Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 17.06.2015 w Odpowiedzi
-
5 etap wyścigu Dookoła Szwajcarii jedzie przez Ischgl do Soleden z metą na lodowcu Rettenbach (http://www.tourdesuisse.ch/en/tds-2015/stage-plan/5-stage/). Długość 237,3 km, różnica wzniesień 2251m. Transmisja TVP Sport w środę 17.06.2015 o godz. 16.45. Kto jechał autem na lodowce wie że lekko nie będzie.4 punkty
-
W poniedziałek przejechałem się dookoła siekierkowskich jezior.[ATTACH]23051[/ATTACH] [ATTACH]23052[/ATTACH] [ATTACH]23053[/ATTACH]Tutaj kiedyś było kąpielisko:Teraz kąpią się ryby i butelki po wódce.Dzisiaj przejechałem trochę więcej - 19,87km. To tak akurat na 1,5 h w miarę spokojnym tempem. Generalnie nie przepadam za jazdą po mieście, ale cóż. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma .Światło na środku ścieżki rowerowej:Kościół św. Antoniego Marii Zaccarii:Wilanów:I Świątynia Opatrzności Bożej:Mam nadzieję, że za tydzień będzie trochę czasu, żeby pojeździć w zieleni - najlepiej wzdłuż Wisły. Wielu zainteresowanych tamtymi terenami nie ma, więc cisza i spokój gwarantowane3 punkty
-
Ośrodek Beskid w Szczyrku w tym roku inwestuje w 6-osobową kanapę o dł. 980m i 2 trasy - łatwą i trudną. http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/3901967,szczyrk-beskid-sport-arena-rosnie-w-oczach-zdjecia,id,t.html2 punkty
-
No ja mam trochę inne zdanie. Praktycznie wszystkie kontynenty mają swoje igrzyska sportowe. Są Igrzyska Afrykańskie, Igrzyska Azjatyckie, Igrzyska Ameryki Południowej, Igrzyska Panamerykańskie (Ameryka Północna, Środkowa oraz Południowa, czyli Południowa ma 2 razy igrzyska). Bez własnych igrzysk jest tylko Antarktyda (brak ludzi) oraz Australia i Oceania (dla Australii, Nowej Zelandii i pojedynczych wysp Oceanii - to faktycznie bez sensu). Dlaczego Europa miałaby być praktycznie jako jedyny kontynent pozbawiona własnych igrzysk sportowych? Ja nie widzę problemu i jestem jak najbardziej za! Czy te igrzyska są dla kasy? Może macie rację, nie neguję tego, ale mnie nie interesuje kto na tym zarabia. Bardziej mnie ciekawi kto za to płaci. A koszt Igrzysk Europejskich w Baku to około 182 mln euro z tego 124 mln wykładają sponsorzy, różne Coca Cole, Red Bulle, Tissoty, itp. a resztę dokłada organizator i rząd Azerbejdżanu. I to mi jak najbardziej pasuje. Jeśli część z tych pieniędzy jak pisze Mitek zasili budżety sportowców to super i ja oczywiście jestem za. Reasumując po co są te igrzyska, pewnie dla kibiców, którzy mają możliwość oglądnąć swoje ulubione dyscypliny sportowe, zobaczyć na własne oczy lub w telewizji krajowe reprezentacje, a także swoich idoli sportowych. Może, któreś z dzieci (podobno wstęp dla dzieci na areny jest bezpłatny) zostanie kiedyś dzięki tym igrzyskom wspaniałym sportowcem? Novak Djokovic w wieku 4-5 lat zobaczył w telewizji swój pierwszy tenisowy turniej wielkoszlemowy Wimbledon i zapragnął kiedyś tam zwyciężyć - czyż to nie budująca historia? Stara maksyma mówi, co chce lud - chleba i igrzysk i ja się pod tym podpisuję. Igrzyska są oczywiście też dla sportowców - oni są w końcu głównymi aktorami. Każdy sportowiec marzy o zwycięstwach i medalach. Po to przecież ciężko od dziecka trenują. Ich kariery nie trwają wiecznie, swoje apogeum osiągają w zależności od dyscypliny na czas paru, kilku i wyjątkowo kilkunastu lat. Podam dwa przykłady z życia naszych sportowców tych mniej i bardziej znanych. Mój wujek miał 20 lat i był w osadzie wioślarskiej. Przygotowywał się do IO w Moskwie w 1980. Na miesiąc przed wyjazdem, znaleźli się jacyś działacze, którym zachciało się pojechać na koszt państwa do Moskwy. Jednym ruchem ręki młoda, perspektywiczna osada została skreślona z listy olimpijczyków. 4 lata później do Los Angeles z wiadomych przyczyn nie pojechał nikt. W tym momencie wszyscy z tej osady rzucili wiosłami w kąt. Drugi przykład narciarski. Moja super koleżanka, alpejka (nauczyła mnie podstaw jazdy sportowej i dzięki niej w wieku czterdziestu kilku lat zacząłem próbować zjeżdżać skrętem ciętym) na pierwszą Olimpiadę nie pojechała, bo działacze uznali, że ma jeszcze czas, że jest za młoda, chociaż wyniki osiągane jak najbardziej do tego startu ją upoważniały (może Ameryka była za daleko i drogo). Przed kolejną Olimpiadą niestety poważna kontuzja, długie dni rehabilitacji i walka z czasem. Oczywiście forma nie mogła być na 100 %. Najgorszy moment - badania przez komisję lekarską o dopuszczenie do startu na Olimpiadzie. Kontuzji nie udało się zaleczyć, ale udało się oszukać komisję lekarską, że jest już ok. Z badań wychodzi prawie mdlejąc z bólu. Na Olimpiadzie udało się wystartować i gdyby nie duży błąd tuż przed wypłaszczeniem w drugim przejeździe byłby fantastyczny wynik o jakim obecni alpejczycy nie mogą niestety nawet marzyć. Mimo tego błędu zdobyła miejsce w najlepszej 30. Po Olimpiadzie zrezygnowała z kadry alpejskiej i zmieniła dyscyplinę. Z zapałem zaczęła trenować nową konkurencję i po roku treningów miała już świetne wyniki. Prawie pewny awans na kolejną Olimpiadę. Niestety w nowym sezonie przed pierwszymi zawodami na treningu zerwała w kolanie wszystko co najgorsze. Kolejna operacja i rehabilitacja i niestety koniec kariery zawodniczej (na szczęście została przy sporcie wyczynowym w innym charakterze). Gdyby Igrzyska Europejskie były rozgrywane wcześniej, może Oni ( a także inni sportowcy) mieliby swoje wielkie pięć minut w europejskim sporcie. Ja startuję w różnych amatorskich zawodach narciarskich na jakie mi pozwala czas i inne możliwości. Wyniki bywają nieraz słabe, czasami średnie, a czasem przywożę puchary czy medale i spełniam swoje małe amatorskie ambicje (im więcej startów, tym więcej szans na dobry wynik). Dlaczego wyczynowi sportowcy nie mieliby mieć tych szans więcej? Bo komuś nie chce się ich oglądać. Bo ktoś im zazdrości wyjazdów, może sławy, a może kasy którą nieliczni zarabiają. Każdy z nas na własne kariery zawodowe pracuje prawie całe życie, a sportowcy mają na nią tylko kilka, kilkanaście lat, przeplatane kontuzjami, spadkiem formy i innymi problemami (finanse, brak treningów w odpowiednich warunkach, opieki lekarskiej itd.) Jest jeszcze kwestia integracji. Wielkie imprezy sportowe, na których spotykają się zawodnicy różnych dyscyplin w Europie to praktycznie tylko Olimpiady, które odbywają się na starym kontynencie raz na 8 lub 12 lat - czy to często? Ja uważam, że bardzo rzadko. Druga impreza jaka mi się kojarzy to Uniwersjada, ale również niezbyt często rozgrywana w Europie. Czyż my, amatorzy nie kochamy WZF-ów. Takie Igrzyska dla wyczynowców to jak dla nas nasze WZF gdzie mogą się poznać i zintegrować sportowcy z różnych krajów i dyscyplin. My mamy nasze podwórka, dyskoteki, bary, weekendy, urlopy i zabawy, a sportowcy treningi, podróże (samolot, hotel) i zawody ( nie dotyczy to piłkarzy nożnych - oni to zupełnie inny świat, choć i tu zdarzają się wyjątki). Dajmy im szansę, też się zintegrować. Pozdrawiam serdecznie! PS Oczywiście każdy ma prawo do własnych opinii.2 punkty
-
1 punkt
-
Odpowiem sam sobie smile: Majka słabiej niż się spodziewałem. Myślałem, że dotrzyma koła najlepszym. Widać, musi jeszcze popracować nad formą, inaczej Alberto (Contador) raczej nie wygra TdF. Michał Kwiatkowski cieniutki aż przykro. Nie jestem nawet pewien, czy był w czołowej grupie przed decydującym podjazdem. Żal też było patrzeć na gasnącego w oczach na podjeździe Przemysława Niemca, który przecież dwa lata temu był piąty w Giro, a rok temu wygrał górski etap na Vuelcie. P.S. Uwaga na Thibaut Pinot, w takiej formie może być czarnym koniem TdF.1 punkt
-
Zobaczyłem dzisiaj coś takiego: :eek: Widać, kto sponsoruje. Nasz milioner znany nie tylko ze swoich milionów1 punkt
-
Marionen mam kilka zastrzeżeń do tej imprezy , ale absolutnie nie umniejszam wysiłku sportowców w niej uczestniczących , a Twoja argumentacja jest dosyć przekonywująca pozdrawiam1 punkt
-
1 punkt
-
Cześć Oczywiście ale Twoja opinia mi się bardzo podoba bo zawiera dwa podstawowe elementy: odniesienie do historii i spojrzenie w przyszłość. W przyszłość, którą widzisz jako pozytywne działanie i tylko wypada przyklasnąć i na takie rzeczy niech ludzie wydają pieniądze a nie na stawianie nikomu niepotrzebnych pomników. Co do Igrzysk to szkoda bardzo walki naszej zapaśniczki, którą delikatnie mówiąc skrzywdzono werdyktem nie zaliczając akcji z ostatnich sekund. Wielki szacun bo Polka walczyła z rozciętą skórą głowy i poważną kontuzja kolana. Pozdrowienia serdeczne1 punkt
-
A wracając do wyników to mamy już 7 medali - 1 złoty, 2 srebrne, 4 brązowe. Trzy dyscypliny - kolarstwo, kajakarstwo i zapasy. Ale medale zdobywane tylko przez panie. Panowie do boju - wstyd!1 punkt
-
1 punkt
-
Wyciąg na Buczynkę rozpoczął testy. Na kamerce widać jeżdżące krzesełka.1 punkt
-
Cześć Szukając pozytywów należy zauważyć, że dzięki takim zawodom możemy oglądać dyscypliny rzadko goszczące w TV jak np. kajakarstwo, zapasy, karate, pływanie synchroniczne i to w doborowej obsadzie. To fajny argument za. Pozdrowienia1 punkt
-
Oczywiste, że sztuka dla sztuki.:applause: Zarabia tylko właściciel, Europejski Komitet Olimpijski. :laughing: Igrzyska Europejskie odbywają się pierwsze i pewnie ostatnie, bo po Azerbejdżanie organizator następnych (Holandia) już zrezygnował. Potrzeba wielu lat żeby te zawody zyskały prestiż jak azjatyckie, czy panamerykańskie. Chociaż : może znajdzie się następny "nowobogacki" kraj chcący się wypromować na świecie, do ich organizacji.1 punkt
-
Cześć To chyba jest oczywiste. Jeżeli to ma być kasa, która w konkretnej części zasili budżety sportowców to jestem za. W innym wypadku to kolejna sztuka dla sztuki. Pozdr1 punkt
-
Powiem szczerze , nie rozumiem idei tej imprezy : Po co ? dla kogo ? Mamy przecież ME , MŚ , IO , różne , różniste puchary , ligi światowe itd , a tu jeszcze ktoś wymyślił IE . Pytam jeszcze raz , po co ?1 punkt
-
Taka impreza rowerowa na stoku narciarskim... [video=youtube;uTTwWbD7HzE]1 punkt
-
Jest, jest - trzeba się pilnować. Głównie na piaszczystych łachach i wodzie po kostki - trzeba się trzymać kajaka, bo taki piasek zwłaszcza przy przejściu na głęboką wodę potrafi wciągnąć człowieka i nie oddać. Na samej wodzie sporo przeszkód, ostróg, wystających wielkich drzew, wirów - trzeba czytać wodę i uważać :happy:1 punkt
-
Do Iłży - wyjazd prawie hardkorowy ;-) 124 km Cz. 2. Iłża rowerem zdobyta: Zdobyta drugi raz - pierwszy, to był październik zeszłego roku po ciemku, wieczorową porą. Robię przerwę na pyszne tutejsze lody, rozglądam się dookoła i jest mi dobrze. Gwar małych miasteczek, w dzień targowy jest niesamowity. Klimat miejsca pozytywnie mnie zaskoczył. Ilością krzątających się ludzi, aut, kolorów, światła - stop klatka z tamtych chwil była dla mnie esencją wycieczek w miejsca bliskie ale nieodkryte na co dzień. I Iłżanka: Czysta, wijąca się pośród zieleni, tętniąca życiem, tworząca w ten upalny dzień osobliwy mikroklimat. Jest "Ona" w kajakowych moich planach - pytanie, czy pneumatyk podoła tej wąskiej i raczej płytkiej rzece? Pewnie niedługo się przekonam. Jadę w stronę Lipska i dojeżdżam w miejsce, gdzie często bywam zimą... ...po drodze do Szwajcarii Bałtowskiej i na narty. Tym razem wybieram kierunek południe i Radom. Upał daje się we znaki ale teraz odcinek ponad 20 km mam z delikatnym wietrzykiem w plecy - jedzie się bardzo przyjemnie. Ruch samochodowy jest niewielki i mogę sobie pozwolić na długie fragmenty jazdy "bez trzymanki". Robię kolejną przerwę na 80km w miejscowości Wojsławice. Pochłaniam kolejnego loda i całą butelkę chłodnej wody, druga ląduje w pustym bidonie. Przekraczam trasę Radom - Puławy i kieruję się w stronę radomskiego kurortu. Po drodze sianokosy i mazowieckie klimaty: Setny kilometr wypada na plaży :smile: Siczki przez Iłżę zdobyte: Wracam do domu a ostatnie 20km to mordęga. Ukrop, temperatura w cieniu ok 30 stopni - to nie są dobre warunki do jazdy na takie dystanse. Kolejna dłuższa przygoda z dwoma kółkami z pewnością będzie zaplanowana bardziej rozsądnie, w taki sposób by w 100% czerpać przyjemność z jazdy. Męka na rozgrzanej smole - to nie dla mnie...ja jestem raczej zimowy ziom :biggrin: pozdrawiam marboru1 punkt
-
Do Iłży - wyjazd prawie hardkorowy ;-) 124 km Cz. 1 Johnny katuje ekstremalne odległości, a ja spokojnie wkręcam się w sezon :wink: Zaliczone pierwsze 1100km w sezonie i codzienna jazda po kilka kilometrów...a że w długi weekend miałem czasu nieco więcej - Paula już nie pisze się na tasiemce - postanowiłem wyprawić się do Siczek (taki kurort z wodą w okolicach Radomia) przez Iłżę (zupełnie nie po tej stronie miasta). Trasa wyszła odległościowo jak dla mnie bardzo fajnie - 124 km (mój nowy rekord odległości) ...ale w upale jedna nie była przyjemna. Początek ok godziny 8:30 i pogoda jeszcze znośna. Dosyć szybka jazda, delikatny wiaterek w twarz i odrobina ochłody w mijanych fragmentach lasu. Poniżej fotka w miejscu, które nie raz już prezentowałem w zimowej aurze w relacjach narciarskich, w drodze do świętokrzyskich stoków. Teraz zgoła inaczej - kwitnąco: Ciepło, dookoła zielono i buchający żarem asfalt - choć godzina dopiero ok 10siątej... Chwila przerwy przy okolicznych stawach dała odrobinę wytchnienia i wilgoci. Stary młyn? W czasie tej wycieczki maki przykuwały człowiekowi wzrok do siebie. ...nie to, że byłem na głodzie jakimś :wink: Przedmieścia Iłży witają mnie wielkim piecem garncarskim. Odrobiną patriotyzmu: A przede wszystkim tutejszym zamkiem, a w zasadzie ruinami zamku.1 punkt
-
Warka - Góra Kalwaria, czyli Pilicą i Wisłą z Wiosłem. Cz. 2. Pokonujemy z Paulą fragment pustyni... ...a Chłopaki już na wodzie: Walczymy z wiatrem, falą i staramy się płynąć w głównym nurcie rzeki by dzielący nas od mety dystans, pokonać jak najszybciej. Co jakiś czas mijamy powalone drzewa, naturalne budowle na środku wody - są one z reguły ostoją tutejszego ptactwa. Wisła czaruje...i całe szczęście, że mamy, tuż obok siebie kawałek dzikiej i nieujarzmionej wody. Można się zachwycać i przy każdej mijanej wysepce planować przyszłe biwaki oraz nocne zasiadki na suma w otoczeniu gwiazd i ogniska. Czy gdzieś jest koniec? Czasami wydaje się nam, że tego końca nie ma... Bezludne tereny: ...z wodą walczą okoliczne drzewa - przegrywają tę walkę: Kończymy spływ na betonowej główce w pobliżu mostu drogowego w Górze Kalwarii - tu pojawiają się ludzie, cywilizacja. Przepłynęliśmy 35 km. Z pewnością wrócimy na Wisłę... ...z pewnością z namiotami, sprzętem biwakowym, wędkami i z apetytem na kolejną przygodę. pozdrawiam marboru1 punkt
-
Warka - Góra Kalwaria, czyli Pilicą i Wisłą z Wiosłem. Cz. 1. Plan spływu Warka - Góra Kalwaria chodził nam (mi i kolegom), od dawna po głowie - nie wyszło wcześniej, bo pogoda, bo obowiązki, bo wiele różnych przeszkód. W Boże Ciało wreszcie się udało. Wszyscy wolne, pogoda wyśmienita, początek długiego weekendu, cały dzień przed nami a woda piękna. Mapa spływu: Przygodę zaczęliśmy w okolicach mostu kolejowego w Warce. Szybkie dmuchanie pneumatyków... radomska flota się nieco rozrosła - hahaha pasje zarażają :happy: Trzy Seawavy - w tym dwa z pokładami jednoosobowymi i z pojedynczą załogą - ekipa; Expat, Jacek, Paula i Ja. Humory dopisują i na Pilicy jesteśmy zaraz po 9tej. Otwieramy piwka i wypijamy symboliczny toast za dziewicze wodowanie jednostki Jacka. Sprzęt z pokładem "jedynką" jest super zwrotny, szybki a na dodatek ma olbrzymią moc załadunkową - jako kajak wyprawowy Seawave wydaje się być doskonałą jednostką. Zaliczając odcinek z Warki do ujścia...mogę śmiało powiedzieć, że mam w swojej karierze kajakarza zaliczoną prawie całą Pilicę...no może brakuje mi jeszcze do przepłynięcia dwa małe fragmenty - cóż, będzie trzeba uzupełnić te "czarne plamy" - w każdym bądź razie, rzeka jest być może i nudna ale z całą pewnością, woda, otaczająca przyroda, doskonałe towarzystwo powodują, że dzień jest wspaniały. Co kilkaset metrów, na meandrach pojawiają się wypłycenia i malownicze plaże. Płynąc trzeba uważać, by nie władować się na mieliznę - chwila nieuwagi i trzeba wysiadać z kajaka i go albo pchać, albo ciągnąć. Takie miejsca doskonale nadają się na przerwy w wiosłowaniu i rozprostowanie kości. Czas mija szybko i po minięciu mostu drogowego na trasie Sandomierz - Warszawa kończymy Pilicę wpływając na królową polskich rzek. Takie połączenie dwóch sporych cieków wodnych, to doskonałe łowisko wędkarskie. Wisła, to zupełnie inna kategoria...waga ciężka. Widoki po horyzont, woda, niebo, piasek - dzikość. Z wody, płynąc środkiem pośród fal, na wietrze dopiero dociera do człowieka jaki to ogrom i siła. Robimy przerwę obiadową na jednej z łach. Taka oto sytuacja: Chłopaki w jedynkach odpływają pod prąd i lądują nieco wyżej niż ja z Paulą. Nim do nich dochodzimy na piechotę - ognisko jest już prawie gotowe. Jemy kiełbaski i cieszymy się jak dzieci, że jesteśmy w miejscu praktycznie niedostępnym z brzegu. Ponieważ wiatr jest z tych wmordewindowych, zbieramy się po przerwie i szybko płyniemy dalej.1 punkt
-
Szabasówka Pogoda w weekendy nie rozpieszcza, więc i pływania w tym roku jak na lekarstwo. Jednakże pomimo takich przeciwności, udało się wczoraj wyrwać na kilka godzin na wodę. Gdzie? Kilka razy już pływany Zalew Domaniów oraz wpływające do niego trzy rzeczki. Pstrągowanie (wiosłowanie pod prąd) ma swój urok - w szczególności na dużej wodzie. Główny cel - Szabasówka, maleńka rzeczka, gdzie przy normalnym poziomie wody, głębokość rzadko przekracza metr. Wczoraj ten malutki ciek zaskoczył zarówno prędkością nurtu jak i ilością wody. Na początku - razem z Andrzejem, kumplem, który mi towarzyszył musieliśmy nieźle się namachać, by przepłynąć ujście rzeki i przyśpieszony prąd na końcowych meandrach, potem - dwie przenoski na malutkich kładkach - przy normalnym stanie wody, spokojnie przepływa się pod. Im dalej płynęliśmy zaczęło pojawiać się coraz więcej przeszkód: zwałki, krzaki, drzewa ze swoimi koronami pochylone do samej wody. Cóż było robić? - przedzieraliśmy się przez to wszystko. Nasza droga pozostanie na długo, przejściem dla innych kajakarzy...pytanie tylko, czy ktoś tędy, poza nami w ogóle będzie płynął? Cóż? Nasza dziewicza podróż pozostanie na jakiś czas przetartym szlakiem. Wody na wodowskazach - full. W tle kościółek w miejscowości Mniszek. Minęliśmy drogę krajową numer 12. Tutaj trochę bardziej zaludnione tereny - działki, a z działek do wody prowadzą urocze pomościki. Drzewa, wierzby przy tym stanie wody - rosną w rzece. Dookoła piękna zieleń. Na kolejnej zwałce - przerzucenie kajaka się średnio powiodło, w trakcie spadł nam plecak do wody...i w tym miejscu niestety musieliśmy zawrócić, by go dogonić. Szkoda, bo w planach mieliśmy jeszcze co najmniej kilka kilometrów do przepłynięcia pod prąd... Zgubę dogoniliśmy po kilometrze i na powrót nie było już czasu. W każdym bądź razie - plecak, klucze od domu, kasa i czekoladki zostały uratowane - nauczka na przyszłość jest taka: by z debiutantem kajakowym, przy każdej przeszkodzie, która jest do pokonania, na głos wypowiedzieć dokładnie strategię jej pokonania. Nurt jest szybki i drogę powrotną pokonujemy "w mig". Żegnamy Szabasówkę, która na poniższym zdjęciu łączy się z Jabłonicą. Pod Jabłonice również wczoraj próbowaliśmy wpłynąć, tak samo jak w Radomkę - chaszcze są tak duże, że bez maczety nie ma co próbować płynąć dalej... ...cóż - trzeba wrócić w te regiony z "bronią". Podsumowując zrobione 17km wodą, w tym połowę "pod prąd". Wyprawa trwała pięć godzin i dała nam mnóstwo radości. Nie mogę się doczekać kolejnych spływów. Pozdrawiam marboru1 punkt







