Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów '3 zinnen' .
-
Ponownie razem z bratem wybrałem się na grudniowe przedświąteczne szusowanie w Dolomity, teraz wybór padł na Cortine i 3 Zinnen a może i coś jeszcze... (rok temu Val Gardena i okolice Sella Rondy wraz z Marmoladą). W sobotę w godzinach popołudniowych przyjechaliśmy na spokojnie w okolice Cortiny. Dziś pierwszy dzień jazdy. W Cortinie jakoś dużo tras otwartych jeszcze nie ma (ociągają się ze śnieżeniem mimo że mrozy były - trochę jestem tym zawiedziony, trzeba będzie wrócić w czasie gdy będzie dostępna całość tras), jednak to co działa jest bardzo ok i podoba mi się. Dziś przy wsiadaniu do gondoli minęła mnie Tina Maze, była z rodziną na nartach. Cortina widokowo TOP. Niesamowicie ładnie tu. Dzisiaj jeżdżenie po stronie Tofany od otwarcia do zamknięcia, fajne ostre trasy, gigantki w swoimi żywiole. Wschód słońca w drodze do Cortiny Dziś były darmowe ogólnodostępne testy nart na trasie Olimpia delle Tofane (poniżej ścianki) Zachód słońca widziany z Pomedes
- 26 odpowiedzi
-
- 24
-
-
-
- dolomity
- cortina dampezzo
-
(i 1 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Zapraszam do realcji z tygodniowego pobytu w Południowym Tyrolu i Dolomitach. Relacja jest też na skiforum, ale wiem że część użytkowników tam nie zagląda, a poprzednia moja relacja z wyjazdu kamperowego na narty znajduje się tutaj, więc może komuś się przyda. P.S. Zdjęcia mogą się różnić ... Mieliśmy zaplanowany czas na wyjazd narciarski z początkiem lutego do Cervini / Zermatt, ale pogoda cały czas nie była optymalna na tyle, żeby liczyć na większość dni pogodnych umożliwiających bezproblemowe transfery między włoską i szwajcarską częścią ośrodka. Opóźnialiśmy wyjazd, ale w końcu musieliśmy podjąć decyzję o wyjeździe, a ponieważ Alpy zachodnie spodziewały się rekordowych padów śniegu w 3. tygodniu lutego (co się sprawdziło), wybraliśmy inny rejon Włoch tj. Południowy Tyrol i Dolomity. To rejon narciarski, w którym nie byliśmy do tej pory (aż dziwne), a strategia zakładała dojazd do pierwszego dużego ośrodka przy granicy czyli 3 Zinnen i stopniowe przemieszczanie się na południe – na ile nam się spodoba dalsze jeżdżenie w danym miejscu. Miejscówek na postój kampera jest w tej okolicy sporo, ale w większości są odpłatne, nawet jeśli są tylko parkingami dla kamperów. Celowaliśmy w miejsca noclegowe bezpośrednio pod wyciągami narciarskimi albo w odległości krótkiego dojścia pieszego żeby nie używać skibusów. Pod ośrodek 3 Zinnen dojechaliśmy późnym popołudniem w sobotę 14.02, nie było jeszcze ciemno więc mogliśmy sprawdzić pierwszą możliwą opcję na nocowanie – gruntowy nieoficjalny parking w Versciaco pod Monte Elmo. Okazało się że stoi tam klika kamperów i jest jeszcze komfortowe miejsce dla nas: Zatem pierwsza miejscówka w punkt – pyszne jedzonko w lokalnej pizzerii i nocowanie pod stokiem. Dla zainteresowanych miejscem dla kamperów: https://maps.app.goo.gl/fcNB1m4zFBnw443AA Na miejscu jest toaleta 24h w stacji kolejowej (wystarczy przejść na drugą stronę drogi) lub w ośrodku narciarskim w godzinach pracy 8:00-18:00. DZIEŃ 1 – 3 ZINNEN Na wstępie niedzielnego dnia zaliczyliśmy małą wtopę, bo sprawdziłam godziny pracy i gondola miała startować o 8:30 tymczasem gdy wyszliśmy z kampera po 8:00 to już chodziła – lekkie zdziwko, ale potem znalazłam informację o „early skiing” od 7:30 w wybrane dni i to był właśnie ten dzień. Byłam zła, że nie wiedziałam o tym wcześniej, bo wiadomo – niedziela i raczej nie ma co liczyć na niską frekwencję, a spaliśmy dosłownie pod stokiem więc można to było wykorzystać. No ale trudno, rozpoczęliśmy wjazdem na Monte Elmo 6-osobową starszawą gondolą, która od nowego sezonu będzie zastąpiona nówką jak na poniższym zdjęciu: Trasy rano piękne i równe, ale już niestety nie sztruks… Pojeździliśmy trasami w rejonie Monte Elmo – świetne, zwłaszcza czerwona 13 i 14 przypadły nam do gustu. W momencie jak zaczęło przybywać więcej ludzi, rozpoczęliśmy „Giro delle Cime” żeby dostać się do Croda Rossa. Lubimy narciarskie wycieczki, więc i ta nam się spodobała. W drodze powrotnej już było sporo ludzi, odsypów, i końcówki południowych stoków w okolicy Sexten mocno mięciutkie. Wszystkie trasy były w sumie ciekawe, średnio długie i atrakcyjne widokowo. Na koniec dnia drugi zonk: na polance przy gondoli Helmjet Sexten rozłożyło się w międzyczasie stoisko Stoekli – można było przetestować narty, ale my plątaliśmy się w innych rejonach i niestety nie skorzystaliśmy z okazji… No trudno, na koniec 2x zjazd 13-tką prawie pod drzwi kampera, szybkie przygotowanie do wyjazdu i przejazd do drugiego ośrodka – Kronplatz. Pod Kronplatz jechaliśmy dobrą chwilę, bo droga była zakorkowana, dojechaliśmy po zmroku i zajęło nam chwilę gdzie właściwie stanąć pod stokiem, bo główny parking nie życzył sobie postoju kamperów. Kampery stały za to na nieutwardzonym parkingu poniżej – link: https://maps.app.goo.gl/JvkoTqgRjgxvyzkB6 Żeby było ciekawiej, przy wjeździe był zakaz kamperowania ale spytaliśmy obecne na miejscu załogi czy można stać i zeznali, że nie ma problemu. Następnego dnia okazało się że właściwy parking dla kamperów jest połączony z miejscami dla autobusów i kosztuje 16euro/noc, a my akurat przespaliśmy już nockę więc zostaliśmy w pierwotnym miejscu. DZIEŃ 2 – KRONPLATZ Kronpaltz robi wrażenie bardziej „austriackiego” ośrodka – duża stacja, duże parkingi, dużo gondoli. Cóż, poranek przywitał nas mgłą i opadami śniegu. Ruszyliśmy klasycznie na otwarcie wyciągu ale zaliczyliśmy podwójny kurs gondolą bo w kamperze zostawiliśmy portfel z kasą i dokumentami więc trzeba było po niego wrócić, a nie było się do czego śpieszyć – na górze jedna wielka mglistość. Kompletnie nic nie było widać nawet przez przezroczyste gogle (chwała Panu, że takie kupiłam przed wyjazdem). Miałam pomysł na zwiedzenie w tym czasie Muzeum Messnera, ale nie umieliśmy go zlokalizować przy braku widoczności na tym rozległym czubku góry. Poza tym na górze był tłum – dosłownie tłum jak na Krupówkach, od razu chciałam uciekać, ale zwalczyłam odruch odwrotu i przebrnęliśmy w rejon wschodnich niebieskich tras zjazdowych, które wydawały się odpowiednio bezpieczne na jazdę po omacku. Pierwszy zjazd po tym szerokim stoku był taki, że jechałam po prostu za innymi nie wiedząc kompletnie gdzie, masakra jakaś. Na szczęście w okolicy 11:00 zaczęło się lekko przecierać i potem było już tylko lepiej. Zrobiliśmy małą przerwę zmęczeni jednak tłumem narciarzy i szkółek w rejonie tych niebieskich tras i ruszyliśmy w stronę południowo-zachodnią tj. Piz de Plaies. Jak tylko wyszło słońce, stoki zrobiły się miękkie, ale przynajmniej była widoczność. Przejechaliśmy przez Furkelpass, ale zaczęłam mocno czuć lewe kolano, co mnie lekko zaniepokoiło i spowodowało że odpuściłam czarne trasy 40 i 45. Jak się okazało słusznie, bo kolano spuchło mocno i wyglądało na koniec dnia nieciekawie. Ogólnie Kronplatz mnie nie zachwycił, irytowały mnie gondole – wszędzie, nawet krótkie odcinki przejazdu odbywają się gondolami, czego nie lubię (ściąganie nart, przenoszenie, wsadzanie do kosza, zakładanie z powrotem – marnuje się czas i siły). Poza tym większość tras startuje z bardzo rozległego wypłaszczenia na szczycie, co powoduje kumulację narciarzy w jednym miejscu. Najbardziej mi się spodobała chyba trasa powrotna na parking – czarna 1-ka. Co prawda była już mocno rozjeżdżona, ale w porze popołudniowej bez słońca, trzymała się jako-tako. Z Kronplatzu wyjechaliśmy zadowoleni o tyle, że mimo porannych trudnych warunków udało się przejechać i poznać cały ośrodek. Ruszyliśmy dalej w stronę Dolomitów żeby sprawdzić możliwość postoju na kamper parku w miejscowości La Villa w obrębie ośrodka narciarskiego Alta Badia. Na miejscu okazało się, że zostało jedno jedyne miejsce specjalnie dla nas, a ponieważ musieliśmy już przeprowadzić serwis i mieliśmy stąd parę minut spaceru pod wyciąg, postanowiliśmy zostać na min. 2 dni żeby trochę odpocząć od ciągłego przemieszczania. Namiary na kamper park: https://maps.app.goo.gl/RmLEYMuWtwC4zDGV8 https://www.camperparkingaltabadia.it/en/ DZIEŃ 3 – ALTA BADIA Rozpoczęliśmy dzionek o 8:30 przemieszczając się stopniowo z naszego peryferyjnego wyciągu Gardenaccia na główny teren narciarski Alta Badii – no proszę Państwa, co za widoki! Pięknie, po prostu pięknie! Jeździliśmy zupełnie bez planu, gdzie nas narty poniosły, dojechaliśmy tym sposobem do Arabby i potem zaczęliśmy wracać w obawie (niepotrzebnej) że mamy długą drogę powrotną do pokonania. Teren Alta Badii polecam przede wszystkim jeśli ktoś jedzie rodzinnie lub z mniej doświadczonymi osobami, ilość niebieskich tras jest powalająca. Fakt że ruch był też spory, ale to jednak połowa lutego i szczyt sezonu – nie ma się co dziwić. Warunki wyśmienite, podobnie jedzenie, no i piękne widoki gdziekolwiek człowiek oko zawiesi 😊. W rejonie Arabby za to świetne trasy czerwone z Porta Vescovo. Na następny dzień zaplanowaliśmy Sellarondę pomarańczową. DZIEŃ 4 – SELLARONDA Mając 1-dniowe doświadczenie przeprawy przez Alta Badię w stronę Sellarondy, ruszyliśmy z rana zwarci i gotowi na objazd grupy Sella. Chciałam zacząć trasę w Corvarze, ale wybraliśmy złą trasę i powtórzyliśmy podłączenie do Sellarondy jak poprzedniego dnia czyli zaczęliśmy od Passo Campolongo w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara. Miałam wrażenie że po drodze tylko przybywało ludzi, w okolicy południa dotarliśmy do naprawdę długiej kolejki do gondoli (nie pamiętam już nazwy) i zaczęliśmy odczuwać potrzebę przerwy, ale jakoś wszędzie było pełno ludzi, co nas zniechęcało i przystanęliśmy dopiero na niebieskiej 40-tce w Cofosco. Tam też trochę pokręciliśmy się po innych trasach (bocznych od Sellarondy) żeby wykorzystać czas przed domknięciem objazdu i powrotem przez Passo Campolongo i górę Cherz w stronę naszego miejsca pobytowego. Sellarondę chętnie zrobię jeszcze raz ale przy mniejszym natężeniu ruchu, nic tak nie męczy jak kolejkowanie do wyciągu – lepiej trzymać się z daleka od utartych szlaków 😉 Sellaronda raczej nie jest trudna, ale niektóre czerwone trasy, zwłaszcza popołudniu mogą się dać we znaki słabiej jeżdżącym narciarzom. Oczywiście jeśli ktoś się nie mazgai to przejedzie nawet jak odsypy robią się już powyżej kolan. P.S. Moje kolano profilaktycznie zaczęłam bandażować, bo niestety cały czas mi o sobie przypominało. Rozważaliśmy czy by się nie przemieścić w stronę Carezzy, gdzie planowaliśmy również pojeździć i nocować „na dziko” pod wyciągiem, ale ostatecznie ze względu na prognozowane duże opady śniegu pozostaliśmy w rejonie cywilizacji gdzie właściciele kamperparku zapewne zadbają o odśnieżenie dojazdu. DZIEŃ 5 – ŚNIEŻNY Co by nie pisać to w tym dniu nie było za dużo jeżdżenia. Od rana intensywnie sypał śnieg, Mój partner zaczął się źle czuć i uznaliśmy że trochę odpuścimy, ja poszłam tylko na chwilę na najbliższy wyciąg z zamiarem dotarcia do Badii na La Crusc, ale tam nie dotarłam bo moje kolano przypomniało mi szybko, że jazda popołudniu po opadzie 0,5-metrowym nie jest dla niego najlepszym treningiem przed ostatnim dniem narciarskim, kiedy to miało być znowu pogodnie. Po powrocie z nart około 17-tej opady się uspokoiły i wszyscy kamperowcy rzucili się do odśnieżania. A było co odśnieżać. Na szczęście mieliśmy ze sobą drabinę, chyba z godzinę odśnieżaliśmy kampera i najbliższe otoczenie żeby nazajutrz móc wyjechać. Na szczęście wszyscy współpracowali pożyczając sobie sprzęty odśnieżające – bardziej wydaje łopaty, drabiny etc. Przez kamperpark przed południem przejechała kopara, a potem wieczorem drugi raz wywożąc to co wygarnęliśmy na drogę z zatoczek postojowych. DZIEŃ 6 – ALTA BADIA W piątek rano było jeszcze pochmurno, ale miało się z biegiem dnia rozpogadzać. Mojego partnera rozłożyła choroba, prawie przestał mówić, więc nie pojechał na narty bo bał się że nie będzie w stanie potem kierować samochodem. Pojechałam więc sama, najpierw realizując wczorajszy pomysł dotarcia do Badii, gdzie jest piękna, łagodna i długa niebieska trasa z nową gondolą. Mogę polecić jeśli ktoś chce się zrelaksować. Rano jeździłam tam praktycznie sama, jak zaczął się ruch szkółek narciarskich, przejechałam z powrotem na główny teren Alta Badii kierując się zasadą jazdy tam gdzie najmniejszy ruch. Dojechałam znowu do góry Cherz, ale widząc narciarskie mrówki i rozjeżdżone stoki po drugiej stronie Passo Campolongo, postanowiłam zostać po swojej stronie przełęczy. Wróciłam trochę wcześniej żeby mój luby już nie musiał długo czekać, zjedliśmy obiadek z zapasów kamperowych i zaczęliśmy podróż powrotną, która przebiegła sprawnie, z noclegiem po drodze w Austrii przed autostradą. Wracaliśmy to samą drogą, którą przyjechaliśmy czyli: Bruneck / Brunnico, Villach, Graz, Wiedeń, Katowice. Droga powrotna przebiegała spokojnie, nie piszę ile trwała bo kamperem jedzie się inaczej niż osobówką i też zatrzymuje się na trochę dłużej żeby sobie np. przygotować posiłek czy kawkę, herbatkę, etc. Dojechaliśmy do domu przed 18-tą w sobotę czyli w bardzo przyzwoitym czasie. PODSUMOWANIE: Wyjazd bardzo udany, poza moimi problemami z kolanem i chorobą która nas teraz męczy już w domu. Finansowo: · nocowanie na kamperparku 4 x 42,60 zł (nocowanie + opłata klimatyczna) = 170,40 euro · winiety – jak dla osobówki · paliwo – spalanie 11,1l/100km (2 x ok. 890km) = 260,94 euro (+ jedno tankowanie w PL ok 300zł) generalnie tankujemy na tańszych stacjach po drodze sprawdzając w aplikacji fuelflash; mamy ogrzewanie z diesla więc trochę też schodzi na postoju (ale niewiele) · karnety – 2 x Dolomiti Superski na 6 dni (436 euro – niestety kupowaliśmy z dnia na dzień, a jest drobna zniżka przy zakupach min. 2 dni wcześniej) = 872 euro Najdroższe są karnety narciarskie, tutaj się nie powalczy, jedzenie we Włoszech jest w przyzwoitej cenie – to już wg indywidualnych preferencji.
-
Dziś przyjeżdżam wraz z 10 osobową ekipą z biurem Snow Show do 3 Zinnen. Będziemy śmigać 4 dni po tutejszych stokach. Wiem, że znajduje się tu najstromsza ratrakowana włoska trasa. Macie może jakieś godne polecenia innych tras i knajp? W piątek wybierzemy się na pewno na wieczorną jazdę. Odwdzięczę się zdjęciami Dolomitów
- 11 odpowiedzi
-
- 1
-
-
- 3 zinnen
- drei zinnen
-
(i 1 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Hej, Jako ze jestem jeszcze świeżo po, to wrzucam pokrótce swoje wrażenia z wyjazdu do Karyntii. Myślę, że o tyle warto, że nie każdy wybór był oczywisty. Założenia takie jak to prawie zawsze w moim przypadku: każdego dnia zwiedzamy inny ośrodek i objeżdżamy go ile tylko sił w nogach W planach było Nassfeld i Gerlitzen, reszta do ustalenia w trakcie wyjazdu, w zależności od fantazji, obłożenia, pogody, itp. Od razu zastrzegam, że każdy z opisywanych ośrodków odwiedziłem pierwszy raz, więc żadnych porównań względem innych warunków/aury/pory roku nie mam. Do meritum: wyjazd z Warszawy w piątek 22.03 chwilkę po 6, pomimo praktycznie bezustannego deszczu trasa idzie sprawnie bo chwilę po 13 jesteśmy pod Wiedniem, a koło 18 dojeżdżamy do Villach (wybraliśmy przejazd przez austriackie S6, S36 i dojazd do Kalgenfurtu przez S37). Schody zaczęły się za Klagenfurtem, bo zaczęło sypać gęstym śniegiem. Niby fajnie, ale przez paraliż na drogach oraz konieczność założenia łańcuchów na 3 km przed metą (w Matschiedl) pod nocleg zajechaliśmy dopiero koło 19:30. Tak, czy tak, nie ma tego złego, przez noc nasypało jakieś pół metra świeżego, choć komunikaty w Nassfeld mówiły nawet o 90 cm opadu. No właśnie, Dzień 1 (sobota), Nassfeld Trochę czuliśmy, że to niekoniecznie najlepszy pomysł, ale uznaliśmy, że gdzie indziej wiele lepiej (puściej) w weekend nie będzie, a w Nassfeld, przynajmniej w teorii jest gdzie się ludziom rozjechać. Na dodatek poranek przywitał nas bardzo obiecująco, więc i perspektywa jazdy w towarzystwie malowniczych widoków utwierdziła nas w wyborze: Niestety, im dalej w las tym gorzej. Na dodatek, pomimo iż pod ośrodkiem jesteśmy w sobotę o 8:30, to przez zamieszanie przy kupnie karnetów oraz sporą kolejkę do gondolki w Tröpolach, nartować zaczynamy dopiero w okolicach godziny 9:30. W górnych partiach ośrodka widoczność sięgała pewnie nie więcej niż 50 metrów do przodu, do tego trasy przykryte był całkiem grubą i stale powiększającą się (znów zaczęło sypać) warstwą świeżego śniegu. O ile dla mnie to nie był żaden problem, bo wziąłem swoje Thunderbolty, to chłopaki (brat + kumpel) na slalomkach trochę marudzili. Niemniej jednak, nie ma to tamo, przyjechaliśmy tu pojeździć a nie marudzić! Pierwsze kilka zjazdów zrobiliśmy po trasach 21, 23 i 40. Jazda z gatuknu tych "czujnych" - raz, że trzeba było uważam żeby na kogoś nie wpaść, dwa że jednak błędnik też momentami trochę w tym mleku wariował. Na szczęście im bliżej południa tym bardziej jaśniało, a zarazem coraz bardziej kusiła wschodnia część ośrodka (lewa strona mapy), ta za drogą na przełęcz. "Kusiła", bo od rana była zamknięta z uwagi na prowadzone w tym rejonie strzelania (przeciw)lawinowe; szczęśliwym trafem krzesełka ruszyły akurat w momencie gdy kończyliśmy przerwę na calimero. Decyzja była szybka, dzięki czemu (przez chwilę ) czekały na nas puste i nierozjeżdżone stoki. Pierwsze zjazdy "siódemką" bardzo fajne, trasy nr. 1 i 4 też niczego sobie, choć kopne warunki nie rozpieszczały. Trochę gorzej było na 9 i 8, co było zresztą dobrze widać, bo większość narciarzy walczyła o życie na (niezbyt wysokich) ściankach. W drugiej części dnia stopniowo przebijaliśmy się w kierunku Carnii (trasa nr. 80, prawa strona mapki). Warunki na trasach 51, 52, 65, 69 oraz 70 bez zaskoczenia - kopne, porozjeżdżane i generalnie bez szału, do tego na dojazdówce do Rastl czekało nas omijanie prowadzących nierówną walkę z naturą. Wielką natomiast niespodzianką okazał się zjazd czarną 75 - zdecydowanie najtwardsza i najrówniejsza ze wszystkich objechanych przez nas tego dnia tras, w końcu można było trochę pośmigać - może i niezbyt szybko, ale za to fajnym skrętem! Trasa nr. 77 też całkiem ok, sporo frajdy dał zjazd nieratrakowanym, choć mocno już rozjeżdżonym czarnym wariantem w górnej części trasy. Na koniec czekał nas prawie siedmiokilometrowy (tak mi wychodzi z GPS'u) zjazd czerwoną Carnią (nr. 80), z vertical'em ok. 1200 m. Ponieważ lubię takie wycieczki, to całkiem mi się podobało, choć musze przyznać że warunki były zdecydowanie dla koneserów - dosyć tłoczno, kopny i rozjeżdżony śnieg, do tego im niżej tym większa kasza (w dolinach był tego dnia - jak zresztą przez cały nasz wyjazd - całkiem spory plus). Koniec końców pojeździliśmy całkiem solidnie, bo wyszło mi lekko ponad 43 km zjazdów i 8450 m verticala. Niemniej jednak ośrodek "do poprawki" przy lepszych warunkach - nie zachwycił, bo nie miał prawa z uwagi na tłok (weekend) i warunki (pogoda), ale to co zobaczyłem to fajnie wyprofilowane trasy (uwielbiam takie typowo czerwone zjazdy z licznymi zmianami kierunku jazdy i profilu terenu!), na których innego dnia miałbym z pewnością masę frajdy --- Dzień 2 (niedziela), Bad Kleinkirchheim Wybraliśmy się tutaj uciekając przed tłumami. Zaparkowaliśmy strategicznie, przy orczyku nr. 8, tak żeby móc obrócić bez problemu cały ośrodek. Zaczynamy chwilkę przded 9 od Maibrunn Alm. Dookoła (i na parkingu i na stoku) pustki, pierwszy zjazd trasą nr, 11 lekko asekuracyjnie - jest twardo (miejscami wręcz lodowo), ale nieco nierówno i prawie całkowicie bez kontrastu (bardzo miękkie światło, na szczęście bez jazdy we mgle). Za drugim razem już lepiej, przy dobrym kontraście musi to być bardzo fajna, "sportowa" trasa. Stopniowo przeskakujemy w kierunku Kaiserburg'a - całkiem sporo frajdy dała mi trasa nr. 7, ale zdecydowaną gwiazdą dnia była trasa nr. 2. Niezbyt długa, ale szeroka, z dużą liczbą garbów, idealnym warunkiem i w ogóle tym co tygryski lubią najbardziej. Równoległa do niej "piątka" trochę gorzej - nie tak równa (twarde odsypy), przez co zjazd trochę na hamulcu. Niestety zarówno czarna 8, jak i czerwona 6'ka były zamknięte (?brak śniegu w dolinie - tak to wyglądało). Czerwona jedynka do pośredniej trasy gondoli jakoś nieszczególnie zapadła mi w pamięci, co świadczy o tym, że z jednej strony nie było źle, ale z drugiej też niczym mnie w takim razie nie zachwyciła. To co mnie natomiast urzekło to sam Kaiserburg. Nie wiem czemu w końcu nie zrobiłem mu żadnego zdjęcia (chyba mi światło albo kompozycja nie zagrały; w zamian landszafcik z wnętrza), ale ten brutalistyczny zamek (czy tam, jak pewnie powie większość, betonowy kaszalot) naprawdę ma coś w sobie! Po południu uciekliśmy w kierunku St. Oswald. Na początek wjazd dwuosobowymi krzesełkami nr. 12 i 13 i szybka inspekcja stoku - pomimo iż trasa nr. 13 jest zamknięta i ewidentnie płynie, to jest jeszcze przejezdna - już wiem jak wracam! (spoiler - powoli i uważnie, ale bez strat w sprzęcie ). Postanowiliśmy zaczynać od północy (St. Oswald, prawa strona mapki) i stopniowo wracać do Bad Kleinkirchheim. Objechaliśmy w zasadzie wszystko co było do objechania, w dolnych częściach robiło się już kaszowato, ale trasy nr. 26 i 27 wciąż dawały sporo frajdy. Najlepiej oczywiście trzymała się górna ośrodka, najbardziej przypasowała mi czarna 21 oraz czerwona 28, ta druga z rewelacyjnym widokiem na Feld am See Na koniec dnia zostały trasy nr 14 i 16 - może niezbyt urozmaicone, ale szerokie oraz wciąż dobrze się trzymające. Jak już wspomniałem, zjazd do bazy odbyłem zamkniętą 13'ką (jakoś nie lubię jeździć krzesełkami na dół ) - trochę walka o sprzęt, ale co przejechane, to moje. Koniec końców był to całkiem udany dzień, a 44 km w nogach - biorąc pod uwagę warunki - to imho dobry wynik Teraz najważniejsze - czy polecam ten ośrodek? To zależy. Na pewno jest to dobra opcja na weekend, bo z uwagi na trochę skansenowaty charakter jest tam raczej pusto. Choć i tutaj coś może się zmienić, bo w St. Oswald działają już nowa gondolka i krzesełko, więc pewnie i reszta ośrodka sukcesywnie będzie zaliczać upgrade. Jednak mając do wyboru idealny warun i pełną lampę tu lub w Nassfeld, zdecydowanie wybiorę to drugie. --- Dzień 3 (poniedziałek), Gerlitzen Wybaczcie, nie będę za wiele się rozpisywał bo tu trzeba jeździć a nie pisać; w skrócie: RE-WE-LA-CJA! Pod gondolką w Annenheim zameldowaliśmy się jeszcze przed 8, więc o 8:30 byliśmy na szczycie. Na kopule szczytowej wiało tego dnia niemiłosiernie (zwłaszcza do południa, kiedy to się zachmurzyło), ale co się wyjeździłem to moje. Pierwsze zjazdy czerwoną jedynką i czarną dwójką (choć ja nie wiem z której ona strony jest czarna) to było najlepsze co tylko może się narciarzowi trafić - równiutki sztruks, pełna lampa, pusty stok. Ciąłem zakręty jak po*ebany, póki tylko nóg starczyło. 24'ka do orczyka na początku była lekko zmrożona, więc przyczepności było mniej niż więcej, ale na drugim zjeździe już było jak trzeba. No i King of the Hill, czyli trasy 13, 14, 15 i 16 prowadzące na północną część góry. Pomimo, że trafiliśmy tam dopiero koło 10, to wciąż było idealnie - 900 m verticala długim skrętem i na prawie pełnym gazie, uśmiech mi z gęby nie schodził przez cały zjazd! Z tras wartych polecenia urzekła mnie też czerwona 8'ka. Dosyć wąska, trochę "karkonoska" w profilu i odczuciach, i dająca furę frajdy z carvingowania. Na koniec dnia: niech 52 km w nogach i vmax=82 km/h (w końcu było jak i gdzie się puścić!) mówią same za siebie. Jeśli tylko ktoś z Was będzie miał taką okazję, to gorąco polecam ten ośrodek - idealnie wyprofilowane, zróżnicowane, a do tego (zwykle) szerokie trasy robią mega robotę! --- Dzień 4 (wtorek), Mölltaller + Ankogel Ponieważ było już miło, to teraz dla odmiany musi być tak sobie... Czwartego dnia wybraliśmy się na Mölltaller. W zasadzie to gdzie byśmy nie pojechali to by było źle, bo wszędzie miały być chmury i śnieg, ale liczyliśmy na to, że a nuż na lodowcu będzie - z uwagi na wysokość w m n.p.m. - nieco lepiej. Niestety, srogo się przeliczyliśmy. Pod wagonikiem byliśmy o 8:30, koło 9 byliśmy nad Eissee. A tam prawie wszystko zamknięte (łącznie z Panoramabahn, które według komunikatu miało kręcić). Śnieg kopny (gruba warstwa), widoczność licha (dlatego zdjęć brak), a do tego całkiem duży tłok, więc zjechaliśmy co było do zjechania (9, 10, 11, 12) i po krótkiej naradzie uznaliśmy, że trzeba stąd uciekać, bo gorzej być już na pewno nie będzie. A że w okolicy najbliżej jest Ankogel, to tam też się wybraliśmy A co nas czekało w Ankogel? Ano niespodzianka. Zajechaliśmy na miejsce chwilę po 13, i okazało się, że na miejscu warunki są zupełnie inne (lepsze!) niż na Mölltalerze. Przede wszystkim było tam całkowicie pusto (choć nie wiem, czy od rana tak, czy dopiero po południu ośrodek opustoszał), do tego śnieg też jakby mniej kopny niż na lodowcu. Do tego im dalej w dzień, tym coraz więcej przejaśnień! W skrócie: 1 i 1a rewelacyjne (zwłaszcza ta druga, bo i mniej zjeżdżona), podobnie 6'ka; kręciliśmy tam aż do samego zamknięcia naprawdę dobrze się bawiąc. Na dół zjechałem nieczynną 2'ką - dużo muld, mokry i ciężki śnieg, ale trasa przejezdna bez problemu. Podsumowując, Ankogel skojarzył mi się trochę z Kasprowym Wierchem na sterydach - podobne odczucia z jazdy i otaczającej przestrzeni i generalnie jazda na tak! Koniec końców wyszło prawie 30 km, z czego 12 "zmęczyliśmy" na Mölltalerze, a kolejne 18 - w nieco krótszym czasie - już w Ankogel, które zdecydowanie uratowało nam dzień. O lodowcu się nie wypowiem, bo zdecydowanie muszę dać mu drugą szansę w lepszych warunkach, za to Ankogel to rewelacyjny i nieco bardziej kameralny ośrodek, idealny na jeden dzień. Na plus wysokogórski klimat, na minus trochę upierdliwa gondolka na Hannoverhaus, na którą trzeba czasem poczekać - nie z uwagi na tłum (bo go nie ma), a fakt że jest raz na 7 minut. --- Dzień 5 (środa), Drei Zinnen (Dolomity) Na koniec wyjazdu, niespodzianka i szybki wypad w Dolomity, do 3 Zinnen. Dlaczego? Ano, bo prognozy były takie, że jeśli gdzieś, to właśnie tam jest szansa na złapanie odrobiny słońca na koniec wyjazdu. W Verschiaco meldujemy się o 8:30, szybciutko kupujemy karnety i jeszcze przed 9 jesteśmy pod szczytem Monte Elmo. Niebo zachmurzone, ale widoczność dobra; warunek śniegowy rewelacyjny. Przez pierwsze pół godziny jest jeszcze pusto, dopiero potem robi się ludniej, ale wciąż bez kolejek do wyciągów. Na początku zaliczyłem dwa zjazdy czarną 13'ką, pomimo tego, że dwa razy celowałem w dłuższy, czerwony wariant. No cóż, ostatnie czego się spodziewałem, to że zjazd na niego będzie tak schowany. Koniec końców oba warianty znajduję jako bardzo fajne: 1) czarny jest zdecydowanie bardziej wymagający i dający mocno popalić udom, choć w tak dobrym (wzorcowym!) warunku zjazd nim to sama przyjemność; z kolei 2) czerwony daje dużo więcej przestrzeni na wariactwa i oddanie się prędkości . Generalnie, trasy w górnej partii trzymały się dobrze aż do końca dnia, pomimo lekko plusowych temperatur i popadującego do południa śniegu. Na trasach nr. 11, 40 i 41 (przebicie w stronę Signaue) było jednak sporo gorzej - na ściankach były już całkiem spore odsypy, a im niżej tym bardziej cukrowaty był śnieg. Miałem nawet wątpliwości czy na 41'ka zawitał w ogóle ratrak, ale koniec końców wydaje mi się, że po prostu na co trudniejszych fragmentach to narciarze tak mocno zdegradowali stok. Niekwestionowaną gwiazdą dnia była na pewno trasa 5a, gdzie można było grzać ile fabryka dała i ciąć zakręty do woli, bez oglądania się na to czy w kogoś wjedziemy (bo nie było w kogo ). Dobrze się też trzymał czarny wariant trasy nr. 3; niestety czerwoną 10'kę zamknęli nam slalomiści. Na dodatek, oprócz okazji do rewelacyjnej zabawy (skorzystaliśmy również ze slalomu na 5b) w końcu zaczęła nam sprzyjać pogoda! "Gwiazda dnia": Na koniec dnia wróciliśmy na Monte Elmo, gdzie aż do godz. 16 tłukliśmy warianty trasy nr... 16 (przypadek? ) Koniec końców dzień oceniam jako rewelacyjny. Po pierwsze, w nogi weszło aż 56,6 km zjazdu (to chyba mój osobisty rekord; łącznie z wyciągami wyszło ciut ponad 100 km) oraz 11 200 m verticala. Po drugie, popołudniowe słońce i panorama na Dolomity znajduję bardzo miłym akcentem na koniec wyjazdu. Minusy? Na pewno cena karnetu, 74 euro za dzień jazdy to sporo. Malutkim minusem kładą sie też plusowe temperatury i dosyć szybka i mocna degradacja południowych stoków; na szczęście te o północnym nachyleniu nadrabiały! Pozdro, Rumcayz
-
Na targach SNOW EXPO można było zapoznać się z ofertą ośrodka narciarskiego 3 Zinnen Dolomity położonego w Południowym Tyrolu, w Północnych Włoszech. Odwiedziłem stoisko, porozmawiałem z przedstawicielami ośrodka i postanowiłem Wam przekazać kilka informacji przed sezonem o tym, mało popularnym jeszcze w Polsce ośrodku.
- 20 odpowiedzi
-
- 3
-
-
- włochy
- południowy tyrol
- (i 4 więcej)
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Z albumu: 3 Zinnen we Włoszech
3 Zinnen we Włoszech-
- południowy tyrol
- włochy
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:







