Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. Góral spod Skrzycznego

    Góral spod Skrzycznego

    Użytkownik forum


    • Punkty

      10

    • Liczba zawartości

      2 041


  2. Zagronie

    Zagronie

    VIP


    • Punkty

      10

    • Liczba zawartości

      511


  3. artix

    artix

    Użytkownik forum


    • Punkty

      4

    • Liczba zawartości

      4 091


  4. moruniek

    moruniek

    Użytkownik forum


    • Punkty

      4

    • Liczba zawartości

      2 943


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 26.09.2021 uwzględniając wszystkie działy

  1. Ja wczoraj odwiedziłem Malmö i trasę MTB zbudowana na zboczach mostu do Kopenhagi. Dość techniczne miejsce z wieloma hopkami i wyprofilowanymi zjazdami. Są i stromizny które ciężko pokonać. Było ciekawie.
    4 punkty
  2. Kolejna moja relacja z moich okolic. Taka ciekawostka, jest tam trasa do narciarstwa biegowego. Nie przypominam sobie, by była choć raz czynna. I cała trasa. Odkrywamy okoliczne górki (po raz kolejny). I widziana z góry. Kolejna. I jeszcze jedna. Pedały wymienione. Doszła sakwa, z poprzedniego roweru. I nasze okoliczne piachy. Tu lepiej widać. Są też skocznie. I kolejne ścieżki. Ja się tu obecnie świetnie bawię, kiedyś jednak w tych lasach ginęli ludzie, trochę nostalgii.
    4 punkty
  3. No to lecimy! Maraton Rowerowy Dookoła Polski Finał, czyli ostatnia część 4-letniego cyklu ultramaratonów 4xMRDP. Dotychczas przez 3 kolejne lata objechałem Polskę dookoła w trzech częściach: Zachód, Góry i Wschód. Teraz przyszło mi się zmierzyć z całą trasą na raz, czyli przejechać 3200 km w 10 dni. Czy to możliwe, żebym pokonał taki dystans, kiedy dotychczas każdy jeden tysiąc potrafił mnie mocno sponiewierać? Maciej Paterak http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/001.jpg MRDP to zdecydowanie najtrudniejszy ultramaraton w Polsce, choć obecnie już nie najdłuższy. Palmę pierwszeństwa przejął podobny, choć znacząco różniący się, RAP (Race Around Poland). Jednak w środowisku ultra ciągle MRDP uchodzi za ten kultowy. Niewątpliwie ma na to wpływ fakt, że był pierwszy, ale też mocno wyśrubowany limit czasu, w którym trzeba przejechać owe 3200 km, czyli dokładnie 240 godzin. Pozornie wygląda to na dość proste wyzwanie - wystarczy robić średnio 320 km na dobę, czyli dla rasowego ultrasa bułka z masłem. Jednak to jest 10 dni z rzędu, gdzie jeszcze trzeba pokonać przewyższenie przekraczające 25 000m! http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/0003.jpg Przygotowania rozpocząłem jeszcze w zeszłym roku. Trzeba było dokładnie przemyśleć co zmodernizować/wymienić w rowerze, jak się spakować, co zabrać ze sobą, z czego zrezygnować, jak poradzić sobie z ładowaniem urządzeń i jeszcze wiele innych zagadnień. Ostatecznie postanowiłem kupić nowy rower, który był idealnie skonfigurowany pode mnie. Wymieniłem jedynie siodełko na wygodniejsze. Do tego otrzymałem znaczącą pomoc od firmy Giant Polska w postaci znakomitych kół karbonowych Giant SLR 2 Disc 42mm i kompletu sakw. Jednak mimo długiego czasu przygotowań, nie ustrzegłem się błędów, o czym wspomnę w dalszej części relacji. http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/0022.jpg Przyznam, że po 4 latach harówki w różnych ultramaratonach zacząłem tracić nieco motywację do dalszych startów. Zwyczajnie zacząłem mieć dość nocnej jazdy ze sporym deficytem snu, kultury naszych kierowców samochodów i wielu innych niepożądanych "atrakcji" korzystania z naszych dróg. Jednak MRDP był tym wyjątkiem i jedynym jeszcze maratonem, który mnie mocno pociągał i fascynował. Kiedy więc ponownie zawitałem na Rozewiu pod latarnią morską, adrenalina zaczęła działać i już nie mogłem się doczekać startu. Tym bardziej, że do tego miejsca mam wyjątkowy sentyment, ale nie o tym będę opowiadał. http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/100.jpg Start zaplanowany był jak zwykle równo 12:00 w południe. Ponieważ całość trasy w formacie GPX to wielki plik, odpowiednio wcześniej włączyłem przeliczanie trasy w nowym nabytku od Garmina, który rzekomo powinien sobie z nim poradzić. Przynajmniej tak optymistycznie założyłem... No niestety, miałem zbyt wiele wiary w to urządzenie i na 20 minut przed startem, podczas przeliczania, zwyczajnie Garniak się wyłączył. Tym samym pierwsza nawigacja była raczej stracona. "Świetny" początek. Dobrze, że wziąłem mojego starego Etrexa, który ruszył bez zająknięcia i tym samym rozwiązał problem. Nową nawigacją postanowiłem się zająć później, na jakimś dłuższym postoju. Teraz jeszcze ostatnie przemówienie Organizatora, zdjęcia, dyskusje i w drogę! http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/21.1.jpg Ponieważ sierpień to ciągle sezon urlopowy nad morzem, musimy się przebijać przez tłumy turystów, choć bardzo się tu przydała nowa ścieżka rowerowa do centrum Jastrzębiej Góry. Następnie w bok i już możemy względnie normalnie rozpocząć zmagania. Organizator - Daniel pojechał kawałek z nami i starał się porozdzielać peleton na grupki 14-osobowe, bo jedziemy w ruchu otwartym. Tym samym nie możemy jechać razem w blisko 80 osób - tyle zawodniczek i zawodników stanęło na starcie. Niestety trudno utrzymać pełną dyscyplinę, bo teren nieco pofałdowany i grupki się rozrywają, tworzą nowe, czasem większe itp. Dopiero kilka kilometrów dalej, gdzie wjeżdżamy na drogę z szerokim poboczem, tworzymy długie łańcuszki, które już nie powinny przeszkadzać samochodom. http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/2110.jpg Pogoda dopisuje, nie tylko świeci słońce i opadów brak, ale tutaj jeszcze często mamy dość mocny wiatr w plecy. Rozpoczynamy objazd Trójmiasta, który prowadzi po całkiem sporych pagórkach. Miałem obawy, czy owe górki mnie za bardzo nie zniszczą już na początku, ale okazały się niegroźne. Zupełnie inaczej jedzie się tędy na świeżych nogach w dzień, niż na pełnym zmęczeniu, rozpoczynając trzecią nockę. Rzekł bym nawet, że ten odcinek błyskawicznie zostawiam za sobą. Potem kawałek przyjemnych równin i jazda wzdłuż Zalewu Wiślanego - piękny teren! Niestety tutaj wiatr już mniej sprzyjał, wręcz nieco pogroził palcem jakby chciał powiedzieć: -"zaczekam sobie na Was!"... http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/21.2.jpg Kiedy opuszczam okolice Zalewu Wiślanego, wiatr słabnie. Powoli zapada noc i niepokojąco szybko spada temperatura powietrza. Niebo czyściusieńkie, bez grama chmurki, zapowiada, że będzie zimno. Baaardzo zimno! Zanim minie północ, notuję już wartości w okolicach 6 - 8 st.C. Nie wytrzymuję i zjeżdżam na stacje paliw cały sztywny, trzęsąc się z zimna. Piję półlitrowy kubek gorącej herbaty i ubieram prawie wszystko co mam. Jak dobrze, że tuż przed samym startem moja ukochana żona zaproponowała mi, żebym docisnął jeszcze do sakwy grube spodnie, które normalnie używałem w zimie. Teraz bardzo się przydały. Nie wiem jakbym miał wytrzymać w samych cienkich nogawkach. Zaplanowałem, że przynajmniej pierwszą nockę pojadę, żeby nadrobić jak najwięcej dystansu zanim wjadę w góry. Plan w sumie zakładał, żeby dojechać do Przemyśla i wypocząć (ok 1200 km) w 3 doby. Albo nawet szybciej, jakby wszystko szło po mojej myśli. http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/22.4.jpg Jazda na Mazurach przy pełni Księżyca robi na mnie wrażenie. Jest dość jasno, widoki niesamowite - pola, łąki, oczka wodne. Mgiełki w dolinkach dopełniają klimatu. Gorzej kiedy w taką mgiełkę muszę wjechać. Odczuwalna temperatura to coś w okolicach 0 st. Dość szybko na niebie widać już lekką łunę od powoli wstającego słońca. Jeszcze ta cisza, chwilami przerywana odgłosami budzącej się przyrody. Choć Świerszcze chyba w ogóle nie śpią. To są chwilę, dla których jeździ się takie maratony i później wspomina. Nawet temperatura jakby mniej przeszkadza, a przynajmniej nie myślę o tym, że właśnie drętwieją mi palce u nóg. Nic dziwnego, patrzę na termometr, a tu już tylko 3 st. na plusie! Nie no, przecież to sierpień! Lato, nie zima! O co biega z ta pogodą? Mój obecny ubiór już nie wystarcza, więc sięgam po pelerynę przeciwdeszczową i spodnie - dobrze chronią przed wiatrem. Nad ranem robię też krótką przerwę na stacji benzynowej na kolejną herbatkę i batonika. http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/22.3.jpg Powoli wstaje dzień, lecz temperatura jakby zaspała. Ciągle zimno, brrr! Mimo, że świeci słońce. Dopiero w okolicach 10 rano wreszcie robi się przyjemnie. Pusta tylna sakwa ponownie zapełnia się ciuchami. Bardzo mnie cieszy, że kiedy docieram do "rogu mapy", a dokładnie w okolice trójstyku granic Polski, Rosji i Litwy, mam pełnię dnia. Jechałem tędy 2 razy i zawsze nocą. Teraz mogę nacieszyć oczy tutejszymi widokami. Drugi dzień okazał się też przełomowy. Nie wiem czemu, ale pierwsze 300 km strasznie mnie niszczyło, miałem bóle nóg i obawy, że daleko nie zajadę. Rano jakby coś puściło i wreszcie złapałem swój rytm.Trafiłem też fajną restaurację, pierwszą w tym maratonie, gdzie mogłem zjeść pełnowartościowy obiad. Te Hot Dogi na stacjach, ech... zanim je ugryzę, już mnie zbiera... ;) http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/22.1.jpg Powoli zbliżam się do granicy Polsko-Białoruskiej. Nie byłoby to jakoś specjalnie warte wspomnienia, gdyby nie ostatni kryzys z uchodźcami z Afganistanu. Ewidentnie widać Straż Graniczną w sporej liczbie, kręcą się tu też wozy różnych stacji telewizyjnych. Dopóki jest dzień, czuję się bezpiecznie, ale kiedy zapadają ciemności, to już głowa zaczyna pracować. Chyba podświadomie, mimo jazdy Solo, raczej staram się trzymać na widoku innych. Tym bardziej, że na tym etapie ciągle się mijaliśmy z wieloma zawodnikami, a w tym momencie najczęściej z najmłodszym zawodnikiem w stawce - Grzegorzem Szamrowiczem. Nie wiem czy jest się czego bać, bo w sumie niewiele wiadomo o prawdziwej sytuacji z uchodźcami, ale jest mały niepokój. Tuż przed Bobrownikami trafiam na fajny Hotel z białoruską kuchnią - niby menu podobne do naszego, ale jednak sposób podania wyraźnie się różni. Dla mnie fajna atrakcja! Baterie doładowane! http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/2113.jpg Bobrowniki, ach te Bobrowniki! Zapamiętałem je jako niekończący się wyścig z wiecznie ruszającymi i zatrzymującymi ciężarówkami, oczekującymi na przekroczenie granicy. Tym razem jechałem w drugą stronę i jakże inne odczucia! Teraz swobodna jazda i to w większości w dół. Czasem tylko kierowcy dopytywali nas gdzie my wszyscy jedziemy. Ale sielanka się kończy i znowu ciśniemy boczną drogą przez las wzdłuż granicy z Białorusią. Znowu czuję lekki niepokój, ale na szczęście żadnych problemów nie było. Zaczęła się druga noc, chciałem ją przejechać jak rok temu, ale po wcześniejszych rozmowach z innymi zawodnikami, ostatecznie decyduję się na nocowanie. Tym bardziej, że trafiam na super hotel w Narewce, a po za tym już zaczynałem "tropić węża". O spadającej temperaturze lepiej nie wspominać... http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/0015.jpg Nie jestem do teraz przekonany o słuszności tego noclegu, ale z drugiej strony wiem, że i tak trochę drzemki musiałoby być. Po za tym koledzy mi mówili, że po MRDP Wschód słabo wyglądałem, więc mógłbym się po prostu przedwcześnie zarżnąć. Tymczasem wypoczęty ruszam w dalszy bój! Noga podaje, humor dopisuje. Niestety, prognozy pogody nie napawały optymizmem. Wiem już, że wkrótce zacznie padać, jednocześnie liczę, że to będą takie punktowe opady a nie ciągła zlewnia. Ale to jeszcze nie teraz. Dojeżdżam właśnie do jednej z atrakcji tej trasy, czyli całkowicie ręcznie obsługiwanego promu na rzece Bug. Początkowo planowałem być tu w nocy i jego ominięcie, ale nocleg zmienił "program wycieczki". Byłem pewny fajnego spotkania z zawodnikami maratonu Wschód1400, ale w tym momencie żaden z nich nie dojechał. Spotkam kilku chwilę później gdzieś przed Terespolem. Pomachamy sobie nawzajem, co jakby tchnie we mnie nowe siły. To ciekawe, ale czasem krótki kontakt może mieć znaczący wpływ na samopoczucie zawodnika. http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/0013.jpg Przeprawę promową zaliczyłem z dwoma zawodnikami, co zawsze jest dodatkowym bonusem i dalej ruszam w drogę! Niebo zachmurzone, ale bez opadów. Za to wiatr przypomniał o sobie, kiedy cisnąłem w stronę Terespola - nie no, pogoda bierna być nie może! To jednak był pryszcz w porównaniu do tego, co mnie czekało już za parę dłuższych chwil. Niestety, jeszcze do miejscowości Kodeń, gdzie zaliczyłem obfity posiłek, było przyjemnie. Dalej już pompa się rozkręcała. Pogoda zadbała, żeby mi Słońce nie spaliło za mocno facjaty. Zakładam pelerynę, spodnie i specjalne ochraniacze na buty, które rok temu świetnie się sprawdziły. Jestem pewien, że tak będzie i teraz. Niestety nie skontrolowałem ich przed startem, a te były już podarte. Pierwszą ulewę jeszcze dały radę, ale potem nadawały się jedynie na śmietnik. To właśnie pierwszy błąd, jaki popełniłem w trakcie przygotowań. Szlag! Jedna z najlepszych rzeczy, jakie posiadałem na stanie do ochrony przed deszczem, właśnie poszła się paść. Miałem dokupić przed startem jeszcze ze 3 takie komplety na wszelki wypadek, bo nie są one drogie, ale to zlekceważyłem. Surowo przyszło mi za to zapłacić... http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/0012.jpg Ulewa się rozkręciła na całego i zaczęła walka o utrzymanie komfortu termicznego, bo każda peleryna, kurtka itp. kiedyś zaczyna przeciekać, bądź my się pocimy pod nią. Najbardziej mi brak tych ochraniaczy na buty - w środku już sobie chlupie woda... Wieczorem ulewa zmienia się w mżawkę, ale ciągle jest upierdliwa. Ku mojemu zdziwieniu, doganiam Achoma, jedną z najwspanialszych postaci ultra. Wygląda źle, ale to człowiek z żelaza i na pewno to chwilowy kryzys. Zamieniamy kilka słów, Irek zjeżdża na popas, ja cisnę dalej. Jakość drogi przed Zosinem nie ułatwia życia, puszczam "łacińską" wiązankę za wiązanką, tak na rozładowanie nadmiaru energii... ;) Wiem już też, że trzeba szukać noclegu, bo wychłodzenie mnie zniszczy. Lepiej więcej spać, kiedy pogoda nie sprzyja, a jechać nawet w nocy, wykorzystując lepsze warunki atmosferyczne. No i jest! W Hrubieszowie znajduję znakomity hotel, do tego z otwartą restauracją! Dzięki Ci o Panie za Mapy Google! Muszę tylko zdążyć przed godziną 22:00, co nie było wielkim problemem. Wchodzę do środka zmarznięty na kość i czuję to ciepło! Ach, jak przyjemnie! Zamawiam Schabowego, setkę whisky na rozgrzewkę i piwo na dobranoc. Spotykam też tu dwóch zawodników. Jeden z nich - Piotrek mocno zdziwiony moim menu. Jedząc pizzę na dobranoc dziwił się, że jem Schabowego... Jeszcze bardziej widząc whisky i piwo - "to Ci nie zaszkodzi?". Oczywiście, że nie, wiem co dla mnie dobre. ;) http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/23.3.jpg Ponowne wczesne wstawanie i kolejny dzień czas rozpocząć! Wyglądam za okno i już chce mi się wymiotować na widok pogody! Oczywiście jest mokro i pada. "Pysznie!" Liczyłem, że choć pół dnia będzie na sucho. Szybkie pakowanie i ruszam dalej. Niestety nie zaliczam tu śniadanka, bo musiałbym czekać do 7 rano, a to spora strata. Zatrzymuję się gdzieś na stacji benzynowej, a później jeszcze przy sklepie spożywczym. Zatankowany ruszam naprzeciw ciemnym chmurą. Wydawało się, że pogoda będzie dziś dość łaskawa, ale niestety nie. Już nad horyzontem czaiła się olbrzymia, ciemna chmura! Widocznie też się wyspała, bo energii miała w sobie aż nadto! Kiedy pod nią wjechałem, zaczęła się ostra jazda bez trzymanki. Ulewa na całego! Jedyne słowa, jakie się ze mnie wydobywały, to te na "k","ch" itp., których nie zacytuję. ;) Jakby tego było mało, akurat wtedy trafiam na jakieś remonty dróg, wahadła i inne spowalniające jazdę atrakcje. Byłem święcie przekonany, że tak będę jechał do wieczora, nic nie zapowiadało zmiany, ale nagle cud! Niebo zaczęło się przejaśniać, a deszcz słabnął, aż w końcu całkiem przestał padać. Mogę ściągnąć ciuchy przeciwdeszczowe. Hura! Zjeżdżam pod pierwszą napotkaną wiatę i miła niespodzianka. Spotykam tu kolejną wspaniałą postać ultra - Marka Miłoszewskiego, który właśnie konsumuje sobie śniadanko. Zamieniamy parę słów, zrzucam mokre ciuchy, zakładam suche skarpetki i od razu prosto do foliowych worków, aby ich nie zamoczyć, bo butów na zmianę nie miałem. Ciuchy pod peleryną też nieco namokły, więc może nieco przeschną od wiatru? http://mobile.team29er.pl/images/2021/MRDP/24.1.jpg Powoli zbliżam się do Przemyśla, drogi już niemal suche, często też wychodzi słoneczko zza chmur. Zaczynam liczyć kiedy tam będę. Nie jest źle, choć będzie spóźnienie w stosunku do pierwotnego planu, za to z mniejszym deficytem snu. Nagle wrzasnąłem "ała!" . Dosłownie na kilka km przed Przemyślem łapie mnie silny skurcz łydek! Zatrzymuję się i padam na ziemię. Nie jestem w stanie poruszyć nogami. Do tego jeszcze stoję na poboczu remontowanej drogi, co mi nie ułatwia sprawy. Szlag! Chwilę wcześnie był przystanek autobusowy i szeroka, wygodna ławeczka. Mógłbym w cywilizowanych warunkach doprowadzić się do porządku. Mniejsza już o to, działam! Masuję Łydki, ale bez efektu. Czyżby to koniec? No to inaczej - wypijam duszkiem dwa energetyki i zjadam dwie tabletki przeciwbólowe. Wstaję po chwili i próbuję jechać. Czuję się jak na haju - jakoś tak lekko, miękko, co oni leją do tych puszek??? A może to "odpowiednie" połączenie składników? Najważniejsze, że ból odpuścił i już normalnym tempem dojeżdżam do Przemyśla i do znanego mi od lat Hotelu "Albatros". Tam konsumuję znakomity obiadek w towarzystwie kilku zawodników. Gdybym zrealizował w 100% mój pierwotny plan, dziś rano ruszałbym stąd w dalszą drogę, ale jak już nie raz się przekonałem, plany planami, a rzeczywistość może wyglądać zupełnie inaczej. Jednak nie jest źle - nieco ponad 3 doby na pierwsze 1200 km, ale też dwie treściwie przespane noce. Dobra zaliczka na góry. Jedynie niepokoją mnie łydki przed najtrudniejszą częścią trasy tegoż maratonu. Niby odpuściły, ale na pierwszych podjazdach je wyraźnie czuję... Druga część za kilka dni. Oryginał tutaj (jeśli nie naruszam regulaminu forum): http://mobile.team29er.pl/ultramaratony/3286-maraton-rowerowy-dookola-polski-final#disqus_thread
    2 punkty
  4. Tak krzesło czteroosobowe jeździ turystycznie i w sezonie będzie w jednym karnecie.
    2 punkty
  5. Potwierdzam, będziemy śmigać w tym roku na Buczynce.
    2 punkty
  6. Post 22 Jurek W Polsce, po wyprawie dostałem od Jurka opracowanie - Hindukusz Zebak`u – KW Kraków 1974 r. Przetłumaczone na język angielski. Szczegółowy opis tego rejonu górskiego. Z mapami graniowymi, panoramami szczytów i dolin. Z podanymi wysokościami. Wszystko to było robione ręcznie przez jego żonę, na podstawie zdjęć, które uczestnicy różnych wypraw dostarczali Jurkowi. I on sam robił. Jurek miał swoją metodę określania wysokości ze zdjęć. Świetny materiał, dla alpinistów zainteresowanych tą właściwie dziewiczą grupą górską. Ze szczytami i zalodzonymi ścianami znacznie wyższymi niż Alpy, może z wyjątkiem Mont Blanc i rejonu Matterhornu. To mi blaknie, ponieważ było odbijane z kalki, jak rysunki w biurach projektów w owym czasie. Warto dodać, że Jurek był jednym z najlepszych znawców Hindukuszu. Cenionym wśród alpinistów zagranicznych. Bardzo miło wspominam Jurka. Był bardzo odpowiedzialny za ludzi. Dbał bardzo o bezpieczeństwo w górach. Poświęcił się w późniejszym wieku jego kwestiom. Interesował się wpływem starzenia się organizmu alpinisty, na jego wydajność w górach. Był okres w 1995 roku, że byłem w fatalnym nastroju psychicznym, z powodu utraty bliskiej osoby. Jurek wtedy współpracował z Towarzystwem Nauk o Ziemi, które urządzało wycieczki w Alpy, dla ludzi, których interesowała „turystyka” na wyższym poziomie. Wejścia turystyczne, ale na szczyty alpejskie. Czy chodzenie po lodowcach. Jurek był przewodnikiem i instruktorem. Jaki sprzęt należy posiadać i jak się go używa. Udało mi się wtedy namówić go na wyjazd do Austrii. Miałem auto. Weszliśmy, min., na Johannisberg i Grossglockner. Przed tym wyjazdem, parę miesięcy urządzałem sobie marszobiegi, po dziesięć kilometrów. Ale i tak na początku myślałem, że ducha wyzionę. Stary Alpinista. Starszy ode mnie o dziesięć lat. Miałem jeszcze propozycję wspólnego skituringu w Tatrach. Na tym by się może nie skończyło. Wtedy jego syn Józek pasjonował się w zjazdami skialpinistycznymi. Napisał zresztą potem wspólnie z Karolem Życzkowskim przewodnik - „Narciarstwo Wysokogórskie w Polskich Tatrach Wysokich”- 2004 r. Dowiedziałem się z niego jaki był trudny mój zjazd(dr. nr 2.7) z kolegą, czterdzieści kilka lat temu, z Miedzianego(2233 m ). W kierunku schroniska w Pięciu Stawach Polskich. Pojechaliśmy w Tatry, na początku maja Fiatem 127 Rysia „Brudasa’". Miał znajomego górala, którego zabudowania stały niedaleko Wodogrzmotów Mickiewicza. Zaparkowaliśmy obok jego stodoły i Doliną Roztoki podeszliśmy do schroniska w Pięciu Stawach Polskich. Zjechałem z Januszem z Walentkowego Wierchu(2156 m). A na końcu z Koziego Wierchu(2291 m). Ładnym, szerokim żlebem(dr. nr 2.28), na „puszczonym” leciutko firnie. Rysiek nie jeździł z nami. Na nartach wtedy radził sobie, zdaje mi się, dosyć kiepsko. Niemniej po latach spotkałem go jako instruktora narciarskiego. Na Miedziane weszliśmy od schroniska, przez Szpiglasową Przełęcz i dalej granią, do małej przełączki, gdzie zaczynały się dwa żlebiki. Zjechaliśmy prawym. Na górze była resztka świeżego śniegu na zamarzniętym podłożu, potem firn wiosenny, niżej coraz bardziej mokry. Maksymalne nachylenie - 42 st. Był to okres, gdy miałem ciągoty do takich zjazdów. Udało mi się dokonać kilka zjazdów w Tatrach Wysokich. Między innymi, z Krzyżnego przez Dolinę Waksmudzką, do szosy do Morskiego Oka i przez Dolinę Pańszczycy. Zjazd z Zółtej Turni. W Tatrach Zachodnich zjazd z Kasprowego Żlebem pod Palcem do Doliny Kasprowej. Granią z biwakami, na początku kwietnia, od Kasprowego do Przełęczy Pyszniańskiej i inne. Nazywano to wtedy narciarstwem wysokogórskim. Nie było tego dużo. Więcej w zamierzeniach. Propozycja Jurka wspólnego skituringu była kusząca. Nie mogłem jednak opuścić niedawno poślubionej damy mego serca. Która się zakochała nie tylko we mnie, ale i w nartach. Nie dałoby się tego skituringu pogodzić z nauką jazdy żony na nartach. I wspólnymi wypadami w góry. To było pasjonujące dla mnie doświadczenie, jak można opanować ten piękny sport od zera, nawet w zaawansowanym wieku. Powstała historia nauki jazdy pani Zagroniowej. Nie żałuję absolutnie swojej decyzji. Są w życiu ważniejsze sprawy, niż własne pasje, czy własny egoizm.
    1 punkt
  7. Ja juz smigalem ubieglej zimy na Buczynce. Na jednym karnecie znaczy z pozostalymi wyciagami na Pilsku
    1 punkt
  8. Post 20 Powrót z gór I na tym był koniec! Dalej było prosto. Znieść z góry sprzęt do bazy. Do bazy przyszli kulisi ze wsi Qadzi Deh, po resztę wyposażenia. Okazało się, że i tak nie można było dłużej tu być. Skończyło się pozwolenie. Jeszcze przed zejściem do Qazi Deh robię kolegom portrety. Hindukusz zostawił na nas swój ślad. Na mnie też. Z Qazi Deh do Iskaszimu idziemy na piechotę. Tam będzie łatwiej o pojazd. To tylko paręnaście kilometrów. Przy drodze rosną afgańskie topole. Muszą być nawadniane. Piękna plantacja.Zdjęcie pokazuje, że wleczemy się drogą, bez pośpiechu. Ostatnie spojrzenia do tyłu na góry. Hindukusz Wysoki zostaje za nami. Dominuje bardzo wysoki Noszak. Osiołek niesie nam bagaż. Skrzydła mi urosły. Przybyło dużo czerwonych ciałek w mojej krwi. Idzie mi się dziwnie lekko. Nie muszę też nic praktycznie nieść. Załatwia to za nas to sympatyczne zwierzę. I tylko tak sobie rozmyślam. Nie osiągnęliśmy, jako wyprawa, sukcesu. Nie napiszą w gazetach, że taki poważny problem alpinistyczny został rozwiązany przez alpinistów z małego Klubu Tatrzańskiego PTTK w Krakowie. Środowisko też wzruszy ramionami. Wyprawa wyszła na cztery szczyty - M2(6460 m), M5(6076 m), bez nazwy(6021 m) i M3b(5918 m). Te dwa ostatnie były moim udziałem. Może to nie najgorzej, jak na „tragarza”. Ale to mnie prawie nie obchodzi. Ja miałem swój cel. Zobaczyć te góry. Wyjść jak najwyżej. A może przekroczyć nawet te siedem kilometrów. Ja tu przyjechałem prawie jak turysta. Zobaczyłem je, dotknąłem ich i żyję. Ponieważ i takie miałem obawy. Ale jakiś żal jednak pozostał! Zdjęcia: 1. Koniec. Likwidacja bazy, pakowanie. 2. Łąka. Tragarze znoszą bębny do Qadzi Deh. Portrety kolegów, zdjęcia nr: 3-Jurek, 4-Karol, 5-Leszek, 6-Maciek, 7-Rysiu, 8-Andrzej, 9-Janusz, 10-Wojtek, 11-Gienek 12. Resztki. Sortowanie potrzebnych rzeczy w Qadzi Deh 13. Topole. Topola afgańska. Plantacja nawadnina. 14. Piechotą. Droga do Iskaszimu. 15. Osty. Pasowały do mojego nastroju. 16. Powrót. Ostatnie spojrzenia na Hindukusz Wysoki. 17. Osiołek. Nasz dzielny osiołek
    1 punkt
  9. Post 19 M2 Nocujemy w szóstkę w obozie pierwszym. Pogodę cały czas pobytu w Hindukuszu mamy idealną. Jurek postanowił, że wyjdziemy stąd, w szóstkę, na przełęcz, między M2(6460 m) i szczytem(6021 m). Wychodzimy na przełęcz, mającą około - 5820 m. Lodowym, szerokim żlebem. W którym można się było spotkać z lawiną kamienną. Z przełęczy otwiera się widok, na wschód, na Dolinę Szachaur. W której działała wyprawa autora „Pokutująch śniegów” Andrzeja Wilczkowskiego w 1966 roku. Od razu rozpoznaję Szachaura, Langutę-i Barfi, Langar Zom. Czekała nas tu mała niespodzianka. Wcześniej, działający w tym rejonie Francuzi, zostawili niepotrzebne im już rzeczy. Wśród nich wspaniała lina - osiemdziesiąt metrów. Wyglądała na nowiutką. Puszki z pysznościami. Tabliczki Ovomaltiny. Nie wszystko pamiętam. Jesteśmy z biednego kraju. A tu taki skarb. O cenniejsze rzeczy ciągniemy losy. Który się do mnie uśmiecha i wygrywam tą linę. Nie wspinałem się na niej. Już się potem nie wspinałem. Na nieznanej linie nie powinno się wspinać. Za to tuńczyk w konserwie, otworzonej scyzorykiem, był owszem, ale…? Ciągle ten brak apetytu! O Ovomaltinie czytało się tylko w książkach. Jak alpiniści się „dopalali”, w krytycznej sytuacji. Coś w tym było, ponieważ po zjedzeniu kilku kawałków urosły mi „skrzydła”. Ale nie na długo, ponieważ szybko opadły. Tu się rozdzieliliśmy. Czwórka doświadczonych, pod batutą Jurka, poszła w lewo na M2(6460 m). Mnie z Maćkiem przypadł zaszczyt wejścia na pierwszy nasz sześciotysięcznik -6021 m. Nie był daleki, ale skrzydła już mi wisiały. Wchodzimy północnym, lodowym stokiem. Tyle się teraz czyta o ośmiotysięcznikach. O chodzeniu bez tlenu, prawie bieganiu z góry na górę. I to w zimie. Co ten facet pisze? Sześć tysięcy metrów nad poziomem morza? Przecież to proste! Gospodynie domowe, od kuchni wybierają się w takie góry. Nie mam argumentów, w takich dyskusjach. Patrzyłem tylko w książkach na zdjęcia, jak nawet, na takiej wysokości, ludzie się wlekli. A na siedmiu - jeszcze bardziej. Lub też nie mogli wyjść tak wysoko. O tym już wiedziano, w okresie, gdy Kazimierz Dorawski pisał swoją znakomitą książkę „Człowiek zdobywa Himalaje” – 1957 r. Niektórzy alpiniści nie przekroczą 6500 m npm. Średnio pułap możliwości sięga siedem tysięcy i kilkaset metrów. Wyjątkowo uzdolnieni przekraczają bez tlenu osiem kilometrów. Jak to jest z wysokością to boleśnie się o tym przekonał Jerzy Kukuczka, gdy po raz pierwszy spotkał się górami wyższymi od Alp. W czasie wprawy katowickiej na Mc Kinley, na Alasce(1974 r) z najwyższym trudem dotarł na ten sześciotysięczny szczyt. I jeszcze ta tragedia Bułgarów, przy próbie wejścia na Noszak. Argumenty są! Kondycja zdobywana przed wyjazdem, a nie przy biurku. Częste pobyty wysoko, przyspieszające aklimatyzację. Wyżywienie, wyspanie się, „wykąpanie się”. Czarna robota dla tragarzy, szerpów. Dojazd „luksusowy”. w rejon gór wysokich. Wszystko jest maksymalnie ułatwione. Zresztą, co tu gadać! Ci od ośmiotysięczników wyselekcjonowali się z dziesiątków tysięcy, pętających się „alpinistycznie” po górach na całym świecie. Tak, jak trzydziestka w Pucharze Świata jest wyselekcjonowana z dziesiątków, lub więcej tysięcy obijających tyki. Wyszedłem z Maćkiem na nasz sześciotysięcznik. Może lepszą kondycję już tu miałem. Schudłem przez ten brak apetytu. Trzeba też jeść białko, nie tylko węglowodany. Wypoczynek i żywienie jest bardzo ważne w górach. Widok na wchód się poszerzył. Na pierwszym planie otoczenie Doliny Szachaur. Te góry przede mną na dole są bez śniegu! A przecież to szczyty ponad pięć tysięcy metrów. To ich południowe, lub zachodnie zbocza, skały wystawione na słońce. Hindukusz jest „suchy” i gorący. Daleko na horyzoncie coś wyraźnie większego. Pamir w Tadżykistanie. Za korytarzem Wachanu. No i świetnie teraz widoczny Szachaur. Widzę wyraźnie tą grań w stronę Nadir Szacha. Którą mieliśmy iść. Z opisu wyprawy poznańskiej, która wyszła po raz pierwszy na Nadir Szacha wynika, że szli na niego szerokim żlebem śnieżnym. Stąd nie widocznym, ale lepiej widocznym z Doliny Szachaur. Maciek, po naszym powrocie do obozu, powiedział, że nie czeka na nich, tylko schodzi do bazy wysuniętej. Ja postanowiłem poczekać. Ugotowałem herbatę i przelałem ją do plastykowej flaszki. Ciepłą flaszkę włożyłem do śpiwora. Po łyku dla każdego. Czwórka wróciła w środku nocy, po wyjściu na szczyt. Drzemiąc, słyszę opowiadanie o wejściu. Znaleźli flaszkę z herbatą! Zdjęcia: 1. Czwórka. Czwórka kolegów odchodzi w stronę M2. 2. Na 6021 m. Mój rekord wysokości. Wysokość(napis na zdjęciu) została potem skorygowana przez Jurka. W głębi Szachaur(7118 m). Notka: Kolejne zdjęcia tworzą panoramę, od lewej strony. Od kierunku na północ do wschodu 3. Stoki płd. Granie w stronę M2 i Kiszmi Chana i ich stoki południowe. Tu działała wyprawa Andrzeja Wilczkowskiego w 1964 r. 4. Dolina Szachaur. Na pierwszym planie lodowiec Szachaur Mjani, spływający do doliny. Z jego prawej strony długa grań biegnąca z M3 w kierunku pn-wsch. Niżej słabo widoczny Lodowiec Hoszk. Na nim stała baza główna wyprawy łódzkiej. W głębi Pamir. Na prawo stoki Languta-i Barfii. 5. Pamir. Daleko na horyzoncie szczyty Pamiru. 6. Languta. Languta-i Barfi(6827 m ), w chmurach Langar Zom, Szachaur. 7. Langar. W środku widoczny dwuwierchołkowy Langar Zom( 6750 m i 7061 m). Bliżej, filar północny Szachaura. 8. Wysoka grań. Szachaur i Nadir Szach. Widok na grań(długość ok. 5 km), będącą naszym celem. Na tle Nadir Szacha szczyt M3(6109 m). 9. Szachaur. Szachaur(7118 m). Bariery lodowca w kierunku jego szczytu. Panorama z M3b kończyła się na szczytach M2 i Kiszmi Chan. Tu zaczyna się od ich wschodnich grani. Kończy na Nadir Szachu. Pomiędzy tym szczytem i M3b jest w lini prostej niecałe dwa kilometry. I mają niewiele różniącą się wysokość.
    1 punkt
  10. Post 18 Penitenty Od prawie dwóch tygodni kursujemy między obozem pierwszym a bazą wysuniętą. Z rzadkim wypadem, niżej do bazy głównej. Właśnie taki wypad wykorzystuję, rozmyślając, jakby się tu umyć. Brud od dłuższego czasu narasta na mnie. Ostatnie, jakie takie mycie od połowy w górę, to jeszcze było w Fajzabadzie, w Kokczy. Wspaniała była kąpiel w wodzie z wywierzyska. Strumyk na łączce z kwiatkami, gdzie stoi baza, płynie. Wpadłem na genialny pomysł. Który powtórzyłem, trzy lata później w niskich Himalajach. Wykopię rano dołek w kamieniach. Wyłożę go folią. Wleję wodę ze strumyka. I poczekam do popołudnia. Słońce tu grzeje, jak kwarcówka. Wyszła całkiem przyjemna letnia kąpiel. Kapitalnie! Mydełko i na golasa. Kąpiel była bajkowa, boska. Na gruzowisku, pod lodospadem Khumbu, wiedzą co robią, instalując prysznice z ciepłą wodą. Która sobie odpływa do górskiego, krystalicznego potoku. Wychodzimy we trójkę z bazy wysuniętej. Jurek, Maciek i ja. Jest już dosyć późno. Słońce zaczęło swoją codzienną pracę. Nasz cel - szczyt w grani głównej, dobrze widoczny na prawo od kierunku marszu - M5(6076 m). Idziemy w kierunku czarnej piramidy, zachodniej ściany Nadir Szacha. Najpierw przez pole penitentów. Nie jest to szczyt przyjemności. Wolno się posuwamy do przodu. Pole jest za nami i zaczyna się lodowiec, który sobie płynie dalej, za moreną boczną obok naszej bazy.. Pojawiają się szczeliny, coraz szersze i głębsze. Szerokie trzeba obchodzić, lub szukać mostków do przejścia. Słońce operuje. Przybliża się ściana Nadir Szacha. Z jego szczytu główna grań Hindukuszu spada nagle, dobre kilkaset metrów, na przełęcz. Wisi tu doskonale widoczny, lodowiec. Między Nadir Szachem i M4a. Wisi on też nad swoją czarną ścianą. Ja mam zawodową wprawę w liczeniu w głowie. Kolega w biurze dawał takie zagadki. Strzel, nie licz! Ile jest ziarenek maku w metrze sześciennym? Policzyć nie jest tak trudno. Więc idę sobie i liczę. Podnóże ściany Nadir Szacha to jakieś 5700 m npm. Jego szczyt ponad kilometr wyżej. W proporcji, ten lodowiec ma około ze sto metrów grubości, i wisi nad ścianą. Która ma też, w proporcji, z kilkaset metrów wysokości. W „Taterniku” czytałem o urwaniu się wiszącego lodowca w Pamirze, w rejonie piku Lenina. Podano tam niewiarygodne dane, jak daleko poleciały odłamki. Jak się ten nasz się ”ocieli”, to polecimy wszyscy w kosmos. Od podmuchu. Mamy wyjść stokiem lodowym w prawo, ze trzysta metrów, na dość płaską przełęcz. I z niej jeszcze ze dwieście metrów i będziemy mieli z Maćkiem swoje rekordy wysokości. Da się to zrobić. Jurek jednak się czemuś przygląda na tym stoku. Nie cały jest gładki. Na naszej drodze sterczy serak. Z daleka wydaje się być nie dużym. Może nie duży, ale ma z dziesięć, piętnaście, metrów wysokości. Jurek rozmawia ze sobą. Jest południe, słońce bardzo mocno grzeje. Ten stok jest prawie prostopadły do jego promieni. Jurek jest inżynierem. Konstruktorem sprężarek. Może się ten serak ruszyć. Mróz zawsze wszystko doskonale spaja. Zastanawia się, czy nie zrezygnować. Waha się. Nie mówię nic. Mam obok siebie, jednego z najlepszych polskich znawców takich gór. Szkoda tego szczytu! To czuję wyraźnie. Ale nie mówię-tylko w myślach. Maćkowi też bardzo szkoda. Zaczyna dyskusję z Jurkiem. W ferworze - padają jakieś słowa o strachu, prawie o tchórzostwie. Siedzimy na plecakach i gadamy ze sobą. Jurkowi robi się bardzo przykro. Mówi o swojej dwójce dzieci. Maciek jest nachalny. Uspokajam Jurka. Nie denerwuj się. Ty odpowiadasz! I zawróciliśmy. Następnego dni wyszli inni. Tylko znacznie wcześniej. Szczyt został zaliczony wyprawie. To był praktyczny przykład odpowiedzialności i rezygnacji. Ile jest warta góra, gdy się nie wróci? Lub wróci kaleką. Wydaje mi się, że nasze pozwolenie się niedługo skończy. Niedługo będzie miesiąc, jak tu siedzimy. Grani z Nadir Szacha na Szachaur na pewno nie zrobimy. Mnie się wydawało, że o wiele bardziej doświadczeni koledzy to zrobią. Ja będę niżej nosił swój bagaż. Ale pisząc to teraz uświadomiłem sobie, czytając relacje uczestników wypraw, w monografii K. Seysse –Tobiczyka. A jest tam relacja z wyprawy w 1971 roku w Hindukusz, napisana przez naszego kolegę Ryszarda Zawadzkiego, że zamierzenia swoje. A rzeczywistość na miejscu - swoja. To mi uświadomiło, że inaczej spojrzałem na nasz pobyt w Dolinie Mandaras Zdjęcia: 1. Penitenty i Kohe Mandaras. 2. Pole. 3. Penitenty. W tle szczyty M9 i M10. 4. Ostrza. Penitenty z bliska 5. Czarna ściana. Nadir Szach(6814 m), wiszący lodowiec, M4a(6274 m) 6. Trawers. Przejście szczeliny po mostku lodowcowym 7. M5. Nasz dzisiejszy cel M5(6076 m). Na tym lodowym stoku tkwił ten feralny seraks.
    1 punkt
  11. Post 17 Pierwszy szczyt wyprawy W każdym razie Jurek zdecydował, że nie pójdziemy w tą stronę. Przedsięwzięcie jest bardzo trudne. I było nas tylko czterech do jego dyspozycji. Janusz, Karol i Leszek poszli już do Zebaku. Natomiast ja i Andrzej mamy wejść granią z tej przełęczy na M3b(5918 m). Wybieramy się w któryś z następnych dni. Grań nie jest długa. Lodowiec z daleka wydaje się stromy. Przy bliższym poznaniu tworzy, jakby schodki. Kilka razy wkręcona przeze mnie śruba lodowa. Potem łupek, czarna, krucha skała i szczyt. Kręcę głową i aparatem, siedząc na kamieniach. Co za widok! Najwyższy Hindukusz z góry! Naprzeciw na południowy zachód. Tylko pięć km, w linii prostej, Kohe Mandaras. Za nim, w prawo, ale kilometrów około piętnaście, Noszak. Przed moimi oczami wspaniała panorama najwyższego Hindukuszu. Na początku „maleństwa” sześciotysięczne grani głównej. Szczyty: M4a(6274 m), M5(6076 m), M6(6138 m), M7(6224 m), Kohe Mandaras(6631 m), jako dominator doliny. Dalej główna grań biegnie ku Noszakowi. Przez szczyty M9(6028 m), Gumbaze Safed(6800 m). Gdzieś tam w głębi, na lewo od Noszaka, przysłonięty ukrywa się Tiricz Mir(7700 m). To już jeden z większych światowych gigantów. Głowa obraca się dalej w prawo od Noszaka. Głęboko wcięta przełęcz i kopuła Gumbaze Safed. Szczyt M10(5580 m) w naszej dolinie, szczyty sześciotysięczne, blisko Ab-e Pańdź. Jeszcze dalej w prawo. Całkiem już blisko mamy szczyt M2(6460 m), ze swoim wiszącym groźnie lodowcem. Za nim wychyla się „dziubek” szczytu Kiszmi Chan(6745 m). Ten szczyt jest dla mnie charakterystyczny. Ponieważ czytałem o nim w książce Andrzeja Wilczkowskiego. Weszli na niego. Miejscowa ludność uważa go za najwyższy w Hindukuszu. Dlatego, że jest na skraju pasma, blisko korytarza Wachanu. Rozmawiałem w Qazi Deh z Niemcem. Właśnie wrócili z wyprawy na ten szczyt. Pytam się go, jak tam u nich się organizuje taką wyprawę jak nasza. Mają przecież dewizy. Kupę kasy. Więc, jakiś ciekawy wyjazd, dla grupki alpinistów, to betka. Narodowa wyprawa musi mieć narodowy cel. Godny narodu. Taka zawsze znajdzie pieniądze. Nie, nie! Nie jest tak prosto! Odpowiada. Szukamy sponsorów. Więc odbywa się taka sama „żebranina”, jak i u nas. Ale sponsor żąda coś, za coś. U nich były to zdjęcia, na tle wysokiej, ładnej góry. Alpinista pije „red bull” na jej tle. Który dodaje mu skrzydeł, by na nią wejść. My nie musimy robić zdjęć, za mleko w puszkach. Za sobą mam Nadir Szacha. Tam się jednak nie wyjdzie. Nie wiem, ile jeszcze mamy czasu do dyspozycji. Nie pytam Jurka. Nie wypada! Ale skoro nie kontynuujemy w stronę M3, to Rysiek widocznie ocenił, że dalej łatwo nie „puści’. Andrzejowi jeszcze wpada do głowy pomysł, by przetrawersować granią na niedaleki M3a(5900 m). Jest wcześnie. Grań nie jest zbyt trudna. Zaliczymy dwa szczyty. Obniżenie, między szczytami, też niewielkie. Ale nie podoba mi się ten pomysł. Mamy wejść tylko na M3b i wracać. Wracamy drogą wejścia. Karol nam potem w bazie gratuluje zdobycia pierwszego szczytu dla wyprawy. To nie pierwsze, tylko drugie wejście. Dla mnie i Andrzeja pierwsze. Nikt nam nie zostawił szczegółowego opisu, jak tam wejść. Widok z M3b był jednym chyba najciekawszym dla mnie w Hindukuszu. Doskonała pogoda spowodowała, że mój aparat był w nieustannym ruchu. Resztę wyjaśniają zdjęcia. Zdjęcia: 1. Grań. Północno-wschodnia grań M3b. 2. W lodzie. Wspinaczka w lodzie. 3. Czekan. Andrzej wznosi dumnie swój czekan na tle Nadir Szacha(6814 m). Jesteśmy obaj „małymi”alpinistami. Więc i górka jest mała, na którą weszliśmy. Tylko 5918 metrów. Podwyższając jednak swoje „rekordy” wysokości. Byłem zadowolony, że weszliśmy. Mogłem być w tych górach. I mieć życiową okazję widzieć takie piękne, górskie widoki. Chwilowe marzenia sięgały jednak wyżej. 4. Nadir Szach. Teraz ja, siedząc na tym samym tle. 5. Andrzej. Na tle szczytu M2. 6. Gienek. Teraz ja na tle M2. 7. Na M3b. Taki pierwszy widok mi się ukazał, gdy dotarłem na szczyt M3b. Potem robiłem kolejne zdjęcia. Chodząc po M3b. Były robione z ręki. I z nieco z różnych miejsc, ale leżących blisko siebie. Zestawiłem je i tworzą panoramę. Mając mapę doliny(post nr 12). Należy obracać się w prawo, ze środkiem na szczycie M3b. Rozpoczyna się ona od M4a, leżącego na południowy-wschód, od M3b. Zdjęcia zachodzą na siebie. Można sobie wyobrazić, jak wyglądał Hindukusz Wysoki z wysokości prawie sześciu kilometrów. 8. M4a. M4a(6274 m), w głównej grani. Z lewej jest widoczny fragment wiszącego lodowca, między tym szczytem i Nadir Szachem. Na prawo od niego przełęcz między nim a szczytem M5. 9. M5 i M6. Dalej w głównej grani szczyty M5(6076 m) i M6(6138 m). Za nimi Pakistan. 10. Grań Hindukuszu. Szczyty M5, M6 i M7(6224 m). 11. Hindukusz. Zdjęcie nieco dalej w prawo, niż poprzednie.. Powtórzony M6 i M7, dalej pojawiła się grań Kohe Mandaras W głębi wysoki szczyt w Pakistanie. Napis poprawny -zdjęcie z M3b, a nie M3a. 12. M7. Powtórzony M7. Grań dalej się wznosi na Kohe Mandaras. 13. Kohe Mandaras. Kohe Mandaras(6631 m), dalej w głębi, nieco z prawej Noszak(7492 m), mocno wcięta przełęcz i kopulasty Gumbaze Safed(6800 m). Oba te szczyty w kierunku południowo-zachodnim.. 14. M9 i M10. M9(6028 m) i M10(5580 m). M9 leży w głównej grani. Natomiast M10 całkowicie w Dolinie Mandaras. 15. M3a. Z lewej fragmet stoku M10, ”wcięcie” Doliny Mandaras i bardzo blisko M3a(5900 m). W tle, z lewej prawdopodobnie Kohe Zebak. 16. M2. Obracając głowę dalej w prawo, prawie dokładnie na północ, pojawia się szeroka grań śnieżna szczytu M2(6460 m) z wiszącym lodowcem. W głębi, za nim wychyla się „dziubek”Kiszmi Chana(Kohe Kesnikhan-6745 m). 17. Intruzja. Z tyłu za plecami, na wschód, miałem bardzo bliskiego Nadir Szacha(6814 m), ze swoją zachodnią ścianą, przeciętą ukośnie pasem bardzo jasnej skały. Geolog może by bliżej to wyjaśnił. Co to za minerał? Powyższą panoramę uzupełni widok z szczytu -6021 m, pod którym stały namioty obozu I. W sumie obydwie dadzą okrężny widok, na otaczający Hindukusz Wysoki.
    1 punkt
  12. Post 16 Nadir Szach – ew. droga wejścia Jurek ma swoją koncepcję realizacji programu wyprawy. Cel, który był postawiony w Krakowie, wydaje się tu na miejscu mało prawdopodobny. Nie zastanawiam się na tym, ponieważ kierownik uzgadnia te sprawy z Ryśkiem, czy Karolem, którzy mają doświadczenie z poprzednich wypraw. Ja jestem tragarzem i staram się robić to dobrze. Następną rzeczą po założeniu obozu pierwszego, było wejście stokiem lodowym na nieodległą przełęcz między M3 i M3b. Jej wysokość podał Jurek w opisie działań wyprawy w „Taterniku” nr 1 -1975 r. - 5860 m. Zostaje założona lina poręczowa z przełęczy na prawie płaski już lodowiec. Podejście na przełęcz nie jest zbyt strome, ale zjazd po stoku na dół z plecakiem, w rakach, mógł przynieść sporą krzywdę delikwentowi. Lepiej się zabezpieczyć przed taką ewentualnością. Siedzimy we czwórkę na tej przełęczy. Słońce grzeje mocno. Codziennie grzeje. Pogodę mamy jak drut. Lodowiec rankiem jest jak beton. Zgrzyta pod rakami. W południe grząska, mokra kasza, jak na nartach na wiosnę. I płyną po nim malutkie strumyczki. Widok z przełęczy jest śliczny. Na główną grań Hindukuszu i dalej na południowy zachód. Grań tu ma obniżenie do sześciu kilometrów. Zaledwie sześć, ale te niektóre szczyty są trudne do wejścia. Rysiek, nasza wyprawowa gwiazda. Trzeci raz w Hindukuszu(p. poprzednie wyprawy). Według kolegów, wyjątkowo źle się aklimatyzujący. I mający kłopot, by przekroczyć siedem kilometrów. Razem z Wojtkiem zabierają ze sobą namiot(jako zaczątek obozu drugiego) i wspinają się na razie trawersem, po rumoszu w kierunku M3. Który jest zasłonięty. I jest gdzieś wyżej i dalej. Dalej, za tym rumoszem, mieli grań śnieżną. Wracają zostawiwszy namiot w pobliżu M3. Nie pamiętam, co nam powiedzieli. Zdjęcia: 1. Stok. Podejście pod przełęcz -5860 m. Z tyłu lodowiec spadający z M3a 2. Poręczówka. Rysiek i Andrzej przy poręczówce. Po poręczówce ślizga się „pętla”z węzłem „Prusika”. 3. Podejście. Było dość ciężkie. Jeszcze była za słaba aklimatyzacja. Księżyc? 4. Przełęcz. Weszliśmy w czwórkę- Rysiek, Wojtek, Andrzej i ja. Poręczówka zamocowana do bloku. 5. M6 i M7. Widok na główną grań Hindukuszu. M6(6136 m) i M7(6224 m). 6. M7 i M8. Dalej główna grań. Powtórzony M7 i M8(Kohe Mandaras – 6631 m). Tak roboczo go oznaczyli Poznaniacy. Za granią Pakistan, prowincja Chitral. 7. M3. Grań śnieżna w stronę szczytu M3(zdjęcie zrobione z wejścia na M3b). 8. Trawers. Rysiek na trawersie w stronę M3(6109 m).
    1 punkt
  13. Post 15 Obóz I Nocuję w obozie pierwszym. Pierwszy raz na takiej wysokości. W zupełnej ciszy. Nie ma wiatru. Niebo w dzień ma ciemny, granatowy kolor. Jego barwa jest coraz bardziej ciemna, w miarę wznoszenia się, aż do kosmosu, gdzie jest czarna. Gwiazdy na niebie są nadzwyczaj wyraźne. Pode mną jest już połowa ziemskiego powietrza. Zaklimatyzowałem się już w pewnym stopniu. Głowa mnie już dawno przestała boleć. Moją słabością, od kiedy chodzę w góry, jest ranny brak apetytu. Tu jest to samo. To jest fatalne zjawisko. Z czego czerpać później siły. W ciągu miesiąca straciłem, według przybliżonej oceny 15 kilogramów. Lodowiec zaczyna zamarzać. Gdzieś z głębi dochodzi od czasu do czasu, wyraźny w tej ciszy, jakiś głuchy, tajemniczy odgłos. Jakby wewnątrz siedział ogromny, lodowy potwór i stękał. Wyjaśnienie jest proste. Lodowiec płynie. Bez przerwy płynie. Te dźwięki świadczą, że tym momencie uwolniło się jakieś naprężenie wewnątrz jego brzucha. Jestem oczytany, o tym co odczuwali inni, na większych wysokościach. Oddech Cheyne`a -Stokesa. Taki nierytmiczny przerywany oddech. Wydaje mi się, że nie oddycham rytmicznie. Że są chwilowe przerwy, a potem kilka szybkich wdechów. Noc, gdy się nie może zasnąć, to czas aktywności mózgu. Przepływają jakieś mgliste obrazy. Pojawiają się jakieś obawy. Mam w tych górach obawy. Czasem po prostu się boję. Nic mi w tym momencie nie grozi. Ale jakiś podświadomy lęk, przed tymi górami. Lęk taki pojawiał się nocy, przed wspinaczką w następnym dniu w Tatrach. Potem już szło. Skupiałem się na chwytach, stopniach, asekuracji. Piszę to teraz, gdy wiem jak wygląda ratowanie ludzi w górach, w Europie. Zdejmowanie wspinaczy ze ścian. To jest pewien luksus. Świadomość, że cię uratują. Jak nie zginiesz od razu, z jakichś powodów, to masz szanse. Zginiesz szybko, to nie masz problemów. Ale ginąć długo, bez nadziei na uratowanie. To jest, jak sądzę, najgorsze. Te góry przerażają. Siły człowieka są takie mizerne w porównaniu z wyzwaniami. Tego się nie czuło niżej, w Tatrach. Nawet pod Alam Kuh w Iranie. Ja się nie boję gór. Żona mi mówi, że się bardzo zmieniam w górach. Ona umiera ze strachu, gdy się pojawi jakaś ekspozycja. A dla mnie jest to problem „techniczny”. Przejść i nie spaść. Tu w Hindukuszu jest też ten problem. Szczeliny w lodowcu. Można spaść po lodowym zboczu. Urwie się skała, czy kawał lodu i pędzi w dół. Ale jest coś więcej. Może dlatego, że są puste. Nie ma nikogo, kto może pomóc. Tylko koledzy. Są takie ogromne. Tak trudno się oddycha wyżej. Jurek wysłał trójkę kolegów w grupę Zebaku. Poszedł Janusz, Leszek i Karol. Jest bardzo zainteresowany tą grupą górską, z najwyższym szczytem nieco poniżej sześciu kilometrów. Ale z lodowcami i wysokimi ścianami skalnymi. Góry wyższe niż Alpy. Nieznane zupełnie, choć było tam już parę wypadów rekonansensowch poprzednich wypraw w Hindukusz. Hindukusz to także kraina śnieżnej pumy i jaka. Janusz zbiera swoje okazy. Zostaliśmy poinstruowani, aby się zainteresować niewielkimi żyjątkami, gdzieś wyżej na śniegu, pod kamieniami. Przechowuje to fiolkach w formalinie. Do końca wyprawy zebrał cały bęben swoich zainteresowań. Kolega docent zostanie kolegą profesorem. To też się liczy. Może więcej, niż nasze wejścia na szczyty. Załączam zdjęcia związane tematycznie z obozem pierwszym. Zostały wykonane w okresie, od rozbicia pierwszego namiotu, aż do jego likwidacji. Trwał około trzech tygodni. Objaśnienia każdego zdjęcia wyjaśniają całą historię obozu. Zdjęcia: 1. Cienie. Obóz I i cienie szczytów. Gdy słońce chyliło się ku zachodowi chwytał szybko mróz. Włożyłem rękawiczki. Temperatura w nocy spadała do minus dziesięciu stopni. 2. Skały. Namioty obozu na tle skał szczytu - 6021 m. Skały są wystawione na południe i bezśnieżne. 3. Zagronie. To jest rano. Poznaję po cieniach grani do M3, na śniegu. Grań oddzielała Dolinę Mandaras od Doliny Szachaur, położonej dalej na wschód.. Autor postu w kurteczce puchowej pani Momatiukowej. Nosek chroniony lepcem 4. Obóz I. Wysokość - 5650 m. Ujęcie całego obozu. Z lewej widoczne postumenty pod namiotami. Tyle lodowca ubyło w ciągu dwóch tygodni. 5 Posiłek. Wspólny posiłek z jednej miski. Zupka z torebki z konserwą. Wojtek, Andrzej, Rysiek. 6. Przestawianie. W namiotach miało spać potem sześć osób. Należało je przestawić. Ponieważ śpiący na skraju, spadaliby z postumentu.
    1 punkt
  14. Post 13 Baza wysunięta Kierownictwo zdecydowało, że na wysokości 5150 m npm. Na cyplu skalnym, nad lodowcem, płynącym pod ścianą Kohe Mandaras, założymy bazę wysuniętą. Zwykle obozy, powyżej bazy, nazywano-obóz pierwszy, obóz drugi,… Tu będzie baza wysunięta. Może dlatego, że obóz to coś mniejszego, a baza większego. Nieważne. Ważne jest, że każdy dostał przydział około 20 kg, by to tam zanieść. Osiemset pięćdziesiąt metrów do góry. Będziemy się aklimatyzować czynnie. Tak powinno być. Nie musimy deptać po lodzie. Cała droga jest kamienista. Teren doliny otwiera się na południowy zachód. Najbliższe stoki są ciepłe i nie zalodzone. Hindukusz to suche góry. Opady w nich nie są duże. Jedyny problem z podchodzeniem, to był potężny stożek piargowy z lewej strony. Coś z niego często się toczyło na trasę naszego marszu do góry. Trzeba było pilnie obserwować to rumowisko, czy coś tam nie wyskakuje. Jak wyskakuje, to gdzie poleci? Parę razy, ze strachu, zdarzył mi się szybki sprint z plecakiem na przeciwległy stok. Poza tym, to strasznie nudna robota. Nie ma w niej nic z „alpinizmu”. Nie trzeba też być człowiekiem, który ten „sport” uprawia. Wystarczy przysłowiowa, chłopska krzepa. W bazie wysuniętej toczyło się znowu życie bazowe. Widoczki tu już były bardziej rozległe, ciekawsze. Najbardziej mi utkwiła w głowie wschodnia ściana Kohe Mandaras. Od lodowca, płynącego pod nią, do szczytu, według mojej przybliżonej oceny było tysiąc osiemset metrów. Patrząc wprost na nią, wydawała się bardzo stroma, z wiszącymi lodowcami. Ale ta stromizna zwykle nie jest tak dramatyczna, gdy się ją da ujrzeć z boku. Lub, gdy się wejdzie w nią. Wydawało mi się w tym czasie, na podstawie relacji z wypraw, ze zdjęć, że taki teren jest jeszcze nie do przejścia. Bardzo się myliłem w tej ocenie. Upłynęło tylko parę lat, kiedy w 1977 roku została pokonana przez zespół polsko-brytyjski – Jasiński, King, Kowalczyk, Zawada. W górach wysokich zaczęły wiać inne wiatry. Skończył się amatorski alpinizm. Którego celem były pierwsze wyjścia na szczyty. Z reguły, najłatwiejszym trenem. Pojawili się sportowcy, prawie „zawodowcy” od wspinania. Sportowiec stawia sobie cel do realizacji. Przykład- wejście tą ścianą, jej środkiem, „diretissimą”. I tak trwa to do dziś. Dla amatorów jest jeszcze wielkie pole do popisu. Hindukusz jest ogromny. I gór dziewiczych takich, jak najtrudniejsze w Alpach, jest tu ogromna liczba. A jeszcze są Himalaje, Karakorum. Profesjonaliści się skupią na największych problemach. Ośmiotysięczniki, czy niewiele niższe. Najtrudniejszymi ścianami. Na „wprost”, na szczyt. A nie „zygzakiem”. W zimie. W temperaturach kilkadziesiątków stopni poniżej zera. W lodowatym wietrze. A w górach, dwa tysiące metrów niższych, będą się wspinać „amatorzy”. Taki był ciąg, w historii zdobywania gór. W Tatrach i w Alpach. Mamy według zamierzeń zrobić tą grań od Nadir Szacha do Szahaura. Nadir Szach jest widoczny z bazy wysuniętej. Widać wyraźnie jego południowo-zachodnią ścianę. Cała czarna i bardzo wysoka. Lodowiec się tu nie utworzył. Słońce ją bardzo mocno ogrzewa. Tędy się nie wyjdzie. Wykluczone. Kruszyna. Łupek. To dla przyszłych pokoleń wspinaczy. Szachaura nie widać. Jest daleko na wschód, w sąsiedniej dolinie. Mamy założyć wyżej obóz pierwszy. W kotle lodowcowym, na wysokości 5650 m npm. Kocioł znajduje się za szczytami M3a(5900 m) i M3b(5918 m), dobrze widocznymi z bazy wysuniętej. Zdjęcia: 1. Cypel. Baza wysunięta. Baza była w bezpiecznym miejscu na cyplu skalnym. Tu gdzieś mieli obóz Poznaniacy w 1062 roku. Na pierwszym planie grzęda Kohe Mandaras. Pierwsza turnia grzędy „sterczała” nam nad bazą główną. W tle lodowe stoki M9(6028 m)). 2. Baza wysunięta. Baza pod wysokim wałem moreny. Widok z bazy wysuniętej na M3a-obcięty(5900 m ), M3b(5918 m) i Nadir Szach(6814 m). Opis na zdjęciu jest niedokładny. 3. Ekipa. Maciek, Rysiek, Wojtek, Andrzej, Karol i Jurek. W tle M9(6028 m). 4. Mgła. Nad nią widoczny szczyt Kohe Madaras. 5. Jurek. Kierownik wyprawy na tle Kohe Mandaras. 6. Autor. Gienek w bazie wysuniętej. 7. Ściana. Wschodnia ściana Kohe Mandaras(6631 m). Tysiąc osiemset metrów lodu i skały. 8. Lodowiec. Lodowiec pod wschodnią ścianą Kohe Mandaras. Zdjęcie z okolic bazy wysuniętej. 9.Bloki. Baza wysunięta, widoczna góry. Transport z bazy wysuniętej do obozu I.
    1 punkt
  15. Post 12 Baza Główna Łączka była piękna. Choć może nie końca całkowicie bezpieczna. Całkiem niedaleko od nas, słychać było czasem jakiś rumor. I od czasu do czasu coś tam z wysokiej skały leciało. Czasem to coś było wielkości szafy, wykonujące stumetrowe skoki. Ale w przyzwoitej odległości od naszych namiotów. I ciągle w tym samym miejscu. Za wysoką moreną boczną był lodowiec. A za nim, wysoka kilkusetmetrowa pionowa, ponura skała. Należała do grzędy prowadzącej na Kohe Mandaras. Zasłaniała nam nieco widok, na tą górę. Ale sam szczyt był widoczny. Cóż można napisać o urządzaniu bazy, o życiu „bazowym” alpinistów. Trzeba wszystko wyjąć z bębnów. Posegregować. Gdzieś poumieszczać. W dzień jest robota, transport w górę. Wieczorem pogaduszki. Z „incydentów” zapamiętałem opowiadanie kolegów(nie byłem w tym czasie w bazie) o przeistoczeniu się naszego chirurga w dentystę. Rysiu miał problem z zębem. Maciek się tym zajął. Aby sobie ułatwić sprawę, do buzi „Brudasa” wsadzono trzonek od młotka taternickiego. Doktor wyprawy musi z konieczności „posiadać” wiele specjalności. Zdjęcia: 1. Rozpakowanie. Przygotowanie bazy głównej. Płynie na niej potok. Wzdłuż którego podeszliśmy z doliny. Jest lato, upał w Afganistanie i południowe oraz południowo-zachodnie stoki w Dolinie Mandaras są pozbawione śniegu. 2. Łąka. Kamienisty wał na pierwszym planie to morena boczna lodowca, płynącego z góry doliny. Południe, lód wyżej się szybko topi, potok wezbrany. 3. Namiot. Towarzyska pogawędka w czasie przerwy w pracy. 4. Turnia. Ponura skała. Nie oświetlona słońcem. Pierwsza turnia skalnej grzędy. Która rozdzielała jego wschodnia ścianę od zachodniej. Zachodnią szli pierwsi zdobywcy tego szczytu(Stryczyński i Zierhoffer) z wyprawy poznańskiej w 1962 r. 5. Baza-4300 m. Namioty pod wałem moreny. 6. Grzęda. Na pierwszym planie nasza ukwiecona łączka.. Ponad dwa kilometry wyżej groźna, lodowa góra. Kohe Mandaras(6631 m). Jest rano. Wschodnia jej ściana oświetlona słońcem. 7. Pogawędki. Pogawędki w kuchni. Rysiek, Leszek, Andrzej i Wojtek. Okopcona menażka stoi na „Juvlu”. Prymusie benzynowym powszechnie używanym wtedy przez taterników. Wyrób kupowany w NRD. Jego historia sięga pobytu Wehrmachtu pod Moskwą(1942 r). Bęben służy jako stolik. 8. Wyjście. Leszek wybiera się w drogę do bazy wysuniętej. 9. M2. M2 - 6460 m, widziany z bazy. „Dolinką” między stokiem piargowym i moreną(grubsze kamienie) szliśmy do bazy wysuniętej. Do pokonania było 850 metrów różnicy poziomów, z plecakiem 20 kg w ciągu jednego dnia. 10. Piarżyska. Tak wyglądał teren z góry, którym chodziliśmy do bazy wysuniętej. Szczyt M10(5580 m). 11. Transport. Na zdjęciu, w worze na nosiłkach jest chyba głównie żywność. Ma mieć 20 kg. Nie ma spiwora. Został w bazie. Wniosek trzeba się było wrócić tego samego dnia. By w nim spać. Czynna aklimatyzacja. 12. Lawina. Zakurzyło się. Coś dużego poleciało z góry. 13. Dolina Mandaras. Załączam mapkę. Jest to powiększona cześć mapy Jerzego Wali, umieszczonej w poście nr. 2. Zaznaczyłem na niej (czerwone kropki) miejsca- Bazy głównej, wysuniętej i obozu I. Na czerwono zaznaczone są także szczyty, których nazwy będą się przewijały w kolejnych postach.
    1 punkt
  16. Post 11 Karawana Karawana rusza w górę. Idziemy w górę doliny o takiej nazwie, jak wieś - Qazi Deh. Prowadzi na południe pod Noszak. W przybliżeniu, do podnóża tej góry, jest około dwudziestu kilometrów. Po około dziesięciu kilometrach skręcimy w lewo, na wschód do Doliny Mandaras. I nią, jeszcze około dziesięciu kilometrów, do obozu bazowego. Który stanie na wysokości 4300 m npm. Idziemy i żadnych bardzo wysokich szczytów na razie nie widać. Tylko czasem coś podrzędnego wystawia swój bardziej szpiczasty, pobielony wierzchołek. Z Qazi Deh widzieliśmy tylko jakieś wysokie bałuchy. Sterczące nad nami więcej niż kilometr. O wymiarach czterotysięczników alpejskich. Z Nowego Targu do Zakopanego też jest tyle, co pod Noszak. Ale Tatry są świetnie widoczne. Takie sytuacje były zapewne bardzo deprymujące, dla pierwszych rekonesansowych wypraw. Wszędzie na świecie. Zresztą wyprawa na Noszak w 1960 roku nie była pewna, gdzie on się znajduje. Dopiero wejście Biela i Mostowskiego na szczyt(4270 m) w pobliżu wioski, pozwoliło go im zobaczyć. I upewnić się, by iść w górę doliną, którą właśnie idziemy. Coś tam jednak, już widać białego. Postój i nocleg wypada na odgałęzieniu w Dolinę Mandaras. Gdzieś w tym miejscu stała japońska „Baza pod Wierzbami”, w roku 1960. Na wysokości ok. 3000 m npm. Faktycznie rosną tu jakieś drzewka. Ale w tym rejonie polujemy na coś innego. Na dzikie, czarne porzeczki. Są wyborne. Dojrzałe w słońcu Hindukuszu. Winni jesteśmy przyjaciołom z Qadzi Deh jakieś produkty. Herbatę, cukier, konserwy rybne, które chętnie biorą. Oni sobie gotują wodę w okopconych, dużych czajnikach na ognisku. My mamy „Juvle” i sporo benzyny na miesiąc gotowania. Potem wszystko się uciszyło, tylko słychać było szum potoku. Noc na tej wysokości była jeszcze ciepła. I bardzo gwiaździsta. Powietrze było idealne, czyste, przeźroczyste. Rano czekała nas przeprawa przez potok. Nie był szeroki, ale siła wody nie żartowała. Zostaje rozciągnięta poręczówka. Lepiej, aby żaden bęben się nie zamoczył. Szczególnie ten z cukrem i kaszą! Wspólnymi siłami dajemy radę pokonać tę przeszkodę. Droga zaczyna się piąć bardziej w górę, wzdłuż potoku. Jeszcze tylko z kilometr w pionie. Nagle coś się otwiera, ukazuje się pierwszy szczyt pokryty lodowcem. Potem miejscowy olbrzym Kohe Mandaras. Głowę ma w chmurach. Ale góra imponuje swoimi błyszczącymi lodowcami. Pierwszy raz widzę taką górę. Marzyłem przez lata, by kiedyś tylko na taką popatrzeć z dołu. Wyjść to zupełnie inna sprawa. To było coś, jak lot w kosmos dzisiaj. Mam dziwne górskie skrzywienie. Lubię bardzo górskie kwiatki. Nie chodzi mi o krokusy, ale o takie co rosną na „skale”. Nie na skale, tylko w szczelinie, gdzie jest odrobina humusu. No, więc sobie je lubię fotografować. One też należą w sposób pełnoprawny do gór. Nie tylko skały, lód i śnieg. Ożywiają góry. Nie jest to już martwy, nieludzki teren. I będę miał tematy - skała i kwiatki. Kwiatki i lód. Panie, które są może bardziej wrażliwe na piękno tych roślin, będą bardziej doceniać zdjęcia z kwiatkami. Nie będą to tylko ponure, groźne skały. Zabieram się do pracy. Zaczyna mnie boleć głowa. Znak, że się zbliżamy do czterech kilometrów. Że nie jestem jeszcze zaaklimatyzowany. Pojawia się coraz więcej szczytów, coraz lepiej widocznych. Ale początkowa euforia ustąpiła zmęczeniu. Nie myślę już o tych górach. Nie myślę o następnych dniach. Tylko o tym, aby wreszcie dojść do miejsca, gdzie będzie baza. A przede wszystkim, aby mi zelżał ten ból głowy. Widać jęzor lodowca, spływającego gdzieś z góry. Z pod niego wypływa nasz potok. Kierujemy się w lewo, dość stromo, do góry. Za jego boczną morenę. Otwiera się tu płaska przestrzeń, z małym strumyczkiem, idyliczna, płaska łączka. Łączka była obficie ozdobiona kępkami czerwonych kwiatków. Idealne miejsce na bazę. Nic nam tu chyba nie spadnie z góry na głowę. To było to samo miejsce, gdzie mieli bazę Poznaniacy w roku 1962 roku. Skorygowana wysokość. Cztery tysiące trzysta metrów nad morzem. Tragarze zostawili bębny i sobie poszli. Kierownik jeszcze uzgodnił, kiedy mają przyjść na zakończenie wyprawy. Ludzkość jeszcze nie dysponuje telefonami satelitarnymi. Długo tu i tak nie posiedzimy. Zezwolenie jest tylko na trzydzieści dni. Czeka nas praca przy wypakowaniu bębnów i urządzeniu bazy. Ta odbyła się następnych dniach. Zdjęcia: Robiłem w miarę podejścia do bazy. Fotografowałem to, co mi się rzuciło w oczy. 1. Qadzi Deh. Opuszczamy wieś Qadzi Deh 2. Dwa dni. Dwa dni marszu do bazy 3. Bębny.Trzydzieści bębnów, benzyna i jakieś paczki. Kierownictwo jeszcze coś dokupiło. 4. Koliba. Schronienie pod skałą. Czasem też częściowo uzupełnione kamieniami. W Tatrach Wysokich jest sporo kolib. Zdarzyło się mi spać na Słowacji. Tylko nie wolno tego robić w parku. Tu dla pasterzy. 5. Wodospad. Mała dolinka z wodospadem 6. Potok. Coś białego się wyłoniło wyżej. Nie byłem w stanie tego zlokalizować na mapie Wali. 7. Darya-i Mandaras. Nazwa Doliny Mandaras 8. Porzeczki. Karol penetruje krzaki. 9. Biwak kulisów . Coś tam sobie pichcą. 10. Przeprawa_1. Wyjaśniło się, po co nieśli takie długie kije. 11. Przeprawa_2. 12. Przeprawa_3. 13. Awaria. Jednak zdarzyła się częściowa kąpiel. Bęben na szczęście nie popłynął 14. Po przeprawie. Andrzej i Karol 15. Zieleń. Wyłonił się prawdopodobnie M9(6028 m). Przed nim M10(5580 m). 16. Morena. Morena starego lodowca. W głębi M9 17. W Dolinie Mandaras. Na wprost dolne stoki M9. W głębi grań główna Hindukuszu Wysokiego(tu mocno obniżona) biegnąca do Gumbaze Safed(6800 m). 18. Kohe Mandaras. Ten szczyt miał nazwę miejscową, od nazwy doliny - 6631 m. Szczyt wznosi się nade mną ok. 3000 m. 19. Kobierzec 20. Kępa 21. Kępka 22. Lód i kwiaty 23. Szczyty. Szczyty na końcu Doliny Mandaras. Ten na samym końcu został, przez wyprawę z Poznania w 1962 roku, zlokalizowany na mapie „Survey of India”, jako siedmiotysięcznik, z kotą -7125 m. I dlatego weszli do tej doliny, by go zdobyć.
    1 punkt
  17. Kręcimy po S.P.N - Naturą 2000
    1 punkt
  18. Wieczorne wkoło komina🤪, uwielbiam las po ciemnemu☺️, obcowanie z naturą kiedy mieszkańcy lasu są mocno aktywni-b😉ezcenne
    1 punkt
  19. 1 kwietnia trzeba było linkować
    1 punkt
  20. Kiedyś byłem zwolennikiem takich rozwiązań, dziś, po analizie tego co się dzieje w SMR - nie jestem. Niemniej Pilsko to problem dostępności górnych partii, gdy dolne nie działają. A to dwudziestoletnie krzesło z demobilu się za chwilę rozleci. Problemu nie ma, gdy działa Buczynka (dla mnie ten trudny przejazd jest zaletą, nie wadą, tak jak ten Szczyt Skrzycznego). Coraz bardziej lubię miejsca, gdzie nie ma autostrad, a są jakieś utrudnienia. Tak gdzie są same autostrady, nie da się jeździć (ilość ludzi) i czasem nie ma po co jeździć (nie da się rozpędzić). Lubię więc ośrodki z "problemami". To dziś najlepsze dla "starych" narciarzy ośrodki, ostatnie, gdzie zachowano jeszcze trudne zjazdy: COS, Soszów, Stożek, Pilsko!
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...