Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 09.07.2022 w Odpowiedzi
-
Kończę powoli już relację ze Skopje, będzie jeszcze słowo o pysznym jedzeniu. W knajpie na rynku do której weszliśmy, tylko 3 dania, za to jak smakowały. Lokalne piwko, też było. Pyszna sałatka. Dania główne. Tu przyprawione odrobinę inaczej niż wcześniej w Serbii. I hit wieczoru. Jakże proste danie z fasoli, a jak obłędnie smakowało. тавче гравче I pyszny chlebek do kompletu.4 punkty
-
2 punkty
-
I kolejna część relacji ze Skopje. To miasto mocno podkreśla swoje związki z Matką Teresą z Kalkuty. Spotykamy kilka pomników. I kolejny. Muzeum. To też miasto mieszania się kultur. I różnych wyznań. Albańska mniejszość widziana po drodze, jest dużo bardziej ortodoksyjna, niż ich krajanie mieszkający w Albanii. Kolejny pomnik. Jeszcze jedno zdjęcie. Teatr dla dzieci. A to już kamienice widziane od podwórza. W zasadzie, mamy zostawione piękne fasady i doklejone do nich bloki. A to tyły jednej z restauracji. Ile te wszystkie klimatyzatory, wentylatory i chłodnie muszą "żreć" energii ?2 punkty
-
Niech się lekarze wypowiedzą, ale chyba najpopularniejsze opcje leczenia to deksametazon i tlen. Tak samo leczy się choroby związane z niedotlenieniem w górach wysokich, więc pewnie da się to zastosować w domu, sensowniej jednak udać się do szpitala.1 punkt
-
1 punkt
-
Po pierwsze i najważniejsze. Żeby nie mieć problemów ze stopami, trzeba dużo chodzić. Jak robisz codziennie 5-10km to na wycieczce też będzie lajt, a jak siedzisz w pracy/w domu i wszędzie autem, to żadne buty nie pomogą. Po drugie, trasa 21km po górach jest za długa na początek. Jak będzie to 20-ta wycieczka w danym sezonie to ok, ale nie pierwsza, czy trzecia. Po trzecie, Twoje buty są twarde. Lepiej mieć miękkie addidasy ale z grubą podeszwą. Takie do biegów terenowych, ale nie wyścigowe tylko cieższe i grubsze. Po czwarte nieco większa długość może pomóc, ale bez przesady, pół numeru wystarczy. Po piąte, buty dobrze dopasowane na szerokość, nie za szerokie. Nie trzeba ich mocno ściskać sznurówkami. Po szóste, zdabaj o paznokcie u stóp. Za długie/za krótkie lub źle obcięte, mogą powodować problem Po siódme, na lato lepszy jest but siateczkowy bez membrany. Jak pada to zamoknie, ale jak masz membrane gore to jest cały czas mokry, bo noga się kisi i przegrzewa to też sprzyja obtarciom i odciskom.1 punkt
-
Wszystko mieści się w zakresie szkoły podstawowej Opisałem tylko, że sprzęt niewiele jej pomógł. Wystarczyła dobra forma i mocna głowa.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Ale kolarki w sensie rowerzystek czy spodenek? I czemu popsuły wyjazd? Robiły piekło? Czy piły w kroku i piekło ?1 punkt
-
1 punkt
-
Zdjęć mało bo miałem kolarki i telefon w plecaku. Kolarki które mi popsuły wyjazd. Miało być wygodnie a było piekło 😆 Miało być 220 a wyszło 160 😆 W Danii nie ma praktycznie drogi, przy której w pobliżu, lub równolegle nie ma drogi dla rowerów. Wszędzie tunele i wiadukty rowerowe 💪 Nawet kawałek Tour de France zaliczyłem 😉 Wybrzeże od Kopenhagi, dość daleko na północ, wygląda jak z amerykańskich filmów. Zdjęć nie robiłem, bo kogo interesują pieniądze ? 😆 Muszę przyznać że nigdy jeszcze nie spotkałem tyle ludzi na rowerach jednego dnia. W Danii w większości to oczywiście kolarki. Trasy MTB oczywiście też występują. Piwa nie polecam, piłem Erdingera 😝1 punkt
-
ALTA BADIA – jak załatwić się koncertowo na e-MTB. …będzie długo, ale muszę to z siebie wyrzucić. Nie wiem czego my się spodziewaliśmy, ale na pewno nie tego co nas spotkało. Złamana ręka u Darka, u mnie niezliczone ilości siniaków. Niesamowity stres przy pokonywaniu każdego przewyższenia i na zjazdach. Gubienie się w terenie. Schodzenie rowerami które ważą ze 30kg po pionowych ściankach, jakieś zwalone drzewa w lesie. Jednym słowem - koszmar. Cóż. Myśleliśmy, że jazda „góralem” po puszczy za gówniaka wystarczy. Że silnik zrobi za nas wszystko. Otóż…nic z tych rzeczy, a za błędy się przecież płaci. Przykładnie. Prawda? Rano, w sobotę, po dwóch dniach jazdy szosą po przełęczach poszliśmy do wypożyczalni po MTB z silnikiem. Chcieliśmy sobie odpocząć. Pojeździć po Alta Badii na luzie, odwiedzić znane nam z okresu zimowego zakątki. Zjeść coś dobrego w ulubionych knajpach. Ot, przyjemny dzień na luzie. Zadowoleni z siebie wzięliśmy więc rowery i pojechaliśmy w górę asfaltem. Super się jechało, ale odkryłam już że e-bike sam nie jedzie . Niby to prawda znana, ale okazało się, jazda jednak męczy. Zaskakująco szybko męczy. Na szosie tak nie umiem, a tutaj – pach, od razu zadycha. Na dodatek na baterii – wstyd, nie? Pierwszy zaskok. Opony tez jakieś takie grube, kierownica szeroka i prosta. Inaczej przełączasz biegi. A w ogóle to tylko jedna tacza z przodu no i kaseta jakaś taka duża jest.. z 50 zębów ma. Jednym słowem – szosa to to nie jest. Drugi zaskok. No ale każdy rower ma dwa koła – czyli da się jechać. Jest ekstra. I jest coś nowego – lubimy to. Witaj przygodo !!!(czy jak to tam było). Żarty skończyły się jak trzeba było podjechać pod stromiznę na szutrze. Na dodatek, akurat w TEN SAM dzień odbywał się wyścig „BMW HERO SUDTIROL DOLOMITES 2022” i JEDYNA trasa, która prowadziła w górę była obsadzona zawodnikami. Igły nie wciśniesz. No ale skoro już mieliśmy te rowery to trzeba było sobie radzić. Wcisnęliśmy się jakimś cudem w ten wyścig (nie było to zabronione). Początkowo używałam trybu ECO, czyli najniższego biegu bo było mi głupio jechać e-bikem obok ludzi, którzy wkładali tyle wysiłku w to, żeby utrzymać się w siodle. Ja bez żadnego wspomagania – zapomnij (próbowałam). Piłowałam więc wyprzedzając ostrożnie każdego zawodnika powoli, ale jednak. Pilnując przy tym, żeby im nie przeszkadzać, nie zajeżdżać drogi itp. To było stresujące. W końcu dojechaliśmy do jakiegoś rozwidlenia i skręciliśmy w bok. Zrobiło się pusto. No i po chwili okazało się, ze lepiej nie zbaczać z trasy i nie zapuszczać się w rejony, których się nie zna – zgubiliśmy się po raz pierwszy. Zanim wróciliśmy na trakt minęła chyba z godzina, a my byliśmy już poważnie wyczerpani wciąganiem roweru na górę (ach ta bateria), no ale przynajmniej wyścig pojechał…. Można było włączyć wyższe biegi. Ufff….zdjęcie-zen dla wytchnienia, bo piękne momenty tez były. Na razie, bo po potem już nie. Okazało się, że na e-bike’u trzeba umieć jeździć !!! Największym problemem dla mnie było to, że silnik powodował że jechałam (za) szybko w stosunku do włożonego w pedałowanie wysiłku. Mój mózg tego po prostu nie ogarniał. Nie wiedziałam, czy jadę na motorze czy na rowerze jednak. W efekcie czego nie umiałam podjechać pod stromszą górę – nie zrzucałam biegu odpowiednio wcześnie, bo rower sam jechał, ale potem koła zaczynały boksować, w połowie góry biegi już były za twarde i musiałam z niego zejść, podprowadzać pod górę (na gravelu tak nie robię !!!). Tam są podjazdy po 22% i po "stopie" nie ma się już jak wpiąć w pedały. Na dodatek pchać rower 30kg (ta głupia bateria) pod taką górę?? Ze trzy wzniesienia tak pokonałam. Jedno szczególnie mnie wykończyło kompletnie. W końcu jak wgramoliliśmy się na docelowe miejsce, skąd mieliśmy rozpocząć zwiedzanie byliśmy tak wykończeni, że nie mieliśmy ochoty już na nic. Chcieliśmy wracać do domu. Nawet obiad i kawa nie pomogły. Trzeba było jeszcze zjechać do domu (a mieszkaliśmy w Corvarze). A to widok na górze, tak wyglądają traski narciarskie w Alta Badia w lecie:) Wracając do domu postanowiliśmy jechać po śladzie wyścigu w dół. Trasa początkowo pokrywała się ze szlakiem Sellarondy MTB. Wywnioskowaliśmy, że po trasach pieszych przecież nie prowadzi. Po szlakach pieszych to może nie, ale po SINGLETRACKACH już tak !!!!. Jak się później okazało…. - Faaaak, no przecież my tędy nie zjedziemy …. - No nie zjedziemy, ruszamy dalej …… A dalej był pieszy. Wyścig skręcił wcześniej, a szlak Sellarondy prowadził przez singla. Wracać nie było co, bo ja w podjazdy nie umiem i nie miałam już siły. Ze zjazdami u mnie zdecydowanie lepiej. Silnik wtedy nie działa i przynajmniej czuje rower. Darek odwrotnie – wjeżdżał pięknie, ale na zjazdach tak sobie – raz sprowadził rower, raz odważył się zjechać, spanikował i w końcu zaliczył klasyczny skok wzdłuż przez keirę. M a s a k r a !!! Usłyszałam tylko za plecami soczyste k...waaa. Odwracam się – leży. Na nim rower 30kg. Biegnę szybko – cała ręka we krwi. Oglądam – kości nie widać. Pytam – dostałeś w głowę? – Nie. A w brzuch? – tez nie. Po chwili słyszę „nic mi nie jest”. Patrzę na rower? Wygięty hak przerzutki. Wlazł między szprychy. Rozglądam się. Jesteśmy gdzieś między nigdzie, a w dooopie. Cóż było robić…naprostowaliśmy hak i zdecydujemy się jechać dalej w dół. Darek po pierwszym szoku mówi ze ręka jest sprawna, nic go nie boli, ale z zaciskaniem hamulca jest tak sobie. A pieszy jak to pieszy….zaczął się zwężać. Wreszcie zwęził się na szerokość opony i pojawiły się schody. W chooooj schodów. Najpierw w górę, potem w dół. Dobrze, że była obok łąka. Jakoś sobie poradziliśmy. Potem było już tylko gorzej. Szlak zupełnie zniknął i zaczęła się przepaść, w której ktoś na dziko wydeptał ścieżkę. Trzeba było pilnować, żeby nie skręcić kostki i żeby rower nie zjechał, trzymając za oba hamulce jednocześnie. G…to dawało. Na dodatek w poprzek leżało spore drzewo, więc trzeba było rower przenieść nad tym drzewem….Nie wiem jakim cudem tego dokonaliśmy. Dotarliśmy w końcu do regularnej, szutrowej drogi dla samochodów i już na spokojnie, wolno zjechaliśmy do asfaltu, a potem do domu. Złamanie wyszło dopiero jak wróciliśmy z urlopu, w poniedziałek. Po wykonaniu zdjęcia RTG. Darek mówi, ze zjechał po wypadku chyba tylko na adrenalinie, bo po powrocie do domu ręka mu tak spuchła ze nie mógł nią ruszać, a co dopiero hamować i sterować rowerem. No i koniec tej opowieści. Jeszcze był Aperol na skołatane nerwy pod wieczór. W zasadzie, żaden komentarz nie jest już tu potrzebny. W podsumowaniu napisze tylko, że wszystko zrobiliśmy źle. Nie zapoznaliśmy się z ani jednym filmem instruktażowym w temacie jazdy na MTB. Nie przestudiowaliśmy mapy przed wyjazdem, nie przeczytaliśmy ani jednego przewodnika. Nic. Przecież wystarczyło opłacić wyciąg na miejsce, gdzie chcieliśmy pojeździć – w obie strony. Myśleliśmy, że to bez sensu, mając rower z silnikiem jeździć gondolą. Potem okazało się, że większość tak robi. Po prostu zlekceważyliśmy przeciwnika, który nas przerósł. Jestem zła i nie rozumiem jak dorośli, myślący ludzie, którzy mają przecież jako-takie doświadczenie w temacie mogli zafundować sobie takie g...no. Postanowiłam jednak, że tego nie odpuszczę. Za rok, jeśli się uda pojedziemy tam znowu. Tym razem z szacunkiem dla sprzętu i dla tych gór. Zrobimy to drugi raz, ale mądrzej. Dziękuję za uwagę. Trzymajcie się !!1 punkt
-
1 punkt
-
0 punktów
-
0 punktów







