Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 13 Październik 2026
-
Rok
13 Październik 2025 - 13 Październik 2026
-
Miesiąc
13 Wrzesień 2026 - 13 Październik 2026
-
Tydzień
6 Październik 2026 - 13 Październik 2026
-
Dzisiaj
13 Październik 2026
-
Wprowadź datę
12.06.2016 - 12.06.2016
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 12.06.2016 uwzględniając wszystkie działy
-
cz.3 - testów ciąg dalszyImpreza się kończy,więc szybciutko lecę zarezerwować jakiś rower.Tym razem chcę jakiegoś fulla,dla odmiany.Niestety jest tylko jeden zjazdowy,ale nie na mój wymiar. czekam więc,aż coś zjedzie i tak się złożyło,że przyjechał Maciek. Szybko przejąłem maszynę,dostosowałem do siebie i w drogę. Na wstępie mały Zonk - regulowana sztyca z kierownica zjeżdża sama... na szczęście szybko rozwiązuję problem i ruszam ponownie w stronę Czupla. Tym razem jednak kręcę się nieco inaczej. Pierwsze wrażenie - jaki on podobny do Scotta Genius. Chyba rowery specjalistyczne są tak samo podobne do siebie,jak np. narty gigantowe. To samo wrażenie miałem przy testowaniu Treka. Inny kąt główki ramy powoduję,że nieco inaczej się skręca,ale szybko można przywyknąć. Później jedzie się właściwie podobnie jak na rowerze XC. Za to na zjazdach widać zalety takiego rozwiązania. Amorki pracują wzorowo,trudno się tu do czegoś przyczepić. Napęd ponownie 1x11 - super. Kolejna super maszyna,ale czy może być inaczej,kiedy to odpowiednio kosztuję? :wink: Fajnie się jeździ,ale w końcu czas wracać.Do tego pogoda wciąż straszy... Podsumowując.Przed wyścigiem byłem mocno zestresowany,choć z góry założyłem,że to tylko zapoznanie.Kiedy ruszyłem,głowa się nieco zagotowała,miałem nawet kibica! Plany,które ułożyłem po środzie,dawno uleciały i walczyłem z każdym metrem.po dwóch kilometrach jednoznacznie stwierdziłem,że nigdy więcej czegoś takiego i na co to mi było. Z każdym kolejnym metrem te myśli się nasilały. Pod koniec myślałem już tylko żeby utrzymać tempo i się nie przewrócić za wcześniej. Po dojechaniu cierpiałem i utwierdziłem się w przekonaniu,że to pierwszy i ostatni raz. Do momentu odsapnięcia... Wtedy spojrzałem na licznik i nawet się cieszyłem,bo wynik lepszy aż o 3 minuty od środowego. Jak na pierwszy raz to nawet niezłe miejsce zająłem. Po upływie kolejnych kilkudziesięciu minut,zacząłem myśleć o kolejnym starcie... :biggrin: Od razu zacząłem myśleć o swojej wadze,wadze roweru itp.Tu można jeszcze sporo urwać.Pewnie po paru treningach mógłbym powalczyć o coś więcej niż tylko żeby nie być ostatni.Impreza bardzo fajnie zorganizowana,będę miło wspominał. Do tego udział w takim wydarzeniu motywuję,żeby powalczyć następnym razem o lepszy wynik. Gdzie jak nie na zawodach jest prawdziwa weryfikacja formy? Co prawda nigdy nie byłem dobry na krótkich dystansach,ale to nie zmienia faktu,że coś sie można dowiedzieć o sobie. :PS. W drodze powrotnej natrafiłem na inną imprezę rowerową i to w mojej Bestwinie! Skoro tak,to się wkręciłem na "krzywego misia" i wbiłem w peleton. Budziłem nie małe zainteresowanie,bo jako jedyny nie miałem "imprezowej" koszulki,za to miałem, również jako jedyny, numer startowy... Pojechałem chwilę i zrezygnowałem,bo bym zamarzł przy takim tempie. No i tyle wypocin z tego niesamowitego dnia!Pozdrawiam.5 punktów
-
cz.2 - czas na testyTak jak wspomniałem we wcześniejszej części,Mati1981 ruszył jeszcze powalczyć,a ja udałem się do namioty Kellys-a.[ATTACH=CONFIG]33461[/ATTACH]Niestety nieco spóźniony,bo większość maszyn wybrana.Ale mimo to wypatrzyłem karbonowy rodzynek z napędem 1x11. Szybkie dopełnienie formalności,regulacja amorka itp. i już mogę ruszać. Przy okazji spotykam Andy-w z Synem Markiem. Ponieważ formalności jeszcze zajmą,a do tego oni chcieli zjechać na dół,ja ruszam samotnie na Czupel. Z wszystkich możliwych tras,ta jest chyba najlżejsza i można też trochę dystansu zrobić z pięknymi widokami. Już na wstępnie karbonowa rama mnie urzeka! Rower nie tylko jest bardzo lekki,co wyraźnie się czuję na podjazdach,ale też całkiem dobrze tłumi nierówności,choć tył przecież sztywny. Jednak jakbym miał wrócić do "sztywniaka",to zdecydowanie zainwestował bym w amortyzowaną sztycę. My tu gadu gadu,a ja właśnie dotarłem do Czupla. Zajęło to nie więcej niż 10 min. Co ciekawe,ten szczyt zdobyłem w życiu 3 razy,w tym 2 na rowerze. Czas na fotki. Czupel zdobyty,choć na tym mi nie zależało,więc wracam do bazy.Rowery można było brać tak na pół godziny,zatem taka trasa była idealna w połączeniu z sesją zdjęciową. Muszę przyznać,że nawet na kamienistych zjazdach nie odczuwam jakiegoś wielkiego dyskomfortu,choć to nie full. Przejażdżka była bardzo przyjemna. W drodze powrotnej,na polanie Magurki spotykam ekipę w komplecie. Trza fotki machnąć. Chciałem już iść po kolejny rower,ale właśnie miała odbyć się dekoracja i losowanie nagród dla pozostałych uczestników.Skoro tak to ja na razie pasuję i idę popatrzyć. Kolega Matiego był pierwszy w swojej,tj. mojej kategorii,więc jest radość. Może po za jednym drobnym incydentem - kiedy zaczynano mówić o tej kategorii,ktoś krzyknął: "teraz dziadki"! :biggrin: Wspomnę jeszcze,że Mati zostaje też wylosowany i dostaję nagrodę pocieszenia. Mi niestety nic się nie trafiło. Ale co tam - tak za pierwszym razem od razu nagrody? Muszę najpierw zasłużyć. Kiedy nagradzana jest kategoria Open,pierwszych sześciu uczestników dostaje ładne statuetki. Oklaski,podziękowania,gratulację i imprezę czas kończyć.Przynajmniej tą sportową.4 punkty
-
Szczyrk - Szczyrkowski Ośrodek Narciarski Napiszę tak - te plotki to ludzie wymyślają na potrzeby chwili. Sytuacja jest jasna - SON czeka na jeden papierek od grudnia zeszłego roku. Jak dostanie - ruszy z inwestycjami. Nie dostanie - nic nie zrobi. Nic więcej.4 punkty
-
No i nadszedł ten dzień! Dziś razem z Mati1981 wzięliśmy udział w zawodach Magurka Uphill. Dla mnie to absolutnie pierwszy start w jakichkolwiek zawodach,tak więc stres był. Do tego cała masa kłopotów w dwa poprzedzające dni. Na szczęście wszystko udało się naprawić,bądź rozwiązać. Nockę przespałem twardo,aż nad ranem w głowie przyszła myśl o dzisiejszym starcie. Była godzina 5 rano. Chwila drzemki i się w końcu zrywam. Powoli wszystko szykuję,sprawdzam,wpadki być nie może. Konsumuję,zgodnie z zaleceniami na stronach Uphill Race Śnieżka,obfite śniadanie ponad 2 godziny przed startem. Uznałem,że nie będę jechać do Wilkowic na rowerze,bo choć to prawie po prostej,to jednak coś się tam wypompuję. Pomogła rodzina i przetransferowała mnie pod sam start. Trzeba było jeszcze załatwić formalności - dostałem czip i numerek startowy.Przy okazji znaleźliśmy się z Matim. Tuż przed startem odprawa i ustawiamy się w kolejności. Będziemy puszczani co 10 sekund. Trzeba przypilnować,bo czas leci bez względu czy ruszę,czy będę stał. Na starcie humory dopisują. No to start! Początek trasy to trochę po płaskim,trochę nawet z górki i po chwili zaczyna się ostra wspinaczka. Trochę ten stres mnie zjadł i nie do końca realizowałem plan,ale szybko się ogarnąłem. Podobnie jak w środę,nie bardzo mogłem złapać rytm,ale też sam sobie podkręcałem tempo. Choć mi się wydawało wolniejsze,to w rzeczywistości wspinałem się szybciej. Daję z siebie wszystko. Nawet zdarza mi się kogoś dogonić,ale to mnie częściej wyprzedzają. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Pierwsze 2 kilometry kondycja dopisuję,robię nawet czasem zdjęcia. Niestety chyba za mocne tempo sobie narzuciłem,bo po nieco dwóch kilometrach zaczynam mieć lekkie zawroty głowy.Może jakbym przed samym startem jeszcze coś wcisnął na żołądek,to byłby lepiej? Teraz nie ma się co zastanawiać,tylko walczyć dalej. Kiedy osiągam wspominany w innym wątku 3,2 km trasy,wreszcie nieco mi lżej,ale wyraźnie mniej pary jak w środę. Mimo to staram się wykrzesać z siebie więcej siły. Kiedy docieram do szutrów,wreszcie zaczyna być płasko,a nawet chwilami w dół. ostro przyspieszam,ale chcąc szybko zmienić biegi,zaplątuję mi się łańcuch i muszę stanąć na podjeździe - pech! Stracone parę sekund i trochę siły. Końcówkę cisnę już na resztkach sił,łapiąc się na koło innemu kolarzowi i tak do mety. Jestem! Rowerem właściwie cisnę w ziemię - biedny,nie zasłużył na to - i sam też padam. W jednej chwili łapie mnie mocny ból w okolicach żołądka i do tego gardło. Myślałem,że zwymiotuję. Łykam napój,który miałem ze sobą i próbuję powoli dojść do siebie. Na szczęście ból przechodzi szybko i już pozostaje jedynie satysfakcja z wyjazdu. Tym bardziej,kiedy sprawdzam czas na moim liczniku - minimalnie ponad 30 minut. W środę to były 33 minuty. Dojeżdżają kolejni zawodnicy,a wśród nich Mati1981. Nie wspomniałem wcześniej o pogodzie - dziś pochmurno,dość chłodno i bez deszczu. Jak dla nas to super warunki. No dobra,ale teraz czas udać się na wyżerę! To było w pakiecie. Do wyboru była grochówka lub kiełbaska i do tego napój. Dość zaskakujące było dla mnie to,że sportowcom oferowano w opcji piwo... :biggrin: Udałem się pod namiot,skonsumowałem kiełbaskę i wziąłem dla siebie napój energetyczny. Wyniki:-w kategorii Open zająłem 48 miejsce,a Mati1981 30,na niespełna setkę startujących-w swojej kategorii wiekowej 11 miejsceJak na pierwszy raz uważam,że jest dobrze.Ale to nie koniec dnia! Dalej kto chciał,mógł wziąć udział w sprintach,lub testach rowerów Kellys. Mati1981 wpisał się na sprint,a ja na testy. Ale o tym w drugiej części.3 punkty
-
1 punkt
-
Ja z Markiem niestety nie wzięliśmy udziału w uphillu, ale do testów Kellysa podeszliśmy poważnie.Marek dosiadł downhillową mocną i ciężką maszynę Noid 90, a ja endurowego Swaga 50.Chyba jako jedyni zjechaliśmy testówkami na sam dół. Wybraliśmy singieltracka Boxer 2.Były korzenie, kamienie, strumyki i inne takie tam przyjemności.Zjazd to pikuś, ale drugi wyjazd tego dnia zwłaszcza dla Marka to wypychanie roweru.Przełożenie w rowerze DH nie umożliwia jazdę pod górę. No ale przecież to zjazdówka to co się dziwić.Po drodze w górę spotykamy Johnnego pędzącego w dół.Na górę docieramy późno. Ekipa demo days zwija sprzęt a o przekąsce, która ponoć testerom też przysługiwała to możemy już tylko pomarzyć.1 punkt
-
Skrzyczne "drogą narciarzy" cz.4 - ostatnia....i wydawać by się mogło, że ocali nas w ostatnich chwilach jedynie jakiś cud :eek: bądź piękno gór. W krytycznym momencie część grupy miało chwilę słabości i pomyślało o ratunku przy pomocy maszyn latających. Zrezygnowali po dostrzeżeniu dziwnych potworów wlekących pod niebem swoje piekielne machiny. Dochodząc do bazy numer 1 wszyscy byli kolejny raz, niemal na 1000% przekonani, że są bezpieczni - że ustępują niepokojące omamy i halucynacje wywołane śmiertelną chorobą... ...a tu nastąpił kolejny niespodziewany atak obłędu :biggrin:Niezwykle piękne reklamy ich ukochanego VIP Klubu Narciarskiego :cheerful: Cóż było robić?Grupa ratując się z opresji postanowiła dalsze schodzenie kontynuować po niebieskich śladach... ...i wszystko wskazywało na to, że już jest ok - a my bezpieczni... ...gdy ukazały się naszym oczom abstrakcyjne "filary wszechświata" i "próg opatrzności".I moglibyście w to, wszystko nie uwierzyć gdyby nie dowody w postaci zdjęć, które jakimś cudem znalazły się na naszych urządzeniach cyfrowych rejestrujących obrazy. Kolejny zwid atakujący nasze mózgi - wioska indiańska... Gdy już myśleliśmy, że nic nas nie ocali......zaczęliśmy odczuwać zbawienną utratę wysokości. Jeszcze kilkaset metrów w dół spowodowało, że poczuliśmy się całkiem nieźle... ...i tak było!Po zejściu do punktu 0 wyprawy - choroba wysokościowa ustąpiła. Wszystko wróciło do normy a my w efekcie uratowaliśmy życie.Teraz z perspektywy czasu zastanawiam się, czy to na pewno była ta choroba?...Istnieje przypuszczenie, że to opętał nas demon bądź klątwa nieszczęśliwego "Wszawobrodego" herszta tutejszych zielonych i nietoperzy chronionych.Skąd takie wnioski?Wszystko wyjawiło ostatnie zdjęcie zielonej ściętej trawy na dole... Wiem.Poniosło mnie.Skrzyczne zdobyte......a ten, opisywany przeze mnie dzień, jeszcze się nie skończył - ale o tym opowiem może jutro.Pozdrawiam wszystkich Himalaskrzycznistów i innych, którzy przebrnęli przez niniejszą relację.marboru1 punkt







