Ja też mam ambiwalentne podejście do elektryków. Pierwszy raz spotkałem się z tym parę lat temu gdy podjeżdżaliśmy z Como pod wodospady za Livo. Jechał tam też starszy pan z którym spotkaliśmy się też na górze. Mówię do żony (i syna): - patrzcie jak ten dziadek dobrze dał radę. On podchodzi do nas i mówi, że ten rower to jego drugie serce, bo po jakiejś operacji był. I to było fantastyczne bo miejsce bajka. Później wykombinowałem sobie, że może małżonkę uszczęśliwię tym cudem. Gośka daje radę pojechać w terenie tak z 60-70 km przy przewyższeniu 1000 m - przeważnie drogi gruntowe, często dla pieszych, konne też, jazda na szagę, po błocie czy przez pola, łąki zresztą też się nierzadko trafia. W sumie to nie mam powodów do narzekania bo nawet jak jest pchanie czy przenoszenie rowerów np przez płoty to żonka słowem nie protestuje. Ale jak jestem sam to jednak 2x więcej robię. Stąd pomysł. że elektryk ją z lekka wspomoże i będzie OK. Pomysł żonie się jednak nie spodobał, ja też nie miałem 100 % przekonania do niego.
Elektryki jak sądzę zrewolucjonizują jazdę po górach, już powstają ciągi stacji gdzie można wymienić akumulatory i zrobić wielokilometrowe trasy w stromych górach. Udostępni to w tych miejscach możliwość jazdy stadom nowych ludzi którzy najnormalniej w świecie nie daliby rady zrobić tylu podjazdów w terenie (to zupełnie inna bajka jak asfalt). Trzeba tez pamiętać, że DH też ma swoich zwolenników i nie każdemu chodzi o podjazd. Najśmieszniejsze, że widzę tu analogię do narciarstwa zjazdowego - upowszechniło się szeroko po wprowadzeniu ułatwień. Podobnie może być z MTB wspomaganym silnikiem. Nie mówię, że mi się to podoba ale coś mi się zdaje, że tak będzie.
Pozdro
Wiesiek