Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. Wujot

    Wujot

    Użytkownik forum


    • Punkty

      24

    • Liczba zawartości

      2 888


  2. MarioJ

    MarioJ

    Użytkownik forum


    • Punkty

      13

    • Liczba zawartości

      3 572


  3. kskuski

    kskuski

    Użytkownik forum


    • Punkty

      9

    • Liczba zawartości

      99


  4. nurek1974

    nurek1974

    Użytkownik forum


    • Punkty

      8

    • Liczba zawartości

      874


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 16.05.2017 w Odpowiedzi

  1. Prawdopodobnie ostatnie tury w tym sezonie postanowiliśmy zakończyć z przytupem, padło na Baranie Rogi od Zielonego Stawu. Ruszany z Andrychowa dość późno jak na nas bo o 4 rano w składzie Rafał Z., Filip no i moja skromna osoba, jak się potem okazało uzbierało się nas znacznie więcej. Na parkingu Kieżmarskiej Białej Wody meldujemy się trochę przed 7 rano standardowe gramolenie i ruszamy z buta trekingowego doliną Kieżmarską w stronę Chaty przy Zielonym Stawie. Jak widać towarzyszy na dość młody skiturowiec Alex na razie bez nart ale wkrótce go dogonią, idziemy spokojnym tempem przez około 5,5km. Dwa kilometry przed schroniskiem pojawia się śnieg wysokość około 1400m.n.p.m. część ekipy zaczyna foczyć a ja dalej cisnę z buta bo z doświadczenia wiem że pewnie na ciekach wodnych będą przerwy w śniegu i będzie trzeba ściągać narty lub na żywca po kamolach latać, jak się okazało miałem racje ale nie było aż tak tragicznie. W końcu po około 2,5h-3h docieramy nad staw gdzie posiedzimy z godzinę zbierając siły. Tutaj dość nietypowa niespodzianka nas spotyka mianowicie gospodarze schroniska postanowili odśnieżyć szlak prowadzący do nich używając do tego traktora Jak widać śniegu jeszcze z metr na wysokości 1551 m. przez co odśnieżanie idzie bardzo wolno. Jak wspomniałem wcześniej siedzimy przy schronisku chwile i czekamy na resztę towarzystwa która zadeklarowała chęć wspólnego foczenia w ten sposób uzbierało nas się 8 luda 7 na nartach 1 pieszo Około 10:30 ruszamy w kierunku czoła Dzikiej doliny. Dochodzimy do pierwszego żlebu i tutaj pakujemy narty na plecy i jazda do góry kolega próbował foczyć w żlebie ale po kilku zakosach poddał się za wąsko było. W żlebie mijamy kilka fajnych wodospadów idzie się dobrze śnieg mokry ale nie osuwa się raki kompletnie w tym miejscu zbędne. mijamy żleb i wchodzimy do Doliny Dzikiej, zastajemy tam przeogromne hektary śniegu już na samą myśl o zjeździe gęby cieszą się nam niemiłosiernie. Napotykamy po drodze gapowiczów dolina ma jedno przełamanie a na jej końcu po lewej stronie jest wlot na Baranią Przełęcz gdzie zmierzamy żleb prowadzący na nią jest dość stromy dochodzi do 45 stopni. W końcu docieram na przełęcz gdzie rozdzielamy się Ja, Rafał Z. Filip i Marta postanawiamy wyjść na szczyt a reszta z różnych powodów zostaje na przełęczy i delektuje się widokami ponieważ pogoda była dla nas łaskawa i przegoniła chmurska które jeszcze godzinę wcześniej zalegały na szczycie i niżej czasem opłaca się wolno bez pośpiechu dreptać W kierunku szczytu trzeba zrobić lekki trawers w dość mocno nachylonym zboczu ale trudności nie sprawia przy zachowaniu dużej ostrożności. Po około 20-30 minutach stajemy na szczycie z bananami na twarzy bo za chwile będzie to co lubimy najbardziej czyli zjazd I takim sposobem zrobiliśmy kolejny szczyt do Korony Tatr kończąc sezon Skiturowy . kilka danych odnośnie trasy mniej więcej tak zmieściliśmy się w maksymalnych wartościach czasowych: Trasa: Parking w okolica Kieżmarskich Żłobów (przy żółtym szlaku) - Schroniska nad Zielonym Stawem w Dolinie Kieżmarskiej - Dolina Dzika - Barania Przełęcz (2389 m) - Baranie Rogi (2526 m) Podejście: ok. 1600 metrów. Od schroniska ok. 900 metrów. Zjazd: W lini podejścia. Przy dobrych warunkach śnieżnych da się zjechać do samego parkingu. Trudność: S3-3+ Nachylenie: maksymalnie 45 stopni Zagrożenia: lawiny na podejściu żlebem przez próg Doliny Dzikiej, oraz pod Baranią Przełęczą Czas: podejście ok 5-7h, zjazd ok. 1-2 godz Schroniska: Nad Zielonym Stawem w Dolinie Kieżmarskiej Sprzęt: Raki, Czekan, ABC Lawinowe, ew. Harszle Film z ostatniej tury w tym sezonie. Pozdrawiam Rafał Foty: Ja Rafał Z. Filip Marta Przemek
    8 punktów
  2. Narzekacie na BSA, a ja jak byłem na Hintertuxie, to też na stronie było napisane, że jest 350 cm, a wcale tyle nie było, bo sprawdzałem. I napisali jeszcze, że warunki bardzo dobre, a na dole były muldy, jak na Saharze w Bielsku za dawnych czasów Już tam chyba nie pojadę, mam nadzieję, że splajtują jak będą tak oszukiwali narciarzy. Sorki, ale nie mogłem się powstrzymać.
    7 punktów
  3. Relacja liniowa zmierza do końca samotny zawodnik Wujot dobiega do mety. Czy go jeszcze ktoś przywita, czy wszyscy poszli do już domu??? Nasz poprzedni dzień skończył się późno w nocy w Oldervik. Z wyliczenia czasu wychodzi nam, że musimy wypłynąć najpóźniej o 16.00 aby zrobić klar i zdać statek. Kamil & Co wyznaczyli więc pobliski cel. Problem jest tylko taki, że trzeba dojść (i wrócić) asfaltem 5 km, co nikomu się specjalnie nie uśmiecha. Sprawdzamy autobusy i okazuje się, że mamy w tamtą stronę o 10.00 i powrotny o 15.00. Słabością takiego planu jest brak elastyczności. Jakoś zbieramy się jednak na ten autobus, w momencie jak przyjeżdża to zmieniamy zdanie i postanawiamy wejść na całkiem imponującą górkę nad portem. Musiało to strasznie śmiesznie wyglądać - przyjeżdża autobus a goście w tył zwrot. Nie jest to jednak takie absurdalne bo Robert w rozmowie z miejscowym dowiedział się, że z tej górki jakiś Francuz zjeżdża. A skoro może Francuz to my też. Wobec tego ramowy plan wygląda tak: Pogoda jest zmienna i raczej słabo z widocznością. Znajdujemy jakieś stare ślady i jak się już domyślacie lądujemy na szczycie. Robi się niskie przejaśnienie i widoki są przednie bo krajobraz, ogólnie pełne mleko, ale na Alpy Lyngeńskie (z drugiej co wczoraj strony) jest żyleta. Z naszej strony przez chwilę jest tak Z czasem się kiepści i przed zjazdem jest jakoś tak Pora pomyśleć o zjeździe - nie uśmiecha mi się łagodna droga podejściowa (bez historii). Podobnego zdania jest MajorSki, MarioJ i Betti (Robert) - postanawiamy zjechać przyuważonym wcześniej mało wyrazistym ale za to stromym żlebem. Prawdę powiedziawszy nie jest to super rozsądne: raz, że nad nim jest potężny nawis (co prawda jesteśmy prawie pewni, że z lewej (orograficznie) powinien być dobry wjazd a dwa, że widoczność naprawdę się pogarsza, więc wycelowanie na łagodnej kopule (bez wpakowania się w nawis) w to miejsce będzie wyzwaniem. Ale zawsze przecież możemy zawrócić. Poniższy track jest dowodem, że istnieją tajemnicze zjawiska i tylko splątanie na poziomie kwantowym może je wyjaśnić. Otóż niebieska linia to droga rejestratora Mariusza a czerwona... Mariusza. Zjazd na pewno dostarczył emocji, szczególnie mnie pierwszemu. Nie widziałem nic a stok stromy a na nim parę bryłek lodu wielkości małych lodówek absorpcyjnych. Na dole byliśmy w pełnym składzie bo akurat reszta powoli doszlusowała. Dalej było za to niesamowicie przyjemnie bo już były punkty orientacji: drzewa, krzaki, trawy. Chłopaki pojechali wzdłuż koryta strumienia ja znalazłem snowboardowy ślad po prawej, pojechałem przez las i wylądowałem ze 200 m dalej. Przy łódce byliśmy koło 15.00 i kapitan dosłownie od razu zarządził wymarsz. Na miejscu w Tromso czekało nas sprzątanie i pakowanie. Później parę godzin snu i w nocy żegnaliśmy się z łódką w takich to okolicznościach. Sypało pięknie. Jeszcze było trochę lotniskowych przygód ale to już może inni dopiszą plus statystyki, nomenklaturę i parę nie poruszonych tematów. Ale ogólnie udało się tę relację dociągnąć! Pozdro Wiesiek
    5 punktów
  4. Cześć "Muldy do polowy łydki" Pozdrowienia
    3 punkty
  5. Artur, nie "rzygaj" na forum BSA było ,jest i będzie...ja się z tym pogodziłam. dwa wdechy i wydech.....itd. Pozdrawiam Ciebie
    3 punkty
  6. Nasz wyjazd powoli zbliża się do końca ale powinniśmy mieć jeszcze co najmniej jeden bardzo dobry dzień. Rano żegnamy krewetki, krótki skok przez morze i lądujemy na Uloyi - wyspie z jednym szczytem (i czterema wierzchołkami). Początek już znacie było jak zawsze, las (tym razem nawet z wygodną drogą i oznakowaną ścieżką!!!), hala, szczyt. Nie dziwię się, że Uloya jest taka kultowa bo widoki są tutaj powalające. Dużo wody w pierwszych planach i otwarte kierunki. Po drodze możemy zobaczyć nasze ostanie cele i Wielka Kupa (ta z prawej) co się z Diupvik jawiła niewinnie wygląda... Nasze wcześniejsze cele z Lyngseidet też możemy podziwiać w oddali. Na szczycie jak już wspomniałem jest bardzo ładnie. Kusi nas z Tomkiem aby zjechać na "ciemną" stronę Uloyi. Ta góra jest zupełnie analogiczna do tych wcześniejszych z jednej strony przyjazna i łagodna a z drugiej ściany. Ponieważ czeka nas dalszy rejs i już nie ma za dużo czasu to odpuszczamy, szczególnie, że zjazdu nie szło wcześniej zobaczyć. I było to Tomku do zrobienia! Tymczasem ekipa rozluźniona, spokojnie relaksuje się w tych pięknych okolicznościach. To 7 dzień łażenia, zero spinki. Wyjazd udał się już za...ście. Dokumentuje więc te zarośnięte od dwóch tygodni twarzyczki - pewnie wyglądam tak samo. Patrząc na Piotra widać, że musiał zahaczyć o maszynkę (podobnie też MajorSki) Ale reszta była normalna - nie musieliśmy się nikomu podobać. A właściwie to... nawet nie chcieliśmy się nikomu podobać! U El Capitano stanu zarostu nie udało mi się sprawdzić. Najlepsze, ze bałem się, że po 11 dniach przebywania w ciasnocie żaglówki będę miał już dość tych typów a tu wprost przeciwnie. Tematów do rozmów nie zabrakło do końca mimo, że wyjazd był prawie bezalkoholowy (te ceny w Norwegii kosmos...). Co to znaczy właściwa ekipa... Z czystym sumieniem powiem to nie był kolejny najlepszy dzień w Norwegii. Seria kiedyś musiała się skończyć a dorównać zjazdowi z Sormegaisa nie jest łatwo. Ale to był piękny dzień. Dokładnie piękny. Wsiedliśmy do łódki i niczego już nie oczekiwałem. A tu bonusik całkiem niespodziewany dostaliśmy (a już szczególnie ja). raz, że piękny zachód słońca był jak przepływaliśmy obok naszych pierwszych szczytów norweskich (co je też o wschodzie słońca obserwowaliśmy) Ale dwa solidnie dmuchnęło. El Capitano zarządził rozłożenie grota i gafla co wszystkich zelektryzowało Sesje foto szybko się skończyły i zaczęła się jazda. A najlepsze, że za sterem stał (zapierając się nogami z całych sił) niżej podpisany! Pozdro Wiesiek
    3 punkty
  7. Widzisz, ja to widzę zupełnie inaczej. Umieli woku siebie zrobić szum i osiągnęli sukces. Popatrz ile ta stacja ma "lajków". Jaką mieli frekwencję w sezonie. Po przeciwnej stronie stoi takie Skolnity, które też bardzo lubię, ale które do teraz ma mizerną frekwencję. Kompletnie brak im pomysłów jak przyciągnąć ludzi, a może kasy... Czy stacja jest dobrze przemyślana? Pewnych błędów się nie ustrzegli, ale to wskażę chyba w każdej znanej mi stacji. Wspomniałem wcześniej o Skolnity - popatrz choćby na ich parkingi, albo raczej ich brak. Do tego komunikacja między "parkingiem" a dolną stacją kolei. Czy BSA nie ma nowoczesnego systemu naśnieżania? Moim zdanie ma. Inna sprawa czy taka ilość armat, olbrzymi zbiornik i Snowbox ma sens. Pracownicy byli szkoleni przez Austriaków (czy w samej Austrii to nie wiem) - coś się nie zgadza? Trasa była utwardzana i często przygotowywana pieczołowicie całą noc przez najnowocześniejsze ratraki, w tym flagowy model Pisten Buly 600. Czy mieli 3 metry śniegu? Nie wiem, ale na tym polu chyba każdy ON więcej lub mniej szachrawi. Kanapa nowoczesna jest, ale chyba sami nie do końca są zadowoleni z wyboru (choćby popękane bubliny). Sezon potrwał by do maja, gdyby było dla kogo się starać. To nie fantazja. Ja to widzę w ten sposób - pewne poprawki zrobić muszą (i już robią), część "błędów" zweryfikowała natura lub "kanapowi narciarze", natomiast pewnych rzeczy nie zrobią choćby temu, że warunki terenowe są takie a nie inne. Ja im kibicuję tak samo, jak wcześnie choćby Skolnity. Im większe urozmaicenie, tym ciekawsza okolica, narciarsko. Zamiast doszukiwać się błędów i szydzić na całego, wolę dostrzegać przede wszystkim pozytywy. I wcale w jakiś zachwyt nie wpadam - jak ktoś tu raz napisał: "jest tak jak powinno być" i nic więcej. Artur, ja za to rzygam ciągłym porównywaniem każdej stacji, którą ktoś odważy się skrytykować, do BSA. Może temu ten temat staje się irytujący...
    2 punkty
  8. jak dla mnie, kompletnie nie interesuje mnie suma nakładów inwestora/właściciela i sądzę że 99% klientów również...., a juz kompletnie kombatanctwo i 'staranie sie'. Ważny jest efekt. Glosowanie za i przeciw na szczęście odbywa sie nogami-kołami....
    2 punkty
  9. Historia SON Jeśli kogoś ciekawi, jak powstał i jak rozwijał się największy ośrodek narciarski w Polsce, to zachęcam do przeczytania artykułu o jego historii. Jest też kilka starych zdjęć, które niektórzy z Was pewnie widzieli tu na forum. W artykule wypowiada się dwóch forumowiczów, których na pewno znacie. Jest to pierwszy mój artykuł tego typu, ale najprawdopodobniej nie ostatni PS Jeśli macie uwagi do artykułu, to piszcie - przydadzą mi się na przyszłość PS2 Mam nadzieję, że nie jest za dużo informacji technicznych. Nie chciałem z nich rezygnować, ale nie wiem czy nie jest ich za dużo. http://www.szczyrkowski.pl/urlop-w-gorach/aktualnosci/historia-szczyrkowskiego-osrodka-narciarskiego/
    2 punkty
  10. Daliście czadu, gratulacje !
    1 punkt
  11. Rafał piękne zakończenie sezonu
    1 punkt
  12. Brawa dla młodzieńca który wam towarzyszył ?
    1 punkt
  13. Już podawaliście chyba ze 3 razy ten link, ale ani tam ani tu nikt nie podał zdjęcia-dowodu z tymi muldami.
    1 punkt
  14. Komunikaty były podawane przed otwarciem ośrodka - tak sądzę. Więc nie ma tu kłamstwa. Kto rano wstaje, ten sztruks zastaje... Później oczywistym jest,że się zdegradują. Jak szybko, to zależy od wielu czynników, których przewidzieć się nie da. A przynajmniej część z nich. Dodam, że w marcu rozpoczynali pracę o 7.00 rano! Tu przykładowe komunikaty: - " Warunki wiosenne, ale śniegu jeszcze pod dostatkiem" - " Dzień dobry ? Zapraszamy na wiosenne szusy z Beskid Sport Arena ?Pogoda znakomita, a warunki jak na końcówkę marca dobre ? W nocy lekko zmroziło trasy. Zapraszamy od 7.00 do 14.00 Nie zawsze było tylko o sztruksie i super warunkach. Czasem nawet pokazywali mgłę i informowali na bieżąco o długości kolejki do kolejki, co nie robi żadna stacja! Dla mnie to jest szukanie dziury w całym, a dalej hejt nakręca się sam i robi się z igły widły...
    1 punkt
  15. Tu nie chodzi o ekscytacje sprzętem, ale pokazanie, że mają taki z najwyższej półki. Ja się zastanawiam czego właściwie ludzie oczekiwali? Sztruksu o godzinie 12 przy full frekwencji? Na Sellraondzie już o godz. 9 potrafiły być muldy po pas z wystającymi minerałami włącznie - to tak odnośnie "warunków alpejskich". Jak trasa jest mocno eksploatowana, to inaczej być nie może. Obojętne, czy to Alpy, czy to BSA. Ja tam byłem 4 razy i wydymany się nie czułem.
    1 punkt
  16. Pięknie! Ja się mogę godzinami wpatrywać w te zdjęcia... Może kiedyś... Super relacja i dzięki Wam za poświęcony czas.
    1 punkt
  17. Powiem szczerze ze już mnie mdli od tych zachwytów nad BSA
    1 punkt
  18. Nie jest istotne czy wybudujesz tanio czy drogo. Istotna jest jakość oferty - nie nakłady. To, że jedno często idzie w parze z drugim to oczywiste. Ale na politykę cenową wpływa nie wartość księgowa inwestycji a możliwości zarabiania. Unikatowa wartość oferty (np brak konkurencji) pozwala kreować wyższy zysk. Nie interesuje mnie martyrologia (czyli te dodatkowe nieprzewidziane koszty o których wspominałeś). Do tego zasadniczo się odnosiłem. Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  19. "Klimat" to kwestia gustu. Ja tam w Szczyrku nigdy nie go nie zaznałem - wg mnie klimat może mieć Pilsko (piękna, dzika przyroda), Krupówki (inny rodzaj "klimatu"), ale Szczyrk to zawsze była zatłoczona, zakorkowana miejscowość, bez jakiegokolwiek stylu typowego dla kurortów, "zabita dechami" (dosłownie, bo czy to zjeżdżając trasami narciarskimi, czy jadąc krzesłami na Skrzyczne, czy idąc ulicą, wciąż straszą opuszczone "szopy"). A trasy zawsze kojarzyły mi się z tłokiem i przetarciami. Właśnie Szczyrk wg mnie, jak żadna inna miejscowość, nadaje się do stworzenia nowoczesnego kompleksu narciarskiego.
    1 punkt
  20. Nic z tego. Na wszystko są papiery. Dzisiaj byłem w Szczyrku i rozmawiałem z dyrekcją i kilkoma osobami nadzorującymi prace ze strony słowackiej. Np. uzyskałem informację, że prace są kontrolowane nawet dwa razy w tygodniu, czy wszystko jest wykonywane zgodnie planem pod kątem ochrony środowiska. Oczywiście oszołomów nikt nie powstrzyma.
    1 punkt
  21. No to gratuluję. Więc opisz nam jak wybudować zbiornik wodny o pojemności 100 tys. m3 w lesie bez wycinki drzew? Czy zawsze musi być tak, że pierwsze marudzimy, że się nie modernizuje, potem że się buduje, a na koniec, że za dobrze funkcjonuje???
    1 punkt
  22. O to chodzi by przyjechała masa ludzi i zostawiła masę kasy a klimat zrobi się nowy Jak chcesz dziko to kup sobie śladówki - w Beskidach jest jeszcze mnóstwo dzikich miejsc. Jakoś specyficznego klimatu tam nie doznałem, zawsze tłumy ludzi i ekstra bramki dla górników fundatorów, pamiętam specyficzny klimat deptania po nartach w cielętniku i łacińskie kłótnie wśród kolejkowiczów.
    1 punkt
  23. Fotki zorzy piękne, to jednak się tam działo. No cóż ja miałem wtedy fizycznie najgorszy dzień, nie zjechałem dwa razy, nie wstałem na zorze. Ale najważniejszy zjazd zaliczyłem w pełnym gazie. Najlepszy dzień i tak mało zdjęć z gór, tak nie może być No to sklep na początek Taki rest to ja rozumiem Radość podejścia Piękny czysty puch Dwie linie po dwóch zawodnikach na razie Banany po zjeździe Szczyt to Sorbmegaisa (1288m). Mi wyszło 1350m vertical, więc Wieśkowi i ekipie z dwoma zjazdami pewnie z 1700m może nawet. To będzie więc rekord przewyższenia w Norwegii.
    1 punkt
  24. Skitoury the best i pogoda takoż! Dzięki Andrzej skitoury otworzyły mi oczy na góry ponownie. Wcześniej nie było czasu na nic, tylko kolejny wjazd, kolejny zjazd, tyczki i czas. Już freeride trochę to zmieniło, zacząłem dostrzegać otaczające mnie piękno. Ale skitoury to skok w nadprzestrzeń, dopiero podchodząc dostrzegam wszystko i nic mi nie umyka. Mimo, że fizycznie jest ciężko, to umysł wypoczywa wzorcowo, a o to mi chodzi! My mieliśmy na Pradziada 150 km, a Tatry są naprawdę cudowne! Na relację oczywiście czekam cierpliwie...
    1 punkt
  25. No jak to skomentować... chyba tak: Piękna przygoda!
    1 punkt
  26. Ja muszę od razu dodać że jazda była piękna, puch do kolan, prawdziwy lekki puch. I tak dwa razy z samego szczytu do granicy lasu. Nachylenie 30 stopni, to na tyle stromo że już jest fajna prędkość, a jednocześnie człowiek się nie stresuje lawinami, nie trzeba się spinać i oglądać za siebie, nie trzeba robić skrętów lawinowych. Cudo. Doczekaliśmy się świeżego opadu , dzień poprzedni i w nocy, a w dzień słońce.
    1 punkt
  27. Dzień V - czyli duch Norwega Nasz (czyli mój i MajorSki) piąty dzień zaczął się z rana (chyba o 5.00). Opuszczamy przyjazne pielesza Lyngseidet. Tomek dzierży ster w dłoni. Naszym celem jest pobliskie (niecałe 2 godziny wodą) Olderdalen. Pogoda po wschodzie słońca zapowiada się nieźle. Nie mamy wiedzy czy w Olderdalen znajdziemy przystań gdzie będzie można na parę godzin stanąć. Wizja lokalna potwierdza nasze obawy, jest port na maleńkie jednostki gdzie nie mamy szansy przybić oraz porządne nabrzeże przeznaczone dla promu. Modyfikujemy plany - Diupvik! Stajemy tam w porcie, obok jest wielka przetwórnia krewetek. Klimaty są więc zdecydowanie industrialne. Z zalet można za to wymienić dostęp do 220 V i pływające pomosty. Michał wobec tego też może poturować. Wychodzimy pewnie gdzieś o 12.00. Mała dygresja - nasz kapitan stwierdził, że jeszcze tak wyluzowanej czasowo ekipy nie widział. I rzeczywiście wstajemy jak wstajemy, śniadanie jemy jak je niespiesznie zrobimy, później bardzo spokojne oporządzenie i chyba tak przed 11.00 to nam się nigdy nie udało wyjść. Jaskrawo to kontrastuje z moimi alpejskimi turami gdzie o 7.00 byliśmy zawsze ostatnią ekipą wychodzącą z schroniska. Ale w Alpach staraliśmy się być na 15-16.00 z powrotem a tutaj 20.00 to normalka. Nasza dzisiejsza trasa wyglądać będzie tak. Jak widać jest całkiem spory kawałek płaskiego a później jak zwykle. I od początku zapowiada się rewelacyjnie. raz, że widok na Alpy Lyngeńskie przedni a dwa... Tak, tak już na dole śnieg jest znakomity. Obczajamy sobie topografię tej części aby mieć jak najlepszą jazdę. Wyżej prognoza jakości zjazdu idzie w górę. Pięknościowo jest coraz bardziej Gdzie nie spojrzeć - obrazki. Pod kopułą szczytową otwiera się widok na północny koniec Alp Lyngeńskich. Jaki jest więc stan ducha ekipy? Powiedzmy, że stan jest bardzo dobry. Zaś na szczycie jest już tylko lepiej. Niektórzy to nawet próbują odlecieć. Czeka nas tutaj zresztą jeszcze inna atrakcja ale o tym to może niech napisze ktoś z kolegów (ja tam żonaty jestem). Zjazd jest bajeczny, choć przerywany jakimiś sesjami foto. Tutaj zresztą miała się sprawdzić legenda o duchu norweskich narciarzy. (zdjęcia od MarioJ) Na dole dochodzi do secesji. Dla części ekipy taki dzień nie może już się skończyć. Nie może. Czyli razem z Mariuszem i Kamilem zaliczamy powtórkę. Powtórne wejście chwilę nam zajmuje. Nisko już położone słońce i nagromadzenie chmur nad Alpami Lyngeńskimi tworzy niesamowity klimat. Po prostu miazga. Ale jazda to dopiero jest miazga. Wybieramy prawą (orograficznie) stronę gdzie nawet śladów narciarzy nie ma i zjeżdżamy po czystym tak z 600 m przewyższenia w jednym kawałku. Na dole jeszcze dokumentacja stoku. Przez lasek fota Kamila już była więc teraz Mariusz. Nawiasem taki las jest dość zdradliwy - wydaje się, że jest kupę miejsca bo pniaczki dość małe ale jest trochę poziomych słabo widocznych gałęzi i można po pysku całkiem dobrze zgarnąć. Dojeżdżamy do cmentarza, tam ściągamy narty i pewnie ostatni kilometr+ jest z buta. Słońce właśnie zachodzi - szafa gra. I nie mam już ani cienia wątpliwości, że był to mój najlepszy dzień w Norwegi! Jak zwykle poproszę moich lepiej zorientowanych kolegów o podanie nazw gór w których byliśmy, szczytu na który wleźliśmy i jego wysokości, przewyższeń i kilometrażu. Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  28. dla porządku szczyt Fastdalstidnen (1260m), najdłuższa trasa 19km, vertical 1500m, jak mogłeś nie wrzucić zdjęcia z moim zjazdem wszystkie cytowane przez Wieśka foty zjazdowe robił Piotrek na moim aparacie (poniższe również) a tu już było bardziej stromo i nasze szlaczki kończymy dzień
    1 punkt
  29. Piękny narciarski dzień, a górne zjazdy w typie freeride'owym . Zapomniałeś dodać, że to 4 (lub kolejny) najlepszy narciarski dzień w Norwegii. No i ten Wielki Szyszak , Karkonosze nie od macochy!
    1 punkt
  30. Ciąg dalszy bajki. Nasz czwarty turowy dzień zapowiadał się nieźle. Po drodze jeziorko. Ze szczytu powinien być piękny widok na równoległy fiord. Niewiadomą jest pogoda. Pierwsza niespodzianka jest taka. Spadł puszek! Podobnie jak wczoraj gnają nisko zawieszone chmury. Idę ostatni co i rusz wyciągając aparat. No bo jak tu nie pochylić się nad pięknem krajobrazu. Tutaj wczorajsza górka Tomek, który ma podobny problem jak mój (czyli uzależnienie pięknościowe) służy mi za czynnik ludzki. Teraz w fotorelacji nastąpi przerwa, po prostu zrobiło się mleko i to takie, że prawdę powiedziawszy pomyślałem, że to chyba koniec wycieczki. Jednak moi koledzy raczej łatwo sobie nie odpuszczają i idziemy trochę na ślepo a trochę według nawigacji. Łatwo ten moment zobaczycie na śladzie. Widać, że na podejściu na początku hal (tam gdzie rozchodzą się traki) poszliśmy za wysoko. Na szczęście widoczność powraca i korygujemy trasę zjeżdżając do dna płaskowyżu. W okolicach jeziorka znów jest magicznie. Przy okazji identyfikujemy norweski sztruks Bardzo ciekawie po tym się jeździ w ten sposób podchodzimy po kopułę góry i zaczyna się konkretne podejście. W części dolnej jest strome i z fantastycznymi widokami na wspomniany wcześniej fiord. Co jak widać zauważają nawet najtwardsze chłopy (z Romana Bratnego) Ostre podejście zdecydowanie łagodnieje i... trwa, trwa, trwa. Mija wieczność i nie mogę uwierzyć jestem na Wielkim Siusiaku!!! Tyle drogi i Wielki Siusiak??? Wszystkim niekarkonoskim czytelnikom jestem tu winny wyjaśnienie - to nieoficjalna nazwa Wielkiego Szyszaka, którego trudno tu nie skojarzyć. Nawet wysokość bezwzględna podobna. Nad szczytem, pod szczytem przewalają się kłęby pary i jest zdeczko niecodziennie. Być może czasem usłyszycie, że chodzenie na skiturach to jest fajna sprawa. Nie wierzcie w te bajki. Fajna sprawa to jest zjazd. I każdy skiturowiec za dobry zjazd jest gotów dymać pół dnia (albo i cały). Czyli nastała pora wypłaty!!! Zrobiliśmy parę zdjęć na górnym, luzackim odcinku. Niżej było zdecydowanie bardziej ciekawie. Teraz foty od MarioJ Na dole było znów bardzo zmiennie trzeba było znów się ofoczyć. I ostatnie zdjęcie z dnia. Szykujemy się do pokonania piętra lasu. Tu już była twarda walka o życie bo warunki były bardzo wymagające i każdy zaliczył jakieś gleby. Ale też nikt się tym nie przejął. Na zakończenie poproszę tradycyjnie Mariusza lub Kamila o statystyki, nazwę szczytu etc. Inne dopowiedzenia też mile widziane. Czyli pociągnijcie sanki. Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  31. Szczyt to Kavringtinden (1200m). Dwa zjazdy więc wyszło 1600m w górę. W czasie podejścia padał śnieg i w górnej części jeździliśmy w puchu. Najlepsze zjazdy jednak jeszcze przed nami
    1 punkt
  32. No i doszliśmy do momentu w którym możemy umieścić tytuł i napisy "filmu" co go oglądacie. Czyli skitury w Norwegii właśnie się rozpoczynają. Na początek zestawienie naszych wycieczek Dzień turowy 1,2 jest za nami. Dzisiaj będzie 3. Stoimy w Lyngseidet w luksusowym porcie (bo jest kibelek, gorący prysznic i prąd) nawet nie kosztuje to zbyt dużo (około 100 zł/dzień za łódkę), miejscowość jak na "polarne" warunki - kurort. Aby założyć deski trzeba przejść dobre 200 m. Naszym celem jest .... (wstawią koledzy bo coś mi się norweskie nazwy nie trzymają) górujący pięknie nad okolicą. Dzień jest bardzo zmienny, chmury galopują ale od czasu do czasu są takie urokliwe prześwity I góra prezentuje się wtedy nad wyraz urokliwie. I tak sobie idziemy, raz słońce, raz śnieg Jak widzicie piętro lasu dawno za nami, hale też już minęliśmy i kopuła szczytowa już blisko. Pięknie widać stąd Lyngseidet. Jest nawet... no właśnie co dostrzegą Wasze wprawne oczy? Zasuwamy całkiem konkretnie (fota od Mariusza) Pogoda coraz bardziej dochodzi do wniosku, że nie lubi narciarzy Ale nikt nie ma się zamiaru poddawać I wreszcie wychodzimy na grań (fota od Mariusza) W drugą stronę jest tak i szerszy plan Jesteśmy na niższym wierzchołku - zamierzamy zjechać stąd efektownym żlebem (powyżej chyba ten z prawej). Przepinka w śnieżycy ale jest widoczność. Chowam aparat do plecaka bo zaraz zacznie się to co tygryski lubią najbardziej - jazda. Wskakujemy po kolei do żlebu. Fota znów od Mariusza. Początek jest lekko stresujący bo stromo, widoczność też nie najlepsza. Ale dalej jest cudownie bo mieciutko! Nasz kapitan (co został wyraźnie w tyle) ma troszkę mniej szczęścia, dociera na górę we mgle, która za chwilę natarła. Idzie więc na właściwy wierzchołek licząc, że się przejaśni. Ale nic z tego - zjeżdża w mleku. Czyli bez przyjemności. My ten czas załamania pogody wykorzystujemy na powtórną wycieczkę na górę (widzicie to na trakach) a na drugi zjazd znów mamy oczy! Jest naprawdę nieźle. Zjazd jest komfortowy do końca bo przez las prowadzi "przecinka", która wygląda dosłownie jak trasa narciarska. Zjeżdżamy po bandach śnieżnych przy drodze do IT i ostatnie w świetnych humorach dajemy z buta. I to jest bez wątpienia najlepszy (kolejny) dzień w Norwegii. Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  33. Sprytny Kamil dorzucę jedną fotkę z dnia rejsowego, w tle skaliste zbocza po drugiej stronie fjordu, niż nasz port Lyngseidet, dodam w kontekście obecnego powder day, że w tym jednym dniu Norwegowie ogłosili 4 lawinową ... z powodu deszczu, padało tak do wysokości 200-300m, nasiąknięte strome zbocza były zagrożone, tak że dobrze nam się złożyło, że mogliśmy ten dzień wykorzystać na długie przemieszczenie się, na drugi dzień spadło do 3-ki a później 2-ka ta wioska to był prawdziwy wypas, informacja turystyczna, pensjonaty, poczta, market czynny do 23:00, kościół, wypożczyalnia skuterów, oświetlone trasy biegowe, i to wszystko za kołem podbiegunowym
    1 punkt
  34. Port do którego zawijamy po kilku godzinach okazuje się przesympatyczny. Jest prysznic, jest kibelek, jest ładne otoczenie innych jachtów. Można robić plany na kolejne dni.
    1 punkt
  35. Relację z drugiego dnia muszą napisać inni bo zapomniałem zabrać aparatu. Na dobry początek wrzucam trasę na mapie. Zaczęliśmy podobnie jak dzień wcześniej (bardziej środkowa linia). Czerwona linia to powrót braci S plus Robert. Różowe kropki - ostatni wspólny odcinek do portu (po asfalcie). Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  36. Patrząc na te zdjęcia i czytając relację, wydaje się piękna, łatwa przygoda. Jednak dla normalnych (zwykłych narciarzy) nie jest to takie proste, jak się ogląda i czyta. Do tych odległości i przewyższeń trzeba być technicznie i fizycznie przygotowanym. Prawie każdy narciarz chciałby coś takiego przeżyć (nawet Nelis, który niejedno widział i zaliczył niezwykłe, narciarskie przygody) Pomijam aspekt logistyczny i finansowy, ale przeciętny narciarz musi poświęcić sporo czasu na treningi (między-sezonowe np) by dać sobie radę. Potrzebna jest też bardzo dobrze opanowana szuka różnych przepinek. W norweskiej wyprawie dochodzi dodatkowy problem, kwaterunek na jachcie, wachty i żywienie we własnym zakresie, przygotowanie czegoś kalorycznego i zjadliwego. Transport lotniczy również nie ułatwia (konieczny minimalizm sprzętowo-ciuchowo-żywieniowy). Kiedy wypocząć? Chętnym na takie przygody proponuję podłączyć się do jakiejś grupy kozaków, na mniejsze jedno lub kilkudniowe wyprawy. Po takiej zaprawie, ostro do treningów i w przyszłości - czemu nie, wszyscy możemy przeżyć coś tak spektakularnego! Podoba mi się relacja wieloosobowa, wzajemnie się uzupełniająca. Kontynuujcie Chłopaki dalej i ze szczegółami!!! Z wielkim uznaniem czekam na kolejne dni!
    1 punkt
  37. Uzupełnię Kamila relacje grafiką. Start o piątej rano na lotnisku w Gdańsku, gdzie dojechaliśmy w nocy autami, niektórzy pociągiem. Bacznie monitoruje czy nasze torby są ładowane do samolotu podczas przesiadek w Kopenhadze i Oslo. Na lotnisku w Oslo mieliśmy 2h odpoczynku, gdzie raczyliśmy się ciekawą architekturą oraz norweskim chórem. Na odcinku Tromso-Oslo pojawiły się już dreszcze. Najpierw chmury, ale przez pół h mieliśmy już okienko pogodowe z widokiem na pierwsze fjordy. Widoki zapierały dech. Ciarki przechodziły już po plecach. Lądujemy w Tromso, które wita nas śniegiem już na poziomie 0m. Jest zima ! :-) Ładujemy się całą ósemką z bagażami do taxi-busa i jedziemy do portu. Tutaj witamy się z naszą łodzią, która będzie przez następnych wiele dni naszym domem i transportem. Jeszcze wieczorem pobiegliśmy uzupełnić zapasy żywieniowe do marketu, po drodze obejrzeliśmy norweskie klimaty. Większość jedzenia przywieźliśmy z Polski w wielkich torbach narciarskich, a to co nie zmieściło się w 23kg limitu na osobę, musieliśmy dokupić w Tromso. Wydaliśmy w spożywczaku 1000 koron lekką ręką :-) Ale to na wszystkich ! :-) Niektórzy poszli czy też pojechali busem nawet do centrum miasta i coś tam miłego zobaczyli.
    1 punkt
  38. Pan M co nas oskubał był, jak się poprawnie mówi, Afroamerykaninem (w Szwecji . W sumie to podobno jednak nas nie oskubał bo jak gadałem z Tadeuszem41 to 900 koron za taki kurs to normalka. Dla niezorientowanych parę kilometrów z lotniska do portu busem kosztowało na polskie >400 zł. Rzeczywiście lot z Oslo do Tromso miałem słaby bo wizja zagubionego bagażu... była przybijająca. Sprzęt narciarski, abc, wspinaczkowy, wszystkie ciuchy, czołówka, apteczka nawet gdybym wszedł do świetnie wyposażonego sklepu to kupowałbym to przez parę godzin. Ale mało prawdopodobne, że w Tromso znalazłbym wszystko. Z kolei czekanie (pytanie ile) oznaczałoby stratę czasu całej ekipy. Ale później było już tylko lepiej. Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  39. Pierwszego dnia pogoda była bardzo łaskawa
    1 punkt
  40. A z atrakcji nienarciarskich jeszcze takie coś:
    1 punkt
  41. Na ostatnim zdjęciu stary pomost przy przy, którym staliśmy dwie noce. Jest tak wysoko bo to wody pływowe. Poziom morza zmieniał się o ok 3 m dwa razy na dobę. Zdecydowanie wygodniejsze były pomosty pływające :).
    1 punkt
  42. Masz rację - nie da się ukryć, że szczególnie drugi dzień to było wyraźnie dalej (pewnie z 10 km) na północ - to tam gdzie z Robertem staraliśmy się "zawisnąć" na wietrze (kto ma foty?) Podciągnę trochę relację z tych dwóch najbardziej północnych eksploracji - mam nadzieję, że Ci co się zadeklarowali nie opuszczą mnie w potrzebie (szczególnie, że z drugiego dnia nie mam zdjęć). Po zaokrętowaniu (co zajęło nam całkiem sporo czasu) prysznic w kontenerze na nabrzeżu, po drodze taka fotka i szybko na kojo bo... pierwsza wachta wstaje o 3.00 (dzięki Klisiu!). Ja się zgłosiłem (z MajorSki) na 5.00 - nie było to przypadkowe bo liczyłem na takie klimaty Stopniowe zbliżanie się do celu i widok gór ("naszych" gór!) - bezcenne. To był nasz najbardziej północny cel: A to było na dzisiaj (za Kamilem): Bracia S. pod wodzą Michała zaparkowali przy nabrzeżu. Przygoda miała się zacząć! Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  43. Jako tajny agent muszę sprostować to: "wylądowaliśmy też na Uloyi i to było najbardziej wysunięte miejsce na północy z którego zjechaliśmy na nartach". Dwie pierwsze skitury na półwyspie Lyngen były bardziej na północ Z resztą wszystkich wypowiedzi się w pełni zgadzam. Dodam jeszcze że jak już wiedziałem jak jest na wachcie to zakładałem: cienkiego polarka, bezrękawnik puchowy, kurtkę puchową, kurtkę zewnętrzną i komfort był utrzymany tak przez ok 30 min :). Buty snowboardowe beż były na wachcie przydatne. Pozdrawiam, Kamil
    1 punkt
  44. a co do ubioru mojego na wachcie to Wiesiu świetnie to uchwyciłeś! Dodam od siebie, że na 1 wachcie miałem na głowie: - 1buff na głowie - kaptur z polarstracha, - kaptur z puchówki - 1buff na twarzy A na 2 wachcie na głowie było już więcej warstw... - 1czapka polartec, - 1buff na głowie - kaptur z polarstracha, - kaptur z puchówki, - kaptur z HS - gogle - 2buffy na twarzy
    1 punkt
  45. No to teraz będzie o chłopakach. Ekipa - to naprawdę dobre, mocne słowo. Oznacza pomocną dłoń, gorącą herbatę albo paszę. Czasem zaś ostrą szyderę, którą trzeba przełknąć honorowo jak skaut. Jak ktoś ma miękkie dupsko i wybujałe ego to raczej tu nie zapasuje. Ale jeśli macie wyczucie sytuacji i kiedy trzeba potraficie dać solidną zmianę albo zakasać rękawy pro publico bono to poznacie dobrodziejstwo mnożenia przez 8 (a nawet 9). Wspólna ocena sytuacji, wspólna weryfikacja pojawiających się pomysłów to szansa na dobrą zabawę a jednocześnie minimalizację błędów. A to w górach jest najważniejsze. Praca nad ekipą warta jest każdego czasu i wysiłku i to dla mnie jest jedna z najważniejszych kwestii w zabawie skiturowej. Część naszego norweskiego składu doskonale znacie z tego forum Tomek -Majorski, Mariusz - MarioJ, Kamil - kskuski. Dopełniali go Robert - Betti (z którym systematycznie też skiturujemy) i brat Kamila - Paweł. Szóste miejsce jest moje. Siódme zajął drugi Tomek - Klisiu. Było to istotne wzmocnienie zespołu bo to wykładowca i instruktor PZA i persona dobrze znana w światku wspinaczkowym, ósmy był zaś kolega Tomka - Piotr z warszawskiego KW, równie mocny zawodnik. Dziewiąty był nasz pierwszy na pokładzie czyli Michał. Ten ostatni okazał się ludzkim panem a polubiliśmy go gdy założył deski i zaczął łazić z nami na wycieczki dając sobie nieźle radę. Czyli po kolei - Majorski Piotr i MarioJ Kamil Paweł Robert Klisiu El Capitano Ponieważ może Was zmylić to, że na niektórych fotach występuje snowboardzista (albo jak wolicie spliciarz) to informuje, że Kamil występował w podwójnej roli będąc ukrytym agentem ciemnych mocy. A tutaj zdjęcie dokumentujące wrażą działalność podwójnego agenta. Jest poważna szansa na grupowe zdjęcie bo takie sobie ze dwa razy zrobiliśmy jakkolwiek nie wiem kto jest posiadaczem tego ważnego pliku. Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  46. Robert wachtował raz w butach skiturowych prosto z gór, nawet nie zdążył wejść pod pokład. Raz próbowałem czy rzeczywiście jesteśmy na morzu, a nie na szerokiej rzece. Woda była morska Dobrze, będziemy robić szersze relacje, ale musimy najpierw ogarnąć zdjęcia, poselekcjonować, wywołać w ciemni, nauczyć się Lightrooma, damy radę
    1 punkt
  47. Najbardziej upalnie to było na wachtach. Nasza pierwsza (tzn Tomka i moja) - od 5.00 1.04 jeszcze nie była w pełni świadoma. Z kolejnymi już było lepiej - odkryliśmy, ze gogle narciarskie są standardowym wyposażeniem żeglarza. Kurtek i warstw przybyło. Ja stwierdziłem, że moje świetnie dopasowane adidaski na lekką skarpetę "bez problemu" zmieszczą dwie grube narciarskie. Padły nawet pomysły aby może wachtować w butach skiturowych - stopy marzły najbardziej. Na górze pod HS ubierałem puchówkę, polar i bieliznę. Rękawice narciarskie też były jak znalazł a na nie łapawice z HS. Czyli na wodzie było pierońsko zimno. Do morza to nawet ręki nie włożyłem. Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  48. Chłopaki , jak nie chce się Wam pisać ,to chociaż powrzucajcie zdjęcia z jakimś krótkim opisem , bo wyprawa , chyba inni się ze mną zgodzą , warta "upublicznienia" .
    1 punkt
  49. Poziom 0 Leżing Plażing Kawał ciężkiej roboty te skitury
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...