat!). Siły wypiecia w DIN sie nie ustawi, chyba ze na maszynie, bo mają skale 1,2,3,4 i koniec.... (nie jest to odpowiednik DIN) kiedyś jeżdziłem miedzy 2 a 3 - ustawiane 'na wyrwę'.Czyli narty gotowe do jazdy, niestety w zeszłym roku nie było na czym ich wypróbowac... Troche sie boję czy sie nie zabije, po przyzwyczajeniu do obecnych 'samoskretów'.... :-) :-). A jesli ktos ma chęc- zapraszam do Ustronia. Narty kupione w PRL, chyba 1977(6?) rok, niezbyt twarde, przyjemne na każde warunki.1 punkt
-
I to mnie się podoba:smile: Najwyżej będzie to wątek dla nas czworga:biggrin: To były świetne wiązania. Mam zresztą z nimi dość ciekawe wspomnienia. Jak to "mądry dzieciak" przy -15 chciałem je polizać. Dobrze, że byli rodzice:biggrin::biggrin: Co do butów - nie mam pojęcia, choć te cztery klamry? Jakieś San Marco czy Kastinger? Pozdrawiam1 punkt
-
marker junior na polsportach? to jeszcze jedne: https://plus.google.com/u/0/photos/111875851620210639063/albums/5554374728035431425/5607072040395618754?pid=5607072040395618754&oid=111875851620210639063 kto zne te buty? pozdrawiamM1 punkt
-
1 punkt







