Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 03.08.2021 w Odpowiedzi
-
Genialnie:) Pracowałem w 1997 roku przy TDP. Juz wtedy impreza była fajnie zorganizowana od środka wyglądało to naprawde super. Rozwieszałem banery na płotkach oraz razem z kuzynem zmienialismy reklamy za podium gdy wchodzili kolejni liderzy klasyfikacji Najfajniejsze zadanie mialem na ostanim etapie czasowki Krakow - Krakow. W punkcie Start/Meta pod Wawelem umieszczalismy tabliczki z nazwiskami zawodnikow na samochodach które za nimi jechaly. Tabliczki mialy takie gumowe stopki z gumą z magnesami (nie wiem jak to nazwac) i poprostu do maski sie je przyczepialo. Smieszna sytuacja byla gdy podjechalo jakes Renault, pamietam do dzis jak polozylismy tabliczke a ona spadla:) druga próba i znow odpadla.. okazało sie, że nie byla metalowa Kazdy zawodnik na wyciagniecie reki, zdjecia z Lechem Piaseckim, Zenonem Jaskółą ktory zajał ostatecznie 2 miejsce dla młodego czlowieka to bylo naprawde niesamowite przezycie. Az chailbym popracowac przy takim TDF dzieki za przypomnienie tamtych czasów4 punkty
-
Absolutnie jest co najmniej kilka pomysłów na połączenie obu pasji - podjazd z Solden pod lodowce na rowerze - mega fajny; Kaunertaler Gletscherstrasse także absolutny top rowerowy; ale można też bardziej ekstremalnie - dwóch Niemców załadowało narty na rowery i pojechali przez Alpy nad morze na Lazurowe Wybrzeże po drodze jeżdżąc na nartach - 42 dni; prawie 2 tys km - nakręcili o tym film Ice & Palms: https://www.rennrad-news.de/news/ice-and-palms/ Tu jeden z kadrów: Także - wszystko się da połączyć, tylko to siodełko... 😉3 punkty
-
Prowansja - cz. VI - dzień TDF Tak jak wspominałem na samym początku, jedną z zaplanowanych atrakcji związaną z naszym wyjazdem do Francji, był fakt, że podczas naszego pobytu w miejscowości, w której zatrzymaliśmy się, czyli w Malaucene, zlokalizowano metę jednego z etapów legendarnego Tour de France. Ba... - nie byle jakiego etapu, bo etapu, który wiódł przez szczyt Mt. Ventoux; więcej w tym roku kolarze po raz pierwszy w historii Tour'u wspinali się na Mt. Ventoux dwukrotnie i dwukrotnie pojawiali się w "naszej" wiosce. Raz przez nią przejeżdżali, a za drugim razem meldowali się tu na mecie. Przy czym etap wyglądał tak, że kolarze po raz pierwszy podjeżdżali najłatwiejszym podjazdem czyli tym od miejscowości Sault, potem zjeżdżali do Malaucene (to była drogą, którą ja z kompanami wspinałem się na szczyt, a oni tu jechali w dół), a następnie jechali z Malaucene od Bedoin i stamtąd tym tzw. klasycznym podjazdem wjeżdżali na szczyt raz jeszcze, znów zjeżdżając drogą w dół do Malaucene. Czyli zjazd w dół był dwukrotnie taki sam, ale podjazdy były dwa różne. Klasyfikacja generalne wyglądała w ten sposób, że Pogacar miał już wyraźną przewagę nad resztą faworytów, ale liczono, że być może okaże w końcu jakąś słabość. Zastanawiano się przy tym, czy etap należeć będzie właśnie do czołówki klasyfikacji generalnej, czyli czy to faworyci rozegrają sprawę wygranej dnia między sobą, czy raczej "pozwolą" na zwycięstwo komuś kto w klasyfikacji całego wyścigu się nie liczy. My postanowiliśmy tego dnia zupełnie zrezygnować z roweru i po prostu chłonąć atmosferę wyścigu i kibicować. Kompletny "rest day". Wcześniej kibicowałem kilkukrotnie wyścigowi Tour de Pologne, więc wydawało mi się, że mniej więcej tak to będzie wyglądać. Okazało się jednak, że Tour de France nie na darmo jest "naj". Gdy dzień wcześniej jedliśmy wieczorem kolację przy głównej ulicy/skwerku Malaucene, nic nie zapowiadało tego, jak bardzo to miejsce zmieni się w przeciągu jednej nocy. Wieczorem bowiem wyglądało to mniej więcej tak: A następnego dnia już tak: Wszystko idealnie rozplanowane - ustawiono całe miasteczko w pawilonami dla VIPów, stolikami, podium, telebimami - w sumie coś takiego tzn. takie "motorhome'y" widywałem jedynie na wyścigach formuły 1. Cała główna ulica miasteczka została kompletnie przebudowana na cele TDF. Zdjęcia nie oddają ogromu tak naprawdę tego co się rozstawia wokół takiego TDF. Pod kościołem rozstawiono - niezależnie od tego co rozstawiono wokół mety - całą strefę kibica, ze sklepikami, olbrzymim telebimem, zapleczem sanitarnym itd. , Zanim zatem pojawili się kolarze i pomiędzy ich przejazdami można spokojnie było sobie usiąść w cieniu pod drzewkiem i oglądać wyścig w tv: Niezależnie od tego można było się uraczyć czymś chłodnym; sponsorzy dbali o to, aby każdy na głowie miał tematyczną czapeczkę z ich logo. Przy czym bank LCL jest sponsorem generalnym i oni chcieli wszystkich przyodziać w żółte baseball'ówki, a firma Lecler chciała wyposażyć możliwie dużo osób w czapeczki i koszulki w grochy. Francuzi mają szczególne podejście do Tour de France. Z jednej strony TDF to wielka maszynka do nabijania kasy i stanowi znaczną część wpływów dla rodziny Amaury, bo to ta jedna z najbogatszych francuskich rodzin stoi za ASO - czyli Amaury Sports Organization - dla której największym "eventem" jest TDF, ale która organizuje też dziś wiele innych wielkich wyścigów kolarskich i to niekoniecznie we Francji - np. Vuelta de Espagna, Liege Bastogne Liege, czy La Fleche Walonne i wiele, wiele innych; ale także niekoniecznie imprezy kolarskie - bo organizują także wyścig Paryż Dakar. Z drugiej strony - TDF to piękna impreza promująca Francję, jej różne zakątki, zabytki itp. Czytałem gdzieś, że Francuzji uważają, że TDF należy do każdego Francuza w jakiejś części i jest ucieleśnieniem tego właśnie co we Francji jest najpiękniejsze. Wydaje mi się to dość górnolotne, ale niechaj i tak będzie. Na pewno to co zwraca uwagę i może potwierdzać tezę, że TDF to święto całej Francji i Francuzów, to fakt jak licznie gromadzą się przy drodze kibice i to niekoniecznie "hardcore'owi" kibice kolarscy, ale także fakt jak przyozdabia się miasteczka, przez które przejeżdża TDF - widać, że te miasteczka niejako "wyczekują" przyjazdu całej tej karawany. Tu kilka przykładów: Zanim pojawią się kolarze, przed nimi jedzie tzw. karawana wyścigu. W sumie gdzieś tam kiedyś oglądałem o tym jakiś film dokumentalny, więc mnie to nie zaskoczyło tak całkiem, ale fajnie było to zobaczyć na żywo. Karawana to coś na co wiele osób przy drodze bardzo czeka - bo z jednej strony przejeżdżają specjalnie na ten cel zbudowane samochody, platformy, które same w sobie robią duże wrażenie (trochę to wygląda jak na jakimś karnawale); a z drugiej strony w tych samochodach siedzą ludzie wyrzucający różne darmowe fanty (czapeczki, breloczki, koszulki, a z bardziej śmiesznych rzeczy, to był proszek do prania - szkoda, że nie dwa dni wcześniej, to nie musielibyśmy kupować 😉 ). Muszę przyznać, że nie spodziewałem się po Francuzach tak niezwykłej zażartości w "walce" o załapanie tych różnych fantów. Leci tego w każdym razie tyle, że ja skończyłem z trzema różnymi kapeluszami przeciwsłonecznymi, chyba pięcioma czapeczkami, trzema koszulkami, niezliczoną ilością breloczków i dobrze, że na koniec złapałem torbę zakupową rzuconą z platformy jednego ze sponsorów wyścigu, bo miałbym kłopot jak się do domu z tym wszystkim zabrać 😉 A wierzcie mi albo nie, nawet się tak bardzo nie starałem, gdyż w jakiejś tam części tylko się broniłem, aby tym po prostu nie oberwać np. w głowę. W każdym razie miśki Haribo, były naprawdę znakomite, a czapeczki i koszulki rozdysponowałem pomiędzy dzieci swoje i znajomych. A tak owa karawana wygląda na kilku zdjęciach - jedzie tego naprawdę sporo; niektóre pojazdy robią spore wrażenie (moje ulubione to koszyki piknikowo-zakupowe Leclerc'a); do tego jest puszczana muzyka, tańce i różne wygibasy: Po takim wstępie - na chwilę sytuacja się uspokaja - i następuje oczekiwanie na pierwszy przejazd kolarzy przez miasteczko. To naprawdę niesamowite, jak szybko kolarze przejeżdżają koło nas. Samochody techniczne i charakterystyczny zapach/smród spalonych klocków hamulcowych świadczą o tym, jak trudne musiało to być dla aut aby utrzymać się za kolarzami podczas zjazdu z Ventoux. Ci na naprawdę wąskiej drodze osiągali prędkości w okolicach 100 kmh pomiędzy kolejnymi zakrętami. Tu czołówka jadąc w kierunku Bedoin - to z niej wyłoni się końcowy tryumfator etapu: Tutaj peleton z głównymi aktorami TDF - na czele zespół Ineos (trzeci z kolei jest nasz Michał Kwiatkowski), który jedzie pod swojego lidera R. Carapaza (od niedawna mistrza olimpijskiego), ale zaraz za nimi jest zespół UAE z liderem - w zółtej koszulce - Słoweńcem Tadejem Pogacarem (3-miejsce w Tokio) - wśród pomocników Tadeja jest nasz Rafał Majka. Co prawda niestety nasi kolarze pierwszych skrzypiec tu nie grali, ale tego dnia Majka i Kwiatkowski wykonają naprawdę ciężką pracę podczas drugiego podjazdu pod Ventoux. Za peletonem jest jeszcze jeden "highlight" i równocześnie pewna niewiadoma. Czy sprinter Mark Cavendish - jadący w zielonej koszulce najaktywniejszego (najlepiej punktującego) kolarza wyścigu, zdoła "przetrwać" ten etap i zmieścić się w limicie czasu. Cavendish to być może najlepszy sprinter w historii kolarstwa - przed tym wyścigiem miał na koncie 30 wygranych etapów TDF. Ostatnie parę sezonów było jednak dramatycznie słabe w jego wykonaniu; nie wygrywał od kilku sezonów nic, mierzył się z chorobą. Wydawało się, że zeszły sezon będzie jego ostatnim. Ostatecznie trafia do jednego z najlepszych zespołów w peletonie, w jakim może znaleźć się sprinter - Dequenick Quick-Step. Rękę wyciąga do niego bowiem menedżer zespołu Patrick Levevre - ustalają ostatecznie, że Cavendish będzie jeździć na kontrakcie za minimalną pensję przewidzianą regulacjami UCI, a jeżeli "coś" wygra, to sponsor ekipy, czyli firma Specialized, za każde takie zwycięstwo dołoży bonus. Przed sezonem nikt jednak w te bonusy, jakoś specjalnie nie wierzy. Cavendish był w ekipie przewidziany na starty raczej w wyścigach 2-ligowych - takich taka ekipa WorldTour też trochę zalicza - a tym samym nieco słabiej obsadzonych. Na pewno nikt, włącznie z samym Cavendishem, nie przewidywał startu w TDF. Ten w zasadzie był od początku zaklepany dla Irlandczyka Sama Bennetta, jednego z najlepszych obecnie sprinterów i zdobywcę zielonej koszulki TDF w zeszłym sezonie. Z uwagi na konorawirusa wiele wyścigów tych pomniejszych było odwoływanych, więc Cavendish nie miał szans jakoś szczególnie się pokazać, w końcu pojawia się - podobno trochę wbrew swojej woli, ale Levevre nalegał na ten start - w wyścigu dookoła Turcji. Tam Cavendish odnosi w sumie 4-zwycięstwa etapowe. Wyścig niby drugoligowy, ale wiele osób w końcu myśli sobie - no dobrze, na koniec kariery Cav wstydu nie przynosi, będzie mógł przejść spokojnie na emeryturę wygrywając w swoim ostatnim sezonie jakieś wyścigi. Potem jednak niespodziewanie w Tour dookoła Belgii, który miał być taką próbą generalną dla sprinterów przed TDF, z uwagi na kontuzję nie pojawia się Bennett - jego miejsce w trybie awaryjnym zajmuje Cavendish - i co... i wygrywa i to jak za najlepszych swoich lat. Tutaj już nie ma mowy o przypadku - wyścig jeżeli chodzi o sprinterów gromadzi wielu z najlepszych. Zaczynają się pytania o TDF - sam Cavendish mówi, że nie ma o czym gadać; takich planów nie ma; Bennett ma startować i koniec. W międzyczasie jednak wiadomo, że Bennett ogłosił, że zmienia team - w przyszłym roku wraca do Bora Hansgrohe. Nie wiadomo więc, czy to na pewno przez kontuzję, czy trochę ze względu na fakt odejścia z zespołu, Cavendish nagla startuje w TDF. Przychodzi pierwszy etap sprinterski - wygrywa; drugi - wygrywa. Nie pamiętam - ile miał zwycięstw etapowych gdy kolarze jechali do Malaucene - ale Cav ostatecznie wygra 4 etapy tegorocznego Tour'u i z 34 zwycięstwami etapowymi w tym wyścigu wyrówna rekord wielkiego Eddy'ego Merckx'a. Jeden z największych comeback'ów w historii sportu. Jeżeli "coś" nie wyszło Cavendishowi w tegorocznym TDF, to ostatni etap - etap w Paryżu - dla sprintera szczególne miejsce - wygrać ostatni etap TDF na Polach Elizejskich. Gdyby tego dokonał to ustanowiłby rekord 35 wygranych i pobił Mercx'a. To jednak się nie udało. Wielu uważało, że taki scenariusz - tj. wygrana w Paryżu, rekord, zielona koszulka wyścigu - byłby najlepszych momentem, aby zejść ze sceny i zakończyć tę piękną karierę. Nie wiadomo jak dalej będzie przebiegać kariera Cavendisha - specjaliści stawiają, że teraz chyba kariery nie skończy, ale nie wiadomo jakie życie nakreśli scenariusze. Faktem jednak jest to, że aby zdobyć zieloną koszulkę - trzeba nie tylko zdobyć najwięcej punktów, ale trzeba być także na mecie w Paryżu. Dla sprinterów przejazd przez góry i zmieszczenie się w limicie czasu (ten liczony jest jako procent czasu pierwszego na mecie), nieraz jest sporą trudnością. Sprinterzy to masywne chłopy, które mają wygenerować poteżną moc na stosunkowo krótkim odcinku tuż przez metą. Przejazd przez góry to domena górali - lekkich, drobnych gości. Rokrocznie więc iluś tam sprinterów odpada albo wycofuje się z wyścigu nigdy nie osiągając mety w Paryżu. Cavendish musiał się więc spinać - na jednym z etapów przyjeżdża bodaj 1,5 minuty przed limitem. Więcej niż pół drużyny oddelegowane jest jednak, aby mu pomóc - wożą bidony, karmią - osłaniają przed wiatrem. Innymi słowy są jak matka Polka i super niania razem wzięte, aby tylko chłop docierał na metę w limicie czasu. Tu na zdjęciu Cavendish (zielona koszulka) przez miasteczko przejeżdża na czele grupki, ale w tle widać 4 koszulki kolegów z zespołu oddelegowanych aby "przeciągnąć" go przez góry: No dobra - przejazd Cavendisha - w zasadzie zamyka pierwszy przejazd - pora przenieść się w rejon mety. Tu mieszają się różne nacje - kibicują nie tylko Francuzi, ale także Belgowie, czy Duńczycy. Ci mają jeszcze w zanadrzu tego wieczoru powód do kibocowania na Euro, ale tego dnia liczą na dobry występ Jonasa Vingegaarda. Na metę znów towarzystwo wpada z olbrzymią prędkością, przy czym to Belgowie będą świętowali najgłośniej. Wout van Aert - wcale nie specjalista od jazdy po górach, ale jedna z gwiazd peletonu i wielka nadzieja Belgów, będzie tryumfował na mecie tego dnia. Ogłosi później, że to jedno z jego największych wygranych (kilka tygodni później zdobywa srebro w Tokio). Za nim jakiś czas później faworyci - Pogacar wydawało się, że nieco słabnie podczas drugiego podjazdu pod Ventoux. Młodzian Jonas Vingegaard (Duńczycy szaleli), który będzie ostatecznie i niespodziewanie drugim kolarzem tego Tour'u - odrywa się przez szczytem o Pogacara i Carapaza. Ostatecznie jednak Pogacar i Carapaz dopadają Duńczyka na szaleńczym zjeździe do Malaucene. A na mecie to Pogacar po raz kolejny pokazuje, kto jest najlepszy. W sprincie na metę wygrywa pojedynek z bezpośrednimi rywalami. Nic to niby nie zmienia, ale mentalnie pokazuje - miałem chwilę słabości tam na górze, ale na końcu to ja jestem najmocniejszy. My czekamy jeszcze na Cavendisha - zegar pokazuje, że ma jeszcze nieco ponad 11 minut na pojawienie się na mecie: Niewiele później pojawia się grupka z "zieloną koszulką" - mieszczą się w limicie. Tego dnia jednak nie braknie tu jeszcze emocji - jeden z kolarzy wpadnie na metę bodaj 4 sekundy przed limitem; a Luke Rowe z Ineos niespodziewanie łapie kryzys i odpada z wyścigu, nie mieści się w limicie - utrata tak doświadczonego zawodnika, to spore osłabienie dla Ineos na przyszłych etapach. Cóż - niesamowicie to było wszystko zobaczyć i przeżyć. Jest to absolutna ekstraliga wyścigów kolarskich. Mam wielki szacunek dla Czesława Langa i organizacji wyścigu Tour de Pologne, ale jednak we Francji widać, jak duży jest przeskok między tymi imprezami. Widać też perfekcyjne zgranie w czasie - gdy na jednym końcu prostej startowej fetowano kolarzy na podium, na drugim końcu ludzie związani z organizacją już zaczęli powoli rozkręcać barierki, chować krzesła, stoły. Karawana jedzie bowiem dalej i do rana wszystko musi być ustawione i gotowe w innym francuskim miasteczku. U nas w Malaucene śpiewy belgijskich fanów będą jeszcze rozbrzmiewać pół nocy 😉 c.d.n.3 punkty
-
3 punkty
-
Koniec rozpakowywania, pora ruszyć do góry. Pogoda w piątek miała być mieszana, trochę słońca,trochę chmur, trochę deszczu, trochę burz. Miał to być najlepszy dzień pogodowy do poniedziałku, wyszło jak zwykle inaczej, przeważnie słońce i trochę zachmurzenia, słaby wiaterek i ciepło, pogodowa bajeczka. Zaczynam spokojnie, pierwsze spojrzenie na okolice, dużo skał, dużo lodu, najmniej śniegu🙃, nie miałem pojęcia, że na Hintertuxie jest tak dużo szczelin i zdarzają się na prawdę rozległe. Wychodzę na taras i rozpoznaję swoje ulubione (najczęściej odwiedzane w Alpach) miejsca. Pierwsze zjazdy dają dużo radości, testuję wszystkie górne trasy, jest miękko, czasami lity lód i często trzeba jeździć po małych lokalnych strumykach, trochę takie mini narciarstwo wodne. Rozglądam się już za czymś o czym nawet nie marzyłem, ale o tym później... Pisałem kiedyś o wymianie gondol Gletscherbus 3. Nie wszystkie jeszcze są wymienione. Stare są mniejsze i składają się jakby z 2 połącznych kabin, do których wchodzi się osobnymi drzwiami. Nowe są przestrzenniejsze i mają jedne podwójne drzwi. Na zdjęciu widać 2 nowe, jedna już przygotowana do zamontowania. Stare kabiny już trochę przeciekają o czym przekonałem się w niedzielę Dzięki małej ilości narciarzy turystycznych można się delektować jazdą i widokami do okoła Przy piątkowej pogodzie i widoczności, było co podziwiać z tarasu widokowego. W piatek nie było tłoku, najwięcej sportowców trenujących na tyczkach, szeroki zakres wiekowy trenujących, od kilku do kilkudziesięciu lat. Jak wspomniałem, zaczynam się rozglądać za innymi formami narciarstwa, pozatrasowymi. Pozdrawiam serdecznie.3 punkty
-
Rok temu miałam pomysł na majówkę w Vinschgau - zakończenie sezonu narciarskiego w Sulden/Schnalstal i pośmiganie rowerem w dolinie Adygi. Siodełko było ok, tylko ten covid ... @marionen piękna sprawa z tym wyjazdem na Hintertuxa. Dzięki za relację 👌. Pozdrawiam serdecznie2 punkty
-
Pytasz jaki to rodzaj fetyszyzmu? Jest ich mnóstwo, niektóre bardzo dziwne. Ale może pasowałaby Mysofilia lub Salirofilia bo związane z brudem i błotem, a jak wiadomo im bardziej rower ubłocony tym bardziej olimpijsko czuje się jego właściciel.2 punkty
-
Czy warto jechać na narty latem, pewnie ilu narciarzy tyle opini. Jednak moim zdaniem warto. Nie ma tłoku, dla mnie to jeden z ważnych argumentów. Dużo słońca jak się trafi z pogodą, choć wyjeźdżałem z myślą o jeździe w deszczu i burzami. A miałem dwa dni naprawdę ładnej pogody. Jutro to już raczej o dobrej pogodzie mogę tylko śnić. Wyjechałem z myślą o jeździe po trasach, ale zabrałem narty na miękki śnieg i tak bez sensu sprzęt skiturowy, miejsce w aucie było, to co mam sobie żałować. Za Monachium zamiast na Kufstein zjeżdżam z 8 na Holzkirchen i 318 oraz 307 kieruję sìe na Achenwald. Po drodze zachaczam o Tegernsse. Moim zdaniem bardzo ładne jezioro i piekna panorama na góry. Hintertux wita letnią pogodą, na dole lato w pełni Ale widać, że góra jeszcze daje radę jeśli chodzi o warunki narciarskie Im wyżej tym lepiej, na Sommerbergalm czuje się już powiew zimy warunki mieszkaniowe na 2660 m bardzo dobre Wreszcie w punkcie docelowym, na właśiwym miejscu... Niestety w wysokich górach problemy z internetem dokuczają, może w nocy będzie lepiej. Pozdrawiam serdecznie.1 punkt
-
Obatel był na trybunach, to nie miało prawa się udać.1 punkt
-
Nie specjalnie łapie o co Ci idzie - nie jestem biegły w te klocki, nie zaglądam sportowcom w majtki i nie znam nikogo kto by się tym interesował ....1 punkt
-
1 punkt
-
A jednak Lewandowski z druga szansa https://www.onet.pl/sport/onetsport/tokio-2020-dramat-marcina-lewandowskiego-przewrocil-sie-i-stracil-szanse-na-awans/q081lq5,d87b6cc4 w drugim secie ca ro zacięta walka ale w końcu piąty setbol dla ro zmarl Nowak trener Kipketera m.in. https://sportowefakty.wp.pl/tokio-2020-2021/952867/nie-zyje-legendarny-polski-trener-prowadzil-slynnego-biegacza1 punkt
-
No i jeszcze to: https://en.m.wikipedia.org/wiki/Mechanophilia1 punkt
-
Ostrzegam kolegów i koleżanki jako elektryk. I mający pewne pojęcie o wyładowaniach elektrycznych. Czasem przed burzą, gdy nawet świeci słóńce i nic jeszcze nie pada, powietrze jest niesamowicie naelektryzowane. Wyładowanie może nastąpić w każdej chwili. Szczególnie, gdy się jest w eksponowanym miejscu. Taki przypadek miałem dawno temu na Kozim Wierchu. Świeciło słońce, ale z daleka zbliżały się chmury burzowe. Pierwsze wrażenie silnej elektryzacji powietrza można poczuć na głowie. Naelektryzowane włosy, końcówki włosów(największe natężenie pola eletrycznego jest w pobliżu ostrzy), powoduje, że włosy "stają". Można sobie żartować, że ze strachu. Ale jedyna rada to natychmiast w dół. Ostatnio w Koninkach. Mam na dachu piorunochron. Nie padało, ale burza była tuż tuż. Byłem na zewnątrz. Usłyszałem trzask i momentalny huk. To dowód, że wyładowanie było bardzo bliskie. Dźwięk leci ok. 340 m/s. Stąd widząc błysk(lub bardzo bliski trzask) można sobie oszacować gdzie było wyładowanie. Trzeba sobie zdawać sprawę, że wyładowania są o bardzo różnej "mocy"(ściśle wielkości prądu, który może osiągać wartości dziesiątków tysięcy amperów). Mogą być bardzo słabe, ale zupełnie wystarczające, by uśmiercić człowieka, czy zwierzę. Profesor Szpor. Z Gdańska. Jeden z najlepszych polskich specjalistów od wyładowań, napisał kiedyś małą książeczkę dla turystów. Jak się chronić przed wyładowaniami. W skałach należy absolutnie unikać łańcuchów i lin. Piorun uderzy w mokrą skałę. Popłynie po powierzchni i "ułatwi" sobie drogę przeskakując na metal. Unikać cieków wodnych. W skale szukać miejsc bardziej w "głębi" i suchych. Nie stać, tylko kucać. Nogi bilisko i podłożyć coś pod buty izolacjnego(folia). Szukać suchszych miejsc. Prąd "lubi" wilgoć. Szpor proponował nawet piorunochron dla turystów. Nie będę o tym pisał, ponieważ bez pewnej wiedzy można sobie jeszcze skomplikować bardziej sytuację.1 punkt
-
1 punkt







