Narty - skionline.pl
Jump to content

Rumcayz

Members
  • Content Count

    51
  • Joined

  • Last visited

Community Reputation

139 Excellent

About Rumcayz

  • Rank
    Początkujący

Personal Information

  • Imię
    Damian
  • Miejscowość
    Warszawa

Ski equipment

  • Narty marka
    Majesty Thunderbolt 180
  • Buty marka
    Atomic Hawx Ultra 130
  • Gogle
    Majesty One11

Skills

  • Styl jazdy
    szybki, długi skręt
  • Poziom umiejętności
    6

Recent Profile Visitors

758 profile views
  1. Ja mam taki drobny wniosek formalny. Osobiście mogę sobie być za inwestycjami na Kasprowym. Mogę sobie snuć wizję większej liczby wyciągów i tras (bo mi osobiście wyciągi w krajobrazie nie przeszkadzają, a jestem sobie w stanie wyobrazić schludną i nie kłującą w oczy aranżację przecinek). Mogę próbować przekonywać innych do własnego zdania. Mogę również przez innych sam być przekonywanym, że lepiej jest jak jest. Ale to co Krakus81 wypisuje w tym wątku i w wątku o Kasprowym zasługuje w najlepszym wypadku na permanentnego bana i blokadę IP. Szanujmy się i trzymajmy jakiś poziom, bo niektórzy mocno przesadzają z poziomem postów (a w zasadzie jego brakiem). A ponad wszystko przesadzają z językiem, którego używają.
  2. Rumcayz

    Kasprowy Wierch

    Przenoszę I właśnie dlatego, że jest mały i jedyny, to należy zarządzać nim z głową. Nie tworzyć żadnych narciarskich lunaparków z oświetlonymi stokami z muzyką, hotelami i basenami. Wystarczy mimo wszystko kameralny (choć jak na nasze warunki jednak dość duży) ośrodek, PRZEDE WSZYSTKIM nastawiony na zawodowców i narciarza zaawansowanego. Kiedyś, rysując sobie palcem po mapie, wyszło mi coś takiego (w wersji absolutnie maksymalistycznej, na Krokwi mogłoby być tego mniej): https://drive.google.com/open?id=123DX6sUbljmsa2Cucj78NrMlG_5uPkOG&usp=sharing I niech tam nawet bilet kosztuję 150-200 zł za dzień, kto będzie chciał to pojeździ, ale stoję na stanowisku, że ta góra powinna przede wszystkim służyć szkoleniu profesjonalistów. Ale to jest problem szerszy i nie dotyka tylko Kasprowego, ale tak naprawdę całego dobrostanu, który mógłby w jakikolwiek sposób służyć narciarstwu - a wynika on z braku jakiegokolwiek planowania w tym kraju. Prawie wszystkie inwestycje są u nas stawiane na wz'kach. MPZP i plany zagospodarowania województw to jest jakiś śmiech na sali. Najlepsze tereny narciarskie (Pilsko, Mosorny z Cylem, Szrenica, do tego ew. Lubań; Krynica też nie powala) leżą odłogiem, najlepsze turystycznie "ośle łaczki" w kraju również leżą odłogiem bo kilku upartych tak sobie postanowiło (Pasmo Gubałowskie), a na narty jeździ się u nas na 800 m n.p.m., kończąc zjazd na 500. Czemu? Bo niżej łatwiej inwestować, a wyżej zaraz ludzie protestują, bo NIMB i olaboga odwieczny las wytną, a krowy przestaną się cielić (odwieczny, czyli 100-200 letni bór świerkowy, gdzie naturalne dla Karpat na tych wysokościach są buczyny). Powinniśmy sami sobie (jako kraj) odgórnie wyznaczyć kilka lokalizacji na ośrodki narciarskie większe w skali (ale też o lepszych warunkach naturalnych), a nie tak jak teraz dawać wolną rękę inwestorowi, byle się GDOŚ nie przyczepił. Brakuje również przepisów dotyczących zysku społecznego ( w tym wypadku tzw. prawo śniegu), a transport publiczny w i pomiędzy miejscówkami narciarskimi (ale nie tylko) leży i kwiczy. Moim skromnym zdaniem zabieramy się do tego od dupy strony. Powinniśmy ustalić, że te, te i te tereny przeznaczamy na narciarstwo np.: 1) jeden wysokogórski - Kasprowy; 2) dwa średniogórskie - Szrenica, Pilsko 3) oraz kilka innych, nastawionych bardziej na narciarstwo rodzinne i typowo wypoczynkowe, czyli ośrodki typu Zieleniec, Czarna Góra, Wisła, Szczyrk, Mosorny+Cyl, Lubań, Jaworzyna, Białka itp.), ALE, gwarantujemy (przez MPZP, plany zagospodarowania województw) zakres możliwych do przeprowadzenia inwestycji (czyli ile tras i gdzie, ile kolei, jaka skala do/naśnieżania, ile zbiorników, czy przy stokach mogą powstać hotele) oraz ręczymy, że żadnych innych inwestycji w obszarach chronionych ani w ich bezpośredniej okolicy nie będzie (tyczy się Szrenicy, Kasprowego, pasma Policy), a dajmy na to jakaś tam część zysków będzie przeznaczona na okoliczną przyrodę. Tylko to musi być plan kompleksowy (i tu Shuger ma rację, że potrzeba kogoś z jajami) w który zaangażowani będą zarówno potencjalni inwestorzy, jaki i ministerstwa i organizacje ekologiczne. Nie dam sobie głowy uciąć, czy od początku nie był, czy został z niego wyłączony pod koniec XX wieku. Natomiast jak spojrzysz na mapę NAPANT, to zobaczysz, że ma po środku dziurę I tak by mogło pozostać, tłumów tam nie trzeba. Tłumy powinny jeździć po Paśmie Gubałowskim delektując się panoramą Tatr (sam bym często tak robił, jakby się dało), Ale od kilku wyciągów, tras i ograniczonego (czasowo i powierzchniowo) dośnieżania ani świstak ani kozica nie wyginie.
  3. Na Słowacji (Chopok) przeszło i jakoś owce nie przestały dawać mleka Tu się w zasadzie zgodzę, profilowanie tras to nie jest dobry pomysł - poza górną częścią Goryczkowej, tak, żeby pozbyć się trawersu i zjeżdżać od razu do kotła (zresztą PKL chyba twierdzi że tak ma być) Jakieś pomysły PKL miał, typu zbiornik podziemny i takie tam. Tutaj głównym problemem (w tym dla TPN) jest właśnie woda, a dokładniej jej skład mineralny - nie chcą, żeby ewentualne dośnieżanie odbywało się przy użyciu wody o innym składzie niż tym który naturalnie występuje w kotle (Goryczkowym w tym przypadku) Tu też zgoda, za długi odcinek i koszty nieporównywalne do zysków. Prędzej główna gondola mogłaby mieć większą przepustowość (pierwotnie miała być bodaj dwa razy wyższa). Opcja atomowa to wyciągi na Krokiew z Zakopanego i Kalatówek. Wtedy faktycznie Kalatówki mogłyby być połączone jakoś z dolną stacją Goryczkowej. Ja bym nie miał nic przeciwko, jeśli by to było zrobione z głową, przede wszystkim pod względem naśnieżenia i bilansu wodnego. Czemu? Bo ani te reglowe smreki nie są tam naturalne, ani wyciągi nie są nierozbieralne, ani non-stop zarastające tatrzańskie polany nie są niczym dobrym (taki np. Apollo Niepylak przez to właściwie u nas wyginął) - ale takich jak ja jest niewielu. Jeśli chodzi o argument klimatyczny - fakt, będzie coraz cieplej, ale w Tatrach mimo wszystko chyba jeszcze trochę da się pojeździć. A poza tym choćby z tego powodu (ograniczenie emisji) wolałbym się wybrać pociągiem do Zakopanego niż samolotem cholera wie gdzie. Na wczoraj, należy dodać
  4. Żaden Chopok, żadne narty. Piłka nożna na hali sportowej umorusanej klejem do szczypiorniaka; nie wiem co mnie podkusiło bo od samego początku było czuć, że parkiet jest strasznie tępy Na ten moment czekam na zabieg rekonstrukcji, ale ten sezon mam już z głowy. Otóż to
  5. Jako geolog zapewniam Cię, że nie ma żadnego wpływu. Generalnie klimat odnosimy do atmosfery, a dryf kontynentów do litosfery; nie ma w atmosferze takiej energii, która mogła by jakkolwiek modyfikować masy skalne i ich ruch poprzez np. uskokowanie. Jedynym znanym mi miejscem gdzie klimat modyfikuje coś więcej niż morfologię terenu jest Wenus. Planeta ta bywa okresowo przegrzewana tak mocno, że termicznie rozszerza skały, co skutkuje powstaniem niewielkiej skali struktur "kolizyjnych" (uskoki odwrócone, być może niewielkie nasunięcia). Tyle że na Wenus zdaje się, że nie ma niczego w rodzaju dryfu kontynentów (łatwiej obserwować takie procesy na tektonicznie pasywnym obiekcie), a temperatur tam panujących nie da się w żadnym wypadku porównać do ziemskich. Natomiast bez żadnych wątpliwości można stwierdzić sytuację odwrotną, czyli że ruchy płyt tektonicznych mogą zmieniać klimat pewnych obszarów. Dzieje się tak poprzez: 1) otwieranie i zamykanie dróg morskich (konfiguracja prądów oceanicznych; np. dla współczesnej Europy kluczowy jest dostarczający ciepła i wilgoci Prąd Zatokowy, wystarczy spojrzeć na klimat panujący na tych samych szerokościach geograficznych w Ameryce Północnej), 2) tworzenie barier geograficznych (czyli gór blokujących prądy atmosferyczne). Jeśli zaś chodzi o te "polskie Himalaje", to nie jest to takie oczywiste i należy się kilka słów rozwinięcia. Ogólnie bardzo trudno jest precyzyjnie wnioskować na temat morfologii terenu w przeszłości, natomiast mam wrażenie, że narrator trochę przerysował słowa prof. Lewandowskiego i Krzywca. W skrócie: wzdłuż strefy Teysseira-Tornquista faktycznie są zlokalizowane orogeny (kaledoński na Pomorzu i waryscyjski na w Górach Świętokrzyskich i częściowo Lubelszczyźnie). Ten pierwszy jednak powstał zapewne w wyniku skośnej kolizji (zbyt mała energia kolizji, żeby powstałya góry skali Himalajów; analogiem mogą być Pireneje). Ten drugi, którego struktury na powierzchni możemy obserwować w Górach Świętokrzyskich, był faktycznie ogromny, a powstał w wyniku trwającego ~ 100 mln lat procesu zakończonego powstaniem superkontynentu Pangei. I tutaj pojawia się problem - góry są na bieżąco erodowane, my obserwujemy tylko zapis ich najgłębszych części oraz, jeśli mamy szczęście, terenów przyległych. Trudno powiedzieć, czy Góry Świętokrzyskie miały duże kilka kilometrów wysokości - musiałyby być bardzo mocno wypiętrzone, co zapewne wiązałoby się z odsłonięciem skał krystalicznych (np. granitów). Z prowadząca do kilkukilometrowych wypiętrzeń kolizja powinna również doprowadzić do powstania nasunięć (powtórzeń w sekwencjach skalnych). My jednak czegoś takiego nie obserwujemy, co może nie wyklucza, ale mocno podważa hipotezę o "himalajskości" Gór Świętokrzyskich (podobne argumenty dotyczą badań geofizycznych na pozostałych odcinkach linii T-T). Jeśli miałbym typować jakieś miejsce we współczesnej Polsce, które mogło w przeszłości być naprawdę wysokimi górami, to są to Sudety. Jest tam mnogość skał magmowych i metamorficznych oraz mamy mocne dowody, że były one podawane erozji przez ostatnie nawet 300 mln lat. A to by świadczyło o naprawdę dużym wypiętrzeniu, może nawet większym niż w Himalajach. Natomiast faktycznie, struktury wgłębne bywają ogromne w skali, ale musimy pamiętać, że nie były one erodowane. A o takich Tatrach wiemy np., że brakuje im około 3 km nadkładu, co wcale nie znaczy, że był taki moment w historii geologicznej, że miały one 5,5 km wysokości Mam nadzieję, że wybaczycie ten przydługi wpis, ale przy zerwanym ACL z aktywności okołonarciarskich zostało mi chyba tylko pisanie na forum
  6. W okolicach 6-9(10?) kwietnia będę na Chopoku (+ew. Szczyrbskie i/lub Łomnica). Wybiera się ktoś w tym terminie? I tak przy okazji - możecie polecić jakiegoś instruktora/szkołę narciarską w okolicy? Chciałem, żeby ktoś kompetentny rzucił okiem na moją jazdę i dał parę wskazówek co i jak poprawić, a to chyba jedyna moja okazja w tym roku, żeby to zrobić na luzie bez oglądania się za bardzo na współtowarzyszy (uroki mieszkania na nizinach). Z góry dzięki i miłego!
  7. Jutro z dwójką znajomych wpadamy Dziś byliśmy Szczyrku (i taki był pierwotny plan na weekend), ale zachęceni zdjęciami stwierdziliśmy, że oststecznie zrobimy objazd Skrzyczne-Pilsko-Kasprowy. Tak więc do zobaczenia!
  8. Dlatego napisałem (w relacji), że celowałbym w zjazd z przewodnikiem. A że się do tego trzeba będzie odpowiednio przygotować i wytrenować, to oczywista oczywistość. Jakbym chciał popełniać samobójstwo, to nie musiałbym jechać specjalnie pod Mont Blanc - w Warszawie jest całkiem sporo wieżowców do dyspozycji
  9. Miałem podobne wrażenie, przy pełnej lampie i stabilnym śniegu zjazd wydawał się jak najbardziej do ogarnięcia Jedynie początkowe zejście po drabince do mnie nie przemawia i pewnie to by była najbardziej stresująca mnie część tego przedsięwzięcia Jeśli o narty chodzi: mam dosyć szerokie pod butem Majesty Thunderbolty 180 cm, uknułem szatański plan zakończenia ich żywota takim zjazdem, powinny dać radę. Myślę, że uda się kiedyś na siebie trafić, muszę w końcu zjawić się na jakimś forumowym zlocie; poza tym przecież nie kończymy "kariery" w tym roku Wjazd z Valtournenche to: wjazd gondolką do Salette (ok 10-12 min), podjazd do pierwszego krzesełka (jakieś 20 sekund ), wjazd pierwszym krzesełkiem (kolejne 10 min, wolnawe), podjazd do drugiego krzesełka (kolejne 20 sekund), wjazd drugim krzesełkiem (jakieś 5-7 minut), dojazd do orczyka na Cime Blanche (20 sekund), wjazd orczykiem na Cime Blanche (około 5-7 minut), zjazd do gondolki (dajmy na to ze 1:30-2:00 min) i wjazd gondolką na Plateu Rosa (ok. 5-7 min). O ile do krzesełek i orczyka z reguły kolejek nie ma (w godzinach szczytu max 2 min stania), to na gondolkę na Plateau Rosa trzeba czasem poczekać (aż przyjedzie, lub aż się wypełni). Dlatego te 40 min na wjazd trzeba liczyć. Osobówką zdecydowanie startowałbym z Cervini, ale to i tak trzeba by było być wcześnie na parkingu, autokarem (gdzie jest się zależnym od współwycieczkowiczów) mało realne. W każdym razie udanego wyjazdu (jeśli do pisze pogoda, to nie mam wątpliwości, że taki będzie); tydzień na szusowanie pod Matterhornem to tydzień w raju
  10. Rozwiązanie naszych "problemów" moim zdaniem jest stosunkowo proste, tyle że musi być rozpatrzone na szczeblu centralnym, a nie lokalnym. I o ile jestem bardzo przeciwny decyzjom centralnym oddziałującym wyłącznie punktowo, to kiedy mówimy o lokalizacji ośrodków narciarskich rozpatrywałbym to mniej demokratycznie (ośrodki narciarskie z jednej strony zapewniają dobrobyt, a z drugiej jednak wpływają na krajobraz i powodują antropopresję). Tylko do tego trzeba woli politycznej i PZN'u który interesuję się czymś więcej niż Wielką Krokwią i Wisłą. Do czego zmierzam? Należałoby wytypować (choć tutaj akurat problemów nie będzie, wszyscy mniej więcej wiemy, które góry mają potencjał narciarski, osobiście obstawiałbym Szrenicę, Kopę-Karpacz, Czarną Górę, Szczyrk (+Brenna i Wisła), Pilsko, Mosorny-Cyl, Kasprowy, Lubań, Jaworzyna (+Muszyna-Wierchomla) i to chyba by było na tyle). Z tego zestawu należałoby wybrać trzy-cztery ośrodki "alfa" (warunki narciarskie * możliwości transportowe * potencjał sezonu letniego) i w gruncie rzeczy pozwolić na "Chopokoizację" góry. Spodziewałbym się w tej grupie Szrenicy, kompleksu Szczyrk-Brenna-Wisła oraz Lubania i/lub kompleksu Jaworzyna-Muszyna-Wierchomla. Co rozumiem przez "Chopokoizację"? Dużo tras (>40km), knajpy, hotele przy stoku, aquaparki, generalnie co sobie stryjenka zażyczy. Druga grupa, nazwijmy ją roboczo "beta" to duże ośrodki narciarskie, ale nie ekstensywne. Bardziej kameralne i o ile nadal biorące pod uwagę turystę rekreacyjnego, to sprofilowane pod kluby sportowe i bardziej sportowo nastawionego turystę. W takich ośrodkach nadal spodziewałbym się dużej liczby tras (jak na Polskie warunki, czyli w przedziale 20-40 km), obecności knajp na stokach (ale hotele raczej tylko w dolinach!), zminimalizowania liczby wyciągów (zasada kilku tras z jednego wyciągu) oraz nieco węższych tras niż w ośrodkach "alfa" (ale spełniających założenia FIS). W skrócie - zasada zrównoważonego rozwoju (czyli maksymalizacja zysku, przy minimalizacji strat); wiem, że to bardzo nieostre sformułowanie, ale poświęcenie kilku punktów/gór, w zamian za bezwzględną ochronę pozostałych obszarów górskich to chyba nie najgorszy biznes. Nie wykluczałbym również dotacji centralnych w martwym sezonie, w ogóle generalnie skłaniałbym sie ku zarządzaniu tymi ośrodkami przez lokalne OSiR'y - to chyba jedyny sposób na rozwój narciarstwa alpejskiego (i nie tylko) w naszym kraju.
  11. Od zeszłego roku po głowie chodziło mi nartowanie w cieniu Matterhorna, w zasadzie całe lato gdzieś w tyle głowy miałem zakodowane, że w tym roku spędzę tydzień w Cervini. Niestety, jak to z planami bywa, od listopada zaczęło się wszystko sypać: a to znajomi z którymi miałem jechać się wysypali (bo termin, bo dzieci, itp.). Doszło do tego, że w terminie urlopu poza mną i Zuzą nikogo chętnego na wyjazd w Alpy nie zebrałem i w zasadzie pogodziłem się z myślą (nie żebym narzekał ), że wylądujemy gdzieś pod Großglockner'em, albo w Val di Sole. W międzyczasie znalazłem objazdówkę pewnego biura podróży (co ma wygodę w nazwie) po Dolinie Aosty. Tylko ja byłem bardzo sceptyczny odnośnie jazdy autokarem, a Zuza była bardzo sceptyczna odnośnie lotu samolotem, więc nie brałem tego zbyt poważnie. I tutaj do gry wszedł marboru ze swoją relacją, smaka narobił niesamowitego a i wywołał lekkie (delikatnie powiedziane) ukłucie zazdrości. Tak więc po krótkim, acz merytorycznym akcie perswazji, operacja Aosta została rozpoczęta. Prognozy wyglądały zachęcająco, co prawda pierwsze dwa dni miały być pochmurne i nieco śnieżne, ale potem wszystkie prognozy wieściły lampę. A w rzeczywistości? Było nawet lepiej! Dzień 1 i 2 - przelot i Valtournenche. Według planu wylot do Turynu o 11:45 w sobotę 09.02, stamtąd autokarem do Montjovet. Wchodząc na lotnisko chwilę po 9:00 zwróciłem uwagę na samolot do Turynu, godzina 5:35 (linie Travel Service), planowany odlot o 12. Szybka odprawa i kawka, a w międzyczasie komunikat, że opóźniony samolot do Turynu zwiększa opóźnienie do godz. 14. Nie zazdroszczę 🤔. Włochy powitały nas słonecznie, acz z lekką mgłą; mnie już nosiło, żeby pójść na stok. Jakoś trzeba było przeżyć do niedzieli, choć prognozy były umiarkowane. Jak się okazało, pierwszego dnia pojechaliśmy do Valtournenche (część ośrodka Zermatt-Cervinia), gdyż silne wiatry unieruchomiły sporą część innych ośrodków. 8:30 wyjazd spod hotelu, na miejscu byliśmy jakąś godzinę (z drobnym hakiem) później. Szczytowe partie gór spowite chmurami, z rzadka nieśmiało wyglądało słońce; po stronie Szwajcarskiej wcale nie było lepiej. O trasach nie ma w sumie co się rozpisywać, świetnie przygotowane, pusto, widoczność dobra, na kontrast też nie było co narzekać. Zdjęć też raczej nie robiłem, trochę szkoda mi było czasu, a perspektywie i tak mieliśmy powrót w to miejsce na przynajmniej jeszcze jeden dzień. Szybka rozgrzewka na trasie numer 9 (łagodny zjazd przy dosyć wolnym krzesełku), a następnie przenosiny pod Cime Bianche. Trasa numer 15 - cudo. Długaśny zjazd po urozmaiconym stoku, w zasadzie co kawałek zmiana nachylenia, do perfekcji brakowało tylko większej ilości zakrętów, ale nie można mieć wszystkiego. Obok poprowadzona trasa numer 5, również fajna, choć 15 dużo bardziej przypadła mi do gustu. W tej części ośrodka (poza krótką wycieczką na stronę Cervini) spędziliśmy większość dnia. Od 14:30 zaczął sypać śnieg, z minuty na minutę coraz gęstszy; wzmógł się również wiatr. Na sam koniec dnia zaliczyłem jeszcze zjazd jedynką do samego dołu stacji. Górny odcinek do Salette rewelacyjny, zjazd do dolnej stacji gondolki nieco zatłoczony i zmrożony. Fajna okazja do poćwiczenia slalomu, ale trzeba było mocno uważać, bo każdy fałszywy ruch mógł się skończyć kolizją. Subiektywna ocenia dnia: 7/10. Mapa ośrodka: Fot. 1. Widok z okolic Salette na zachód. Dzień 3 - Pila. Ponownie wyjazd o 8:30, przejazd do Aosty, pod dolną stację ośrodka Pila trafiliśmy chwilę przed 10.Zachmurzenie nadal było spore (choć również dosyć często przebijał błękit nieba), górna część ośrodka zamknięta z powodu wiatru. Jeśli miałbym jakoś zgrabnie opisać Pilę, to użyłbym określenia "tatrzański" - większość tras prowadzi przez lasy, tylko najwyższa część ośrodka (niestety tego dnia nie czynna; nie jeździły krzesła: Couis 1, Couis 2 oraz Grimondet) miała trasy wytyczone do kotłów górskich. Bardzo wygodnie rozwiązane są połączenia między trasami, szkoda tylko, że krzesełka w większości się wloką. Zdecydowanie najciekawsze było krzesło na Leisse, z którego prowadzą rewelacyjne zjazdy trasami 12 i 13. Prawdopodobnie bardzo bym się polubił też z trasą numer 2, prowadzącą pod krzesełkiem Chamole, niestety była ona dość mocno zatłoczona, przez co nie dane mi było jej w pełni przetestować tak, jak lubię (wysoka prędkość, długi skręt). Nie zmienia to faktu, że ośrodek mi się spodobał, panowała w nim bardzo przyjemna, kameralna atmosfera. Subiektywna ocena dnia: 7,5/10. Trzeba będzie tu wrócić kiedy wszystko będzie działać! Mapa ośrodka: Fot. 2. Widok w kierunku Aosty ze środkowej części trasy nr 13. Fot. 3. Widok z tego samego miejsca na wschód, w kierunku Pointe Valetta Fot. 4, 5. Widok w tym samym kierunku, z dolnej części trasy nr 13. Fot. 6. To samo miejsce, widok w kierunku Aosty. Fot. 7. Widok na górną część ośrodka, w kierunku Couis 1 i Couis 2 z górnej stacji krzesła La Nouva. Fot. 8. To samo miejsce, widok w kierunku Pointe Valetta. Fot. 9. Widok z górnej części trasy nr 12 w kierunku krzesła Couis 2. Fot. 10. To samo miejsce, widok na wschód. Jest już po południu, a trasy nadal w idealnym stanie. Fot. 11. Widok z baru/restauracji u wylotu trasy 5a w kierunku Pointe Valetta. Dzień 4 - La Thuile. RE-WE-LA-CJA - w końcu pełna lampa! Ale od początku Wyjazd spod hotelu 8:30, na miejscu byliśmy przed 10; do gondolki weszliśmy... chwilę przed 11? Przed naszym autokarem jechał autokar z biura podróży Olimp. Na górnym parkingu okazało się, że nie ma miejsc, więc musiał wykręcić, co mu zajęło dobre 15 minut. Kolejne 25 minut zajęło mu wjechanie na dolny parking, bo kierowca miał straszny problem ze zmieszczeniem się pomiędzy słupkami wjazdowymi (fakt, było wąsko). Jak już wjechał, od niechcenia rzuciłem, że teraz to nasz kierowca pewnie wjedzie tam na raz. Zrobił to! A nasz autokar był kapkę większy, tak więc ogromny szacunek dla kierowcy. Szybko udaliśmy się gondolką na Les Suches a następnie krzesełkiem (wolnym, niestety) na Chaz Dura. Widoki w każdym kierunku nie do opisania. Z jednej strony Mont Blanc, z drugiej Glacier du Rotor, przed nami dziesiątki kilometrów tras - poezja. Mapa ośrodka: Fot. 12. No cześć! Fot. 13. Widok z Chaz Dura w kierunku Glacier do Rotor. Fot. 13-1, to samo miejsce, nieco w lewo. Fot. 14. To samo miejsce, widok w kierunku Mont Blanc. Fot. 15. To samo miejsce, rzut oka na francuską stronę ośrodka. Fot. 16, 17. Na krzesełkach na Chaz Dura i Col de Fourclaz (to drugie szybsze!) spędziłem większość dnia; trasy 9A i 9 oraz 10 to to, co tygryski lubią najbardziej. W ich dolnej części usytuowana jest bardzo przyjemna knajpa (oznaczenie F na mapie), ze świetną pizzą, jeszcze lepszym bombardino! i przecudowną panoramą. Nie obyło się jednak bez strat - na stacji pośredniej kolejki Col de Fourclaz połamałem kijek i resztę dnia jeździłem tak, jak widać na zdjęciu 17. Brawo ja! 🤣 Fot. 18, 19, 20. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się na stronę francuską ośrodka. Zjazd trasą nr 8 to kolejne cudo, niestety mocno wiało i nie chcąc ryzykować utknięcia po "niewłaściwej" stronie góry wróciliśmy do Włoch. To wiązało się z wjazdem na Belvedere, z którego rozciągają się cudowne widoki zarówno w kierunku La Thuile, jak i La Rosiere. Nie ma co opowiadać, zdjęcia będą lepsze niż tysiąc słów. Pierwsze dwa zdjęcia (18, 19) to rzut na puste stoki lotniska po stronie włoskiej, zdjęcie 20 to panorama na stronę francuską. Fot. 21. Zjazd trasą nr 18 z Belvedere do Arnouvaz to jedna z lepszych rzeczy jakie mnie spotkały na tym wyjeździe; zastanawiam się tylko, dlaczego nie pociągnąłem zjazdy na sam dół, trasą nr 6, prosto do La Thuile. Trochę szkoda, ale przynajmniej jest po co wracać! Fot. 22. To już niestety koniec dnia. Gdzieś koło 16 trzeba się było zbierać do autokaru, postanowiłem więc przetestować trasę Pucharu Świata, a więc łączony zjazd czarnymi: dwójką i trójką. To chyba pierwszy zjazd który wzbudził we mnie respekt, zwłaszcza pionowa ścianka na łączeniu tras 3 i 2 robiła wrażenie. Co nie zmienia faktu, że idealna kondycja stoku (twardo, ale nie lodowo!) i relatywna pustka na nim panująca sprawiły, że można było się śmiało rozbujać i wycisnąć z nóg pełnię możliwości. To uczucie gdy wbija Cię w stok na wypłaszczeniu zaraz za ścianką - czysta ekstaza. Na zdjęciu: widok z najniżej położonej ścianki na trasie nr 3 w kierunku miasteczka La Thuile. Niestety zjazd na "dwójkę" przegapiłem i nie mogę sobie tego darować; ale nic straconego, jest kolejny powód żeby wrócić do La Thuile! Subiektywna ocena dnia: 9/10. Była by dycha, gdyby nie to co stało się dwa dni później, ale o tym zaraz, bo teraz czas na... Dzień 5 - Monterosa. Wyjazd standardowo o 8:30, choć tym razem autokar odbierał nas jako ostatnich. Do Stafal dojechaliśmy o 10, pod gondolką szybki serwis (i zakup nowych kijków ), po czym udaliśmy się gondolką w kierunku Alagny, na Passo Salati. Na początek rozgrzewka na niebieskich trasach do Cimalegna (Fot. 23) i podziwianie panoramy na Alpy Zachodnie i dolinę Padu z Passo Salati (Fot. 24, 25, 26, 27). Następnie zjazd w górnej części czerwoną, a w dolnej czarną trasą do Stafal. Chciałem go przetestować w optymalnych warunkach (mało ludzi, nie rozjeżdżona trasa) i byłem wniebowzięty. Zjazd z Passo Salati do Gabiet to niecałe(?) 4 kilometry lotniska na którym można się rozbujać na 100 % możliwości. Z Gabiet do Stafal zjazd jest dużo bardziej techniczny, wąski i kręty. Generalnie umieralnia i odpoczywalnia, więc z byłem z siebie bardzo zadowolony, że zjechałem go krótkimi skrętami na raz, delektując się każdym ruchem. Jedyny minus, że dolna połowa tej trasy, to bardzo łagodny, wąski trawers po zboczu góry. Nic ciekawego, ale trening slalomu w górnej części rekompensował tę "niedogodność" z nawiązką. Zdjęć z części poniżej Gabiet nie mam, szkoda mi było tracić czasu, wybaczcie Mapa tras: Fot. 23. Niebieska trasa do Cimalegna, prawdą mówiąc - nudna. Fot. 24, 25, 26, 27. Widok z Passo Salati na zachód (fot, 24; daleko w tle Monte Viso - charakterystyczny ostrosłup na horyzoncie), północny zachód (fot. 25), południe (fot. 26, 27; zdjęcia tego nie oddają, ale można było dostrzec Apeniny). Ośrodek reklamowany jest jako otoczony największą liczbą czterotysięczników w Alpach, natomiast gdzieś zgubiła się skala i tego w ogóle nie czuć. W kwestiach widokowych najbardziej podobała mi się perspektywa na dolinę Padu, reszta mnie jakoś nie porwała. Fot. 28, 29, 30, 31. Po chwili nadszedł czas na zjazd czarną V3 do Pianalunga i czerwoną na sam dół do Alagny. Czarna V3, mimo że dość mocno uczęszczana, była rewelacyjna. Świetne warunki (twardo, ale nie lodowo), dużo zmian kierunków, w górnej części stosunkowo wąsko, na dole prawdziwe lotnisko. Fot. 32. Widok z Pianalunga na trasę V3 i urwisko pod Cimalegna. Fot. 33, 34. Panorama z czerwonego zjazdu do Alagny oraz panorama miasteczka z okna wagonika. Górna część trasy cudowna, niestety w dole na zmianę kasza, przetarcia i (prawie) lód. Zjechane, ale w tych warunkach nie było sensu tam wracać. Fot. 35, 36, 37. Pół dnia prawie minęło, przyszedł czas na obiad. Z tarasu widokowego w restauracji na Passo Salati otwiera się cudowna panorama na Alpy Zachodnie (Fot. 35). Resztę dnia katowaliśmy czerwony zjazd z Passo Salati do Gabiet. Subiektywna ocena dnia: 7/10. Nie udało nam się wyskoczyć do Frachey i Champoluc; chętnie tu wrócę, choć czegoś mi tu brakowało. Niezbyt wiele tras (choć czerwone i czarne bardzo ciekawe!), poza tym upierdliwe połącznia między dolinnymi końcami tras a gondolami (trzeba drałować 5 minut z nartami, niby żaden problem, ale nie zachęca do częstego zjeżdżania na sam dół. Z pewnością jest to świetne miejsce na freeride, ale warunki śniegowe jakoś (przynajmniej mnie) nie zachęcały: sporo wystających skałek i kamieni, do śnieg typu szreń. Z perspektywy tego wyjazdu całość ratowała bajeczna trasa Passo Salati-Gabiet oraz czarny zjazd Passo Salati-Pianalunga. Dzień 6 - Matterhorn Ski Paradise Wyjazd spod hotelu standardowo 8:30, na miejscu byliśmy o 9:30. Niestety znowu zaparkowaliśmy w Valtournenche, co nam pokrzyżowało nieco plany, bo chcieliśmy jak najszybciej udać się na stronę szwajcarską. Szybko kupiliśmy suplementy do karnetów (35 Euro), po czym udaliśmy się w podróż gondolką, krzesełkiem, krzesełkiem orczykiem i jeszcze raz gondolką na Plateau Rosa. Mapa ośrodka: Dojazd na Plateau Rosa zajął nam dobre 40 minut. Natomiast to co działo się potem... tu nie ma co pisać, to jest definicja raju! Wszelkie słowa są zbędne i nie oddadzą nawet 10% odczuć. Nowa gondola Leitnera z Trockner Steg na Klein Matterhorn wprawia w opad szczęki. Widoki ze szczytu również. Zjazd z Klein Matterhorna do Trockner Steg to typowo lodowcowa historia: szeroko jak na lotnisku, generalnie niezbyt stromo, ale są momenty. Z Trockner Stegg to Schwarzsee prowadzi bajeczna trasa 66, na której z każdym metrem zmienia się perspektywa na Matterhorn. Zjazd z Schwarzsee do Zermatt (przez Furi), najpierw czarną, a potem czerwoną trasą to również orgazm dla wszystkich zmysłów na raz. Gondolka z Zermatt na Trockner Steg prowadzi bez żadnych przesiadek, można za to wyjść na jednej z trzech stacji pośrednich. Panorama z Trockner Steg, to również najlepszy co się możne trafić dla oczu: Mattergorn, Zermatt, Monte Rosa, Klein Matterhorn na jednym ujęciu - bomba! Na sam koniec dnia zjazd z Theodulpass do Plan Maison (rewelacyjne czerwone trasy w kilku wariantach), powrót na Plateau Rosa i szybciutko trasą numer 1 przez Salette do Valtournenche (tego dnia cała trasa nr 1 do samego końca była rewelacyjna; w górnej części twarda i szybka, w dolnej miękka, iście wiosenna). Fot. 38. Zawsze chciałem takie mieć! Fot. 39-58. RAJ Fot. 39. widok w górę Theodulgletscher, w kierunku Plateu Rosa. Fot. 39. Trockner Steg, widok na Zermatt. Fot. 40. Trockner Steg, widok na Monte Rosa. Fot. 41. Trockner Steg, widok na Klein Matterhorn. Fot. 42. Panorama z Trockner Steg. Fot. 43. Matterhorn z górnej części trasy 66. Fot. 44. To samo miejsce, widok na Zermatt. Fot. 45. To samo miejsce, widok na Dufourspitze. Fot. 46. Samojebka z legendą. Fot. 47, 48, 49, 50. Matterhorn z Zermatt oraz z okna gondolki wiodącej z miasteczka na Trockner Stegg. Fot. 50 - product placement Fot. 51. Apeniny z tarasu widokowego na Klein Matterhorn. Fot. 52. To samo miejsce, masyw Mont Blanc w tle, w dole Theodulgletscher. Fot. 53. Panorama z górnej części trasy 85. Fot. 54, 55. To samo miejsce, węższe ujęcia. Fot. 56. Widok na Cervinię z górnej części trasy 6 bis. Fot. 57. To samo miejsce, widok nieco na prawo, w kierunku Matterhorna/Cervino. Subiektywna ocena dnia: 10/10, RAJ! Tu trzeba wrócić, jak objeździłem 15-20% to i tak będzie dobrze. Pod Matterhorn'a MUSZĘ wrócić na cały tydzień białego szaleństwa inaczej nie będę spełniony jako narciarz . Niektórym spodobało się tak bardzo, że utknęli po szwajcarskiej stronie 🤣. Opcje: nocleg na miejscu (~200E); helikopter do Cervini (450E); taksówka do hotelu przez przełęcz świętego Bernarda (1100E). Ja bym wybrał azyl Dzień 7 - Punta Hellbroner i Courmayeur. No cóż, po wizycie w raju moje oczekiwania nie były zbyt wysokie - po prostu czułem, że tego się nie da przebić. I miałem rację. Nie zrozumcie mnie źle - Widoki z Punta Helbronner są cudowne, Mont Blanc robi ogromne wrażenie, a Courmayeur to bardzo przyjemna (choć chimeryczna) stacja narciarska. Na początek (na miejscu byliśmy chwilę przed 10) wybraliśmy się na Punta Helbronner. Nie będę ukrywał, wrażenia są, ale dla własnego dobra zamieniłbym miejscami dzień 6 i 7 Mapa ośrodka: Fot. 58. Taras widokowy na Punta Helbronner, ja, Mont Blanc i Alpy Zachodnie. Fot. 59. To samo, tylko beze mnie Fot. 60. Widok z tarasu widokowego na Punta Helbronner w kierunku Aguille du Midi (po lewej) i Dent du Géant. Fot. 61. To samo nieco bardziej w prawo (widok na wschód); w tle majaczy Matterhorn. Fot. 63, 64. Dwie panoramki: pierwsza na południe, druga na zachód i północny-zachód. Na tarasie spędziliśmy jakieś 1,5h; o 12 byliśmy już na dole i pakowaliśmy się do gondolki Val Veny. Szybko przedostaliśmy się na południową część ośrodka i po bajecznym zjeździe wzdłuż gondolki Col Checruit wyskoczyliśmy na pizzę. Widok z tarasu jak na zdjęciu poniżej (Fot. 65). Trasa pod gondolką była przeze mnie testowana już w grudniu, tym razem warunki nieporównywalnie lepsze. W ogóle wszędzie było pusto, więc można się było bardzo przyjemnie rozbujać i pohulać. Fot. 66, 67, 68. Po obiedzie wjechaliśmy leciwymi gondolkami Youla i Arp na Cresta d'Arp, najwyżej położony punkt ośrodka. Widoki wręcz dziewcze, aż się prosiło o założenie świeżego śladu (tylko jak potem wrócić do autokaru? :D). Stąd zjazd najpierw krótką czarną (nie ma jej zaznaczonej na mapce powyżej), a następnie czerwoną trasą do Col Chercruit. Na koniec dnia przenieśliśmy się na północną część ośrodka, w końcu częściowo oświetloną przez powoli zachodzące słońce. Bardzo przyjemne są trasy między krzesełkami Plan de la Gabba i Bertolini, reszta mnie raczej nie zachwyciła: głównie niebieskie trawersy i tępa kasza, która wyrywała z butów po wyjechaniu z zacienionej części stoku. Subiektywna ocena dnia: 8/10. Fajnie, nawet bardzo, ale La Thuile oraz (przede wszystkim) Zermatt-Cervinia, to jednak inna liga. Warto tutaj przyjechać, ale 1-2 dni to jest max, żeby się tutaj nie zacząć nudzić. Jeśli o mnie chodzi... Wrócę tu na pewno, z uwagą obserwowałem możliwości zjazdu z Punta Helbronner do La Palud (dolna stacja kolejki Skyway) i wyglądało to bardzo kusząco. Jeśli trafię na podobną pogodę i znośne warunki śniegowe, następnym razem raczej nie odpuszczę i wynajmę przewodnika do zjazdu Marboru, co Ty na to? To by było na tyle, niestety ten tydzień minął w mgnieniu oka, a od jutra powrót do szarej rzeczywistości (czyli knucia planów odnośnie następnych wyjazdów! ) Pozdrawiam!
  12. No dobra, Panie marboru, narobiłeś smaka tak bardzo, że jadem na tą samą wycieczkę od 9 do 16.02. Wycieczka ta sama, choć hotel inny, bo w Montjovet, ale mam nadzieję, że też będzie fajnie. Możesz czuć się winny najazdu kolejnej duszy na dolinę Aosty !
  13. Nie mogę się nie zgodzić - całe zdarzenie było absolutnie z mojej winy i zapewne była spowodowana właśnie niedostatecznymi umiejętnościami (które swoją drogą na każdym wypadzie na narty staram się doskonalić, choćby dlatego, że zwyczajnie mi to sprawia frajdę), przyprawionymi chwilowymi warunkami na stoku, do których powinienem był się dostosować i je przewidzieć. Jeszcze powtórzę (tudzież doprecyzuję): to nie było zderzenie "na misia" (tak brzmi sformułowanie "zderzenie", a - stosując terminologię drogową - jest różnica pomiędzy stłuczką a zderzeniem; byłem w stanie na tyle zmienić kierunek jazdy, żeby nie wpaść bezpośrednio na drugą osobę)! Delikatnie tylko trąciłem krawędź cudzej narty - wystarczyło mi to do stracenia równowagi (tutaj zapewne kwestia umiejętności) - natomiast widząc, że i druga osoba traci równowagę, zdążyłem ją lekko odepchnąć w stronę "do stoku". I śmiem twierdzić, że zachowałem się w porządku, bo z tego co widziałem, osoba ta tylko klapnęła, wręcz usiadła na stoku. To co się działo ze mną jest najmniej istotne, bo podstawa to nie zrobić krzywdy innym. Jeśli chodzi sytuację "co by było, gdyby były same dzieci", to mam na taki scenariusz jedną zasadę: generalnie staram się jeździć w jak największej odległości od młodych narciarzy, ewentualnie czekać, aż przejadą. Bezpieczniej zarówno dla mnie, jak i dla nich. Dziś bym się w tej sytuacji zachował inaczej, ale z każdej lekcji wyciąga się jakąś naukę, byle jej cena nie była zbyt wysoka. Pozdrawiam!
  14. Pozwolę sobie dodać od siebie dwa słowa. W zeszłym roku udało mi się "zaliczyć" dwie spektakularne gleby. Jedną na Łomnicy (zderzenie z narciarzem), drugą na Red Devil w Mayrhofen (uniknięcie zderzenia). Jeśli chodzi o incydent z Łomnicy, to jeśli miałbym oceniać, to była to jednoznacznie moja wina (byłem tym, który był nieco z tyłu), natomiast absolutnie nie mam pojęcia co mógłbym zrobić w celu uniknięcia zderzenia. Zdarzenie miało miejsce bodaj w dolnej części trasy nr. 6, na ściance w dolnej części. Z jednej strony jechałem wolno (acz nieco szybciej niż narciarz poniżej) i nie zmieniałem gwałtownie toru jazdy, z drugiej strony warunki było mocno ciężkie, bo stok był cały oblodzony. Przede mną z jednej strony dziecko, z drugiej grupka narciarzy. W pewnym momencie kompletnie straciłem krawędź (może na żyletkach ostrzonych 10 minut wcześniej byłoby inaczej), a pech chciał że w tym samym momencie i dziecko i grupka narciarzy jechali w tę samą stroną, tj. do środka stoku. Z dwojga złego wybrałem kolizję z dorosłym, która swoją drogą musiała wyglądać komicznie: zahaczyłem go nieznacznie krawędzią narty i gdy zobaczyłem że traci równowagę, to popchnąłem go w kierunku stoku (żeby jeśli już to upadł w mniej niebezpieczną stronę). W tym momencie moje nogi zrobiły coś dziwnego bo wyleciałem w powietrze i wylądowałem dobre 20 metrów dalej. Pozbierałem się i po krótkiej rozmowie okazało się że ze współkolizjantem wszystko w porządku, mam tylko nadzieję, że nie ma mi tego za złe, bo wyrzuty sumienia mam do dzisiaj. Natomiast ja się poturbowałem solidnie. Morał z tego taki: noście kaski i ostrzcie narty jak najczęściej. Z kolei w Mayrhofen nieco podobna sytuacja: końcówka dnia, dużo muld i odsypów w dolnej części trasy. Zjeżdżam sobie spokojnie przy krawędzi stoku, tyle że drugi narciarz (jak na złość jedyny oprócz mnie na stoku -.-) non stop podjeżdżał coraz bliżej krawędzi stoku, która była moim torem jazdy. No i jak podjechał za blisko, to przy próbie uniku (niefortunnie, bo na wysokim odsypie) znowu mnie katapultowało. Próbowałem ustać, ale co przydzwoniłem w śnieg to moje. Morał? Noście kaski tym bardziej. Jestem przekonany, że bez kasku wylądowałbym w szpitalu. W najlepszym wypadku.
  15. Pewno i się da, ale z kilkoma zastrzeżeniami: 1) Jeśli gondola miałaby służyć rozładowaniu Szczyrku, to powinna być też niezawodna (wiatr) - ergo winna być to kolej typu Funitel. 2) Tak jak nikdob i poprzednicy zauważyli, trzeba by wykonać dokładne symulacje nasłonecznienia stoków wschodniego i południowego, ze szczególnym uwzględnieniem zakresów wysokości na jakich warunki do jazdy utrzymują się dłużej. 3) Może się okazać, że ciągnięcie tras (może poza jedną, wspólną dojazdową) na sam dół nie ma sensu i wtedy trzeba zrobić przesiadkę. Jedyne(?) miejsca na "węzeł przesiadkowy" to "równia" (c.a. 920 m n.p.m.) i taras poniżej (c.a. 840 m n.p.m.). Jest to trochę niżej niż Hala Skrzyczeńska, więc tym bardziej potrzeba symulacji, żeby stwierdzić czy to nie jest zbyt nisko (tak, żeby góra mogła jeździć dostatecznie długo).
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2019
×
×
  • Create New...