Skocz do zawartości

cyniczny

Użytkownik forum
  • Liczba zawartości

    551
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    24

Zawartość dodana przez cyniczny

  1. cyniczny

    Kroplach w styczniu

    no i jeśli się mieszka gdzieś po północno-wschodniej stronie Kronplatzu to jest pół godzinki jazdy samochodem do 3 Zinnen, też bardzo fajny ośrodek + niesamowite widoki
  2. cyniczny

    Pogoda 25/26

    Dodatkowo igrzyska w pobliskiej Cortinie.
  3. My byliśmy raptem w 3 knajpkach: Bouc Blanc (obszar Courchevel), Les Rhodoes, Le Monchu (obszar Meribel). Dodam tylko, że trochę w przeciwieństwie do Austrii/Włoch zróżnicowanie cenowe w knajpkach w 3 dolinach było dość znaczne. Pamiętam jak pierwszego dnia koledzy wybrali się do jakiejś losowo wybranej knajpki i za burgera zapłacili 40-45 euro za danie. Gdzie w Les Rhodoes koszt nie przekraczał 30 euro. Stąd zazwyczaj patrzyłem na cennik menu w telefonie zanim jakąś wybraliśmy, bo były i takie gdzie dania były po 80-100 euro:-)
  4. Fakt cena była bardzo spoko i miałem nawet kilka takich ofert, głównie w Courchevel i Meribel. Les Menuires i Val Thorens były jednak droższe zwłaszcza Val Thorens. Dodam tylko, że zastanawialiśmy się jeszcze nad Ischgl, ale ceny w dolinie mnie powalily. Praktycznie nie było nic sensownego poniżej 11 tys. za sam nocleg. Dopiero gdzieś w okolicach Pians pojawiały się oferty poniżej 10 tys., a to już się robi codziennie 30 minut dojazdu+oczywiście płatny parking.
  5. Spoczko:-) Skipass 6 dniowy, normalna cena 409 euro, po zniżce 377 euro., stąd nocleg+skipass około 2800pln. Gdybyśmy byli w 8 osób wyszłoby pewnie o około 300-400 PLN mniej.
  6. hehe mozliwe, choc ja zupelnie nie moge sobie pozwolic na tak dlugi wyjazd narciarski - niestety urlop nie z gumy, wiec nawet takiej opcji nie rozpatruje. Rezerwowalem kwatere przez airbnb w Nowy Rok, gdy wszyscy zainteresowani potwierdzili chec wyjazdu:-) Sam nocleg (6 dob) kosztował 1300 pln za osobę, razem 7800pln. Dodatkowo po rezerwacji okazało się, że na zakup skipassu dostaniemy zniżkę 8% jeśli zakupimy go przez firme zarządzajacą apartamentem (dostawa skipassu do apartamentu), tej zniżki wyszło po 32 euro na głowę.
  7. Poniżej fotorelacja z tygodniowego pobytu w ośrodku Trzy Doliny. Czas zacząć główny wyjazd sezonu, tym razem padło na największy ośrodek w Europie czyli Trzy doliny we Francji. Jedziemy tam w 6 osób dwoma samochodami. Ja z Młodym i Bagietem startujemy około 19:00 w sobotę - cel Gorlitz. Tam śpimy kilka godzin w hoteliku i w niedzielę rano ruszamy w dalszą drogę. Pozostała część ekipy czyli Pędzik, Marcin i Damian ruszają bladym świtem w niedzielę od Pędzika. Na miejsce dojeżdżamy przed 20:00, pozostali około godzinkę później. Zakwaterowanie mamy w Courchevel La Tania - apartament 74m2, przy stoku. 3 sypialnie, 3 łazienki i duży salon + 1 miejsce parkingowe w budynku. Jeszcze tylko krótki wieczorny spacer, żeby obadać jak daleko mamy do stoku - generalnie jakieś 40 metrów z klatki do miejsca gdzie można zakładać narty:-) Jest dobrze. Pierwszego dnia głównie objeżdżamy trasy w Courchevel, na chwilę tylko zajrzymy do Meribel Mottaret i na szczyt Mont Vallon. Pierwszy zonk to spora kolejka narciarzy ustawiająca się już przed 9:00 do gondolki LaTania. I tak będzie praktycznie codziennie. Na szczęście stanie w kolejkach na tym wyjeździe będzie raczej wyjątkiem niż regułą. Dodatkowo ta kolejka znika bardzo szybko, maks 5 minut stania, a zazwyczaj 3:-) Pogoda piękna, a śniegu po ostatnich opadach mnóstwo. Na obiadek Tartifleta, , czyli zapiekanka z ziemniaków, sera Reblochon, boczku oraz cebuli. Do tego zawsze podawany talerzyk z szyneczką dojrzewającą, salami oraz piklami. Dzień całkiem udany czyli 58,5 km zjazdu i 12100 w pionie. Wieczorem idziemy na mały spacer po miasteczku, z tą ilością śniegu jest klimacik. Dzień drugi, pogoda bez zmian czyli lampa:-) Dzisiaj głównie jeździmy w Meribel Center i Mottaret, no i jeden zjazd do Saint Martin Najczęściej odwiedzana przeze mnie przełęcz na tym wyjeździe czyli Pas du Lac (około 2600 m n.p.m.). W lewo Courchevel, w prawo Meribel Po prawej trasy z przełęczy Pas du lac do Mottaret Z krzesłka zjeżdżamy do Saint Martin de Belleville. Ale trasa nie jest tak przyjemna jak się spodziewałem (sporo ludzi). Stąd robimy tylko jeden wjazd i do końca dnia ujeżdżamy trasy w Meribel, na zmianę krzesło Legends i Olymic oraz gondolka Sauliere z fantastyczną (i pustą) trasą Mauduit. Trasa Mauduit przy gondolce Saulire Ostatni zjazd tego dnia - knajpka i krzesełko po lewej mają tą samą nazwę Bouc Blanc Przejechane 70km i 14700 w pionie. Wieczorem z balkonu obserwujemy pracujące ratraki na "naszej" trasie. Dzień trzeci. Dzisiaj robimy z Olkiem skisafari. Celem najodleglejsze (i najwyższe) zakątki ośrodka na czele z Val Thorens i Orelle. Błyskawicznie przejeżdżamy do Meribel Center przez Col de la Loze i tam wsiadamy do gondolki, a potem krzesełka Tougment. Później czeka nas długi i niezbyt stromy zjazd do Les Menuires z przepięknymi widokami. Stamtąd krzesełkami Menuires i Mont de la Chambre (kolejka na 5 min) wjeżdżamy na szczyt o tej samej nazwie (2850 m n.p.m.). Stąd już prosto do Val Thorens, gdzie chcemy od razu dostać się do gondoli Caron, która w połączeniu z wahadłem Cime Caron wywozi nas na najwyższy punkt ośrodka czyli szczyt Cime Caron (3200m n.p.m.) W samym Val Tohrens o mało co bym nie pomylił trasy i nie zjechał pod krzesełko Boismint. Na szczęście Olek jest czujny jak ważka i w porę mnie zatrzymuje. Z Cime Caron podjeżdżamy pod gondolkę Grand Fond. To ciekawe kolejka na mapkach zaznaczona jako wahadło. Natomiast jest to "prawie" normalna gondolka ze znacznie rzadziej zawieszonymi i większymi wagonikami - jeden mieści do 33 osób. Z tego powodu "załadunek" narciarzy odbywa się w 3 sektorach. Widok na dolinę wraz z Les Menuires i Val Thorens Dojeżdżamy do części Orelle, tam rozstajemy się wstępnie. Olek chce pojeździć, a ja usiąść w knajpce na małą przerwę. W tym regionie jest tylko jedna restauracja. Za pierwszym razem mijam ją, bo sensowny dojazd jest tylko z niebieskiej trasy Gentianes, a ja pojechałem czerwoną Maurienaise. Stąd rad nie rad, wciągam się krzesełkiem Rosael na górę i następuje druga próba. Tym razem jadę prawidłowo, ale po odpięciu nart i podejściu widzę na miejscu dzikie tłumy - w takich warunkach nie chcę odpoczywać, więc lecę na krzesła Peyron i Bouchet. Później wracamy do Val Thorens i rozpoczynamy powoli powrót do Meribel. Po obiedzie znowu oddzielnie ujeżdżamy ulubione stoki w Meribel Center czyli ze szczytów Tougnet, Roc de Fer i Saulire. Przy tej ostatniej na chwilę trasa niebieska jest zamknięta, ląduje śmigłowiec i zabiera szybko delikwenta do szpitala. Dzień bardzo udany, ponad 77km i prawie 15 tys w pionie Dzień czwarty Właściwie cały dzień spędzę jeżdżąc sam, moim głównym celem jest Point de la Masse (2804 m n.p.m.) oraz inne trasy w Les Menuires, bo wczoraj tylko mignęliśmy przez tą część ośrodka. Start tradycyjnie gondolka w La Tani i krzesłko na Col de la Loze. Topografię ośrodka znam już tu nieźle, więc nigdzie nie zatrzymuję się żeby sprawdzić trasy. W Les Menuires stoję w dość długiej kolejce do gondolki Point de la Masse. Ale nie taki diabeł straszny, bo kolejka bardzo szybko idzie, dzięki ustawieniu lin troche na wzór kolejek lotniskowych. Nikt się nie wpycha/przepycha. Stoimy, a właściwie cały czas powoli poruszamy się dwójkami. Naprawdę świetna organizacja. Myślę, że nie stałem dłużej niż 3-5 min. Na szczycie jest piękny taras widokowy. Nie omieszkuje obejść go dookoła i cyknąć wiele fotek okolicznym górom I jeszcze coś dla ducha:-) Trasa przy gondolce Bruyers bardzo mi pasuje, jest pusta, długa, a kolejki do gondolki nie ma wcale. Zjeżdżam tam dwa razy i po 13:00 postanawiam wrócić na stoki w Meribel. Kolekcja zagubionych rękawiczek na stacji pośredniej w gondolce Saulire:-) Dzień 5 i 6 w sumie dość podobno do siebie, jazda głównie w Coruchevel i Meribel. Skocznia narciarska w Coruchevel nieopodal krzesełka Foret W sobotę około 16:00 kończę jeździć (reszta już czeka;-). Przebieranie i pakowanie się idzie nam bardzo sprawnie i ruszamy w trasę powrotną. Zaplanowany mamy nocleg w Karlsruhe na który docieramy około 22:30. Rano pobudka i przed 7:00 jesteśmy na trasie. Droga przebiega bezproblemowo, około 18:20 meldujemy się w domku po wcześniejszym odwiezieniu Bagieta. Podsumowanie, troche dłuższe niż zwykle bo i wrażeń sporo:-): Bardzo udany wyjazd, przejechane ponad 400 km (same zjazdy) i 80 tys w pionie. Bez żadnych kontuzji, wypadków itp. Co do samego ośrodka mam trochę mieszane uczucia. Na plus: - cudne widoki, naprawdę zapierają dech w piersiach, dodatkowo mieliśmy farta i byliśmy tam chwilę po dużych opadach śniegu, - piękne trasy, zarówno te wysokogórskie, ciągnące się powyżej lasu, jak i również te zalesione, pokręcone, bez zbędnych niwelacji terenu z naturalnymi garbami - coś pięknego, - kwatera przy stoku, mega wygoda, którą dane mi było zakosztować drugi raz, dodatkowo w bardzo rozsądnych pieniądzach, - bardzo dobre jedzenie w knajpach, generalnie knajpki na wysokim poziomie niestety też cenowym, ale o tym w minusach:-), - mnóstwo śniegu, - poruszanie się po całym ośrodku jest właściwie bezproblemowa, no może tylko brakuje oznaczeń numerkowych na trasach, ale po pewnym przyzwyczajeniu się to tez nie jest problemem. - z miejscowości do miejscowości zazwyczaj są 2-3 opcje dojazdu, co powoduje, że przy tej liczbie ludzi nie było wąskich gardeł, Na minus - całkiem sporo ludzi w dodatku bardzo wielu słabo jeżdżących. I nie są oni problemem, gdy jadą wolno. Niestety dość często widziałem osoby praktycznie niepanujące nad nartami jadący absolutnie za szybko na ich możliwości, - bardzo duża liczba Anglików, którzy często zachowują się po prostu głośno, zarówno w gondolkach jak i na krzesełkach, - trochę irytujące te pochylnie przy wielu gondolkach, człowiek musi się nałazić. Tu za chlubne wyjątki dam gondolki Chenus w Courchevel i na Point de la Masse, których perony były na wysokości gruntu, - przygotowanie tras jednak słabsze niż we Włoszech i Austrii, zauważyłem to już przy pierwszym pobycie we Francji w L2A, ale sądziłem, że może to specyfika trochę mniejszego ośrodka, - ceny na stoku, wyraźnie wyższe niż we Włoszech czy Austrii o jakieś 20-30%, piwo 10-12 euro, obiad praktycznie poniżej 20 euro nic nie ma, zazwyczaj 25-30 euro, Suma summarum, mimo tych minusów Francja narciarsko jest świetna i na pewno tam wrócę. Zarówno do 3 dolin, jak i mam smaka na odwiedzenie Paradiski oraz Espace Killy.
  8. Pierwszą czterodniówkę w sezonie 2025/2026 czas zacząć. Kierunek SkiAmade. W planach było pojeżdżenie głównie w ośrodku Flachau/Wagrain/Zauchensee, ale również wyskoczenie na 1 dzień do ośrodka 4-Berge czyli Schladming. Startujemy w środę wieczorem, tym razem do stałej 3 osobowej ekipy dołącza kolega ze studiów Garwol. Na kwaterę dojeżdżamy po 7:00. Fajnie, że możemy się na nią wbić rano - można się przebrać ciepełku:-) Przed 8:30 parkujemy pod samą gondolką Achterjet. O dziwo już jeździ, mimo oficjalnej godziny startu 8:30. Pogoda piękna, dodatkową atrakcją są zalegające mgły w dolinach. Do południa jeździmy we Flachau, ujeżdżając trasy przy gondolkach Achterjet, Rote 8er i Flaying Mozart. Ta ostatnia ma ciekawy przebieg pod trasą narciarską. A same trasy takie jak lubimy, długie (po 5km) pokręcone, częściowo położone w lesie - jest pięknie. Około południa przebijamy się wahadłem G-Link do części Wagrain-Alpendorf. Tu jest znacznie mniej ludzi, w większości jeździmy po trasach sami. Dzień drugi, poranek zapowiada piękny dzień. Kwaterę mamy naprzeciwko małego ośrodka (2 krzesła) w Eben. Tam nie zawitamy podczas tego pobytu. Jak widać główna trasa przy Achterjet w grudniu dość mocno zwężona, w niedzielę będzie z tego powodu mały armagedon, ale nie uprzedzajmy faktów:-) Z Marcinem od razu lecimy do Kleinarl z pomoca gondolki Panorama Link. Tam kilka razy jeździmy wzdłuż krzesła Lumberjack, gdzie są świetne, puste trasy. Później zjeżdżamy do Falchauwinkl, wsiadamy w skibusa, który wiezie nas (całe 800 metrów) pod gondolkę Highliner i tam ujeżdżamy trasy pomiędzy Flachauwinkl i Zauchensee. Ludzi troche przybywa, ale trasy wzdłuż gondolki Roskopfbahn są praktycznie puste. Obiadek przy powrocie do Flachau jemy w knajpce gdzie robiliśmy pierwszy odpoczynek (Winkelalm) - jedzenie jest pyszne. Na koniec dnia razem z Wojtkiem czekamy na zachód słońca na głównym szczycie we Flachau czyli Griesenkoreck, a później przy zachodzącym pieknie słoneczku jedziemy na parking Dzień 3 Dzień trzeci to ośrodek 4-Berge. Parkujemy w Gleiming przy gondolce Reiteralm SilverJet. Najpierw jeden zjazd kontrolny z powrotem pod gondolkę SilverJet, a później na Hochwurzen. W Hochwurzen robimy dwa zjazdy, jeden powrotny do Pichl, drugi już do Schladming. Trasy w tych ośrodkach są naprawdę długie, praktycznie każda po 5-6km. Stąd raptem po 4 zjazdach mamy już ponad 20 km zjazdów i 4,5 tys verticala. Śniegu poza trasami niewiele. W Schladming kierujemy się na szczyt Planai. Tu mylimy trochę trasę i niepotrzebnie wciągamy się orczykiem, zamiast od razu podjechać do krzesła Marchenwiesebahn, bo i tak musimy pod nie wrócić. Na usprawiedliwienie dodam, że orczyk wydawał się świetnym pomysłem zwłaszcza, że do krzesełka była duża kolejka, a na mapce wyglądało, że dalej możemy pojechać trasą nr8:-) Krzesełko to jest niestety dużym minusem w ośrodku, bo jadący zarówno w stronę Hauser Kaibling, jak i z powrotem, trzeba z niego skorzystać. W Hauser zjeżdżamy wszelkimi możliwymi trasami, dodatkowym atutem jest znacznie mniejsza liczba ludzi niż na Planai. Po 13 rozpoczynamy powrót do Reiteralm. Najdłużej schodzi mi przejazd z Planai do Hochwurzen. Po przebiciu się przez krzesło o którym wspominałem wcześniej, trzeba zjechać pod łącznikową gondolkę Planai West, a później gondolka, krzesełko i gondolka na szczyt Hochwurzen. Tak się tym zmęczyłem, że pod ostatnią gondolką siadam coś przekąsić:-) Ostatni wjazd robię wolnym krzesełkiem Reiteralm I Dzień 4 Ostatni dzień, jeździmy we Flachau. Ja od razu cisnę do Zauchensee z jednym dodatkowym zjazdem do Flachauwinkl. I w Zauchensee spędzam praktycznie cały dzień Ludzi jak na niedzielę jest całkiem umiarkowana liczba, praktycznie nigdzie nie stoje w kolejkach do kolejek. Ostatni zjazd do Flachau, no istne szaleństwo. Jeszcze bardziej sie utwierdzam w przekonaniu, że spędzenia całego dnia w Zauchensee to był świetny pomysł:-) Myślałem, żeby zjechać jeszcze pod krzesło przy trasie nr 1, bo w końcu była otwarta, ale widząc to co na zdjęciu zrezygnowałem i "pomknąłem" na parking. Na parkingu szybkie ogarnianie się i w domu melduję się w okolicy 1:00. Kila słów podsumowania: Skiamade jest bardzo fajne, trasy są długie, pokręcone, często poprowadzone w lesie. Położone głównie po stronie północnej lub w linii wschód - zachód. Stąd praktycznie wcale nie płynęły mimo dość wysokich temperatur - około 10 stopni na plusie w najcieplejszym momencie dnia. Na pewno odwiedzę jeszcze ten ośrodek i inne jego części czyli doliny Gastein, Grosarl oraz Hochkonig.
  9. Dodatkowo w Kals bodajże tylko jedna trasa ma ekspozycję stricte południową więc stoki bardzo dobrze się trzymaly. W tym czasie co byłem to w Hailigenblut niestety po 13 na bylo już bardzo miekko.
  10. Niestety w tym terminie duże ośrodki, których nie znasz to trochę lipa. Będzie dużo ludzi, a z powodu nieznajomości ich możesz się nieświadomie pakować na najbardziej oblegane trasy i wyciagi. Popatrz na Osttirol i mniejsse ośrodki: Hailigenblut, Kals-Matrei, Silian i St Jacob, ewentualnie dwa w samym Lienzu. Byłem tam w terminie lutowym i naprawdę dało się sensownie pojeździć. Kwatera chyba najlepiej w Lienzu. Noclegów szukałem wysyłając zapytania poprzez osttirol.com. Na wymienione osrodki jest wspólny skipass pod nazwą Topskipass. Obejmuje on wiele ośrodków w Osttirolu i Karyntii. Ewentualnie możesz też popatrzeć na Nassfeld, bardzo fajny ośrodek ale jednak potrafi w pewnych miejscach się przykorkowac, zwłaszcza dolna gondolka, ale byłem tam dwa razy w lutym i dało się bardzo fajnie pojezdzic
  11. cyniczny

    Rowerowe eskapady - relacje

    Dzień 3 Widok rano z okna z pokoju Marcina i Sylwka - obłędny. Dodatkowo po burzy nie zostaje nawet ślad i dzień zapowiada się ponownie piękny i słoneczny. Dzisiaj w planach przejazd przez dwie granice, bo nocleg planujemy już w Austrii. Poranek dość chłodny, ale nie ubieramy się zbyt mocno, bo czeka nas 6 km głównej części podjazdu na przełęcz Predel (1156 m n.p.m.) Najbardziej stroma część jest do krzyżówki gdzie odbija droga na Mangart. Po drodze mijamy urokliwą mieścinę Strmec na Predelu. droga na podjazd pod Mangart - najbardziej stromy podjazd w Słowenii. Niestety nie tym razem, choć nie powiem kusiła:-) Przed przełęczą znajdują się ruiny fortu Predel, który pełnił ważną role podczas wojen napoleońskich. I sama przełęcz Z przełęczy krótkim zjazdem zjeżdżamy nad jezioro Predil Po odpoczynku czeka nas jeszcze 8 km pod górę do Sella Nevea. Z miejscowości czeka nas około 10 km zjazdu doliną Reklanska do Chiusaforte. W Chiusaforte wbijamy się na słynny szlak rowerowy Alpe Adria. Szlak prowadzi po dawnej linii kolejowej Tarivsio - Carni i obfituje w liczne tunele i mosty. A widoki ponownie obłędne. No ale wszystko co dobre szybko się kończy i w Pontebba skręcamy na przełęcz Nassfeld - ostatni z konkretnych podjazdów na tej wycieczce. Podjazd jest porównywalny z podjazdem na Vrsic. Według profilu trochę łatwiejszy - 13km długości ze średnim nachyleniem około 7,5%. Z tym, że pierwsza połowa podjazdu przypada na jazdę w pełnym słońcu, bo niewiele jest miejsc zacienionych, a temperatura oscyluje w okolicy 30 stopni. Natomiast widokowo jest pięknie. Za widocznym tunelem w miarę zdobywania wysokości temperatura przestaje tak doskwierać. I jeeest, ostatnia większa przełęcz za mną. Na przełęczy, jeszcze po włoskiej stronie czuję konieczność uzupełnienia kalorii i szybko zamawiam zupkę Minestrone czyli włoską jarzynową - przepyszna. Jedyne czego mi brakuje na przełęczy to tabliczki z nazwą państwa. Przydałaby się fotka do kolekcji:-) Z przełęczy czeka nas ponad 20 kilometrowy zjazd praktycznie pod samą kwaterę:-) Sam zjazd jest już średnio ciekawy, sporo w lesie, mało widoków. I już w dolinie W Hermagor robimy jeszcze niezbędne zakupy i po 4 km meldujemy się na kwaterze. Właściciel pokazuje nam swoje elektroniczne cuda (elektronik amator:-)) typu drzwi balkonowe otwierane i zamykane pilotem, jakieś światełka itp. Na obiadokolacje jedziemy w cywilnych ciuchach na rowerkach. tam spożywamy znaczne ilości kalorii:-) statystyki dnia 3-go Dzień 4 Rano pobudka klasycznie około 7:00. Po 8:00 zbieramy się na ostatni nasz rowerowy dzień. Dzisiaj czeka nas jeden podjazd 6km, którym chcemy się przebić do doliny Drawy, ale pierwsze 20km jedziemy w dół doliną rzeki Gail. Dzisiaj według prognoz ma być pochmurno, nie licząc 2-3h rano i faktycznie prognozy sprawdzają się całkiem, całkiem. Za chwile szybki zjazd do widocznego w dolinie Villach. Tam wjeżdżamy na ścieżkę wzdłuż Drawy. Lubię w miastach ścieżki wzdłuż rzek, zazwyczaj przejazd nimi przebiega bez żadnych komplikacji. Brak krzyżówek, świateł, często rozdzielony ruch pieszych od rowerzystów. Ostatni odpoczynek przed metą I koniec, jeszcze mała toaleta w pobliskim potoku przed podróżą i kebabtaller:-) statystyki dnia 4 I cała trasa Kilka słów podsumowania. Przejechaliśmy niecałe 400 km i ponad 6,3 tys. m. w pionie. Wycieczka pod każdym względem wyjątkowa. Trudne podjazdy, szybkie zjazdy, przepiękne widoki i wspaniała natura. No i oczywiście sprawdzeni w bojach towarzysze podróży czyli Marcin i Sylwek - bez nich na pewno by się to nie udało. Wszystko to sprawiło, że wyjazd ten był najpiękniejszym na którym byłem. Jedynie mała łyżeczka dziegciu to hałas motocykli na głównych podjazdach, który momentami bywał męczący zwłaszcza na przełęcz Vrsic, ale w żaden sposób nie odebrał mi przyjemności z wycieczki. Co do odwiedzonych krajów, to na pewno na wyróżnienie zasługuje Słowenia. widokowo obłędna, cenowo całkiem umiarkowana i ten słowiański luzik:-). Włoski odcinek również przepiękny, zwłaszcza kawałek Alpe-Adria. Natomiast Austria z uwagi na tak poprowadzoną trasę, trochę nie miała możliwości pokazania swoich największych walorów, które znam m.in. z wyjazdów narciarskich. Ale co się odwlecze to nie uciecze i na pewno do Austrii jeszcze zajrzymy rowerowo:-)
  12. cyniczny

    Rowerowe eskapady - relacje

    Ponizej fotorelacja z 4 dniówki po trójstyku Austria, Słowenia i Włoch. Rower zapakowany (na razie na próbę) - czas na kolejną 4 dniówkę. Tym razem spełnienie kolarskich marzeń czyli czas na Alpy:-) Dzień 1 Ruszamy z domu po 20:00, cała noc w podróży i rano znajdujemy się w zupełnie innych okolicznościach przyrody. Samochód parkujemy w Ferlach na bezpłatnym parkingu - jeden pan z kampera miał jakieś uwagi, ale je zwyczajnie olaliśmy. rzeka Loiblbach nieopodal parkingu Pierwsze kilometry już są mega widokowe W pewnym momencie dość zaskakująco ścieżka rowerowa prowadzi przez teren elektrowni wodnej Freibach. Za Wildestein zjeżdżamy z głównej drogi w kierunku dzisiejszego głównego podjazdu na przełęcz Seebergsattel (1215m) będącej jednocześnie przejściem granicznym ze Słowenią. Sam podjazd nie jest zbyt trudny: długość około 14 km, przewyższenie 650m, średnie nachylenie 4,5%, max 9%. Pierwsze kilometry podjazdu robimy bardzo ładną ścieżka rowerową. Na pierwszym popasie użera mnie w kostkę osa czy też pszczoła - gniazdo było na schodach. Ból dość duży, ale nie widać żadnej opuchulizny i szybko mija. Na przełęczy Zjazd nie jest zbyt szybki, po pierwsze serpentyny, po drugie widoki, aż się nie chce zjeżdżać:-) Mala i Velka Boba - dwutysięczniki w paśmie Alp Kamnickich Zjazd wzdłuż rzeki Kokra - krótki lewy dopływ Sawy, raptem 34 km, ale rzeka mega urokliwa. Tu tez pierwszy raz stykamy się z niesamowitą przezroczystością tutejszych rzek W okolicy Hrib odbijamy na chwilę z trasy nad urokliwe jeziorko Crnava. Boczne drogi w okolicy Trzic. Ostatni krótki podjazd tego dnia w okolicy miejscowości Hudi Graben W między czasie klepiemy mailowo nocleg w Begunje na Gorenjskem. Po dojeździe i lekkim odświeżeniu idziemy z buta na zasłużona obiadokolację. Statystyki 1 dnia Dzień 2. Wstajemy standardowo po 7:00 i w ciągu godzinki ogarniamy się. Pierwsze kilometry to zjazd do doliny rzeki Sava Dolinka, która w okolicy Radovlijca wraz z Sava Bohinjka tworzą Sawę - największy prawy dopływ Dunaju o długości ponad 900 km. Dzisiaj pierwszy punkt programu to malownicze jezioro Bled z pięknie położonym kościółkiem na wyspie i górującym nad jeziorem najstarszym zamkiem na Słowenii. Samo jezioro nie jest zasilane żadną większa rzeką, a w północnej części znajdują się źródła termalne, co powoduje, że jest jednym z najcieplejszych w Alpach, ale jakoś na kąpiel o tak wczesnej porze nie mamy ochoty:-) Za Bledem wjeżdżamy boczną drogą do Triglawskiego Parku Narodowego i kierujemy się w kierunku Jesenic. Od Jesenic do Kranjskiej Góry gdzie zaczyna się główny podjazd na Vrsic mamy jeszcze kilkanaście kilometrów fantastyczną ścieżką rowerową. Za Kranjska Gora dojeżdżamy do jeziora Jasna za którym zaczyna się podjazd na przełęcz. Różne strony różnie podają zarówno długość podjazdu jak i wynikające z tego średnie nachylenie. Generalnie zasadnicza część podjazdu ma około 10 km i średnie nachylenie 7.5%. Najtrudniejsze są ostatnie 2,5 km, tam nachylenie rzadko spada poniżej 10%, a są odcinki i po 14%. Wiele zakrętów jest z brukowanej kostki, trochę mnie to martwi biorąc pod uwagę czekający nas zjazd z przełęczy. Słoneczko w trakcie podjazdu zaszło za chmury. Nie narzekamy, mając nadzieję że łaskawie wyjrzy zza chmur podczas zjazdu. I jeeest, podjazd wszedł o dziwo bardzo dobrze. Na przełęczy spędzamy około 40 minut, jest baaardzo widokowo. A w międzyczasie słoneczko wychodzi zza chmur - tak było umówione. ciastko Gibanica - lokalny przysmak, bardzo dobre...takie niesłodkie;-) Czas w końcu ruszać dalej, przed nami prawie 30 km zjazdu do Bovec. Sylwek szaleje na zjeździe, a jest gdzie poszaleć, bo w odróżnieniu od podjazdu, nawierzchnia na zjeździe jest idealna. Baz żadnych fragmentów brukowanych czy mocno spękanych. Po kilkunastu kilometrach zjazdu jesteśmy w dolinie rzeki Soca. Jako jedna z nielicznych ma ujście bezpośrednio do morza Adriatyckiego, a dokładnie do zatoki weneckiej. Jej wody są krystalicznie czyste. Po zjeździe jedziemy do centrum Bovec po zaopatrzenie na wieczór. Kwaterę udało się zaklepać w sensownej cenie 120 euro za dobę w Log pod Mangartem. W sensownej, ponieważ na booking ceny rozpoczynały się od 180 euro za 3 osoby. Z Bovec mamy 10 km pod górę wzdłuż rzeki Koritnica. Jak zawsze na dodatkowe wieczorne zapasy wożę mały plecaczek z Decathlona 10 litrowy - przydaje się bardzo. Na kwaterę jedziemy dość wartko, bo według prognoz może popadać i to konkretnie. Na szczęście całą burzę zatrzymuje masyw Jerebicy (2126 m n.p.m.) i w dolinie nie spada ani kropla deszczu. Tradycyjnie po ogarnięciu sie na kwaterze idziemy coś zjeść. Pobliska hotelowa restauracja jest zamknięta, bo "po sezonie". Kolejna wygląda na zbyt wyszukaną dla nas - przynajmniej po zdjęciach potraw. Ostatnia (restauracja Brunarica) znajduje się około 600 m od kwatery. Menu krótkie, ja z Marcinem zamawiamy Zlikrofi with Bakalca, czyli pierożki z gulaszem, Sylwek Burgera. Statystyki dnia 2
  13. cyniczny

    Rowerowe eskapady - relacje

    A w tym roku, bodjaże ostatni etap Tour de Czech kończył się na przełęczy Pustevny. Z tym, że oni podjeżdżali tą wąską drogą, którą myśmy zjeżdżali. No, ale oni jechali tydzień po nas:-D
  14. cyniczny

    Rowerowe eskapady - relacje

    Dwa tygodnie temu udało się ruszyć na kolejna weekendówkę. Tym razem padło na Beskid Śląsko-Morawski. Startujemy jak zwykle w piątek po robocie, kwaterę mamy zaklepaną na campingu w Horni Becavy, na którą dojeżdżamy przed 21:00. Sam meldunek przebiega dość wolno, bo następuje zmiana domku z nr 14 na nr 5. Czesi to wyluzowani ludzie i pan z obsługi pokazuje nam tylko kierunek mniej więcej gdzie ten domek się znajduje - identycznych domków jest ponad 20. Ciemności zapadają dość szybko i znalezienie naszego lokum zajmuje ładnych parę, a może i paręnaście minut. No ale w końcu jest - warunki mocno spartańskie, ale jest czysto i dla naszej dwójki miejsca aż nadto:-) Rano na ta trasę ruszamy około 9:30, dość późno, ale dzień cały czas długi, więc mamy czas. Po niespełna 4 km lekkim zjeździe doliną Roznovskiej Becvy, rozpoczynamy pierwszy podjazd tego dnia na przełęcz Pustevny (1018 m n.p.m.) Sam podjazd ma długość około 10km (536 m w pionie) ze średnim nachyleniem około 5,5%. Sztywniejsza jest druga połowa podjazdu gdzieś od 5 kilometra - nachylenia praktycznie cały czas oscylują na poziomach 7-9%. Na przełęczy znajduje się kilka schronisk i tam spędzamy krótką chwile na odpoczynek. Jest tu sporo ludzi, głównie dlatego, że na górze jest duży parking i większość wjeżdża tu samochodami. Zjazd jest dość wąską drogą o świeżo położonym asfalcie. Niestety rozpędzić się za bardzo nie ma jak, bo i nachylenia spore i dużo osób podchodzi/podjeżdża tą stroną. Ale widoki zwłaszcza na samym początku zjazdu są bardzo ładne. Zjazd z przełęczy jest dość długi, ponad 20 km w dół, aż do Frydlanta - jakieś małe hopki są po drodze, ale bardzo krótkie. Z daleka widać główny cel dzisiejszego dnia, szczyt Lysa Hora z charakterystycznym masztem na szczycie. W okolicach Frydlantu jedziemy bardzo fajną ścieżką rowerowa wzdłuż Ostravicy, prawego dopływu Odry. Przed miejscowością Prazmo zaczynamy jazdę w górę, najpierw 7 km doliną rzeki Mohelnica. Tu nachylenia są niewielkie, przy okazji obserwujemy akcje gaśniczą - "ktoś styrte podpalił":-) Po 7 km w Papezovie skręcamy na kulminacyjny podjazd na Lysa Horę. No cóż, podjazd jak dla mnie był mega trudny. Pierwsze 1,5 km to dwie ścianki po około 500 metrów z nachyleniami 13-14% (przedzielone 5% wypłaszczeniem). Ten odcinek na świeżości wchodzi mi całkiem gładko. Później kolejne 1,5km to dość płaski odcinek, a nawet kawałek jest w dół. Od 3km zaczyna się najtrudniejsza część. Przez kolejne 3km nachylenia cały czas po 8-9%. Od 6km już jest miazga, bo nachylenia równo trzymają 10-12%, dodatkowo wyjeżdża się z lasu na całkiem długą prostą i jak na złość słońce również wychodzi zza chmur. Na 1,5km przed końcem podjazdu muszę zrobić krótkiego stopa (myślę że około 1minuty), bo mnie przytkało solidnie. Po odpoczynku wjeżdżam na szczyt. Na szczycie jestem konkretnie umordowany, w sumie trochę nie wiem co ze sobą zrobić:-) Najpierw staje w kolejce w schronisku, żeby coś kupić do picia, ale ludzi mnóstwo i kolejka wcale się nie rusza. Postanawiam w końcu zrobić pamiątkowe zdjęcie przy tabliczce, przy okazji zauważając budkę, głównie z napojami. Tam kupuje wodę, kofolę i zupkę ala kwaśnica, którą wchłaniam w ciągu minuty:-) Chwilę jeszcze kontempluję widoki, ale jestem wypruty na maksa i nawet zdjęć nie chce mi się robić. W międzyczasie dostaję wiadomość od Marcina, że czeka na mnie w połowie podjazdu, więc rad nie rad zabieram dupę troki i zjeżdżam do niego. Zjazd jest słaby, mocno nierówny asfalt, dodatkowo mocne nachylenia, które powodują, że chwilowe puszczenie klamek wystrzeliwuje rower jak z procy, trzeba mocno uważać:-) Po zjeździe zatrzymujemy się kilka kilometrów dalej w przydrożnej knajpce. Tam dzielimy się wrażeniami z podjazdu. Za długo nie marudzimy, bo na kwaterę mamy jeszcze ponad 40 km, w tym dwa podjazdy po około 4 km. Jedziemy w kierunku zbiornika zaporowego Sance na Ostravicy. Najpierw mamy prawie 1,5 ostrego zjazdu po grubym szutrze, na szczęście w końcu dobijamy do asflatu i tam jedziemy już w miarę sprawnie. Sam zbiornik z drogi widać tylko momentami pomiędzy drzewami. Przez Stare Hamry docieramy do drogi 56 (jechaliśmy nią samochodem na camping) i z niej ruszamy na przedostatni podjazd. Podjazd nie jest zbyt trudny, ale mamy już w nogach ponad 100km i ponad 2 tys w pionie. Na górze odpoczywamy chwilę i zjeżdżamy w dół, na jeden z ładniejszych dzisiaj zjazdów. W Podolankach ruszamy na ostatni podjazd tego dnia, początek nie zapowiada nic złego;-) Cisza, spokój, ładna droga, jest sielsko. Niestety ostatnie 600-700 metrów to gruby szuter i nachylenia 14-18%. Ledwo wtaszczam się na górę. Sam zjazd jest już po bardzo przyjemnym asfalcie. Obiadokolacje pochłaniamy w restauracji mieszczącej się w hotel Relax Valaska. Jedzenie jest bardzo dobre, ja zamawiam karkówkę z ziemniaczkami pieczonymi, a Marcin kotlet z piersi kurczaka z ziemniaczkami z wody. Statystyki 1 dnia - wpadł rekord przewyższeń, bo wyszło ponad 2600 m w pionie, Rysy zdobyte:-) Na drugi dzień na śniadanie jesteśmy na otwarciu, czyli równo o 8:00. Ludzi full, ale szybko się ogarniamy, przy okazji łapię jeszcze jednego banana z fajną naklejką:-) No cóż, nie ma przypadków...:-) Drugiego dnia w pierwszej kolejności uderzamy na pobliski zbiornik Horni Becva. A później lecimy na podjazd, który zaprowadza na przełęcz na granicy czesko-słowackiej. Sam podjazd ma około 8km, ale nachylenia są dość łagodne, tylko 1 km trzyma około 6-7%, reszta to 4-5%. Na przełęczy wjeżdżamy na Słowację, ale tylko na chwilę, bo po skręceniu w drogę 487 ponownie jesteśmy w Czechach. humory jakby lepsze niż wczoraj:-D Teraz czeka nas około 60 km drogi prowadzącej generalnie w dół doliną Vsetinskiej Becavy. W większości pokonujemy ją fajną ścieżką rowerową. W wielu miejscach czuć zbliżającą się jesień. Bardzo fajna miejscówka nad niewielkim zbiornikiem Balaton. W okolicy miejscowości Bystricka, skręcamy z doliny w kierunku zbiornika o tej samej nazwie. Jeszcze tylko kilka machnięć korbami i będziemy na koronie. zbiornik Bystricka Malownicza droga do Valasska Bystrica. Po krótkim podjeździe i szybkim zjeździe docieramy do Rožnov pod Radhoštěm. Tam wbijamy się na kolejną fantastyczną drogę rowerową wzdłuż Roznovskiej Becavy I koniec, jeszcze tylko posiłek w tej samej knajpce co wczoraj i po 16:00 ruszamy do domu, gdzie melduję się o 21:00. Statystyki drugiego dnia
  15. i tu jest właśnie problem
  16. cyniczny

    Rowerowe eskapady - relacje

    Dwa ostatnie weekendy spędziłem pod namiotem, ale rowerek tez nie omieszkałem zabrać:-) Najpierw było Ponidzie i camp Gacki, Rowerowo wyszła ładna trasa, zwłaszcza świetna trasa rowerowa Wiślica - Proszowice (przejechałem odcinek Wiślica - Kazimierza. W okolicy Stradowa trafił się też kapitalny wąwóz, a później malownicza polna droga do Kozubowskiego Parku Krajobrazowego. Drugi weekend wyszedł nad jeziorem Druglin Duży w okolicy Ełku. Piękne, ciche i ciekawe jezioro, bez skuterów, motorówek, z mnóstwem wysp i wysepek oraz urozmaiconą linią brzegową. Rowerowo wyszła ładna pętla, było trochę bruków, trochę szutrów, mało asfaltu. No i bardzo ładny leśny odcinek w okolicy poligonu w Orzyszu.
  17. cyniczny

    Rowerowe eskapady - relacje

    Sylwek też już dolatuje, Marcin daje znaka, że robi mały popas w Siennie. Z punktu widokowego na przełęcz jest około 500 metrów. Przełęcz zalesiona i bez widoków, ale za to z ławeczką na której czekamy na Marcina. Po zjeździe i odbiciu z DW 392 asfalt mocno się pogarsza. Za to jedziemy w ciszy, bez innych pojazdów nie licząc 4 gości na elektrycznych monocyklach - jest sielsko. W Żelaźnie nie omieszkamy skorzystać z tutejszej atrakcji:-) Przed metą czeka nas jeszcze ostatni podjazd w okolicy Pokrzywna. Sam podjazd jest równiuteńki, ale już zjazd od ulicy Sienkiewicza to łata na łacie. Już wcześniej zdecydowaliśmy, że nie ma sensu jechać od razu na kwaterę, stąd spotykamy się w parku zdrojowym w Polanicy i lecimy na małe co nieco. Statsy dnia pierwszego Dzień drugi Drugi dzień, budzimy się koło 7 i powoli zbieramy klamoty. Samochody mogą zostać na parkingu, ale my pokój musimy opuścić rano. Przed jazdą Sylwek jeszcze lekko reguluje przerzutki w rowerze Marcina. Po drobnych regulacjach ruszamy na trasę. Dzisiaj czekają nas raptem dwa podjazdy;-) Podjeżdżamy w okolicę Szczytnik i tam króciutki zjazd do Szczytnej. Za Szczytną rozpoczynamy główną część pierwszego podjazdu, czyli zdobycie Lisiej Przełęczy (790 m. n.p.m.). Podjazd jest bardzo ładny, dobry asfalt i niewielki ruch. Z przełęczy szybkim zjazdem zjeżdżamy do Karłowa. Tam specjalnie mijamy nasze odbicie w lewo, bo potrzebujemy sklepu. Po powrocie na trasę chwilę odpoczywamy na przydrożnym kamieniu i kierujemy się w stronę granicy. Ta część trasy jest fantastyczna, zresztą praktycznie cała droga do Nove Mesto nad Metuji jest przepiękna. Trafia się też jedna stroma ścianka, dodatkowo główna część po kostce. Ale ogólnie jest przepięknie W Nove Mesto Marcin wynajduje świetną knajpkę, a w niej fantastycznego kurczaka z puree i grilowanymi warzywami - pyszota. Zamek i ryneczek w Nove Mesto Wszystko co dobre szybko sie kończy i ruszamy na ostatni podjazd tego dnia. Generalnie wspinamy się z 300 na prawie 800 m. n.p.m przez około 20 km. Niestety ten podjazd nie jest już tak fantastyczny jak poprzedni, asfalt sporo gorszy + wiele miejsc odsłoniętych i słońce daje popalić, a ostatnie 700 metrów podjazdu to dość mocno nachylony szuter z luźnymi kamieniami - lekko nie było. No ale w końcu osiągamy "drogę sudecką" i pędzimy w doł do Dusznik po drodze mijając wyciąg orczykowy "Jodła" Za Dusznikami jeszcze małe odbicie żeby do Szczytnej nie jechać DK8. Krótki podjazd z którego otwierają się całkiem ładne widoki - niestety na zjeździe asfalt hmm szkoda gadać. Od Szczytnej wzdłuż Bystrzycy Dusznickiej gnamy do Polanicy i na kwaterę po samochody. Z pod kwatery ruszamy po 17:00 i o 22:00 melduję się w domku jak zwykle zmęczony, ale szczęśliwy. Statsy drugiego dnia
  18. cyniczny

    Rowerowe eskapady - relacje

    Poniżej fotorelacja z dwóch pętli po Kotlinie Kłodzkiej. W piątek po robocie wyjeżdżamy na kolejny rowerowy weekend. Kwaterę mamy zaklepaną na przedmieściach Polanicy - Zdrój. Dojeżdżamy tam około 22:00, trochę rozmów i lulu. Rano nie śpieszymy się, jest lipiec więc dzień bardzo długi. U Marcina dużo zmian w rowerze, nowe koła i siodełko, u mnie zupełnie nowy rower - rama kupiona na wiosnę i przerzucone graty ze starego fuji + nowa korba GRX dając trochę lżejsze przełożenia niż klasyczny szosowy kompakt - najlżejsze wyszło 30-34 zamiast 34-34. Pierwsze kilometry to boczna droga omijająca kawałek DK8 na której ruch jest spory Przez Kłodzko przelatujemy błyskawicznie i jedziemy na pierwszą przełęcz Łaszczowa (592 m n.m.p.) Przełęcz zalesiona, więc zdjęć niet. Po zjeździe krótki popas w Dzbanowie na przystanku, później kierujemy się na Złoty Stok - na razie dość płasko. Za Złotym Stokiem zaczynamy podjazd na Przełęcz Jaworową (707 m. n.p.m.), Podjazd jest dość łagodny ma około 8 km i około 400 m w górę, a nachylenia nie przekraczają 10%. Dodatkowo poprowadzony głównie w lesie, co w słonecznym dniu daje wytchnienie, ale widoków zza wiele nie ma - choć gdzieś tam czasem można coś zobaczyć:-) Na przełęczy odpoczynek. Później szybki zjazd do ""Nie ma takiego miasta Londyn, jest..." Z Lądku do Stronia jedziemy ruchliwą DW 392, na szczęście obok jest całkiem fajna ścieżka rowerowa. Mijamy też zniszczoną tamę na rzeczce Morawka. Kąpielisko w Starej Morawie. Dość zaskakująco się do niego podjeżdża, bo początkowo droga jest znacznie niżej niż lustro wody. Od Stronia rozpoczęliśmy nowy podjazd - na przełęcz Puchaczówka (864 m. n.p.m.) Nachylenia do Kletna są dość łagodne - przy okazji przejeżdżamy koło kwatery w której swego czasu nocowaliśmy będąc na nartach w Czarnej Górze. Za Kletnem podjazd staje się trudniejszy, ale za to widoki i sama droga prima sort. Z Janowej Góry czeka nas krótki i szybki zjazd do Czarnej Góry. Tam ludzi tłum m.in. z powodu odbywającego się Runmagedonu. Nie zatrzymuję się tam ani na chwilę i lecę prosto na przełęcz. Punkt widokowy w okolicy przełęczy Puchaczówka (864 m. n.p.m.).
  19. cyniczny

    Moje Mielno

    wygląda na S79 prowadzącą na lotnisko
  20. cyniczny

    Moje Mielno

    I to już jest powód, żeby jechać tam w tym terminie, choćby na jeden dzień:-D
  21. cyniczny

    Rowerowe eskapady - relacje

    Dzięki Co do nachylenia, to mój nie zapisuje niestety takich danych, ale dość często obserwuje ekranik pod tym kątem i maks. jaki zauważyłem to było coś około 18%, ale raczej było to około 15%, przynajmniej ja tak pod noga odczuwałem. Coś ostatni mi ten czujnik barometryczny w edgu szwankuje i potrafi dziwnie skakać zwłaszcza na początku podjazdu/ścianki - na start potrafi pokazać niby 18-20%, a po chwili mimo iż nachylenie sie nie zmienia, opada nagle o 3-5% i taką wartość już utrzymuje.
  22. cyniczny

    Rowerowe eskapady - relacje

    Podczas ubiegłotygodniowego pobytu na Krecie (okolice Rethymna) udało się znaleźć czas na jedno przedpołudniowe rowerowanie. Trasa wstępnie zaplanowana już w domu, rower wypożyczyłem dzień wcześniej popołudniu tak aby móc ruszyć z samego rana dopóki temperatura jest jeszcze znośna. Początek trasy to około 12 km podjazd w okolice monastyru Arkadi. Podjazd ten wynosi mnie z poziomu morza na około 600 m n.p.m. Podjazd w środkowej części jest dość sztywny i na odcinku 2-3km trzyma stale powyżej 10%, nie ukrywam zasapałem się:-) Końcówka podjazdu już jest znacznie lżejsza Skoro był podjazd to musi być tez zjazd:-) A ten jest piękny, szeroka pusta droga ze świetnym asfaltem. Generalnie w tej części Krety wystarczy od wybrzeża odjechać na maks 5 km i już się ma drogi prawie dla siebie nawet te główniejsze nie wspominając o bocznych. W Amari zauważam otwarty sklep, a ze to prawie 50 km trasy robię mały popas. Wchodzi małe piwko, pani pyta (na migi:-) czy bym czegos lekko nie przekąsił i wjeżdża jeszcze pyszny ser i oliwki. W cieniu na tym mały skwerku kontempluję jakie mam zajebiste życie, że mogę odwiedzać takie miejsca:-) Po odpoczynku kieruję się w stronę Potami Dam Lake. Najpierw czeka mnie kolejny około 12 km podjazd, ale z takimi małymi ząbkami/mini zjazdami. Pozwalają one złapać trochę wytchnienia + nie jest on tak sztywny jak ten pierwszy więc podjeżdżam bez problemów. Nad jeziorem drugi i ostatni odpoczynek Pozostał ostatni około 5 km podjazd i 8 km zjazdu do Rethymno. Po drodze mijam malowniczy most Simas - według przewodników najwyższy kamienny most na Krecie. W dole Rethymno - moja meta Trasa przepiękna, generalnie żałuje, że na Krecie miałem czas tylko na jedno rowerowanie - poprzednio udało mi się wygospodarować dwa dni no, ale nie pojechałem tam sam, a plan zwiedzania był mocno napięty:-) I małe statsy z wycieczki
  23. cyniczny

    Ischgl

    Oni nagrywają w grudniu, a Ty pewnie jeździsz w lutym?
  24. cyniczny

    Nassfeld 26-29.01.2023

    W Nassfeld byłem ze trzy razy, praktycznie zawsze w lutym lub koniec stycznia czyli raczej w wysokim sezonie i raczej nie stałem dłużej niż 10 minut. Kluczem do sensownego w czasie wciągnięcia się gondolka jest bycie rzecz jasna z 5-10 min przed uruchomieniem gondolki. Dodatkowo ponieważ parkingi położone są kawałek od samej stacji my prawie zawsze podjeżdżaliśmy na nartach do stacji gondolki kawałek taką naśnieżona drogą i główną trasą i wchodziliśmy wejściem od strony stoku - tam praktycznie zawsze mniej ludzi do bramek i generalnie od razu blisko bramek jesteś. Tak to wygląda na mapce - czerwona kreska to ta droga A na zdjęciu ta droga po lewej za laskiem - jak widać mimo iz mało śniego ona zawsze jest naśnieżona - przynajmniej jak ja tam byłem No i przed południem nie radzę zjeżdżać trasą numer 80 na sam dół, bo wtedy trzeba odstać właśnie mniej więcej 30-40 minut.
  25. W sumie tak samo, czyli zjazd niebieska trasa nr 9 pod dolną stacje dwuosobowego krzesła i dalej czerwona 6 i czarna 5 pod ta sama gondolke z której ruszałem z Arabby, I tak tamtędy trzeba wracać na Belveder, bo to część pomarańczowej Sella Rondy. Ale tak jak pisze Jeeb lepiej zaparkować na Passo Fedaia i od razu stamtąd ruszać na dół do gondoli na Marmolade.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...