Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 22.07.2021 w Odpowiedzi
-
Ostatnio trafił mi się mega udany wyjazd co nabrał niespodzianie przygodowy charakter. W planie były dwa dni - kolejny kawałek ER6 (Jelonka - Barcinek), dalej mała pętla Kamienicy, pętla wokół Kwisy, ST na Zajęczniku i Czerniawskiej Kopie, później pętla wokół Świeradowa. Czyli 3 trasy z Rowerowej Krainy (21,22, 32) i kilka singletracków. Na koniec powrót do Barcinka i stamtąd do Bolesławca. Po pierwszym dniu jednak zrezygnowałem z tego ostatniego kawałka na rzecz penetracji nieznanej mi strony Bobru. Czyli powrót do Jeleniej Góry. Wyszło więc tak. O pierwszym dniu nie będę się rozwodził. Było bardzo fajnie a najlepsze były czarne i czerwone ST na Czarniawskiej Kopie. Podjazdy, miejscami zmiecione wodą, dały mi w kość. W drugim dniu grzecznie machnąłem plana, końcówka pętli 32 była niezłym prognostykiem. Zamiast dynamicznego zjazdu był dynamiczny potok tak ze 2 km. A ponieważ moje buty mają nie tylko siatkową górę ale także kanały wentylacyjne w podeszwie to było to dodatkowym wyzwaniem. Teraz druga strona J. Wrzeszczyńskiego, są tam liczne dopływy i było do pokonania parę brodów. Pierwszy łatwy, inne niekoniecznie. Ścieżka wzdłuż brzegu świetna choć z łanami korzeni. Nogi dalej suche. Po rozgrzewce pora zabrać się za przygodę. Chcę wylądować nad mostkiem przy Perle Zachodu. Obejrzałem sobie to z dołu dzień wcześniej. Te skały mają pewnie ze 30 m wysokości. Na górze jest według OSM ścieżka. Zgodnie z planem. Na górze jest tak. Trzeba zejść do lustra wody więc może jest nawet wyżej jak myślałem. Zejście jest na poziomie Orlej Perci (czyli 0) ale... z rowerem już nie jest to takie łatwe bo są stopnie 1,5 - 2 m do pokonania. Używam więc kierownicy, pedałów w roli "frienda", klinuję rower w szczelinach obchodzę i ściągam z dołu. Jedyny problem jaki mam to czy na dole nie pojawią się jacyś gapie i nie wyciągną komórek. Ale zdążam przed nimi. Pora na ostatni punkt programu. Jazda brzegiem Jeziora Modrego na przeciwko oficjałki ER 6. I ta ścieżka jest genialna, wyczesana, piękna, trudna jak skurczybyk, niebezpieczna. Są miejsca gdzie jedzie się półką nad pionową ścianą o wysokości 5-10 m i z dokładnością maks do grubości opony. W innych tuż przy wodzie, na szerokość ręki. W wielu miejscach trzeba zsiadać i prowadzić rower. Wszędzie głazy, kamulce w drodze. To po prostu parokilometrowy rock garden. Zdjęcia są ustawione w kolejności, widać więc, że w górę rzeki jest coraz łatwiej. I jeszcze gpx z jezior. i wyjście na grupę skał. Pozdro Wiesiek6 punktów
-
Prowansja - cz. II - rekonesans Tych, którzy czekają na relację z Ventoux, musze rozczarować - to będzie opisane w cz. III moich przygód w Prowansji. Dzisiaj nasz pierwszy dzień pobytu. Pierwszy dzień na miejscu rozpoczął... deszcz. W sumie muszę powiedzieć, że nawet dobrze się stało. Przed wyjazdem oglądaliśmy długookresowe prognozy pogody i one nie wskazywały choćby na kropelkę deszczu, za to pokazywały mega upały po 36 stopni w cieniu. Wyrażaliśmy obawę, czy w tych warunkach jazda w ogóle będzie przyjemnością i nastawialiśmy się na jakieś pobudki typu 6-ta rano, żeby jeździć od 7-mej i kończyć zabawę przed 11-tą. Na szczęście prognozy pogody się zmieniły i poza jednym dniem, w którym upał naprawdę dał nam w kość - o tym napiszę w cz. IV - było temperaturowo bardzo znośnie (było po prostu ciepło, a nawet bardzo ciepło, ale nie nadludzko upalnie). Poza tym pierwszym dniem, w którym do popołudnia trochę popadało deszcz nie stanowił problemu. Dzięki natomiast temu, że deszcz spadł i padał do godz. 14-tej, mieliśmy szansę jednak trochę się lepiej zregenerować po dwudniowej podróży; nie rzuciliśmy się od rana na jakąś mega trasę, co miałoby wpływ zapewne na plany dnia kolejnego (podjazd pod Ventoux); zrobiliśmy szybki rekonesans okolicy i zrobiliśmy jakieś zakupy, ogarnęliśmy rowery (smarowanie łańcucha, pompowanie i tego typu czynności); wreszcie popołudniu w okolicach 16-tej; 17-tej w przyjemnej temperaturze typu 25-26 stopni mogliśmy ruszyć na mały rekonesans wokół Malaucene. Taki widok malował się z naszego tarasu przed wyjazdem - po deszczu ani śladu: Plan zakładał - jedziemy spokojnie, wręcz turystycznie - podziwiamy widoczki, robimy zdjęcia - pętla 47 km i około 1000 metrów przewyższenia i tak było fajne na rozruch i wiadomym było, że na jednym lub drugim podjeździe będzie można trochę bardziej dać się ponieść: Najpierw podjazd pod col de la Chaine - sam podjazd nie jest jakiś wymagający - ma długość pewnie około 3 km i jak zakładam około 200 m (może ciut mniej) przewyższenia w pionie; sam podjazd nie jest jak na tutejsze warunki jakiś mega malowniczy, jednak od szczytu col de la Chaine otwierają się naprawdę piękne widoki i od tego momentu nasza runda nabiera sporych walorów widokowych. Tu zdjęcie z przełęczy - piękne widoki, zapach lawendy: Droga nie jest zbytnio uczęszczana przez samochody; zdecydowanie więcej spotyka się kolarzy niż aut; asfalt - czego do końca nie widać na zdjęciu - jest pokryty drobnymi luźnymi kamyczkami, które trochę podnosiły ciśnienie na zjeździe, bo człowiek czuł się spięty, czy koło się nie ślizgnie - tak to mniej więcej wyglądało: Dalej jest naprawdę malowniczo - skały, piękne widoki, klimatyczne miasteczka, a nad tym wszystkim góruje wyłaniający się co jakiś czas na horyzoncie wierzchołek Mt. Ventoux: Dojeżdżamy do miejscowości La Barroux - sennej, ale bardzo ładnej (jak chyba większość tutejszych miasteczek), nad którą góruje zamek - nie zastanawiając się długo postanawiamy zrobić mały postój na foteczki i ogólne rozejrzenie się - zwłaszcza, że nasz "track" gpx coś się w tej miejscowości pogubił - jak się okazało próbował nas skierować na jakąś dróżkę bardziej na MTB, a i to byłoby raczej karkołomne - ale na szczęście znaleźliśmy szybki objazd. Tu kilka foteczek z zamku z Mt. Ventoux w tle: Na zwiedzanie czasu nie ma - więc sobie odpuszczamy i poprzez różna fajne miasteczka i drogi pomiędzy nimi ruszamy w kierunku ostatniej "przeszkody" dzisiejszego dnia, czyli Col de la Madeleine - ale nie jest to ta słynna sabaudzka przełęcz alpejska (ta ma coś 19 km długości i 8% średniego nachylenia) - tylko taki falujący kilkukilometrowy podjazd o przewyższeniu znów pewnie w okolicach 200 metrów: Po pokonaniu traski jesteśmy już pewni, że trafiliśmy w piękne miejsce, z pięknymi trasami i widokami; w sumie tak się fajnie poskładało - o czym wtedy nie wiedzieliśmy - że stopniowaliśmy sobie walory widokowe i trasowe niemal z każdym dniem. Tzn. jak już się nam wydawało, że jest pięknie i dużo ładniej nie będzie, to czas pokazał, że wcale tak nie było, bo kolejne dni przynosiły jeszcze lepsze widoki i jeszcze lepsze wrażenia. Ta trasa, która obiektywnie była przeładna, była słaba w porównaniu do tej jaką "zaliczyliśmy" jako naszą ostatnią w Prowansji. Stało się tak oczywiście przez zupełny przypadek - ale generalnie to też było bardzo fajnie, bo każdy kolejny dzień przynosił jeszcze fajniejsze wrażenia i nie był jakimś tam "krokiem w tył" w stosunku do poprzedniego. Dzień zakończyliśmy smakowitą sałatką przygotowaną przez jednego z moich kompanów i widokiem zachodzącego słońca. Dzień kolejny miał być dniem ataku na Ventoux. Choć wieczorem zaczęliśmy rozważać - jaki wariant tego "ataku" obrać, o czym napiszę w kolejnej części relacji. c.d.n.5 punktów
-
Narciarstwo wysokogórskie - Skialpinizm dołączony do programu Igrzysk Olimpijskich w 2026 r. Gospodarzami będą Mediolan-Cortina i włoska federacja FISI.4 punkty
-
3 punkty
-
Ja mam gorzej bo musze oboje Was dogonic Oba kraje uwielbiam i mam ochotę tam wrócić.2 punkty
-
@Cosworth240 pozamiatałeś mnie tą relacją. Teraz jestem zmuszona tam pojechać. Tych zdjęć nie da się odzobaczyć 👀 Ciekawe tylko jak upchnę te wszystkie plany w kalendarz 🤔2 punkty
-
Prognozy maja to do siebie, że tak około 50 % trafia, a reszta nie. Tak jak z pogodą. Zawsze są niespodzianki na plus i minus, jak będzie z naszą reprezentacją, ta pandemiczna Olimpiada jest całkowicie różna od poprzednich, może łatwiejsza, choć niekoniecznie. Ja nie lubię zgadywać, każdy sukces będzie radością ale i smutku pewnie nie zabraknie. Dwa medale w rzucie młotem kobiet będzie ciężko, Francuzka i Amerykanki, chyba że Amerykanki mają coś do ukrycia, dobre wyniki robiły u siebie, a z kontrolą u nich różnie bywa. Nawet na eliminacjach można polec (patrz Fajdek - wielokrotnie). Wystarczy że pogoda będzie zła w dniu zawodów (deszcz, wiatr, zimno) i już problemy mogą być w kole, wiele razy tak było. Nawet mój faworyt w tenisie (ziemnym, bo w stołowym raczej nie był zgłaszany) Novak Djokovic może nie dotrwać do medalu, a co dopiero sportowcy o mniejszym talencie. Siatkarze na medal czekają od Montrealu 76, też nie mogą być pewni medalu, jeden słabszy mecz w fazie pucharowej i po ptokach. Jednak myślę, że jakiś worek medali przywiozą nasi do domu, są dyscypliny bardzo popularne i takie w których łatwiej wdrapać się na podium...2 punkty
-
1 punkt
-
Mariusz, Ty już znacznie dorosły jesteś, prawda? Czyżbyś zapomniał że kobiety zmienne są? A tak na poważnie, w sporcie najfajniejsze jest to, że nie zawsze wygrywa faworyt. No i o tym należy pamiętać. Ja nie miałbym nic przeciwko sprawdzeniu się przewidywań Amerykanów, nawet bardzo bym się cieszył kiedy by się sprawdziły. Zobaczymy jak bedzie. A naszym reprezentantom życzę jak najlepszej formy, zdrowia i szczęścia. Trzymam za nich kciuki!1 punkt
-
No łatwo nie będzie - pomimo kilku nieobecności to czołówka, nikogo przypadkowego tam nie ma. Ciekawie będzie w deblu i mikście - może nie liczę na zwycięstwo ale na dobre wyniki.1 punkt
-
1 punkt







