Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 13 Październik 2026
-
Rok
13 Październik 2025 - 13 Październik 2026
-
Miesiąc
13 Wrzesień 2026 - 13 Październik 2026
-
Tydzień
6 Październik 2026 - 13 Październik 2026
-
Dzisiaj
13 Październik 2026
-
Wprowadź datę
07.06.2015 - 07.06.2015
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 07.06.2015 uwzględniając wszystkie działy
-
Tak już jakiś czas temu myślałem,żeby zrobić bardziej konkretną trasę niż ostatniej jesieni.Najbardziej ciągnęło mnie do Krakowa,bo to przyjazne miejsce dla rowerzystów i jest gdzie tam pojeździć.Jedyna niewiadoma to jak zniosę w upale tak długą trasę,zwłaszcza,że w tym roku najlepszy wynik to nieco ponad 70 km. cz.1 Pobudka 4.00.Jest jasno,ale słońce dopiero się pokazuję. Pakowanko,bez pośpiechu,jajeczniczka i czas w drogę.Nooo,nie do końca,bo ze względu na poranną temperaturę,były wahania odnośnie ubioru.Ostatecznie zabrałem jedynie ciepłą bluzę i krótkie spodenki.Ponieważ normalnie planowałem taką trasę z Bielska-Białej,to nie mogło zabraknąć tegoż miasta w planie trasy.Tutaj niby oficjalny start.Przynajmniej spotkałem prawdziwych gwiazdorów,którzy szczegółowo objaśnili mi trasę na "globusie Polski"... Poranny klimat Skoro wszystko już wiem,czas ruszać w stronę Krakowa.Może trochę bez sensu,ale wracam w stronę Bestwiny i jadę utartymi ścieżkami tak daleko,jak znam.Tak docieram w okolicę Zasole i dalej kieruję się do drogi nr 949.Ponoć przyjazna rowerzystom - info z google maps.Początkowo nawet ok,bo i płasko i równo,ale później zaczynają się podjazdy i to niektóre sporę! Mogą mocno wypompować,a przecież to dopiero początek trasy... Jeden z nich miał coś 2 km.To wystarczy,żeby wypompować trochę energii... Cały czas się jedzie góra-dół,aż do Przeciszowa.Ciekawe,bo wcześnie pan Googl tego nie pokazywał! Oby dale było lepiej.Przecież rzeka nie płynie góra - dół... Dojechałem do głównej drogi nr 44.Mimo weekendu i wczesnej pory,ruch bardzo duży i już wiem,że tu długo nie zabawię.Dość szybko mijam to miejsce i ruszam w bok.Po drodzę "Energylandia" Niestety,dalej nie znam trasy i muszę bazować na miejscowych oznaczeniach,lub GPS.Tu pojawia się problem,bo oznaczenia marne i zaczynam się gubić.Nie jest źle,ale kluczę w jedną i w drugą stronę,czasem wracając,bo błąd,a czas leci.Cóż,frycowe... Ale mimo to,jazda idzie sprawnie.Co jakiś czas kolejne niespodzianki: a to klimatyczna trasa między stawami,a to prom przez rzekę.Denerwuję jedynie "burki" - atakujące rowerzystów małe psy,których wyjątkowy wysyp w tym rejonie.8 punktów
-
Pod kanapą leżało parę długich kawałków lin – dla tych, którzy lubią te tematy:smile: Na placu boju - ciężki sprzęt I na koniec – zdziwienie – niespodzianka – a zarazem pytanie - a co robią te elementy na ogrodzonym placu przy Jontku??? – czyżby to składowe kolejnej układanki w kierunku Miziowej??? – no bo przecież aż tyle nie mogło im pozostać… To na razie tyle W „sezonie ogórkowym”….Pozdrawiam:smile:8 punktów
-
Przy schodzeniu moją uwagę przykuło jedno – brak oświetlenia od górnej stacji aż do pierwszego zakrętu w prawo – poniżej widać czubki kolejnych słupów a tu będzie ciemno? Jednak po chwili - trochę niżej, chyba moje wątpliwości zostały rozwiane... Za zakrętem już oświetlenie, podłączenia do zaśnieżania i ich zasilanie stoją i czekają Schodzę w dół: a tu przed ESO moją uwagę przykuwa ogrodzony rów – ni to w kamieniach wykopane, ale na zbiorni-czek wodny i dośnieżania Buczynki to dećko chyba za małe …. Poniżej - kanapy dwie: Dawne domki – teraz już wszystko ubite i wyrównane – pasuje na parkingi7 punktów
-
Do Iłży - wyjazd prawie hardkorowy ;-) 124 km Cz. 2. Iłża rowerem zdobyta: Zdobyta drugi raz - pierwszy, to był październik zeszłego roku po ciemku, wieczorową porą. Robię przerwę na pyszne tutejsze lody, rozglądam się dookoła i jest mi dobrze. Gwar małych miasteczek, w dzień targowy jest niesamowity. Klimat miejsca pozytywnie mnie zaskoczył. Ilością krzątających się ludzi, aut, kolorów, światła - stop klatka z tamtych chwil była dla mnie esencją wycieczek w miejsca bliskie ale nieodkryte na co dzień. I Iłżanka: Czysta, wijąca się pośród zieleni, tętniąca życiem, tworząca w ten upalny dzień osobliwy mikroklimat. Jest "Ona" w kajakowych moich planach - pytanie, czy pneumatyk podoła tej wąskiej i raczej płytkiej rzece? Pewnie niedługo się przekonam. Jadę w stronę Lipska i dojeżdżam w miejsce, gdzie często bywam zimą... ...po drodze do Szwajcarii Bałtowskiej i na narty. Tym razem wybieram kierunek południe i Radom. Upał daje się we znaki ale teraz odcinek ponad 20 km mam z delikatnym wietrzykiem w plecy - jedzie się bardzo przyjemnie. Ruch samochodowy jest niewielki i mogę sobie pozwolić na długie fragmenty jazdy "bez trzymanki". Robię kolejną przerwę na 80km w miejscowości Wojsławice. Pochłaniam kolejnego loda i całą butelkę chłodnej wody, druga ląduje w pustym bidonie. Przekraczam trasę Radom - Puławy i kieruję się w stronę radomskiego kurortu. Po drodze sianokosy i mazowieckie klimaty: Setny kilometr wypada na plaży :smile: Siczki przez Iłżę zdobyte: Wracam do domu a ostatnie 20km to mordęga. Ukrop, temperatura w cieniu ok 30 stopni - to nie są dobre warunki do jazdy na takie dystanse. Kolejna dłuższa przygoda z dwoma kółkami z pewnością będzie zaplanowana bardziej rozsądnie, w taki sposób by w 100% czerpać przyjemność z jazdy. Męka na rozgrzanej smole - to nie dla mnie...ja jestem raczej zimowy ziom :biggrin: pozdrawiam marboru6 punktów
-
Do Iłży - wyjazd prawie hardkorowy ;-) 124 km Cz. 1 Johnny katuje ekstremalne odległości, a ja spokojnie wkręcam się w sezon :wink: Zaliczone pierwsze 1100km w sezonie i codzienna jazda po kilka kilometrów...a że w długi weekend miałem czasu nieco więcej - Paula już nie pisze się na tasiemce - postanowiłem wyprawić się do Siczek (taki kurort z wodą w okolicach Radomia) przez Iłżę (zupełnie nie po tej stronie miasta). Trasa wyszła odległościowo jak dla mnie bardzo fajnie - 124 km (mój nowy rekord odległości) ...ale w upale jedna nie była przyjemna. Początek ok godziny 8:30 i pogoda jeszcze znośna. Dosyć szybka jazda, delikatny wiaterek w twarz i odrobina ochłody w mijanych fragmentach lasu. Poniżej fotka w miejscu, które nie raz już prezentowałem w zimowej aurze w relacjach narciarskich, w drodze do świętokrzyskich stoków. Teraz zgoła inaczej - kwitnąco: Ciepło, dookoła zielono i buchający żarem asfalt - choć godzina dopiero ok 10siątej... Chwila przerwy przy okolicznych stawach dała odrobinę wytchnienia i wilgoci. Stary młyn? W czasie tej wycieczki maki przykuwały człowiekowi wzrok do siebie. ...nie to, że byłem na głodzie jakimś :wink: Przedmieścia Iłży witają mnie wielkim piecem garncarskim. Odrobiną patriotyzmu: A przede wszystkim tutejszym zamkiem, a w zasadzie ruinami zamku.6 punktów
-
cz.3 - czas odpocząć i odwrót Pojeździłem nieco,więc czas na posiłek i odpoczynek.W tym momencie mam na blacie 120 km. Poszukałem sobie odpowiedniej,tradycyjnej "restauracji" i właściwego miejsca do odpoczynku.Fontanna wydawała mi się najwłaściwsza.Ten Pan jest bardzo sympatyczny i rozmowny.Potrafi zaskoczyć swoich klientów... Obważanki skonsumowane.Czas ruszać pozwiedzać i sobie pojeździć.Kraków to bardzo przyjazne miasto dla rowerzystów,więc nie chciało mi się stąd w ogóle wyjeżdżać.Najchętniej zostałbym na dłużej. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i czas wracać.Kieruję się powoli nad Wisłę i dalej w kierunku wspomnianej "Wiślane Trasy Rowerowej".Ostatnie spojrzenie i ruszam w drogę. Wspomniana trasa jest mocno oblegana,niemal korki!Rowerzystów mnóstwo! Ciągle muszę wyprzedzać,czasem na trzeciego... Raz sam zostaję wyprzedzony przez gościa,który wyglądał na zawodowca - ubiór,rower itp.Pomyślałem sobie,że pewnie przejedzie tak 5 km i zdechnie.Nie pomyliłem się.Po kilku kilometrach go dogoniłem i "siadłem na koło".Super się tak jedzie. Zero wysiłku,a prędkość spora.Do tego chyba go irytowała moja cykająca "wolnobieżka". Gość się stara,ale chyba puchnie,więc "zaatakowałem" na krótkim podjeździe.Jeszcze próbował się utrzymać,ale pociągnąłem nieco dłużej i więcej się nie widzieliśmy.Nie uważam się za mistrza,absolutnie,ale to taka mała satysfakcja,kiedy ma się ponad 130 km w nogach,a jeszcze można złoić komuś skórę.Komuś,kto wygląda na dobrze wytrenowanego. Jazda po wale się kończy i natrafiam na coś takiego.Chyba każdy może spróbować pod opieką instruktora.Nurt jest mocny!4 punkty
-
Mi wczoraj podczas wieczornej przejażdżki przyszedł spontaniczny pomysł na przejażdżkę odrobinę większego kalibru dziś. Trasa już częściowo przejechana wcześniej, podjazdy zaliczone,ale na MTB. A różnica pomiędzy MTB, a "szosą" jest taka, że to co w pierwszym przypadku jest wyprawą, to w drugim przypadku jest popołudniową igraszką ;-)Beskidy, okolice Jeziora Żywieckiego, ale bez jakichś ekstremów, więc początkowy transfer pociągiem. Planowy wyjazd 9.39. Na dzień dobry psikus na stacji kolejowej w Skawinie - na tablicach podany peron 1, zaś tuż przed przyjazdem komunikat: "pociąg ze stacji blablabla do stacji blablabla, wjedzie na tor przy peronie drugim"... nosz super, uwielbiam takie wycieczki w podkuwanych butach :]W Małopolsce, mało gdzie się jeszcze ostały pociągi, ale przynajmniej jak już coś jedzie, to na eleganckich składach. Więc wsiadam do jednego z ostatnich nabytków województwa, w środku klima, kierunek B-B, ja wysiadam w Andrychowie. Po drodze, między Wadowicami, a Andrychowem zastanawiam się czy jednak nie wysiąść z pociągu, bo na rowerze chyba byłoby szybciej ;-) Wysiadka dość nieprzyjemna - z klimatyzowanego pociągu na rozgrzany peron, no tak, godz. 11...Mój pojazd techniczny odjeżdża... A ja zostaję sam z moim wehikułem... Początek z Andrychowa w stronę Przełęczy Kocierskiej. Słońce praży nieznośnie, a klimatyzacja pod górę nie działa ;-) Sam podjazd dość znany i ceniony, jako że na samym początku trasy, więc udaje się "zrobić" na raz i w nienajgorszym tempie. Tereny ładne, ale nie chciałem się zatrzymywać na zdjęcia przed przełęczą, a potem na horyzoncie pojawił się inny kolarz, a dystans zmniejszał się bardzo powoli, więc już niestety nie można było się zatrzymywać, tylko trzeba było gonić :-)Udaje się doścignąć zawodnika na samej przełęczy, potem długi i bardzo fajny zjazd w stronę Żywca. Nawierzchnia na tyle dobra, że nie czuć zbytnio prędkości, ale jak na liczniku pojawia się "6", to już trzeba sobie powiedzieć: prrrr... szalony. Cały czas mam nadzieję, że wreszcie w tym roku uda się skończyć sezon na zero (w upadkach) :>Po zjeździe zaczyna się jazda wokół zbiornika wodnego - cały czas hopki góra - dół. Nie lubię tego odcinka. Potem małe zabłądzenie i wreszcie zaczyna się podjazd pod narciarski Żar. Po drodze krótki postój przy dolnej stacji kolejki... I dalej ostro w górę. Tym razem już na kilka razy, ale jest w miarę znośnie. No, nie licząc pogody - na szczycie góry nomen omen Żar, piecze straszliwie. Przed wyjazdem w domu, położyłem tynk (z kremu) w dużej ilości, ale zapowiada się, że nie wystarczy :] Wokół jak to na Żarze, pełno latających i sporo kolarzy. Czas na kilka ujęć: Pizza i w drogę...Dalszy ciąg to już głównie nabijanie kilometrów ruchliwymi drogami, byle do domu...W planie miałem pojechać tradycyjnym skrótem Czaniec - Andrychów, ale przegapiłem skręt, psiakrew... Autem nigdy nie mam z tym problemów, a na rowerze przy znacznie mniejszej prędkości się udało...Zatem przejazd przez Kęty, Andrychów, do Wadowic. Tam skrótem w kierunku Brzeźnicy i Skawiny, ale i tutaj mylę drogę zjeżdżając z obwodnicy Wadowic o jedno rondo za wcześnie. Konsultacja z panem GiePeeSem i powrót na właściwą drogę.Jeszcze jedna kilka mniejszych podjazdów i tor wyścigowy, czyli DK44 do Skawiny. Na szczęście w niedziele mało tirów jeździ. Końcówka ile fabryka dała, bo na liczniku blisko do poprawienia drugiej cyfry ze średniej. I w końcu dom... uffAuuuu... piecze :]4 punkty
-
Warka - Góra Kalwaria, czyli Pilicą i Wisłą z Wiosłem. Cz. 2. Pokonujemy z Paulą fragment pustyni... ...a Chłopaki już na wodzie: Walczymy z wiatrem, falą i staramy się płynąć w głównym nurcie rzeki by dzielący nas od mety dystans, pokonać jak najszybciej. Co jakiś czas mijamy powalone drzewa, naturalne budowle na środku wody - są one z reguły ostoją tutejszego ptactwa. Wisła czaruje...i całe szczęście, że mamy, tuż obok siebie kawałek dzikiej i nieujarzmionej wody. Można się zachwycać i przy każdej mijanej wysepce planować przyszłe biwaki oraz nocne zasiadki na suma w otoczeniu gwiazd i ogniska. Czy gdzieś jest koniec? Czasami wydaje się nam, że tego końca nie ma... Bezludne tereny: ...z wodą walczą okoliczne drzewa - przegrywają tę walkę: Kończymy spływ na betonowej główce w pobliżu mostu drogowego w Górze Kalwarii - tu pojawiają się ludzie, cywilizacja. Przepłynęliśmy 35 km. Z pewnością wrócimy na Wisłę... ...z pewnością z namiotami, sprzętem biwakowym, wędkami i z apetytem na kolejną przygodę. pozdrawiam marboru4 punkty
-
No więc, Muller leży już na trawie: Zapuściłem się również w dolne odcinki trasy FIS. Trasa całkowicie zmodernizowana, wyprofilowana na cacy, homologacja pewna a i doznania z jazdy pewnie będą super, tylko, że trasa kończy się przed strumieniem. Brakuje wyraźnie kładki aby połączyć się z niebieską jako dojazd do dolnej stacji krzesła. Coś mi się wydaje, że teraz czas na nową kanapę.Zdjęcia nowej trasy poniżej Dolin: Będę sprawdzał postępy przy budowie.4 punkty
-
W piątek zawitałem na PilskoPoza przepiękną pogodą i wspaniałymi widokami typu: i różnymi innymi, przepięknymi:smile:postanowiłem również zobaczyć, jak tam nowa Bucynka po ostatnim zawieszaniu kanap – powrót tym razem nie 5-ką do Strug, ale właśnie Buczynką do Jontka.Ano i rzeczywiście – wszystkie kanapy (tak tak – i nie tylko te, które dyndają na kamerze:biggrin:) wiszą już na linach. Wokół jeszcze trochę rozgardiaszu, ale pulpit sterowniczy w budce ustawiony bokiem przy szybie- prędkość liny - -25,1:tongue::wink:4 punkty
-
cz.4 - powrót Kawałek za spływem kończy się trasa po wale,ale szlak jest nawet dość dobrze oznakowany,więc staram się go trzymać.Jak się teraz okazuję,jechałem tak jak wspomniał SB.Trasa jest super!Niemal cały czas przebiega obok wału,jest równa,asfaltowa,tylko na krótkich odcinkach szutry bądź dziury w asfalcie. Właśnie przy takich krótkich odcinkach znów się przekonuję,jak bardzo przydałby się full... Kiedy ma się już ok 150 km w nogach,wszystko zaczyna przeszkadzać. Nie spieszę się,już zrobiłem co miałem zrobić. Po drodze zaopatruję się w napoje,ale nie pomyślałem o jedzeniu i to był błąd! Ale do 160 kilometra jakoś idzie,a czasem mam takie fajne miejsca do wypoczynku - przystanek PKS i miękkie krzesełko.To na pewno dla mnie... :wink: Zastanawiałem się jak długo tak można jechać i nie opaść z sił.No to się dowiedziałem.Mniej więcej ok 160 kilometra pojawił się pierwszy kryzys i musiałem nieco zwolnić,czasem chwilkę odpocząć w cieniu.Ponieważ trasa,którą dojechałem do Zatoru jest pagórkowata i sporo tam długich,męczących podjazdów,postanawiam jechać dłuższą,ale pozbawioną takich atrakcji,na Oświęcim. Droga fajna,ale ja z każdym kilometrem tracę siły. Pomyślałem,żeby uderzyć do Mc-Donalds w Oświęcimiu,ale do niego było jeszcze daleko.Niestety i tak innej opcji nie miałem,jadąc bokami. Klimatyczny mostek: Śluza w Oświęcimiu - spora! To wyraźnie się odbiło na mojej kondycji.Chyba organizm nie miał już z czego czerpać i do tego zbierało mnie na wymioty.Jakoś nie chciało mi się szukać wspomnianej restauracji,bo nie pamiętałem jak tam daleko,więc tylko sobie odpocząłem na jakiejś ławeczce w parku.Uznałem,że lepiej będzie zatrzymać się przy jakiejś stacji benzynowej i wciąć jakiegoś Hot Doga.Tak też zrobiłem.To znaczy zatrzymałem się przed Brzeszczami i kupiłem dwa. Niestety nie byłem w stanie przepchać je przez gardło,do tego było mi niedobrze.Jednego się udało,drugiego napocząłem i... wywaliłem.Jednak chwila odpoczynku + posiłek wyraźnie postawiły mnie na nogi i już do końca jechałem bez żadnych niemiłych przygód.A w domciu czekał Schabowy! :cheerful: Schabowy i baaardzo zimne piwo! :angel: Można otworzyć szampana! Podsumowując.Dziś zrobiłem 225 km.Trasa sporo mnie nauczyła i doświadczenia przydadzą się na przyszłość.Przede wszystkim nie wolno lekceważyć posiłków.Dobrze jest też mieć jakieś urozmaicenie odnośnie napojów.Najlepiej mieć te energetyczne i wodę mineralną.Przede wszystkim jeść regularnie!3 punkty
-
cz.2 - wjazd do Krakowa Przeprawa promowa nie jest długa,wręcz dziwię się,że tu jakiś lekki mostek nie postawią,ale ja się nie znam. Dalej olałem jakiś oznaczony szlak,bo te ciągle pojawiają się i znikają - tak z doświadczenia.Chyba to był błąd,ale przynajmniej udałem się do znanej mi bardzo dobrze drogi.Jeśli dobrze pamiętam oznaczenie,to nr 780. Niestety samochodów tu sporo,ale długo nią nie jechałem,bo spostrzegłem piękną,asfaltową drogę na wałach.Od tego momentu jazda była czystą przyjemnością. Tą trasą docieram na przedmieścia,gdzie wszędzie i w każdym kierunku wiodą dobrze utrzymane ścieżki rowerowe.Ja bym powiedział nawet drogi,bo ścieżki to takie "popierdułki" są... Dość szybko docieram do centrum i tu pierwsza ciekawa atrakcja.Jak będę następnym razem,to na pewno skorzystam! Nie ma w Krakowie żadnej wieży widokowej,czy jakiegoś drapacza chmur,to jest coś takiego: Dalej pojeździłem sobie wzdłuż Wisły,bo to niewątpliwie jedno z najlepszych miejsc dla rowerzystów.Sporo tu pływających restauracji,czy też różnej maści statków wycieczkowych.Ale przy tym upale to najchętniej bym do wody wskoczył! Dalej jazda na starówkę.Najfajniejsze jest to,że dla rowerów nie ma tu żadnych zakazów.Jeździć można wszędzie,a drogi są wyraźnie lepsze niż przy ostatniej mojej wizycie.Mam też wrażenie,że odnowiono wiele budynków,jakoś tak wypiękniał ten Kraków. Najciekawsze jest to,że język polski jest w zdecydowanej mniejszości! Najczęściej słyszę niemiecki,później węgierski,czeski,słowacki (choć te dwa trochę trudno rozróżnić...),dopiero dalej angielski.Sporo też Azjatów.Kraków stał się prawdziwą światową metropolią.3 punkty
-
Warka - Góra Kalwaria, czyli Pilicą i Wisłą z Wiosłem. Cz. 1. Plan spływu Warka - Góra Kalwaria chodził nam (mi i kolegom), od dawna po głowie - nie wyszło wcześniej, bo pogoda, bo obowiązki, bo wiele różnych przeszkód. W Boże Ciało wreszcie się udało. Wszyscy wolne, pogoda wyśmienita, początek długiego weekendu, cały dzień przed nami a woda piękna. Mapa spływu: Przygodę zaczęliśmy w okolicach mostu kolejowego w Warce. Szybkie dmuchanie pneumatyków... radomska flota się nieco rozrosła - hahaha pasje zarażają :happy: Trzy Seawavy - w tym dwa z pokładami jednoosobowymi i z pojedynczą załogą - ekipa; Expat, Jacek, Paula i Ja. Humory dopisują i na Pilicy jesteśmy zaraz po 9tej. Otwieramy piwka i wypijamy symboliczny toast za dziewicze wodowanie jednostki Jacka. Sprzęt z pokładem "jedynką" jest super zwrotny, szybki a na dodatek ma olbrzymią moc załadunkową - jako kajak wyprawowy Seawave wydaje się być doskonałą jednostką. Zaliczając odcinek z Warki do ujścia...mogę śmiało powiedzieć, że mam w swojej karierze kajakarza zaliczoną prawie całą Pilicę...no może brakuje mi jeszcze do przepłynięcia dwa małe fragmenty - cóż, będzie trzeba uzupełnić te "czarne plamy" - w każdym bądź razie, rzeka jest być może i nudna ale z całą pewnością, woda, otaczająca przyroda, doskonałe towarzystwo powodują, że dzień jest wspaniały. Co kilkaset metrów, na meandrach pojawiają się wypłycenia i malownicze plaże. Płynąc trzeba uważać, by nie władować się na mieliznę - chwila nieuwagi i trzeba wysiadać z kajaka i go albo pchać, albo ciągnąć. Takie miejsca doskonale nadają się na przerwy w wiosłowaniu i rozprostowanie kości. Czas mija szybko i po minięciu mostu drogowego na trasie Sandomierz - Warszawa kończymy Pilicę wpływając na królową polskich rzek. Takie połączenie dwóch sporych cieków wodnych, to doskonałe łowisko wędkarskie. Wisła, to zupełnie inna kategoria...waga ciężka. Widoki po horyzont, woda, niebo, piasek - dzikość. Z wody, płynąc środkiem pośród fal, na wietrze dopiero dociera do człowieka jaki to ogrom i siła. Robimy przerwę obiadową na jednej z łach. Taka oto sytuacja: Chłopaki w jedynkach odpływają pod prąd i lądują nieco wyżej niż ja z Paulą. Nim do nich dochodzimy na piechotę - ognisko jest już prawie gotowe. Jemy kiełbaski i cieszymy się jak dzieci, że jesteśmy w miejscu praktycznie niedostępnym z brzegu. Ponieważ wiatr jest z tych wmordewindowych, zbieramy się po przerwie i szybko płyniemy dalej.2 punkty
-
2 punkty
-
Maciek...a teraz sobie wyobraź, że 160 km robisz codziennie przez prawie 195 dni, dzień po dniu... Takiego wyczynu dokonał rowerem Mark Beaumont bijąc Rekord Guinnessa w samotnej podróży dookoła świata - często w ekstremalnych warunkach. Polecam Ci jego książkę "Człowiek, który objechał Świat na rowerze". Tobie, gratuluję uporu i wytrwałości w pokonywaniu kolejnych celów.1 punkt
-
Oui, nawet jeździłem takimi :smile: W 3 Dolinach (a szczególnie w Val Thorens) się lubują w nietypowych wyciągach. Więc jest np. TSD Moraine (Poma, 4os - 2800os/h) i TSD Doron (Poma, 4os - 2667os/h). Gwoli sprawiedliwości, to oba mają podwójne perony wsiadania, więc nie są to typowe "czwórki". Ale był jeszcze do zeszłego sezonu TSD Portette (Doppel, 2800os/h) - klasyczna czwórka. Jednak na jego miejsce postawili 6 os kanapę z podwójnym peronem, bo stara przepustowość nie wystarczała. A i pewnie taka ponadplanowa (ponad 2400) była kłopotliwa. http://www.remontees-mecaniques.net/bdd/reportage-604.html Więc jak wspomniałem generalnie masz rację, ale jako ciekawostki można podać wyjątki :smile: Sorry za OT, w temacie to rzuciłbym tylko uwagę, że na wszelkich zdjęciach widać skalne rumowisko w miejscu tras. Przy takich kałużach na cele naśnieżania, to ja tego nie widzę1 punkt
-
Ale sobie zrobiłeś wyprawę do tego w taką pogodę :shocked: szacun dla Ciebie Johnny zwłaszcza, że na mtb jechałeś :smile:1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Jestem ZDRUZGOTANY !! Durny kto kraj, który o zabytki nie dba !1 punkt
-
1 punkt
-
A to Cię trochę nawigacja w pole wyprowadziła:tongue:, było do mnie dzwonić znam każdy centymetr tej trasy, miałeś nie słuchać nawigacji i nie skręcać na ten prom tylko dalej jechać za główną drogą i dojechał byś do Skawiny, a z Skawiny to już wiadomo dostaniesz się w okolice "Centrum Zakopianka". Ale wycieczka fajna, podziwiam, tym bardziej że w rowerze to chyba klimy nie ma:stupid:1 punkt
-
1 punkt
-
Dokładnie! Jak TMR kupił SON, to miałem nadzieję, że Polacy się ruszą i będą współpracować z TMR-em w sprawie zagospodarowania okolicznych gór na trasy narciarskie. Tak jak pisałeś - Brenna, Biła, Bielsko, a nawet Wisła. Jak zwykle chodzi o kasę i łapówki na przetargi, a nie o narciarzy!1 punkt
-
Bezmózgie urzędasy niestety mają w nosie. Inwestycja TMR w Szczyrku to idealna okazja, żeby się"dokleić" i wspólnie zbudować przepiękne centrum narciarskie, największe w Polsce. Od dawna mówi się o połączeniu Szczyrku z Brenną, Biłą i poprzez Klimczok z Szyndzielnią. Jak pamiętam to jeszcze w latach 70 ten temat poruszano. Na tym forum spoglądano także w stronę Wisły i Lipowej. Wyobrażacie sobie...?? To byłaby mega stacja, kto wie czy nie jedna z większych w Europie. Ponadto w okolicach Szyndzielni są wielkie połacie ziemi mogące posłużyć jako parkingi. Do Szczyrku przez Szyndzielnię...? A czemu nie. Poniżej poruszano tu pytanie o tunel lub gondolę z Lipowej do Czyrnej. Zastanówcie się.. na czym więcej można urwać...? Na tunelu do budowy którego rozpisze się przetargi w oparciu o cwaną UOZP czy na gondoli, którą postawiłby pewnie TMR lub COS z TMRem razem. Ile "kleszczy" doczepi się do budowy tunelu i ile "krwi" z takiej inwestycji zasili ich wypasione brzuszki a komu kapnie z budowy gondolki...?? Tu jest pies pogrzebany. A jeszcze teraz w obliczu końca marzeń obecnego obozu politycznego... Przeforsują nawet połączenie wodolotem byle zanurzyć się w przepastnej, możliwie jak najdroższej inwestycji by jeszcze przez kilka lat possać.1 punkt
-
troche asfaltu, nieco lasu.....Wczorajsza pogoda wręcz zmuszała do wycieczki. Od jakiegoś czasu chciałem zobaczyć postępy odbudowy kośćiólka na Stecówce.... Miejsce znane wszystkim, który kiedykolwiek mieli styczność z Beskidem Slaskim, to od zawsze główny punkt przystankowy na szlaku na Baranią, zarówno od Wisły jak od Istebnej i od Kubalonki. Kościółek spłonął w grudniu 2013- prawie do fundamentów... wraz z wspaniała snycerką miejscowych stolarzy-artystów i rzeźbami Konarzewskich.... Odbudowa ma się całkiem ok, na szczęście upadł pomysł by odbudować go jako murowany (zgroza!) Docieram tam od strony Kubalonki szosowym podjazdem.... Okazuje się, że w Święto nie był to najlepszy pomysł, ale mimo to nie zostałem rozjechany przez setki samochodów i dziesiątki motocykli.... Głębce: Nowa droga Przełęcz Kubalonka Skoro już byłem w tym rejonie to miałem okazję sprawdzić mocno reklamowaną (przez 'wyciągowców' z NO i Cienkowa) trasę rowerową połaczoną z wyjazdami wyciągami (NO- zjazd do Cienkowa- Wyciągiem na Cienków- zjazd do Zapory). Oczywiscie wypadła mi ona 'pod włos' czyli z podjazdami na rowerze.... :-)O ile Kubalonka przeszła bez wrażeń to podjazd pod Cienków obnażył moją lichą kondycję.... w dodatku błądzę w podwórkach co kosztuje kolejne podjazdy... :-) ale w docieram do karczmy przy wyciągach w jednym kawałku i nawet umiem oddychać- nie jest źle.... :-)Scieżka na Cienków Wyzni Osrodek narciarski - wersja letnia Potem już zjazd do Malinki i podjazd trawersujacy Czupel (Klepki)Klepki od góry: Skocznia z nietypowej perspektywy Tu juz błądzę na potęgę ale dzięeki temu znajduję taki urokliwy 'singel' ciągnący się prawie 2km bez szczególnych podjazdów za to z kilkoma przenoskami przez potoki i bagienka.... Singiel wyrzuca mnie na nowe trasy na Nowej Osadzie... podłoże wyrównane, ubite walcem wibracynym..... Jesli będą dobrze naśnieżone to moga okazać sie sympatyczną alternatywą głownego stoku..... Trasa 'odwrotna' czyli ze wspomaganiem podjazdów wyciągami powinna być przejezdna dla każdego rowerzysty, może poza kilkoma pod/zjazdami pomiędzy NO i Klepkami - głownie z powodu stromizny i luźnych kamoli... dla wytrawnych 'gorali' będzie swietna zabawa. (ja te miejsca zaliczyłem z buta...moj rower jest mało gorski)http://www.gpsies.com/map.do?fileId=tyscujiuguompscchttp://www.cykloserver.cz/tipy-na-vylety/detail/?d=180170Przy okazji dyskusji o GPS- wydaje mi się że cykloserver podaje przewyższenia bardziej sensownie.PozdrawiamM1 punkt
-
1 punkt
-
Ja dzisiaj przejechałem tylko 9km :stupid: Ale to tak dla odprężenia ;-) Za to pojeździłem po Morskim Oku Z domu pojechałem wałem siekierkowskim Do Trasy Siekierkowskiej I przez Sobieskiego do parku Morskie Oko To jest to właściwe Morskie Oko A to taka podróbka :tongue:1 punkt
-
Fajne wspominki.... Który to był rok...? Ja z okresu kiedy uczyłem się narciarstwa mam tylko jedną fotkę dokumentalną. Miałem wtedy 5 lat a rok był 1975. Miejsce w którym zrobione było to zdjęcie to Wcześniej w 1974r (pierwszy mój pobyt w Szczyrku) bardziej się przyglądałem wszystkiemu a największą (jak z resztą zawsze) frajdą była wizyta na Szyndzielni. 1974:[ATTACH=CONFIG]22846[/ATTACH][ATTACH=CONFIG]22847[/ATTACH][ATTACH=CONFIG]22848[/ATTACH]1976[ATTACH=CONFIG]22849[/ATTACH]Wyciąg z Twojego pierwszego zdjęcia to Polsport pierwszej serii. Widać to choćby po tym, że ta firma jako jedyna na polskim rynku a i także jedna z nielicznych na świecie robiła baterie rolkowe w których rolki były mocowane tylko jednostronnie na czopach (jak tylne koło w samochodzie) bez wahliwej obejmy. Poza tym kolorystyka słupów... jedyna w swoim rodzaju. Taka sraczkowata zieleń. Tylko Polsport tak malował wyciągi, ale tylko do 1988r. Potem były w "standardowej - kamuflującej" zieleni .. ;-) aż do roku 2004 (chyba), kiedy przeszli na galwanizację całej konstrukcji.Poza tym wszystkim za komuny powstały jedynie trzy zagraniczne wyciągi w Polsce. Pierwszy to tematowy Muller GMD, ktry dał licencję i rozwój Mostostalowi, drugi to Transporta Chrudim (Czyrna), który dał wzór, z którego (w ramach RWPG) skorzystał KWK Gliwice i stworzył przy udziale austriackiej Swobody (o licencji nic nie wiem) wyciągi KWK a trzecim wyciągiem zagranicznym był mało komukolwiek znany orczyk z Szymoszkowej, włoskiej firmy Graffer, choć w tym przypadku zapewne był licencyjny produkt Jugosłowiański. O ile mi wiadomo ten wyciąg nie posłużył żadnemu polskiemu producentowi za wzór, choć czasem dopatruję się minimalnych zgapień w wyciągach FAMPA z Cieplic. Na pewno firma ta zapatrzyła się mocno na bębny WSO/Stadeli, jednak pozostałe elementy były zapożyczane z Mostostala (kotwice, bloki) lub były konstrukcją własną.Polsport za to zastosował patent Stemag'a z otwartą szpulą zwijacza (bez obudowy) z tym, że z talerzykiem.1 punkt
-
A wracając do tematu posta - to dzieje się bardzo dużo, że też mnie tam nie ma. Pojeździć z Ivicą na orczykach marzenie. Do tego wspaniała pogoda i luda nie widać zbyt wiele. To z 11 maja:1 punkt
-
Szabasówka Pogoda w weekendy nie rozpieszcza, więc i pływania w tym roku jak na lekarstwo. Jednakże pomimo takich przeciwności, udało się wczoraj wyrwać na kilka godzin na wodę. Gdzie? Kilka razy już pływany Zalew Domaniów oraz wpływające do niego trzy rzeczki. Pstrągowanie (wiosłowanie pod prąd) ma swój urok - w szczególności na dużej wodzie. Główny cel - Szabasówka, maleńka rzeczka, gdzie przy normalnym poziomie wody, głębokość rzadko przekracza metr. Wczoraj ten malutki ciek zaskoczył zarówno prędkością nurtu jak i ilością wody. Na początku - razem z Andrzejem, kumplem, który mi towarzyszył musieliśmy nieźle się namachać, by przepłynąć ujście rzeki i przyśpieszony prąd na końcowych meandrach, potem - dwie przenoski na malutkich kładkach - przy normalnym stanie wody, spokojnie przepływa się pod. Im dalej płynęliśmy zaczęło pojawiać się coraz więcej przeszkód: zwałki, krzaki, drzewa ze swoimi koronami pochylone do samej wody. Cóż było robić? - przedzieraliśmy się przez to wszystko. Nasza droga pozostanie na długo, przejściem dla innych kajakarzy...pytanie tylko, czy ktoś tędy, poza nami w ogóle będzie płynął? Cóż? Nasza dziewicza podróż pozostanie na jakiś czas przetartym szlakiem. Wody na wodowskazach - full. W tle kościółek w miejscowości Mniszek. Minęliśmy drogę krajową numer 12. Tutaj trochę bardziej zaludnione tereny - działki, a z działek do wody prowadzą urocze pomościki. Drzewa, wierzby przy tym stanie wody - rosną w rzece. Dookoła piękna zieleń. Na kolejnej zwałce - przerzucenie kajaka się średnio powiodło, w trakcie spadł nam plecak do wody...i w tym miejscu niestety musieliśmy zawrócić, by go dogonić. Szkoda, bo w planach mieliśmy jeszcze co najmniej kilka kilometrów do przepłynięcia pod prąd... Zgubę dogoniliśmy po kilometrze i na powrót nie było już czasu. W każdym bądź razie - plecak, klucze od domu, kasa i czekoladki zostały uratowane - nauczka na przyszłość jest taka: by z debiutantem kajakowym, przy każdej przeszkodzie, która jest do pokonania, na głos wypowiedzieć dokładnie strategię jej pokonania. Nurt jest szybki i drogę powrotną pokonujemy "w mig". Żegnamy Szabasówkę, która na poniższym zdjęciu łączy się z Jabłonicą. Pod Jabłonice również wczoraj próbowaliśmy wpłynąć, tak samo jak w Radomkę - chaszcze są tak duże, że bez maczety nie ma co próbować płynąć dalej... ...cóż - trzeba wrócić w te regiony z "bronią". Podsumowując zrobione 17km wodą, w tym połowę "pod prąd". Wyprawa trwała pięć godzin i dała nam mnóstwo radości. Nie mogę się doczekać kolejnych spływów. Pozdrawiam marboru1 punkt







