Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 14 Październik 2026
-
Rok
14 Październik 2025 - 14 Październik 2026
-
Miesiąc
14 Wrzesień 2026 - 14 Październik 2026
-
Tydzień
7 Październik 2026 - 14 Październik 2026
-
Dzisiaj
14 Październik 2026
-
Wprowadź datę
21.06.2018 - 21.06.2018
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 21.06.2018 uwzględniając wszystkie działy
-
2 punkty
-
Cześć Może trochę skrzywdziłem tą Biebrzę na początku a to fajna rzeka choć dość monotonna w górnym biegu.3-4 dni Od Lipska do ujścia ma132km i jest to do przepłynięcia w 3-4 dni. Na początku jest nieprzyjemnie bo trzeba wachlować cały czas w trzcinowisku. Nawet na odcinkach prostych woda niesie bardzo słabo i płynie się czując wysiłek. Ale warto bo po przyjęciu wody z Kanału Augustowskiego rzeka zdecydowanie przyspiesza i kajak idzie bezwysiłkowo sam. Odcinek rezerwatowy ma ponad 40 km i warto wstać wcześniej, żeby przepłynąć go bez ciśnienia bo niektóre widoki są zupełnie niesamowite. Pamiętam, że w jednym miejscu naliczyłem chyba 8 czy 9 gatunków ptaków, które chodziły, latały czy biegały w jednym miejscu. Czadowo musi być na wiosnę kiedy rzeka jest rozlana i znalezienie koryta nie jest takie łatwe. Pozdrowienia1 punkt
-
Cześć Na jesieni... - nie wiem, nigdy Biebrzy jesienią nie widziałem. W Goniądzu spędziłem chyba dwa Sylwestry - bardzo śnieżne. A na przełomie wiosny i lata wygląda tak: gdzieś w górnym biegu takie fajne biwakowisko w namiotach z drewna spałem pierwszy raz w rezerwacie ciężko wyjść z kajaka bo teren oznakowany przez gospodarzy to Twoje ulubione miejsce a tak się kończy. Kajak jeszcze na Biebrzy a widok na Narew. Pozdrowienia serdeczne1 punkt
-
Masz rację, ogólnie nudna. Dla mnie też, oprócz rzeki ważne to co wokół rzeki. Mi się podobała, potrzebowałem spokoju. Lubię Podlasie, Polesie, Białoruś, tamte okolice. To zupełnie coś innego niż ruchliwe i gwarne małopolskie wsie (jestem z Krakowa). Biebrza to przede wszystkim ptaki. Tak zapamiętam tą rzekę. Bardzo podobała mi się wieś Jagłowo - bajka! Odcinek rzeki z Osowca do Burzyna jest ładny - to moim zdaniem.1 punkt
-
Prawdopodobnie będzie okazja dla naszej redakcji przeprowadzić wywiad z Marcelem Hirscherem. Pomyślałem, że można mu zadać pytania od Was! Jeżeli macie pomysł na interesujące pytania do Marcela, to proszę o wpisy poniżej!1 punkt
-
W zeszłym roku, przepłynąłem Czarną Hańczę, Kanał Augustowski do Niemna, a potem Niemnem do Druskiennik. Przekraczanie granicy na kajaku (nie wychodząc z kajaka) Polska/ Białoruś i Białoruś/Litwa - bezcenne. W tym roku w pierwszym dniu spływu wywróciłem kajak na Wdzie - i to w pierwszym dniu. Dzień później mój kolega tak mocno zachorował, że musieliśmy przerwać spływ. Biebrza...wiele lat temu. Przepłynąłem prawie całą rzekę w w sumie około 2 tygodnie - na spokojnie:1 punkt
-
Na wstępie dziękuję wszystkim. To był mój trzeci start w tej imprezie, ale chyba tym razem najbardziej cierpiałem. Pogoda dopisała, nawet za bardzo... Piękne słoneczko, tylko ta duchota! Dopóki nie wjechaliśmy powyżej lasu, to mi nawet okulary zaparowały. Pot zalewał twarz i ciągle miałem problem ze szczypiącym lewym okiem. Non stop ściągałem okulary i próbowałem coś z tym zrobić. Niewątpliwie to wpłynęło też i na końcowy wynik, choć w Fatach lepiej być nie mogło. Tuż przed Równią pod Śnieżką doszedłem mojego kolegę teamowego i mocno zaatakowałem, trzymając mocne tempo aż do początku "zjazdu" pod Dom Śląski. Mój największy rywal - Bartek został daleko w tyle. Na tym odcinku wyprzedziłem co najmniej 30 osób, robiąc to hurtowo. Ale to bolało i to mocno! Głowa szuka tłumaczenia, dlaczego powinienem zwolnić, a ja sam szukam powodu, czemu ma jechać jeszcze szybciej... Niestety na owym zjeździe jeden gość mnie nieco przyblokował i rozwinąłem tylko 56 km/h (normalnie przekraczam 60 km/h), ale starta była niewielka. Później zaczęła się ostatnia wspinaczka i walka samemu z sobą, choć jeszcze tutaj wyprzedziłem ok 10 osób. Gdzieś 500 m od szczytu zobaczyłem, że mój konkurent chyba mnie dogania,a przynajmniej się zbliżył, ale ponownie podkręciłem tępo, choć nie wiem skąd wzięły się siły... Z dużym grymasem na twarzy i bólem w nogach, jeszcze powalczyłem z innym zawodnikiem, ale jego wyprzedzić się nie udało. Start, ja i mój teamowy konkurent Końcówka i walka a ostatmi zawodnikiem, którego teoretycznie mogłem wyprzedzić... Niestety, ten był za mocny Z grymasem na twarzy dojeżdżam do mety. Było ciężko, ale.... Zakochany jestem w Śnieżce... Chyba trzeba pomyśleć o inwestycjach w sprzęt, ale z czego? Z renty? Jako ciekawostkę podam, że mój największy konkurent teamowy ma rower lżejszy blisko 3 kg! Do tego ma super lekkie koła karbonowe Nextie, co dodatkowo wpływa na szybkość... No i te strefy tętna, żele energetyczne - ja jestem jakiś nie współczesny. Niestety nie pobiłem swojego zeszłorocznego czasu (chyba warunki termiczne), również w kategoriach Open i M4 było gorzej, ale też konkurencja była wyraźnie mocniejsza! Za to w Fatbike, co już wiecie, miejsce 2! Może liczyłem na więcej, ale po zmęczeniu wnioskuję, że dałem z siebie 100%, albo więcej i z tego jestem zadowolony! Na szczycie padłem i miałem problem, żeby wsiąść na rower... Faktycznie dałem w palnik! Czas zjeżdżać.... Z medalami... Mała wpadka organizatora - medal srebrny i ten za wjazd są... identyczne! Tylko wstążka się różni. Show na deptaku w Karpaczu.... To tak na szybko. Wątek kontynuuje, bo właściwie to "nie kończąca się historia"... Pewnie za rok, jeśli się dostanę, pojadę ponownie i może wreszcie powalczę o tłuste złoto.1 punkt
-
1 punkt
-
CDN Liwa Płyniemy dalej(47,48,49) by po dwóch godzinach osiągnąć młyn w Szadowie.(50) Zalew młyński jest brudny i nieprzyjemny a następną niespodzianką jest brak możliwości przeniesienia kajaków. Jak się okazuje w zabudowaniach dawnego młyna ma siedzibę Uniwersytet Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Niestety cały teren grodzi dostęp do rzeki na przestrzeni przynajmniej kilkuset metrów. Posesja jest zamknięta a na terenie nie ma nikogo. Po kilkudziesięciu minutach obmyślamy dość karkołomny sposób przerzucenia kajaków poniżej młyna: transport droga na wózku około 200 metrów i spuszczenie ich po odciążeniu z wysokiej skarpy bezpośrednio do rzeki. Ustalamy że starczy nam lin jak powiążemy wszystko co mamy. Robi się popołudnie, zaczyna kropić. Obliczamy, że na przerzucenie kajaków ze sprzętem potrzeba około dwóch godzin. Nikomu się za bardzo nie chce. Zmęczenie i wizja iż i tak nie przepłyniemy rzeki w całości bierze górę. O tego dokłada się boląca ręka Piotrka. Krótka narada zerknięcie na mapę czy następnego dnia byłaby możliwość zdjęcia kajaków z wody w miarę szybko w miejscu w które mógłby podjechać transport. Decyzja – kończymy. Teraz dopiero czujemy zmęczenie – musze się przespać godzinkę. Tomek skacze do odległego o 2 km sklepu. Uschnięty świerczek umożliwia przygotowanie fajnego ognicha. Cóż kiedy wieczorem leje tak że nawet pod wiata jesteśmy mokrzy.(51)Zjadamy kiełbasy i idziemy spać. Wrócimy to niedługo. Było super choć porażka. Porażka dlatego bo lubimy pływać całe rzeki. Liwa przy tej wodzie (powiedziałbym że średniej) okazała się rzeką raczej technicznie nietrudną za to nadzwyczaj uciążliwą. Pokonywanie przeszkód zajmowało 4-5 razy więcej czasu niż efektywne o płynięcie. Popełniliśmy niestety pewne błędy w przygotowaniach, które później się zemściły. Podstawowy to wybór dwójek dla pojedynczych osób co zaowocowało zmiejszeniem manewrowości. Większa waga (dwójka jest dwa razy cięższa) spowodowała dodatkowe trudności przy przenoszeniu i przeciąganiu - konieczność dwóch osób. Zabrane zostało zbyt dużo zbędnych rzeczy – bo dużo miejsca w kajakach itd. Wracamy już niebawem a mniejszym zespole i na lekko. Uważajcie na rzekach bo oto co kajaki robią z ludzi.(52) Pozdro1 punkt
-
Cześć W tym roku padło na Liwę. Zamierzaliśmy w dniach 8-11 pokonać ja praktycznie od źródeł do ujścia. Plan był bardzo ambitny. Pierwsze 10 kilometrów jednoznacznie było określane tak w opisach jak i przez znających rzekę kolegów z Prabut jako praktycznie niedostępne. Cóż, po sukcesie na Welu w zeszłym roku byliśmy pełni nadziei. Przygotowania pokazują że jest parę niewiadomych. Zdjęcia satelitarne w skali 1:1000 nie pozwalają miejscami na identyfikacje koryta. Pozostaje mapa i nos. Początek jak zwykle – przed 7.00 w Nowym Mieście Lubawskim. Przepakowanie do Transita przyczepa ze sprzętem i w drogę.(1) Zamierzaliśmy zacząć na jeziorze Piotrkowskim. Niestety brzeg okazał się zarośnięty, jedyną możliwość – pakowanie na drodze, transport kajaków ze sprzętem 100 metrów po bagnistej łące i później jeszcze jakieś 50 po wędkarskim pomoście uznaliśmy za zbyt czasochłonną i niebezpieczną ze względu na Gostysiowe kłopoty z błędnikiem. Po zbadaniu terenu start wypadł w końcu mniej więcej w połowie odległości między jeziorami Piotrkowskim a Januszewskim na rzece właściwej.(2) Szybkie pakowanie, piwo dla wody(3) i dla pokrzepienia ducha, cumka w rękę i holujemy.(4) Już po 200 metrach pierwszy dzik przebiega drogę jakieś 20 metrów ode mnie, właśnie dlatego warto!!! Po kolejnych 100 metrach mostek na drodze leśnej i przeniosła (5) i dalej holowanie. Teren dziki i niedostępny. Niestety dno staje się grząskie i nie pozwala normalnie iść. Siadamy więc do kajaków i przeciągamy przez bagno chwytając się resztek słupków regulacyjnych. Po 100 metrach trochę puszcza ale po chwili rzeka kończy się betonowym przepustem pod skarpą. Zaskoczenie bo na mapie rzeka jest odkryta. Kolejne przeciąganie prze las jakieś 50 metrów do mostka. Stąd mamy do jeziora około 200 metrów. Niestety po 100 metrach rzeka niknie w przyjeziernych bagnach. (6,7) Próby sondowania kończą się zawiśnięciem na wiośle i kąpielą po pachy w borowinach.(8) Sondujemy dwa kierunki i na obu jedyna możliwość to karczowanie z kajaka. Szybka narada i decydujemy że będzie to zbyt czasochłonne. Postanawiamy cofnąć się do ostatniego mostka i znaleźć obejście prze las. Po 30 minutach droga zostaje odnaleziona i wstępnie oczyszczona. Najpierw jakies 150-200 metrów na wózeczku (9)a później jeszcze około 100 przez las. Zabawa jest przednia a wyłaniające się słońce jeszcze polepsza humory. Po godzinie komplet kajaków nad wodą.(10) Jeszcze tylko pokonanie pasa trzcin(11) okupione jak zwykle pociętymi rękami i drzazgami oraz pływającej roślinności i jesteśmy na jeziorze. (12) Pierwszy ruch wiosłem po ponad dwóch godzinach od zrzucenia kajaków na wodę to jak do tej pory rekord. Słoneczko, piwko i w drogę. Jezioro całkowicie dzikie, praktycznie bez śladów jakiejkolwiek działalności ludzkiej, jedna czy dwie zrujnowane wędkarskie kładki. Takich miejsc nie ma już niestety wiele.(13) Wypływ rzeki oczywiście zarośnięty. Szybko lokalizujemy go po drzewach i z maczetą w ręce jako najbardziej mobilny wbijam się w trzciny. Po parunastu minutach nareszcie jest rzeka. Szerokie na 6-7 metrów koryto przecinające piękny bukowy las. Wita nas zrujnowana kładka i konieczność przerzucenia kajaków brzegiem przez padłe z obu brzegów jak na złość w jednej linii drzewa.(14) Dalej już luksus rzeka jakby puściła.(15) Betonowy mostek z drzewami wymagającymi cięcia,(16)dopływ z boku i już rozlewisko(17) przed jazem w Gostyczynie.(18)Przed wojną od jazu prowadził kanał łączący pobliskie (200 metrów) Fabianki z jeziorem Gaudy. Kanał został zniszczony w czasie wojny ale mamy nadzieję znaleźć połączenie kanału z rzeka odległe o jakieś 700 metrów od jazu i nim dotrzeć do nie zawalonej (jak wynika ze zdjęć satelitarnych) części kanału. Wyciągamy kajaki na brzeg i idziemy zbadać teren. Przedzieramy się przez las wzdłuż koryta jakieś 300 metrów – mniej więcej połowę odległości do miejsca w którym powinna odchodzić odnoga do kanału. Niestety – jak to określił trafnie Piotrek – koryto jest pełne drewna. Wody praktycznie nie ma a kajaki trzeba by ciągnąc brzegiem. Płoszymy rodzinę dzików – pierwszy raz widziałem małe dziki w naturze – super. Wracamy do chłopaków. Kolejna narada. Postanawiamy nie zapuszczać się w bagna. Terenu dobrze nie znamy a trudno ocenić czas potrzebny na przytarganie dwójek z bagażem prze las. Mści się wygodnictwo. Wiemy już, że nie skończymy rzeki ze względu na brak czasu podejmujemy więc decyzje o zorganizowaniu transportu do Kamieńca skąd rzeka jest spławna. Chcemy trochę powiosłować. Dwójka ma udać się zorganizować transport a reszta rozbija obóz.(19)Pada oczywiście na mnie i Gostysia – zawsze łazimy jak trzeba. Niestety w pobliskiej Zieleni nic nie ma więc musimy uderzyć dalej. Na szczęście udaje nam się złapać okazje więc stosunkowo szybko organizujemy traktor z przyczepą na 8.00 następnego dnia. Niestety powrót odbywa się z buta. 7 kilosków boli. Gostyś odczuwa jeszcze resztki niedawnego przeziębienia. Po 3 godzinach jesteśmy z powrotem. Ognisko, pigwówka Siekiera i spać. Pobudka o 6.00 pakujemy obóz i transportujemy sprzęt do asfaltu. Pan jest punktualny choć niedziela rano. Pakujemy kajaki na przyczepę,(20) sami na górę(21) a Gostyś jako kierownik do kabinki. Zimno i padający deszczy zmusza nas do rozgrzania się żołądkową – oprócz Tomka i Gostysia jesteśmy już ubrani jak na wodę. W Kamieńcu jesteśmy za 30 minut. Przepakowanie . Rzeka jest tu uregulowanym kanałem o szerokości 3-5 metrów porośniętym trzcinami. (22)Trafiamy niestety na wysyp jakichś czarnych muszek. (23)Autan i palenie nic nie daje. Much są miliardy, w niektórych miejscach wszystko na wysokości wody jest czarne.(24) Na szczęście po paru kilometrach wpływamy w las.(25) I tu nagroda. Koledzy z klubu z Prabut już przetarli rzekę. Widać że w ruchu była łódź i spalinówki. Wszystko przycięte równo z brzegiem. Jest czas na odpoczynek, piwo na wodzie a wychodzące słoneczko koi smutek porażki. Highway nie jest jednak długi po jakichś 4 km kończy się wielkim dębem przez, który karczownicy nie przeszli. Przenosimy kajaki i płyniemy dalej. Rzeka na tym odcinku bardzo przyjemna. Momentami dość szybki nurt, dwa trzy bystrza, przeszkody łatwe do pokonania. Pogoda niezła. (26) W okolicy Prabut napotykamy ślady ostrej działalności kładowców. Podziwiamy gości i sprzęt jakim muszą dysponować bo tor wielokrotnie przekracza rzekę i to w dość głębokich miejscach. Kończy się las, trochę słońca i cieplej. W okolicach wysokich przyczółków dawnego mostu kolejowego nasze drogi krzyżują się. Chłopaki szybko przejeżdżają brzegiem pozdrawiając – fajny moment. Praktycznie do jeziora Dzierzgoń rzeka ostro meandruje spowalniając płynięcie. Jeszcze tylko trzeba spuścić kajaki po pochylni (27) Paweł i Tomek śpiesząc się zapominają o rufowej cumce i nabierają pełne kajaki wody – oczywiście obśmiewamy ich ku uciesze kibiców. Wkrótce docieramy do jeziora Dzierzgoń. Popołudniowe słońce w kapitalny sposób oświetla szuwary brzeżne i burzowy wał na północy.(28) Przecinamy jezioro,(29) przenosimy kajaki i pod dwoma mostkami(30) kierujemy się na jezioro Liwieniec – ostatnie na naszej drodze. Przecinamy szybko jezioro podziwiając panoramę Prabut tym razem od zachodu. Przy wypływie rzeki z jeziora dość dobre miejsce na biwak ale że jeszcze jasno postanawiamy płynąc do pierwszego lub drugiego młyniska. Zmierz powoduje, że zaczyna nam się spieszyć a pospiech jak wiadomo…. Jeden nieuważny ruch Piotrka przy pokonywaniu rur z przewodami wysokiego napięcia i kabinka. 15 minut trwa wylewanie wody i porządkowanie rzeczy. Szybko choć już o zmroku dopływamy do młyniska.(31,32,33) Biwak luksusowy choć deszczyk siąpi cały czas. Kładziemy się o 22.00 z zamiarem wstania o 5,45. Dzisiejszy urobek – 25 km pozwala myśleć o skończeniu rzeki jeżeli nie będzie zbyt uciążliwa i popłyniemy po 10 godzin. Zasypiamy w bojowym nastroju. Rano z bojowego ducha został tylko …ój. (34,35)Wstajemy przed 7.00 pada deszcz i jest zimno. Ciężko się zebrać i założyć mokre pianki. Na skończenie rzeki nie ma raczej szans tym bardziej że Piotrek narzeka na rękę. Cs mu tam w przedramieniu skrzypi – pewnie nadwerężone ścięgna. Płyniemy spokojnie. Pierwsze kilometry to kolejne młynisko,(36) później przeniosła(37) i rzeka zdecydowanie przyspiesza, fajny szybki ale nietrudny fragment. Przeszkody jak poukładane,(38) trochę niemiło się robi gdy trzeba walczyć z pokonaniem bala gdy kajak opiera się o padłego dzika (to już czwarty) ale Paweł rozwala wszystkich propozycją wycięcia szynki na wieczór. Na moment rzeka wypływa na śródleśne łąki, zatrzymujemy się przy bobrowej zaporze. Po 10 minutach w drogę. Pierwsze dwa kilometry płynie się idealnie. Koryto proste przeszkody mijamy w biegu. Przy rozpoczęciu kolejnego odcinka leśnego czekamy na chłopaków. Niestety następne parę kilometrów pozbawia nas absolutnie złudzeń. Ilość przeszkód wymagających wysiadania z kajaka jest powalająca. Na niektórych odcinkach po prostu wyciągam kajak i idę brzegiem scieżką wydeptana przez zwierzęta.(39) Z jedynaczką to optymalne rozwiązanie ale chłopaki z dwójkami nie dają rady.(40) Na 350 metrach które przeszedłem brzegiem naliczyłem 8 przeszkód wymagających przepychania kajaka lub wyciągania go na brzeg.(41) Na tym odcinku to na pewno najbardziej uciążliwa rzeka jaka płynęliśmy.(42,43,44) Mijamy piękny kratownicowy most kolejowy i robimy przystanek przy zawalonym mostku na drodze leśnej.(45) Balantines w takich warunkach rozgrzewa tylko na moment.(46) CDN.1 punkt







