Dawno temu natrafiłem na książkową relację Marka Kamińskiego traktującą pośrednio o samotnym spływie Wisłą, miałem po tej lekturze pewne wątpliwości. Dotyczyły one głównie skali nagłaśniania wydarzenia oraz pozoru spływu samotnego, tymczasem z samotnością nie miało to wiele wspólnego.
Każdego roku sporo osób spływa Wisłę nie robiąc z tego wielkiego "halo". Oni rzadko rozpoczynają pod Krakowem, najczęściej w Goczałkowicach czyli jeszcze sporo przed "0" kilometrem Wisły. W gronie znajomych tez jest kilku którzy ją całą spłynęli, jeden zbierał w ten sposób pieniądze na rzecz bardziej potrzebujących. Sam spotykałem na wodzie kajakarzy w trakcie takiego płynięcia. Podziwiam wszystkich którzy przepłynęli Wisłę zimą, całkiem samotnie, nie zmógł ich wiatr. Na Wiśle przeważają przeciwne wiatry, teren jest otwarty więc przy wietrze spora przeciwna fala. Trudno się pływa na długim dystansie samotnie, ja tego nie potrafię i nie lubię. Człowiek mimo wszystko jest zwierzęciem stadnym i potrzebuje człowieczego kontaktu. Wisłę poznałem i poznaję kawałkami, wtedy mam czas na jej obserwowanie, zadumę, refleksję.
Pływam dla przyjemności przebywania z innymi na wodzie, w otoczeniu pięknej natury, nie dla samorealizacji czy notowania kolejnych dystansów. Dlatego liczę chwile czyli dni a nie kilometry. ... Uświadomiłem sobie teraz że od początku roku spędziłem na wodzie 25 dni, .. mam nadzieję na jeszcze kilka kolejnych. 😉