-
Liczba zawartości
7 223 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
599
Zawartość dodana przez marboru
-
...jak ten czas szybko leci, dopiero co Ci życzyłem w urodziny i minął roczek, masz kolejne. Boogie dużo zdrówka, spełnienia marzeń i oczywiście jak najwięcej czasu na śniegu :happy:
-
Serbki (gospodynie) nieoczekiwanie pokonały Mistrzynie Świata Norweżki i będą rywalkami naszych Pań w półfinale. Jest szansa na finał i medal :happy:
-
Jeśli chodzi o stoki świętokrzyskie i lubelskie, właśnie przejrzałem stronki i kamery online, od godziny ok 22 zaczęły śnieżyć następujące ośrodki narciarskie: 1. Telegraf, Konary, Tumlin, Szwajcaria Bałtowska. 2. Stacja narciarska Kazimierz Dolny, Rąblów. Pytanie, co zostanie z tego śniegu jeśli temperatury mają być mocno dodatnie w ciągu najbliższych dni w centralnej Polsce?
-
A co mają wyciągi do uprawiania turystyki wysokogórskiej? Ja nie widzę tu przeszkód funkcjonowania jednego w symbiozie z drugim.
-
W końcówce horror z Francją...ufff wygrana z wicemistrzyniami świata Francuzkami jedną bramką 22-21. Brawo!!!
-
Bardzo ciekawy wywiad z Andrzejem Bachledą Curusiem: Śmieję się sam z siebie, kiedy zasiadam – po raz nie wiem który – nad mapą naszych Tatr i kreślę narciarskie wizje i perspektywy. Pamiętam jako dziesięciolatek, podczas zimy w 1956 roku, gorące dyskusje mojego Ojca, wuja Tomka Gluzińskiego, Staszka Ziobrzyńskiego, Witolda Rowickiego i wielu, wielu innych ówczesnych znakomitych, związanych na śmierć i życie z Zakopanem i Tatrami ludzi, na temat nowej narciarskiej Polski: tras, wyciągów i tego wszystkiego, co przynieść miało radość, przyjemność, zdrowie i rozum dzięki dwóm deskom ślizgającym się po tatrzańskim śniegu. 55 lat minęło od tych chwil. I co? Nic, albo prawie nic. I na tym powinienem skończyć. Świstaki i narciarze Jednak może raz jeszcze, tym razem już bez udowadniania, że tzw. sztuczny śnieg to mieszanka czystego powietrza z czystą wodą, że świstaki w zimie nie są rozjeżdżane przez narciarzy, że smary narciarskie nie wpływają na florę, że krawędzie nart nie zerwą miki z granitowych głazów, czyli bez obalania i obśmiewania tych wszystkich błazeństw wytaczanych przeciwko narciarzom przez kilku wyleniałych gronostajowców. Obecne uprawianie narciarstwa w olbrzymiej większości opiera się na korzystaniu z, ogólnie mówiąc, kolejek i odpowiednio przygotowanych tras. Taki jest ogólnoświatowy standard. Kolejki, krzesełka, wyciągi postawione na betonowych fundamentach, stalowe konstrukcje podpór, stacji, liny, maszyny do przygotowywania tras (tzw. ratraki), skutery śnieżne do obsługi, restauracje, WC, systemy odprowadzania ścieków, stawy do poboru wody potrzebnej do robienia sztucznego śniegu, kable doprowadzające energię elektryczną itp. – to po prostu normalne i niezbędne instalacje służące jeździe na nartach i sprawdzone od wielu dekad wszędzie tam, gdzie się to robi. Nie da się być w ciąży do połowy. Albo myślimy o stacji narciarskiej i akceptujemy wymienione urządzenia oraz technologie albo poddajemy się upiornej, upupiającej nas wszystkich, sile wywodów ekipy Tatrzańskiego Parku Narodowego. I stanie się cud… Wyobraźmy sobie jednak, że staje się cud i wszyscy, łącznie z TPN i Wojtkiem Byrcynem, normalniejemy. Wtedy my, narciarze przestajemy być zalewani żółcią, a druga strona to sama oliwa z oliwek. Pragniemy, jak przed stu laty, jeździć w trzech dolinach (Gąsienicowa, Goryczkowa ze Świńskim Kotłem oraz Kondratowa) i tam się narciarsko urządzić, a TPN i Wojtek w tym uczestniczą i pomagają. Wyobrażam sobie to tak: 1. Kolejka na Kasprowy: istniejąca, jednak pracująca zimą z taką przepustowością, jaka jest faktycznie możliwa 2. Kolej krzesełkowa „Gąsienicowa”: istniejąca – ale jej dolna stacja przeniesiona o około 250 metrów wyżej, na znane wszystkim wypłaszczenie. 3. Kolej krzesełkowa „Beskid”: nowa – z dolną stacją na miejscu lub poniżej obecnej stacji „Gąsienicowej”, a górną – pod granią Beskidu. 4. Kolej krzesełkowa „Goryczkowa”: istniejąca, lecz całkowicie przebudowana – z dolną stacją w obecnym miejscu, stacją pośrednią (główną) około 150 metrów poniżej obecnej stacji górnej oraz stacją końcową poniżej grani Kasprowego, czyli około 150-200 metrów powyżej obecnej stacji. 5. Kolej krzesełkowa „Świński Kocioł”: nowa – z dolną stacją na Rówienkach Kondrackich, a górną na zboczu Pośredniego Goryczkowego (na wysokości 1700-1750 m n.p.m.). 6. Kolej krzesełkowa „Kondratowa”: nowa – z dolną stacją przy mecie dawnej trasy FIS II, a górną w dolnej części Łopaty (około 1500 m n.p.m.) Do tego doszłyby trasy dojazdowo-odjazdowe: ze stacji Myślenickie Turnie na Równienki Kondrackie do krzesła „Świński Kocioł” oraz nartostrady z Gąsienicowej do Kuźnic, z Goryczkowej do Kuźnic, z Kondratowej do Kuźnic. I tyle. Naturalnie, każdy z tych proponowanych punktów jest do szczegółowego omówienia. Żeby jednak się nad nimi pochylić – trzeba wpierw poczekać na cud. Jestem człowiekiem wierzącym, więc wierzę... Tekst: Andrzej Bachleda-Curuś Andrzej Bachleda-Curuś jest najwybitniejszym polskim alpejczykiem; pierwszym Polakiem, który zdobył medal mistrzostw świata w konkurencjach alpejskich (brąz w 1970 roku w Val Gardena w kombinacji alpejskiej). W 1974 roku na mistrzostwach świata w St. Moritz wywalczył w tej samej konkurencji srebro. Dwukrotnie startował na igrzyskach olimpijskich: w Grenoble w 1968 roku (był szósty slalomie specjalnym) oraz w 1972 roku w Sapporo (był dziewiąty w slalomie). Na koncie ma także: zwycięstwo w zawodach Pucharu Świata , sześć medali Zimowej Uniwersjady oraz czternastokrotne zwycięstwo w mistrzostwach Polski. Jest pierwszym Polakiem, który otrzymał nagrodę UNESCO "Fair Play". Źródło: SKI Magazyn --------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Możliwe to? Czy to tylko w sferze wyobraźni Pana Andrzeja? Czytając podkreślone pomysły...marzą mi się takie zmiany.
-
17 grudnia, w słynnym francuskim kurorcie narciarskim Chamonix, zaprezentowano niezwykłą platformę widokową "Krok w pustkę". Konstrukcja z przeźroczystych szklanych płyt została zamontowana na Aiguille du Midi, alpejskim szczycie wznoszącym się 3842 metry nad poziom morza. Śmiałkowie mogą się tam przekonać – w bezpiecznych warunkach – jak to jest mieć tuż pod stopami 1000-metrową przepaść! Platforma będzie dostępna dla publiczności od 21 grudnia br. Link do galerii zdjęć: http://podroze.onet.pl/narty/przerazajaca-platforma-widokowa-krok-w-pustke-w-chamonix/6wchn Źródło: Onet
-
Efekt? Zapiera dech w piersiach - Nie wiedzieliśmy, jaka będzie pogoda, a mimo to coś nas pchało na szczyt. Opłacało się, uchwyciliśmy niesamowity spektakl światła, cienia i barwy - ocenia fotograf Tomek Gadowski, który z kolegą, także fotografikiem Karolem Nienarutowiczem spędził 18 godzin w Karkonoszach. Uwieczniali oszałamiające widoki ze Śnieżki niemal minuta po minucie. W poszukiwaniu idealnego światła Wszystko odbywało się w niesprzyjających warunkach pogodowych. - Wyszliśmy 2 grudnia. W Karkonoszach wtedy już jest właściwie zima. Gdy wyruszaliśmy, tonęliśmy w gęstych chmurach. Traciliśmy już nadzieję na przejaśnienie - opowiada Gadomski. Była 4. nad ranem. Po dwóch godzinach od wyjścia byli już pod Kopą. - Gdy się wspinaliśmy, było jeszcze ciemno. Jak wiadomo, są takie pory dnia, kiedy światło jest niepowtarzalne. Dlatego tak bardzo zależało nam, aby dotrzeć w góry jak najszybciej. Chcieliśmy przywitać świt na szczycie Karkonoszy - mówi Gadomski. Na Śnieżce pojawili się o godz. 7, tuż przed wschodem słońca. - Tuż przed ósmą zaczął się niesamowity spektakl światła, cienia i barw. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego odcienia śniegu, jest różowy. Ale to nie efekt uzyskany w programie graficznym - przekonuje opowiadając o jednym zrobionym ze szczytu zdjęć. "Jest we mnie duch Karkonosza" Późną jesienią w Karkonoszach słońce zachodzi już po południu. - Planowaliśmy wrócić wcześniej. Ale tam, na miejscu zdecydowaliśmy, że musimy zostać jeszcze kilka godzin. Zresztą bardzo się rozpogodziło, żal było nam opuszczać te tereny - mówi. - Zrobiliśmy kilka zdjęć, nasyciliśmy się widokami z góry na świat zalany mgłą. I zeszliśmy do Domu Śląskiego, schroniska pod Śnieżką. Musieliśmy rozgrzać się i odpocząć - mówi Gadomski. I zapewnia: - Niebawem znów tam wrócimy. W tym samym składzie, bo to Karol zaraził mnie zabawą światłocieniem. Teraz czuję, że siedzi we mnie Karkonosza, duch tych gór - kończy ze śmiechem. Zdjęcia z tej sesji oraz inne wykonane w górach można obejrzeć na stronie www.tomekgadomski.pl/. Autor: M. Lester/i / Źródło: TVN24 Wrocław Galeria niesamowitych zdjęć pod linkiem: http://www.tvn24.pl/zdjecia/zobacz-jak-wygladala-kilkunastogodzinna-sesja-zdjeciowa-na-sniezce,35743.html#p1
-
Bella Coola to park narodowy w Kanadzie...to miejsce, które urzeka swoim pięknem. Górami, dziką przyrodą, niedźwiedziami Grizzly, kulturą Indian. Spójrzcie na poniższy filmik. Poraża zdjęciami, muzyką i klimatem. [video=vimeo;81242736]
-
Pani w białym kasku jak na trzeci sezon na deskach – super! A Pan w żółtych spodniach po płaskim jeszcze jako tako…nic nie oszukuje. Bo zahamować nie mogłem, to i dogonić nie mogłeś hahaha Wzdłuż drogi tych miejsc to niewiele zaobserwowałem. Ciasno, wąsko i nawet przy niewielkim obłożeniu narciarzy kiepskawo z zaparkowaniem tuż przy stacji. Stwierdziłem, że w moim przypadku najlepszym lekarstwem będzie ruch…zobaczymy jak na tym wyjdę? A co do dogonienia Pani w brązowym…cóż, robi postępy bardzo szybko, więc kolano w przyszłości może być jedynie wymówką.
-
Jeszcze krótkie video z wczorajszej Jaworzyny. W roli głównej, Pani w brązowym wdzianku :happy: [video=youtube;6RbDaQcuAZo] Filmik nagrany przez kolegę Expata. Dzięki.
-
Fotki rewelacja :happy: ale czytając o Twojej przygodzie off-piste żałuję, że nie nagrałeś filmiku jakiegoś :wink:
-
Drugi odcinek nowej serii, powstałej przy współpracy portalu Powder.pl, operatora ośrodków w Jasnej na Chopoku i Wysokich Tatr w Tatrzańskiej Łomnicy oraz dystrybutra nart 4FRNT. PPV pokazuje wyczyny czołowych Polskich freeriderów i speedriderów W filmie zobaczymy między innymi: - Michała Trzebunię, jedynego Polaka, który wygrał eliminację Freeride World Qualifier, znanego między innymi z filmów "Into the White" oraz "The Emotions" - Mikołaja Kocota, wielokrotnego reprezentanta polski w zawodach freeridowych, alpinistę, paralotniarza i speedridera - Mateusza Kiełpińskiego, jednego z najbardziej obiecujących freeriderów młodego pokolenia. Zdobywca 3 miejsca w zawodach Tatra Freeride Open. [video=youtube;ZKnHrEgKbUg] Źródło: Powder.pl
-
Konkurencja na rynku narciarskim jest mordercza. Najwięksi producenci wypuszczają niemal po milionie par rocznie, zalewając rynek towarem drogim, choć nie zawsze najlepszej jakości. Z wojny gigantów korzysta mała polska manufaktura Monck Custom. Jej właściciel Szymon Girtler nie boi się nazywać siebie narciarskim rzemieślnikiem. Najważniejsze jest drewno — przeważnie jesionowe i świerkowe. Jesion daje sprężystość i sztywność, ale jest ciężki. Dlatego obok niego kładzie się listwę ze świerku. To jest serce narty — jej niezastąpiona część. Elementy muszą być dobrze sklejone. — Każda para nart musi mieć drewniany rdzeń. Niezależnie od tego, jakimi bajerami byłaby wypełniona. Chodzi o to, jak pracuje materiał, jak się zużywa. Najlepsze, nawet w porównaniu ze wszystkimi cudami chemii, jest poczciwe drewno — opowiada Szymon Girtler, założyciel Monck Custom, pierwszej w Polsce manufaktury nart. Ciekawość, zdziwienie, złość Od dzieciństwa lubił sprawdzać, jak coś działa. Rozkręcać, rozcinać, zaglądać do wnętrza sprzętów i urządzeń. Ta ciekawość była przyczyną wielu kłopotów, ale stała się też okazją do założenia biznesu. — Pracowałem w garniturku, wykonywałem jakieś zadania związane z moim wykształceniem na wydziale stosunków międzynarodowych, ale to nie było to. Największą przyjemność daje przecież połączenie pracy z pasją, a ja uwielbiam jeździć na nartach. Nawet nie pamiętam, kiedy zacząłem, w każdym razie od dziesięciu lat jestem instruktorem. W tak zwanej karierze zawodowej miałem epizod menedżera szkoły narciarskiej, prowadziłem też zimowe obozy dla dzieciaków. Nie wiem, na ilu parach nart jeździłem, ale kiedyś naszła mnie ochota, by sprawdzić, co jest w środku. No i zacząłem je kroić — wspomina Szymon Girtler. Zniszczyć drogi sprzęt sportowy jest trudno, ale przychodzi to łatwiej, kiedy po rozkrojeniu pierwszej deski okazuje się, że środek ma niewiele wspólnego z wnętrzem opisywanym w broszurze producenta. — Bardzo, bardzo się zdziwiłem tym, co zobaczyłem. Niestety, często klienci mają prawo czuć się oszukani. Oferta nart wielkich producentów opisana jest w taki sposób, by wydawało się nam, że wszystkie modele wyposażone są w nowoczesne rozwiązania technologiczne, na przykład elementy tytanowe czy jakieś specjalne chipy. Tymczasem są one częścią najdroższych modeli, a w tańszych przeważnie nie ma nawet drewnianego rdzenia, niezbędnego, by zachować odpowiednie właściwości jezdne — przekonuje właściciel Monck Custom. Ciekawość, zdziwienie i złość sprawiły, że niespełna trzydziestoletni warszawiak ze znanej rodziny architektów odnalazł pasję w rękodziele. Na początku było to hobby i seria prób — dobierania odpowiedniego drewna, poszukiwania producentów. Potem doskonalenie osiągnięć. — Sedno tkwi, jak to zazwyczaj bywa, w materiale. Odpowiednie proporcje pasów jesionu i świerku zapewniają dobre właściwości. Narta musi być giętka nie tylko w pionie, ale również w poziomie, by zachować właściwy promień skrętu. Eksperymentowałem z różnymi gatunkami drewna, również z bardzo lekką i plastyczną balsą, szeroko stosowaną w modelarstwie, ale to nie to — tłumaczy Szymon Girtler. Fach w ręku, maszyny w garażu Z czasem jego dzieła były coraz lepsze, znajomi pożyczali sprzęt, wreszcie zaczęli prosić o pary desek specjalnie na swoje zamówienie. Wciąż jednak nie traktował tego jako sposobu na życie. Potrzebował trzech zim i ponad dwudziestu wykonanych par nart, by zrozumieć, że może z tego żyć. — Maszyny już miałem po wcześniejszych eksperymentach. Częściowo standardowe — wiertarki, młotki, piły i tak dalej. Częściowo przerobione pod okiem specjalistów, a także wykonane przeze mnie. Na przykład taka prasa do sklejania kolejnych warstw narty. Przecież nigdzie bym tego nie kupił, musiałem sam to wymyśleć. Miałem szczęście, bo przez jakiś czas to była przede wszystkim zabawa, ciekawa rozrywka, coś wspaniałego dla człowieka z rzemieślniczą pasją. Potem, gdy się okazało, że trzeba założyć działalność, miałem nie tylko fach w ręku, ale i maszyny w garażu — opowiada. Jest panem swojego sukcesu. Nie dostał żadnego dofinansowania. Wszystko opłacił z własnych pieniędzy, choć ma szczęście, mogąc polegać na życzliwości rodziców, którzy udostępniają mu miejsce na warsztat. — Z dofinansowaniem unijnym jest tak, a przynajmniej takie mam wrażenie, że musisz we wniosku udowodnić swoją życiową nieporadność. A więc mieć potwierdzony okres bezrobocia, wykazać nieudane zaangażowanie w walce o pracę i tak dalej. Starałem się spełnić wymagania, ale władza uznała najwyraźniej, że mój pomysł jest tak dobry, że wsparcia nie potrzebuje — śmieje się Szymon Girtler. Narta jak sandwicz Nie jest to taśmowa produkcja. Manufaktura w dwa tygodnie może wyprodukować do pięciu par nart, przygotowywanych jednocześnie.Każda warstwa musi być dokładnie przygotowana i sklejona z kolejną. Aż do efektu końcowego. — Narta jest jak sandwicz albo lepiej — kanapka, robisz warstwę, pielęgnujesz ją, lakierujesz, czekasz, przygotowujesz kolejną warstwę, ściskasz pod prasą — i tak w kółko. Oczywiście, proces można przyspieszyć nawet do tygodnia, są nawet sposoby, aby taki produkt wciąż był dobrej jakości, ale chyba warto poczekać — uważa rzemieślnik. Czekać warto, szczególnie, że największe wrażenie robi warstwa ostatnia — pokrywająca wierzch narty. — Deski od masowych producentów prawie niczym się od siebie nie różnią. Przynajmniej te ze średniej półki. Nawet jeżeli ktoś zachwala najnowszy model, jest on najprawdopodobniej taki sam jak rok temu, ale ze zmienioną grafiką. Ja robię narty, które są niepowtarzalne. Bo każdy materiał jest inny. Przecież przekrój deski ze słojami jest niepowtarzalny — opowiada Szymon Girtler. Możliwości są olbrzymie. Zabawa słojami, inkrustacja różnymi gatunkami drewna, także tak egzotycznymi jak oliwka czy eukaliptus, wreszcie możliwość łączenia wielu elementów. (...) Tekst pochodzi z grudniowego magazynu PB Weekend, całość artykułu w tejże publikacji. Polecam obejrzeć stronę: http://monckcustom.com/ i arcydzieła narciarskie :happy:
-
Oby tak było Marcinie jak piszesz. Dzięki! Poziom stresu musiałem mieć duży skoro dzisiaj w nocy miałem niepokojące sny związane z nogą i nartowaniem… Jestem dobrej myśli. Wyznaję zasadę, że narciarski dzień trzeba w pełni wykorzystać. To nie pierwszy raz tak się zadziało w trakcie mojego wyjazdu. A fotki – dużo porobionych z wyciągu. Bądź to z krzesła, bądź orczyka. Być może przy drodze jest kilka miejsc parkingowych bezpłatnych – niestety były zajęte i podjechaliśmy powyżej stacji, kawałeczek po nowym asfalcie i skręciliśmy w lewo na parking tuż za potokiem. Opłata niestety 7zł.
-
Wierchomla Ponieważ nigdy w życiu nie byłem w Wierchomli, to śladem oficjalnego początku sezonu postanowiłem odwiedzić to miejsce. Pół godzinna jazda autem, to również wytchnienie dla nóg. Podróż się przedłuża - nawigacja podprowadza nas nie do tej doliny co trzeba...a tu mimo, że na jednej z wypożyczalni widzę kilka znajomych Skionlinowych log, to krzesło niestety nie działa :frown:: Jak to? Myślałem, że znak naszego narciarskiego portalu jest wszechmocny :wink: Jesteśmy na miejscu. Tu parking jest tańszy niż w Krynicy - 7zł. Podchodzimy do kasy, i tu też promocja. Karnet 3 godzinny kosztuje 25zł. Kaucja to samo, co we wcześniej odwiedzonym ośrodku: 15zł. Pierwszy rzut oka na stok. Śniegu jakby więcej, narciarzy niewielu. Temperatura jaka jest wskazywana na stacji dolnej: 0 stopni. Krzesełko czteroosobowe jest tu bardzo wolne, dolny fragment trasy jest już rozjeżdżony. Widoczność podobna do tej na Jaworzynie, śniegu naturalnego poza trasami jakby mniej. W karczmie na stoku - pustki: Armaty na pozostałych, nieczynnych trasach pracują całą parą. Jak to jest możliwe skoro temperatura nie wskazywała na dole mrozu? Gdyby pogoda była ładna, widoki z tego szczytu byłyby przepiękne: Jak dobrze pójdzie to za kilka dni powinny w ośrodku być uruchomione wszystkie trasy: Na szczycie okolicznościowa fotka ekipy: ...i jazda. Trasa w przeważającej części jest płaska. Po środku ma delikatny "próg" i w końcówce również. Jest raczej wąsko i nierówno. Nie czuję się komfortowo ze swoją sprawnością tutaj. Tym bardziej, że sporo świeżego śniegu z armatek, który wyraźnie przytrzymuje narty. Jeżdżę ostrożnie, dosyć szybko zjeżdżając. Minus - wolne krzesełko... ...jakoś dziwnie mi się tu jeździ, mało ciekawie. Może gdyby otwarte były pozostałe trasy, byłoby ciekawiej? Z całą pewnością. Czas minął nieubłaganie szybko. Do domu spory kawałek jazdy autem. Ostatni zjazd: ...i po godzinie 16 odjazd. Podsumowując: - najważniejsze, z nogą po solidnej rozgrzewce nie jest tak źle. Może jakoś dam radę do końca sezonu podtrzymując dalsze ćwiczenia i wspomaganie farmakologiczne? - stabilizatory - to pożyteczne wynalazki. - bardzo miłe zaskoczenie dobrymi warunkami na stokach. - balansowanie na krawędzi ryzyka, tym razem nie poskutkowało niczym złym. Co dalej? Trening. Przemyślany i raczej łagodne wchodzenie w sezon narciarski 2013/2014. pozdrawiam marboru
-
Jaworzyna Krynicka rozpoczęcie sezonu 2013/2014 Od zeszłego tygodnia kusiło mnie by rozpocząć swój sezon narciarski 2013/2014, no i się stało. Kilka szybkich telefonów pod koniec tygodnia i zapadła decyzja. Niedziela, wyjazd o 5 rano - kierunek Jaworzyna Krynicka. Spodnie, kurtka, rękawice, kask wszystko zabrane... ...nie, nie wszystko. Powrót do domu po stabilizator. Z tego wszystkiego całkiem zapomniałem, że w to lato niestety miałem poważny problem z kolanem. Skręcone trzy razy... Nim nastąpił dzień dzisiejszy, całe cztery miesiące, po miesiącu od feralnego ostatniego razu trwał trening. Najpierw rower i przejechane 600km z ryzykiem...a potem delikatne ćwiczenia domowe. Cóż - noga niestety nie jest sprawna w 100%. Może w 70%. Raz kozie śmierć... Pod Jaworzyną Krynicką jesteśmy, na dwa samochody o godzinie 9:30. Parking - 10zł. Pierwsze spojrzenie na stok i wiemy, że jest ok. Mimo słabej widoczności ośrodek działa. Szybkie przebranie i jesteśmy przy kasach. Karnet od godziny 9, do godziny 15 kosztuje 50zł. Kaucja za plastik 15zł. Ośrodek został uruchomiony w sobotę - w ten weekend promocja. Ludzi przy gondoli niewielu. Wsiadamy bez tłoku i w górę. Działają dwa wyciągi. Główny oraz orczyk przy trasie numer 3. Temperatura u góry: Zapinam narty i przystępuje do rozgrzewki. Na początek 30 przysiadów, potem rozciąganie i wyginanie kolan na boki. Czuję się mało komfortowo, nie tylko zważywszy na stan fizyczny, ale również psychiczny. Zwyczajnie - boję się. Na stoku jest twardo, a śniegu odpowiednia ilość. Widoczność u góry, podobna jak na dole. Jadę... ...a raczej się ześlizguję... Kolano bardzo niepewnie prowadzi lewą nartę. Próba hamowania i niestety delikatny ból. Zatrzymuję się przy karczmie wytracając prędkość prawą nogą. Czuję się mocno niepewnie, a strach powoduje, że odłączam się od grupy znajomych i postanawiam się mocniej rozgrzać. Ćwiczę...a inni patrzą się na mnie dziwnie...a przecież, to nic dziwnego. Lecę dalej. Bardzo niepewnie i asekuracyjnie. Kończę pierwszy zjazd pod orczykiem, na razie nie pozwalam sobie na jazdę do samego dołu. Muszę się przestać bać, a mięśnie muszą pracować na 100% gdy kolano sprawne na 70. Płaski kawałek po którym zjechałem jest przygotowany idealnie. Jest równo i szeroko. Śniegu pod dostatkiem, zero przetarć i lodu. Drugi raz pewniej, trzeci raz lepiej, czwarty - pewny. Czuję się mocno rozgrzany, kolano jakby dostało powera. Nawet lewa strona zaczyna hamować... Jadę do dołu. Przystaję w połowie popatrzeć i do dalszej jazdy przystępuję z kolejną falą strachu. Bardziej stromy odcinek, to dużo większe obciążenie na nogę. Pierwszy fragment pokonuję dosyć pewnie. Krawędzie mocno trzymają, nabieram prędkości. Stop...intuicyjnie, to prawa noga hamuje przed ostatnim najtrudniejszym fragmentem trasy. Zsuwam się przy dolnej stacji ale docieram bezpiecznie. Przy kolejce robi się mała kolejka, 3 minuty i wracam katować górny kawałek trasy - cała 1dynka to jednak za wcześnie. Przy orczyku w lesie sporo naturalnego śniegu: Na płaskim szusuje mi się super. Mija strach a noga coraz pewniejsza. Zjeżdżamy już w grupie kilka razy, po czym kolejny raz cała trasa do dołu. Wychodzi nieco słonka: A my postanawiamy coś odmienić...
-
Les2|Alpes i Alpe D Huez 13-22.12.2013
marboru odpowiedział marcinn → na temat → Relacje z wyjazdów forumowiczów na narty
Trochę zazdraszczam : Niebawem tam będziesz... [video=youtube;Xyrt7vdzJLE] -
Maroko to Afryka, a skoro Afryka, to dużo piasku i ciepło – oto tradycyjny sposób myślenia o tym państwie. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, że Maroko to także wymarzony kierunek turystyczny dla fanów białego szaleństwa Nie, to nie pomyłka, narciarze i snowboardziści, zarówno ci początkujący, jak i posiadający duże doświadczenie, w górach Atlasu z pewnością poczują się jak w raju. W niektórych miejscach grube warstwy śniegu leżą tu przez większą część roku. Historia sportów zimowych Maroka Historia sportów zimowych Maroka nie jest długa. Oczywiście zapoczątkowali ją Francuzi, którzy już podczas drugiej wojny światowej wybudowali pierwsze wyciągi narciarskie na terenie Antyatlasu. W latach 50. marokańska sky-turystyka stała się bardzo popularna wśród Francuzów. Rozwinęło się wówczas kilka ośrodków, które znane są do dzisiaj. Najpopularniejsze dziś marokańskie centra narciarskie skupiają się w Atlasie Średnim i Atlasie Wysokim. Atlas Wysoki to najwyższe pasmo marokańskich gór. Śnieg leży tu od listopada aż do maja, co daje średnio ok. 120 dni sezonu narciarskiego w roku. Najbardziej popularne są kurorty w Oukaïmeden i Mischliffen. Azrou Azrou – niewielka miejscowość w Atlasie Średnim, oddalona zaledwie 89 km od Fezu – to jedno z najstarszych centrów narciarskich Maroka . Znajduje się tu także pierwsza marokańska szkoła narciarstwa. Ifrane – marokańska Szwajcaria Ifrane słynie nie tylko z narciarstwa, ale także z bajecznie pięknych krajobrazów, za sprawą których okolica ta zasłużyła sobie na miano „marokańskiej Szwajcarii”. To jedno z ulubionych miejsc obecnego władcy Maroka, który sporo inwestuje w tym regionie (wybudował już między innymi uniwersytet oraz wiele dużych i luksusowych hoteli). Michlifen Niecałą godzinę drogi od Ifrane znajduje się Michlifen uważane za „marokańskie Aspen”. Swoją rezydencję ma tu Muhammed VI. Niestety niezbyt rozbudowana baza noclegowa zmusza turystów do dużo wcześniejszego rezerwowania miejsc lub każdorazowego dojeżdżania tu z pobliskich miejscowości. Michlifen otoczone jest lasami cedrowymi, które jeszcze bardziej podkreślają jego unikatowe piękno. Oukaimeden Oukaïmeden leży w odległości ok. 78 km od Marrakeszu, w pobliżu najwyższego szczytu Maroka. Znajduje się tu jeden wyciąg krzesełkowy i sześć wyciągów orczykowych. Teren narciarski obejmuje obecnie ok. 300 ha i leży pomiędzy wysokością 2620 a 3270 m n.p.m. Trasy narciarskie Oukaimeden (każda o długość ok. 3 km) różnią się stopniem trudności. Całodniowy karnet kosztuje ok. 90 dirhamów. Dużym atutem tego miejsca jest dobrej klasy baza noclegowa, gwarantująca sporą ilość miejsc. Ponadto nie trzeba tu przyjeżdżać z własnym sprzętem, gdyż na miejscu można go wypożyczyć (dostępne są narty, snowboardy, rakiety śnieżne). Od 1992 roku w Oukaïmeden regularnie odbywają się w marokańskie mistrzostwa narciarskie. Swoją siedzibę ma tu Francuski Klub Alpejski - CAF (Club Alpin Français). Jabal Tubkal i inne szczyty Przepiękne widoki i dobre warunki śniegowe przyciągają do Atlasu Wysokiego coraz więcej turystów z całego świata. Należy jednak pamiętać, że góry te są naprawdę wysokie, a przez to nieprzewidywalne i niebezpieczne. Najwyższy szczyt to Jabal Tubkal mający 4165 m n.p.m. Otacza go wiele cztero- oraz trzytysięczników. Szczyty przekraczające 3500 m, to między innymi: Jbel Aoulim – 3555 m n.p.m., Jbel Anghomer – 3607 m n.p.m., Jbel Erdouz – 3615 m n.p.m., Jbel Azourqi – 3690 m n.p.m., Jbel Ayachi – 3737 m n.p.m., Jbel Tignousti – 3825 m n.p.m. i Jbel Tidili – 3905 m n.p.m. Szczyty przekraczające 4000 metrów to np.: Adrar N'Dern – 4001 m n.p.m. oraz Mgoun – 4071 m n.p.m. Po zboczach tych gór można szusować tylko na dziko. Wynajęty w Beni Mellal helikopter dostarczy nas na wybrany stok. W większości przypadków nie ma tu wyznaczonych i zabezpieczonych szlaków. Nie ma też powszechnych służb ratowniczych. Należy o tym pamiętać jeszcze podczas przygotowań do wyjazdu. Warto zaopatrzyć się w metki RECCO (system ułatwiający ratowanie ofiar lawin) wszyte nie tylko w kurtki, ale także w spodnie czy buty, gdyż podczas spadania z lawiną można stracić część garderoby. Przydatne będą także sygnalizatory świetlne oraz apteczka wyposażona w podstawowe medykamenty, bandaże i folię NRC. Sporty zimowe w tak wysokich górach zawsze są sportami ekstremalnym. W związku z rozwojem narciarstwa oraz coraz większym zainteresowaniem tym sportem turystów przybywających do Maroka z całego świata, władze kraju chętnie inwestują w rozwój górskich kurortów. Obecnie planowane jest stworzenie dużego i nowoczesnego kurortu w Bu Guemez. Źródło: abcmaroko.pl
-
hej jellyfish :happy: Fajnie, że się przywitałeś na forum - ten zwyczaj ostatnio zdawało mi się, że zanika : Dlatego za przywitanie brawa :applause: Fajnie byłoby gdybyś coś napisał więcej o sobie :smile:
-
Funkcyjne kurtki znanych marek nasączone niebezpiecznymi chemikaliami
marboru odpowiedział wojmu → na temat → Tematy narciarskie
Ja jedną skrajność, którą na forum zauważyłem, to taką, że większość jego użytkowników to narciarze :happy: ...no ale może ja jestem ślepy :wink: -
Dla rozluźnienia atmosfery związanej ze sztucznym naśnieżaniem na Kasprowym...łyk historii. Fragmenty tekstu napisanego w 1961 roku, na 25-lecie kolejki, przez Janusza Flacha, pracującego w tamtych latach w dziale technicznym Polskich Kolei Linowych. Inżynier Janusz Flach był przez kilkanaście lat pracownikiem PKL, których dyrekcja i biura mieściły się w budynku przy ul. Kościuszki. Poza pracą zawodową, którą wykonywał sumiennie, jego pasją było taternictwo i jaskinie. Był odkrywcą i eksploratorem Ptasiej Studni i Lodowej Mułowej. Każdy wolny od pracy dzień spędzał w Tatrach. Publikował też artykuły w czasopismach górskich i fachowych. Na jubileusz 25-lecia kolejki linowej na Kasprowy Wierch napisał dość obszerny artykuł, który chciał opublikować w „Przekroju” – nie wiadomo, z jakich powodów, tekst nie ukazał się. Budowa i pierwsze lata kolejki Po prostu wierzyć się nie chce, że naszej kochanej kolejce linowej na Kasprowy Wierch – ciągle nowej, pięknej i bardzo atrakcyjnej – mija 25 lat. Niejeden pomyśli sobie: to już ćwierć wieku, a ja tylko raz w życiu jechałem srebrnym wagonikiem nad skalnymi przepaściami, starając się powagą lub żartem ukryć uczucie strachu, które niejednemu pasażerowi kazało się odsunąć od okien w głąb wagonika. Niewielu już pamięta boje o kolejkę na najsławniejszy dziś w kraju szczyt – Kasprowy Wierch. Dyskusje poszły w zapomnienie, a pozostało dzieło ludzkich rąk i ono chwali mistrzów. Budowniczowie rozpoczęli roboty jesienią 1935 roku. Do budowy drogi z Kuźnic na Myślenickie Turnie przystąpiono we wrześniu, a w październiku wykonano wykopy – przeważnie w skale – pod 3 budynki i 6 wież podporowych, natomiast w grudniu i styczniu wykonywano najbardziej odpowiedzialne roboty murarskie, betonowanie i montaż konstrukcji. By na szczycie Kasprowego można było prowadzić prace w okresie pełnej zimy, zbudowano tam olbrzymią szopę „cieplak”, w którym wybudowano cały budynek stacji górnej. Pracę w trudnych warunkach terenowych i pogodowych prowadzono równocześnie we wszystkich punktach budowy. W lutym 1936 roku kończono montaż napędów i lin na trasie, gdyż termin uruchomienia kolejki na dolnym odcinku ustalono na 25 lutego. Jednak próbna jazda wykazała, że wagon nie mieścił się w peronie stacji Myślenickie Turnie. Przyczyną była wystająca skała – kuto ją w dzień i noc, a gdy to nie dawało spodziewanego efektu, skałę „po cichu” wysadzono. Ostatecznie pierwsza jazda z Kuźnic na Myślenickie Turnie odbyła się 26 lutego, a na całej trasie, aż na Kasprowy Wierch – 15 marca. W ten sposób została zbudowana w ciągu 6 zimowych miesięcy jedna z największych kolei linowych, która w tym czasie pod względem długości trasy była trzecią, a pod względem różnicy poziomów – piątą pasażerską kolejką linową na świecie. W pierwszych latach konduktorzy i obsługa ubrani byli w białe, a następnie jasno-szare obcisłe mundury z granatowymi wyłogami i granatowe spodnie „pumpy”. Getry, czapka ze złotymi galonami i rękawiczki – wszystko w białym kolorze – dopełniały paradnego stroju. Ruch pasażerski w okresie przedwojennym był stosunkowo duży, biorąc pod uwagę koszt przejazdu – 8 zł w obie strony i brak zaufania do urządzeń kolejki. Narciarze korzystali z 75-procentowej zniżki. Często spotykało się w poczekalni kolejki panów ubranych w wytworne futra, dźwigających narty małych rozmiarów. To byli pasażerowie specjalnych pociągów o nazwie: „Narty – Dancing – Bridge”, korzystający w związku z wiezionym sprzętem z 50-procentowej zniżki. Gdy wpuszczający na peron konduktor zauważył, że pasażer ma same tylko narty, pytał zdziwiony: – Jak pan będzie zjeżdżał, skoro pan nie wziął z sobą kijków? – Na co mi kijki – odpowiada „narciarz”. – Ja jestem skoczek. Po całonocnym „skakaniu” w dzień narty stawały się bezużyteczne. Również z okresu przedwojennego pochodzą rozmowy o jakichś spodniach do spuszczania pasażerów. Spodnie takie są ostatnią deską ratunku, gdy wagonik zatrzyma się nad przepaścią i trzeba pasażerów ewakuować. Otóż takie spodnie są w każdym wagoniku wraz z linką steelonową i urządzeniem hamulcowym. Jak podają kroniki Kasprowego Wierchu, urządzenie to było w użyciu w 1936 roku, gdy lina napędna została zarzucona na nośną, unieruchamiając dolny odcinek kolei. Opróżnienia wagonów przy pomocy tych spodni dokonano w szybkim tempie, zapewniając pasażerom 100% emocji i bezpieczeństwa. Okupacja i okres powojenny Wojna szczęśliwie ominęła urządzenia kolejki, dawne kierownictwo i część załogi ukryła się, większość jednak pozostała. Kierownictwo na kolejce objął Niemiec, który nakazał zdjąć ze ściany budynku i odesłać na złom wykutego w brązie orła, przywiezionego tu z polskiego pawilonu wystawy paryskiej, jak również tablicy z przekrojami lin nośnych, umieszczonych na ścianie stacji w Kuźnicach przez polską firmę, która wykonała te liny. Gdy załoga dowiedziała się o tym, w nocy zdjęto orła i tablicę, chowając ją w szybach ciężarów napinających. W ten sposób uratowano symbole polskości kolejki linowej, które po wyzwoleniu zawisły znowu na swym dawnym miejscu. Jeszcze jedno wydarzenie zapadło w pamięć załodze z okresu okupacji. Do wagonika na górnym odcinku trasy wsiadł wysokiej rangi oficer niemiecki, żywo interesując się wszystkim. Pytał nawet konduktora, ile zarabia i jaki ma przydział chleba. Gdy konduktor powiedział, że 300 gramów – przyjął to z niedowierzaniem. Tak rozmawiając, dojechali na Kasprowy. Oficer, oddając honory salutującym mu żołnierzom, wyszedł z wagonika, ale po chwili coś sobie przypomniał. Gmerając w portmonetce wyjął z niej 20 fenigów i wręczył konduktorowi, który z oburzeniem wyrzucił monetę w przepaść. Jak się okazało, był to „pieniądz historyczny”, otrzymał go bowiem od samego Hansa Franka, gubernatora GG. W styczniu 1945 roku niemieckie kierownictwo kolejki pośpiesznie uciekło, a załoga została. Wspólnym wysiłkiem udało się jej uchronić urządzenia od rabunku i zniszczenia. Nie udało się od razu uruchomić kolejki, ponieważ elektrownia zakopiańska była zniszczona i dopiero w ostatnich dniach marca mogła ruszyć. Trzeba było remontować budynki, bo Niemcy o nie niedbali, brakowało też części zamiennych, więc wybudowano warsztat mechaniczny, a potem stolarski. Ruch pasażerski wzrastał, w 1948 roku powiększono hall na stacji dolnej w Kuźnicach, a w następnym roku poszerzono poczekalnię na Kasprowym Wierchu. Jednak najważniejszym wyzwaniem, wykonanym samodzielnie, bez udziału zagranicznych fachowców, była wymiana lin napinających na górnym odcinku. Najpierw trzeba było zakotwiczyć liny nośne, potem podnieść olbrzymie bloki betonowe o wadze 45,5 tony. Załoga pracowała dniem i nocą i po kilku dobach zadanie zostało wykonane. Liny nośne wyprodukowane w Sosnowcu, po których jeżdżą wagoniki, nie były jeszcze wymieniane, chociaż ich okres gwarancji wynosił 12 lat. Od 10 lat są skrupulatnie badane specjalnym aparatem elektromagnetycznym i nie wykazują prawie żadnego zużywania się. Wiatr wrogiem kolejki Często pracownicy kolejki wspominają wydarzenie, które miało miejsce na wiosnę 1949 roku. Przed południem była ładna pogoda, toteż pasażerowie nie spieszyli się ze zjeżdżaniem w dół. Zebrało się ich na Kasprowym ok. 300 osób. W samo południe wyjechał również na Kasprowy sam premier z ambasadorem Francji i licznymi gośćmi. Godzinę później zaczął wiać silny wiatr, którego prędkość wzrastała. Kolejka została zatrzymana, a pasażerowie na stacji górnej czekali. Premier na pożyczonych nartach zjechał przez Halę Gąsienicową do Kuźnic. Po południu ok. 100 osób, które miały lepsze obuwie, zdecydowało się pod opieką pracowników kolejki zejść pieszo przez Gąsienicową do Kuźnic, a pozostali w górnej stacji szukali miejsca na stołach, ławach i na podłodze, żeby przeczekać do rana. Brakowało wody, 3 osoby zachorowały, a lekarza nie było. Następnego dnia pracownicy kolejki zorganizowali drugą grupę pasażerów, którą również sprowadzili w dół. Dopiero w południe wiatr osłabł na tyle, że można było pozostałych zwieźć kolejką. Były też wypadki śmiertelne Ciężka i niebezpieczna praca na kolejce linowej pochłonęła również ludzkie istnienia. W grudniu 1939 roku, w czasie przeglądu podpór, konserwator Bryja, jadąc na nartach z Kasprowego do V podpory, został porwany przez lawinę śnieżną w żlebie, który odtąd nazywa się Żlebem Bryi. Drugi wypadek zdarzył się w 1942 roku, kiedy to konduktor Roszek, posłyszawszy nieregularną pracę rolek wagonowych, wyszedł na dach wagonika, skąd strąciła go podpora, którą właśnie wagonik mijał. W podobnych okolicznościach zginął już po wojnie konduktor Gazda, a w roku 1956, przy wymianie liny, konduktor Miller. Z wypadkami tymi pracownicy kolejki łączą niewytłumaczone do dziś zjawisko „grania lin” między Myślenickimi Turniami a Kasprowym. Nieraz w bezwietrzne zimowe noce mieszkańcy stacji na Myślenickich Turniach odczuwają, że budynek zaczyna lekko drgać, równocześnie słychać wysokie tony wydawane przez drgające liny nośne. Skąd to się bierze – nie wiadomo. Pracownicy mówią, że to dusze konduktorów, którzy zginęli, nie opuściwszy jeszcze kolejki. Na zorganizowanej konferencji w sprawie lin nośnych była szeroko dyskutowana przyczyna nocnych drgań lin, niestety, żaden z kilkunastu rzeczoznawców nie potrafił tego zjawiska wytłumaczyć. Istotną sprawą zdrowotną jest szkodliwy wpływ zmiany ciśnienia, jakiemu podlegają konduktorzy jeżdżący cały dzień w obydwie strony. Osłabieniu pracy serca i innym chorobom uległo już 15 pracowników kolejki, którzy potem musieli szukać pracy na kolejkach niżej położonych lub w ogóle zrezygnować z pracy konduktora. Ciągłe przebywanie nad przepaścią, codzienne wychodzenie w celu dokonania konserwacji na oślizgłe wieże podporowe, wysokie na ponad 20 metrów, w różnych warunkach pogodowych, nie są zadaniem łatwym. O co pytają pasażerowie Dowcipy kolejkowe są tak stare, jak sama kolejka, niestety, tylko nieliczne nadają się do powtórzenia. Kolejkarze bronią się od ciągłych i tych samych pytań pasażerów: – A co to? – A jak to się nazywa? – A co będzie, jak się lina urwie? Itp. Bardzo często pasażerów intrygują tramwajowe uchwyty, wiszące w wagonie kolejki – pytają konduktora o ich przydatność. Zagadnięty konduktor z całą powagą stara się przekonać uciszony wagon, że pasażerowie mają się trzymać uchwytów w przypadku wypadnięcia podłogi w wagoniku. Innych znowu interesują szyby wykonane z nietłukącego się organicznego szkła i pytają konduktora, dlaczego to nie jest zwykłe szkło, na co otrzymują zwięzłą odpowiedź, że to zabezpiecza pasażerów od pokaleczenia się, gdyby wagon się urwał i spadł w przepaść. Gdy pytania się mnożą, a cierpliwość konduktora jest na wyczerpaniu – konduktor, wybałuszywszy oczy na sąsiedni szczyt, krzyczy: – O, kozica! – Gdzie? – pytają wszyscy zgodnym chórem. – O, tam, pod tą turniczką! I potem ma już spokój aż do końcowej stacji. 8 maja – święto Kasprowego Obsługa kolejki jest jedną z nielicznych w kraju, która pomimo różnych kolei losu tworzy zgrany zespół. Siłą ludzi Kasprowego jest ich przywiązanie do swego zawodu, do Tatr, do wiatru, do śniegu. Były okresy dobrej koniunktury, ale były również takie, kiedy pracownikom nie wypłacano zarobków. Przez cały ten okres tylko nieliczni zrezygnowali z pracy z własnej woli. Z kilkunastoosobowej załogi 1936 roku do dziś pracuje na kolejce trzech: kierownik kolejki Wojciech Trybus, rzemieślnik Franciszek Ochli i maszynista Stanisław Ćwikła. Ponaddwudziestoletni staż ma 4 pracowników, a więcej niż 15 lat – dwunastu. Nic dziwnego, że ludzie Kasprowego są zżyci z sobą, że potrafią zwalczać wspólnie największe trudności, lubią się też razem pobawić. Źródło: Tygodnik Podhalański
-
Les2|Alpes i Alpe D Huez 13-22.12.2013
marboru odpowiedział marcinn → na temat → Relacje z wyjazdów forumowiczów na narty
Marcinku życzę pięknej słonecznej pogody i sztruksiku na każdej trasie :happy: -
Hiszpańskie Ski Safari XII 2013
marboru odpowiedział JC → na temat → Relacje z wyjazdów forumowiczów na narty
No i całe Twoje bieganiu Jacku, poszło na marne... Bomba kaloryczna, którą zamieściłeś... też bym się nie oparł :laughing: -
Zażartowałem Piotrze :happy: A co do obliczeń - całkowicie się zgadzam i nawet jestem pewien, że Pan Minister wypowiada się kompletnie bez przygotowania merytorycznego :biggrin: Pytanie tylko, czy tak jak napisałem - "to gadanie, to tylko polityka", czy jednak pójdą za nim jakieś konkretne działania? Znając nasze polityczne uwarunkowania od wielu, wielu lat...efekt jest do przewidzenia. Twoja wyrozumiałość? Cóż, pewnie podchodzisz do tego (polityki) podobnie jak ja, czyli na luzaka - dlatego Cię to nie rusza zwyczajnie :happy: Pozdrawiam Cię Piotrze serdecznie:cheerful:







