Absolutnie przeciw. Euro nie spełnia (i nigdy nie spełniało) kryteriów koniecznych dla jednolitej waluty różnych gospodarek. Gospodarki te muszą być podobne, podatki jednolite (i składki), poziom życia podobny, wynagrodzenia podobne. Euro to projekt polityczny, a nie ekonomiczny, bo ekonomicznie - jak pisałem - nie spełnia warunków wdrożenia. Inaczej kraje o słabej pozycji mają silną walutę - czyli tragedia słowacka lub - nawet lepiej - bułgarska. Nie ma mechanizmu rynkowego podnoszenia konkurencyjności cenowej przez osłabienie waluty, co robi nawet (a może zwłaszcza) USA.
Jest jeszcze druga strona medalu, praktyczna: gdzie wprowadzono euro, tam gospodarka stanęła. Najnowszy przykład: Bułgaria = 30% mniej turystów r/r. I nie jest to przykład odosobniony. Pisałem 12 lat temu o Wielkiej Raczy:
Blog o ryzyku, prawie i energetyce: Euro na Wielkiej Raczy - ryzyko gdzieś tu jest?
Mnie osobiście zresztą do głowy by nie przyszły wczasy letnie z strefie euro (za drogo). Jeżdżę po różnych Turcjach, Macedoniach, Albaniach i Tunezjach - jak większość Polaków.
Ale jest druga strona medalu: ceny różnych dóbr i usług w Polsce tak wystrzeliły, że praktycznie traci to na znaczeniu konsumenckim. Nie będzie drożej, bo już i tak jest bardzo drogo i nie może być drożej. Podnieśliśmy własne ceny szybciej niż jakość naszych dóbr i usług. I tak straciliśmy konkurencyjność i przewagę cenową. Sam byłem zszokowany, gdy ceny we włoskim ośrodku narciarskim w barach były wyraźnie niższe niż np. w Szczyrku lub Zieleńcu.