Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
23.06.2014 - 23.06.2014
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 23.06.2014 uwzględniając wszystkie działy
-
Ustroń Poniwiec - Mała CzantoriaDzisiaj wybraliśmy się na małą wycieczkę do odnowionego ośrodka Poniwiec w Ustroniu na zboczach Małej Czantorii.Ostatniej zimy niestety nie udało się pojeździcic tam na nartach, ponieważ nadeszła gwałtowna odwilż i nie zdążyli otworzyć zmodernizowanej trasy mimo naśnieżania. Po prostu zabrakło kilku mroźnych dni.Nowa kanapa prezentuje się dobrze. Dolna i górna stacja są skromne i minimalistyczne. Taśma rozbiegowa jest dla piechurów oczywiscie nieczynna i obsługa mocno zwalnia wyciag aby wygodnie usiąść i zejść z kanapy. Ruch turystyczny dzisiaj po południu bardzo mały, mimo to kanapa wolno, ale chodziła cały czas.Nie znałem starej trasy (ponoć był spory trawers), ale widać, że dużo wysiłku włożono w wyrównanie terenu i uzyskano jednorodnie nachylony stok prawie bez trawersu, może z minimalnym na dole, ale to nie powinno przeszkadzać w jeździe. Widać po śladach, że stok jest ubijany maszynowo, są tylko drobne kamienie więc z pokryciem terenu śniegiem nie powinno byc problemu. Stok powoli od góry zarasta trawą co powinno zabezpieczyć go przed erozją przez spływającą wodę. Poniżej kas, schodząc po schodach są darmowe, nowe, czyste toalety. Widać, że teren wokół ośrodka jest uporządkowany, ale jeszcze trochę szlifu by się przydało.Piętą ahillesową ośrodka chyba będzie dojazd w sezonie zimowym. Stroma wąska dróżka asfaltowa z nieliczymi mijankami to prawdopdobnie będzie wąskie gardło. Ale może sie mylę i jeszcze nad tym tematem będą wspólnie z miastem Ustroń pracować.Ośrodek ma tą zaletę, że jest pierwszym ze wszystkich jadąc od Skoczowa. Jakby jeszcze tak udało się go jakąś leśną trasą z Czantorią połaczyć to byłoby fajnie, ale nie wiem czy ukształtowanie terenu na to pozwala. Z uwagi na dość późna porę nie dotarliśmy pieszo na Czantorię. Zatrzymaliśmy się w połowie drogi w czeskim "schronisku", po to aby spożyć złocisty napój. Można płacić złotówkami. Kaucja za szklankę made in Poland "Krosno" wynosi 3 PLN. Napój 0,5 l - 6,5 PLN lub 5,5 PLN.Polski konik zjadający czeską trawę. Widoki po drodze i zejście rycerskim szlakiem do dolnej stacji kolejki.11 punktów
-
Cóż... ...dawno w tym dziale nie było żadnej relacji narciarskiej - pora to nadrobić! Na początku napiszę, że jestem dumny z Różowych Portek, bo to ona zaczęła sezon - i to jak?! 21 i 22 czerwca - dwa dni walki i pięknych szusów, a było to tak... Na początku wybór nart. Ze względu na mocno wywinięte dzioby i lepsze trzymanie "wiązadeł", padło na jasne. Szerokość i lekkość desek robi na nas wrażenie - obydwie mają pod spodem małe skegi. "Wyciąg", czyli motorówa jest lekka, a silniczek niczego sobie... Woda podobno była nawet ciepła... ...obowiązkowa kamizelka, postawa i "Portek" zalicza swój debiut narciarsko wodny! Niestety - pierwszy raz kończy się szczupakiem, nogi się rozjeżdżają. Drugi raz...kąpiel... Jeszcze raz postawa: Do trzech razy sztuka! Ja stoję na pomoście i jestem w szoku - Paula kręci pięć kółek po jeziorze niczym wytrawny narciarz wodny! Jazda po białym, w zimę chyba trochę w tym pomogła? In action! I zakręt: Radość z takiego nartowania jest wielka, uśmiech nie znika z twarzy wodniaczki. Drugiego dnia start nastąpił nieco później - na początku, kilka razy kąpanie. Powodem jest niestety silnik motorówki, który nierozgrzany najwyraźniej ma problem z wejściem na wysokie obroty, by móc błyskawicznie wystartować. Kamizelka kajakowa się przydała. Po kilku chwilach, jazda na maksa - siedem kółek, w tym dwa ostatnie na bardzo dużej prędkości... ...w końcówce ręce nie wytrzymały i nastąpiło miękkie wodowanie. Adrenalina, wrażenia, uśmiech - bezcenne! Pomost wita bohaterkę gromkimi brawami, ona sama - jeszcze dobrze nie wyszła z wody, a już mówi, że mało! Co tu dużo więcej pisać? Zuch Dziewczyna!...nie to co marboru, który i wody zimnej się bał, i odnowienia kontuzji kolana również... Wolałem nie eksperymentować - ale następnym razem? Kto wie... pozdrawiam marboru9 punktów
-
Skołowany zmiennymi doniesieniami o warunkach narciarskich w Kirgizji,postanowiłem sprawdzić je osobiście.Okazja się nadarzyła,bo zaprzyjaźniony pisarz jechał na pogranicze Afganistanu i Tadżykistanu po wenę i ucieczkę przed tłumem fanek.Dopiero w Biszkeku dolatywała jego żona,więc zaproponował mi funkcję co-drivera i mechanika,co z radością przyjąłem.Jego Vitara dostała nowe,profesjonalne podwyższone zawieszenie i baaardzo wielkie koła,które okazały się źródłem kłopotów,bo na wielkich dołach dobijając do rantu błotnika,cięły oponę.Przerobiłem w warunkach polowych zawieszenie,wspominając z nostalgią cięższe akcje z dawnych czasów na parkingach niemieckich autostrad i dalsza podróż po wyśmienitych drogach Ukrainy,Rosji,Kazachstanu i Kirgistanu przebiegła już bez problemów technicznych.Niestety nie udało nam się spotkać separatystów na wschodniej Ukrainie.Zamiast nich mieliśmy serię spotkań z oficjelami mijanych krajów-rosyjskim celnikiem,kirgiskim pogranicznikiem i dwoma patrolami kazachskiej drogówki.Wszyscy byli tak gościnni,że kosztowało nas to mnóstwo czasu a wypadku tych ostatnich także pieniędzy.Przyjąłem wersję,że to cena sławy mojego kolegi...Dlatego 5500 km w jedną stronę jechaliśmy aż 8 dni...Po dotarciu na miejsce okazało się,że śnieg jest tylko wysoko a heliskiing działa tylko zimą.Wyciągi,są na zdjęciach,takie sobie...6 punktów
-
Zbiornik zaporowy Chańcza, ujście Czarnej Staszowskiej i Łagownicy. Część III. Co innego Łagownica – tutaj, pośród traw i trzcin daliśmy radę przebić się i popłynąć pod prąd kilkaset metrów. Spotkaliśmy nawet na jej brzegu malutki, zamknięty domek ornitologów – ukryty a raczej dosyć mocno zakamuflowany przed otaczającym światem. W drodze powrotnej – podejmujemy próbę wpłynięcia choć trochę w Czarną Staszowską. Wysiłki spełzają na niczym, a w zasadzie jedyną korzyścią z tych manewrów, to piękne zdjęcia okolicznych piasków, czystej wody i zieleni. Nie dosyć, że płytko, to nurt jest na niej wartki. Ślicznie przed nami, ślicznie za nami – nic tylko chłonąć tę ciszę, spokój i fantastyczne widoki. Wszystko co dobre, kończy się szybko. Ruszamy w drogę powrotną i ponownie towarzyszą nam ptaki. Trasę wyznaczają promienie słoneczne. Patrzymy raz jeszcze w stronę dzikiej, zielonej krainy… ...po czym kierujemy kajak do naszej przystani i pomostu. Odprowadza nas do samego końca naszej wędrówki ptasi wartownik dzikich ostępów. Kończymy krótką przygodę ze Zbiornikiem Chańcza. Były emocje, była komercja i hałas, ale przede wszystkim i zwłaszcza dzięki tej drugiej odsłonie, kajakowej, zapamiętamy to miejsce przez pryzmat magii życia i nieskażonej przyrody. Gdzieś kiedyś wyczytałem, że pływanie po stałych zbiornikach wodnych jest nudne… …zdecydowanie się z tym nie zgadzam! Takie pływanie jest inne. Świętokrzyskie żegna nas cudownym krajobrazem… …mazowieckie wita, potęgą żywiołów: Gdy zatrzymuję się pod domem – deszcz ustaje, tak jakby za sprawą naciśniętego przycisku Off na pilocie. Bezpieczni docieramy do domu. pozdrawiam marboru3 punkty
-
Zbiornik zaporowy Chańcza, ujście Czarnej Staszowskiej i Łagownicy. Część I. Zaproszenie nad Chańczę miałem już od dawna i grzechem byłoby nie skorzystać. Wolna sobota, niedziela… …decyzja mogła być jedna – jedziemy! Szybkie pakowanie na dwa dni, Seawave do bagażnika i wyruszamy mimo niesprzyjających prognoz dotyczących pogody. Na miejscu jesteśmy ok 15 – na niebie przetaczające się ołowiane chmury – na szczęście nie pada. Witamy się z gospodarzami i z otaczającą nas wodą. Widok żagladla mnie, to zawsze coś pięknego. Ponieważ jest późno – nie rozkładam tego dnia kajaka, na rekonesans po zbiorniku udajemy się motorówką. Zbiornik zaporowy Chańcza umiejscowiony jest w województwie świętokrzyskim i utworzony na rzece Czarnej Staszowskiej, do której wpada rzeka Łagownica. Pięćdziesięciokonny, ryczący silnik (raczej nie przepadam za takim transportem na wodzie) rusza w stronę tamy. Po drodze mijamy koczujących na brzegu wędkarzy, ośrodki wypoczynkowe, prywatne dacze…przy niektórych stoją helikoptery… Po lewej stronie znajdują się piaszczyste plaże oraz kąpieliska. Zapora: Widok stąd, na całość „jeziora” jest imponujący. Ponieważ jest wietrznie, na wodzie doskonałe warunki mają windsurferzy. Wracamy na posesję – rozpakowujemy się, a na każdym kroku towarzyszy nam taki oto piesek: Moja Druga Połówka nie popuściła i ten dzień zakończyła swoim debiutem narciarskim, o którym zresztą już pisałem w wątku relacyjnym. Ja nie chciałem być gorszy i również pojawiłem się z gospodarzem na wodzie - wybraliśmy się pospiningować – niestety z marnym skutkiem. W nocy padało. Ranek obudził nas pięknym słoneczkiem – oczywiście postanowiłem to wykorzystać łowiąc tym razem z pomostu na delikatną gruntówkę. Efekt: dwa małe leszczyki i płoteczka – w doskonałej kondycji rybki wróciły do wody. Ok godziny 10siątej zaczęły napływać pierwsze czarne chmury. Popołudniu gdy zdążyłem tylko przygotować i zwodować sprzęt spadł jeden z wielu przelotnych deszczyków. Jak tylko przestało, wytarłem siedzonka i razem z moją narciarką wodną postanowiliśmy trochę powiosłować w stronę ujścia rzeki Czarnej Staszowskiej oraz Łagownicy – część komercyjną Chańczy, darowaliśmy sobie.3 punkty
-
W roku 2006 roku w nocy zginęło 2088 osób. W roku 2007 wprowadzono obowiązek jazdy ze światłami. W roku 2008 w nocy zginęło 1880 osób. Statystyka nie kłamie. Jazda ze światłami w ciągu dnia wpływa na poprawę bezpieczeństwa w nocy. PS. Nie żebym był przeciwnikiem używania świateł. Chodzi tylko o to jak można dane przedstawiać.2 punkty
-
2 punkty
-
Zbiornik zaporowy Chańcza, ujście Czarnej Staszowskiej i Łagownicy. Część II. Wiosłowanie z wiatrem, to dla kajaka pneumatycznego świetna sprawa. Do przeciwległego brzegu dotarliśmy bardzo szybko pchani niczym balonik na wodzie. Im bliżej ujścia rzek, tym bardziej, otaczająca przyroda zaczęła nas zaskakiwać. Na początku dywan z kwiatów. Wiosłowanie w takich warunkach, diametralnie się zmieniło. Tak jakbyśmy się przenieśli w zupełnie inną, magiczną krainę… …cichutko i delikatnie sunęliśmy do przodu, a natura otwierała przed nami swoje tajemnice. Zielone kobierce nagle ożyły. Pojawił się pierwszy ptak… …potem drugi – Perkoz z dopiero co upolowaną rybą w dziobie. Zdobycz oddał szaremu jeszcze dziecku, a sam ruszył na kolejne łowy. Nawodna łąka, zaczęła tętnić ruchem, naszym oczom ukazały się pierwsze gniazda. Ich mieszkańcy bacznie obserwowali poruszający się jaskrawy kajak. Swoją drogą – ciekawe, co to za ptak? - tych było tutaj najwięcej. Po podpłynięciu na długość wiosła dopiero wzbijały się w powietrze, by po chwili, gdy odpłynęliśmy - z powrotem siąść na złożonych, opuszczonych jajkach. Spotkaliśmy również kilka łabędzi. Stada dzikich kaczek. …a na końcu ukazało się ujście Czarnej Staszowskiej. Już z daleka zorientowałem się, że wpłynąć na tą rzekę będzie ciężko ze względu na bardzo małą jej głębokość na ujściu. W sobotę gdy zwolniłem na moście – zaobserwowałem, że parę set metrów to uregulowany nurt i żółciutki piasek mielizn – wtedy miałem jeszcze nadzieję, że się uda jakoś.2 punkty
-
Po środowym kajaku, wczorajszym rowerze – dzisiaj w piątek przyszedł czas na pieszą wycieczkę – wycieczkę do serca Gór Świętokrzyskich. Na początku w planach było wejście na Łysicę – najwyższy szczyt „masywu” ale ponieważ odcinek na 612m szybko minął i jest to niecałe 3km ze Świętej Katarzyny, postanowiliśmy przedłużyć marsz do Kakonina oraz powrót z ponownym zdobyciem świętokrzyskiego serca. W ten sposób pokonaliśmy łącznie ponad 17km w 4 godziny. Jadąc autem od strony Bodzentyna pięknie widać cel naszej podróży. Parkujemy auto pod Klasztorem i wchodzimy na szlak. Pogoda jest niepewna, a my w plecaku oprócz napojów, w razie czego mamy sztormiaki – jak się później okaże, niepotrzebnie się asekurowaliśmy, deszczu nie było. Bilet wstępu do Świętokrzyskiego Parku Narodowego dla dwóch osób kosztuje 13zł. Kasa znajduje się zaraz za poniższą bramą. Tuż za nią po lewej stronie miejsce zbrodni hitlerowskich z okresu II Wojny Światowej, po prawej obelisk: Zaraz na wprost kapliczka oraz źródełko. Ostatni raz byłem w tym miejscu jakieś 7lat temu, i na początku traktu nie było takich udogodnień jak pomosty w, z reguły, wilgotnych miejscach. Pniemy się w górę, dookoła puszcza i piękny zielony, naturalny misz masz z aktorami pierwszoplanowymi w postaci drzew. Zwierząt żadnych nie widzieliśmy, ale dziki są tu z całą pewnością…1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
K.źwa, co jeszcze wymyślicie. Zaczekajcie ja wam niedługo podeślę zdjęcia. Już rozmawiałem pod metą w Szczyrku z instruktorem spadolotni. Nie, chyba się nie odważę, pozostaniecie mistrzami pomysłów na letnie oczekiwanie na zimę. Pozdrowienia dla żonki, podziwiam odwagę. Czekamy na twoje zdjęcia Mariusz.1 punkt
-
Powiedz mi ile jest takich osób które tylko dla jednej osoby posiadają 3 auta? Z reguły jest tak, że w rodzinie jest jedno lub dwa auta i są one wykorzystywane przez 2 lub więcej kierowców. Wiec ten argument mnie nie przekonuje. Wręcz można powiedzieć, że działa na "szkodę" towarzystw ubezpieczeniowych:wink: I vice versa:wink: Pozdrawiam1 punkt
-
Łapanie za słówka! Myślę, że koledze chodziło o obycie, od okresu dzieciństwa, z ruchem drogowym, zdarzeniami, doswiadczeniami itp. Nie trzeba tłumaczyć, że jeżdżąc od małego nabywa się odruchów i doświadczeń, od kierowców, obserwując ruch, zachowanie auta itp. No ale jak chce się komuś przypiąć łatkę, zawsze znajdzie się argument kontra. Teraz kilka przykładów jednak na dziedziczenie umiejętności kierowania autem; Keke Rosberg i Nico Rosberg, Gilles Villneuve i Jacgues Villneuve, Niki Lauda i Mathias Lauda czy z rodzimej szkieletczyzny Zdzisław Kałuza i Piotr Kałuża, Wacław Podolski i Robert Podolski... To są przykłady na to, że "niedaleko pada jabłko od jabłoni", ale wcale tak nie musi być! Nie ma się o co spierać tylko dla zasady, aby u kogoś zauważyć błąd, czy wytknąć pomyłkę lub nieścisłość. Żadne badania nie potwierdziły wpływu przepisu o obowiązkowym używaniu świateł na zmniejszenie się liczby wypadków w Polsce. A fakty są takie, w ostatni długi weekend, w wypadkach zginęło na drogach 46 osób a ponad 450 odniosło rany. (Mimo, że Boguś juz na drogach stolycy nie szalał)1 punkt
-
Cześć Artixie - kolega już tak ma, że wie lepiej, wynajdzie sobie argumentację i poprze doświadczeniem nawet gdy się na czymś nie zna. Tez nie mogłem się powstrzymać i tez już z nim nie dyskutuję. Jazda na światłach te znakomity pomysł i skoro nie można były tego osiągnąć wprowadzając zalecenie jazdy na światłach w trudnych warunkach pogodowych przy słąbej widoczności itd. bo nie wszyscy Polacy to tacy przewidujący geniusze i znakomicie kierowcy jak kolega Chris to wprowadzono obowiązek. Dodam, że nigdzie nie udało mi się znaleźć informacji, że umiejętność kierowania pojazdami jest dziedziczna. Zgadzam się, że ubezpieczenie kierowcy a nie auta to znacznie lepsze i logiczniejsze rozwiązanie. Pozdrawiam1 punkt
-
1 punkt
-
Trochę odbiegliśmy od głównego wątku, ale co tam. O bezpieczeństwie na drogach powinno się mówić jak najwięcej. W temacie świateł: Moim zdaniem jazda na światłach w dzień jest pożyteczna. Jest to moje zdanie i nie wymagam tego aby wszyscy się z tym musieli zgodzić. Prawdą jest, że żarówki przepalają się częściej. Fizyki nie da się oszukać. Prawdą jest, że samochód z zapalonymi światłami pali więcej paliwa. Fizyki jak wspominałem wcześniej nie oszukamy:wink: I to dla mnie jedyne minusy. Reszta to plusy. Moje przemyślenia są następujące: Obowiązek jazdy na światłach powoduje, że nie ma problemu z decyzją czy zapalić światła czy nie. Dawniej było tak, że w pogorszonych warunkach widoczności nie wszyscy zapalali światła bo przecież "nie trzeba". Samochody jadące w słoneczny dzień na drogach wiodących przez lasy są dużo wcześniej widoczne. Dużo rzadziej zdarzają się przypadki jadących po zmroku bez świateł (zapominalscy). Piesi których tu przytaczaliście również wcześniej zauważają samochody z zapalonymi światłami. Wg mnie to już wystarcza aby ten przepis utrzymać. Co do jazdy ze spalonymi żarówkami to nie dopatruję się tego w przepisach a w ogólnym olewactwie kierowców. Przecież jak zatrzyma go policja to powie, że jak wyjeżdżał to świeciła. Zresztą równie często widzę kierowców bez świateł stopu, a tu odniesienie do jazdy na światłach jest żadne. Dużo gorsze od jazdy ze spaloną żarówką mijania jest jeżdżenie z wadliwymi lampami (szczególnie w nocy). Kto trochę jeździ po naszych drogach to zna problem świecących w "niebo" świateł mijania. Ludzie lepią reflektory byle tylko świeciły. A jak............. sami wiecie. Jeden oświetla asfalt na metr przed samochodem drugi oślepia auto z przeciwka. To jest nagminne. Dodatkowo dochodzą do tego drgające jak galareta światła niektórych tirów i auta z reflektorami z anglików - przecież on widzi:smile: Szczerze wam powiem, że kierowcy za mało uwagi poświęcają prawidłowemu oświetleniu swojego samochodu. Mnie często zdarza się jeździć po zmroku i dobrze ustawione i mocne światła to podstawa. Niestety nie wszyscy zwracają na to uwagę. Co do wyższego spalania spowodowanego jazdą na światłach, to dużo więcej paliwa tracimy przez złą jazdę (brak płynności, niepotrzebny pośpiech itp.), ale to jakoś nikomu nie przeszkadza. Pozdrawiam1 punkt
-
Po pierwsze to nie widzę powiązania z pokoleniami a umiejętnościami w prowadzeniu, czy kultura na drodze. Po drugie to że ludzie w Polsce jeżdżą z przepalonymi żarówkami TO NIE WINA PRZEPISU! I po trzecie, krew mnie zalewa jak widzę Niemców w Polsce czy Szwecji jeżdżących bez zapalonych świateł. W Niemczech też jeździ mi się bardzo niewygodnie gdy oni czekaj do ostatniej chwili z włączeniem świateł, a jadę po drodze gdzieś przez lasy i prawie zapada zmrok. No i na zakończenie gdy ty nie dostrzegasz jak drastycznie wydłuża się czas dostrzeżenia pojazdu jadącego z naprzeciwka bez świateł to jakaś masakra!1 punkt
-
Jeden zalew i cztery rzeki. Część III Jedzonko, zwiedzanie brzegów – obserwacja zwałki i ustalamy logistykę jej pokonania. Decydujemy, że tato wsiądzie do kajaka z drzewa, a na drzewo wejdzie z brzegu – z jego drugiej strony nie ma gałęzi i boimy się, że nie da rady bez ich asekuracji. Nim ruszymy dalej, sprawdzam z brzegu co na nas czeka dalej. Słyszymy drogę i samochody – to znaczy, że jesteśmy niedaleko Mniszka i trasy Radom – Piotrków Trybunalski. Płyniemy jakiś kilometr przeciskając się między brzegami, walcząc z coraz silniejszym nurtem – zaczyna się robić płytko. Dopływamy do przeszkody i płycizny… …skeg wbija się w dno – decydujemy, że wracamy. Mamy przecież jeszcze odnaleźć Radomkę i Garlicę. Z prądem płyniemy bardzo szybko – dopiero teraz jesteśmy świadomi jaką pracę wykonaliśmy. W tą stronę – nawet nie ma szansy zrobić zdjęcia – krajobraz przesuwa się bardzo szybko – Endomondo pokazało najwyższą prędkość, prawie 13km/h. Wracamy i zaraz po połączeniu Jabłonicy i Szabasówki dostrzegamy bardzo ciekawy korzeń, który został przez nas przeoczony wcześniej. Robimy fotkę starego mostu, po którym z obydwóch stron zostały jedynie murowane filary. Na niebie „chińskie” znaczki… Wpływamy na duże starorzecze, płyniemy, płyniemy i domyślamy się, że to Garlica – ale czy aby na pewno? Piękne miejsce. Spore ryby uciekają nam sprzed dziobu… …to pewnie krasnopióry wygrzewające się na słońcu. Głębokość – wiosło nie sięga dna, chociaż dookoła pełno zielonego badziewia i brei – wydawać by się mogło, że jest tu płytko. Zwężenie oraz bagnisko zniechęca nas do drążenia tematu. Wracamy do głównego nurtu, gdzie po chwili dostrzegamy prawdopodobnie Radomkę. Czy na pewno? Sprawdzilibyśmy gdyby nie przeszkoda…a ponieważ czas nas nagli, to rezygnujemy z jej pokonania, eksploracji wąskiego kanału, którym pewnie daleko byśmy nie popłynęli. Cel wyprawy uważam za osiągnięty – cztery rzeki, ich położenie, topografię mogę powiedzieć, że już znam – kajakiem dalej, w górę pewnie i byłoby można płynąć… …ale jedynką i ze świadomością pchania sprzętu przez miejsca płytkie, bądź z maczetą w ręce – karczując trzcinę. Czy warto? Zjadamy na wodzie ostatnie zapasy. Wpływamy na zalew, a tutaj: wmordewind i spora falka. Wiosłujemy dzielnie, a brak pokładu powoduje, że raz po raz, rozbryzgująca o dziób woda chłodzi nasze opalone nogi i ręce. Kończymy spływ zaliczając 16km. Suszymy kajak, a promienie operują dosyć mocno. W podłodze zwiększa się ciśnienie – zawór bezpieczeństwa zaczyna popuszczać powietrze. Pakujemy sprzęt do auta i ruszamy do domu. Obydwaj szczęśliwi – ojciec i syn. Dopisała pogoda, woda… a razem spędzony czas pozostanie w nas na zawsze. Super dzień, super przygoda! pozdrawiam marboru1 punkt
-
Jeden zalew i cztery rzeki. Część II Pytam taty, czy zadowolony z pływania – a on uśmiechnięty od ucha, do ucha – mówi, że super! Cieszę się. Uzupełniamy płyny, robię fotkę najmocniej wysuniętego w górę fragmentu Szabasówki, który wyeksplorowaliśmy. Wracamy. Dopiero teraz, w drodze powrotnej zauważamy, że jeden z brzegów, to ponad trzymetrowa skarpa. Ślicznie tu. Nurt jest wolny, a drzewa i krzaczory jakby się nam kłaniały. Jesteśmy przy mijanej wcześniej odnodze… Jak mniemam – wpływamy na Jabłonicę. Od samego początku da się wyczuć, że prąd jest tutaj wartki. Wąsko i zakrętasy. Daję „z krzyża” mocno i wbijam się w górę rzeki. Kilkanaście zakrętów – pierwsza ciekawostka: kładka. Pochylamy nieco głowy i płyniemy dalej. Pojawiają się zwężenia – sprawdzam głębokość: ok. 1,5m…to daje nam nadzieję, że pstrągowanie nie skończy się szybko. Mijamy pięknego dęba. 90 stopni Coraz ciężej mi się płynie… …tata pomaga, ale główny motor napędowy siedzi z tyłu. Szerokość Jabłonicy, to ok. ¾ Seawava. Mijamy kolejną kładkę – tym razem nie trzeba się pochylać. Meandrujemy i dziwimy się, że na nizinach taka wartka, wąska i głęboka rzeczka. Trafiamy na pierwszą zwałkę – udaje się jakimś cudem ją przejść bez wysiadania z kajaka. Zaraz za nią jest druga – olbrzymie drzewo… …pod pniem jest miejsce na kajak – szybka decyzja – płyniemy. Kajak dołem, a my we dwóch przez drzewo, asekurując się, łapiąc gałęzi dajemy radę górą. Jestem dumny z taty, a on się cieszy, że jest taki dzielny i mimo swojego wieku śmiga po zwałce jak kozica. Zaraz za, piaszczysta plaża – robimy przerwę.1 punkt
-
Jeden zalew i cztery rzeki. Część I Pomysł popłynięcia pstrągiem w poszukiwaniu wpływającej do Zalewu Domaniowskiego Radomki zrodził się po analizie mapy i tego co można znaleźć na Google Maps i zdjęć satelitarnych. Nawet mi, tubylcowi, który od lat dziecinnych łowił rybki w okolicach Mniszka nie przyszło by do głowy, że misz masz cieków wodnych w tej okolicy i najszersze koryto – to niekoniecznie Radomka. Płyną tu oprócz poszukiwanej: Jabłonica, Szabasówka i Garlica. Wszystkie cztery tuż przed Jeziorem łączą się – w Radomkę a potem „Domaniów”. Fotki z kosmosu przekonały mnie, że zadanie nie będzie łatwe… …dlaczego? Dlatego, że Radomka tuż przed połączeniem z ww ciekami to najwęższa rzeczka – jej szerokość jest taka, ponieważ działanie człowieka i mnogość stawów rybnych w okolicy uregulowały ją, odbierając przy tym masę wody. Skąd więc w dalszej części, za zalewem, pozostała nazwa: Radomka? Ponieważ, ta odnoga jest najdłuższa. Drugim powodem kierunku spływu i pstrąga, to opis całości spływalnej mojej radomskiej, domowej rzeki. Zamierzam ten szlak kajakowy opisać w szczegółach od tego właśnie miejsca do ujścia. W poprzednich relacjach przedstawiłem fragment Jedlińsk – Ryczywół. Ostatnio stwierdziłem, że żyję zbyt szybko zapominając o tym co najważniejsze – najbliżsi. Zbyt mało czasu spędzam z mamą, tatą…a nawet jak go spędzam, to są to wizyty na obiad, grilla itp. …zawsze nie ma czasu by spokojnie pogadać, poodpoczywać…zwyczajnie pobyć razem ze sobą. Na spływ dzisiaj spróbowałem, z powodzeniem zaprosić mojego 68 letniego tatę Teda. Nasza trasa została odznaczona przez satelitę w sposób następujący… …nie wiem jak to się stało, ale Endomondo nie odznaczyło całości naszego pływania? Krótkiego wpłynięcia na Szabasówkę. Seawave ze względu na zapowiadane słoneczko i temperaturę optymalną do pływania +22 nie został wyposażony w pokład. Start dokładnie z miejsca dziewiczej wyprawy mojego Gumotexa. Zalew Domaniowski przywitał nas brakiem fali i wiatru. Pierwsze odczucia bez góry kajaka – mniejsza sztywność i stabilność. Płyniemy w stronę początku Jeziora i w oddali, pomimo prognoz bez opadów – deszcz. Tata w swoim życiu, tylko kilka razy, pływał w kajaku, więc na początku poznaje się ze sprzętem pneumatycznym i wiosłami. Na starcie czuje się dosyć niepewnie, później radzi sobie nie najgorzej. Wiosłuje delikatnie robiąc przerwy i podziwiając tutejszą przyrodę. Zwiedzamy wysepki. Pojawia się wiaterek pchając nas w pożądanym kierunku. Wydaje nam się, że jesteśmy już na rzece… Pamiętając o tym, że Radomka płynie tutaj bardzo wąskim i prostym kanałem od strony lasu, płyniemy w prawo przy pierwszym takim miejscu – jakieś 500 metrów po zwężeniu toru wodnego. Kilka pociągnięć wioseł i spotykamy ścianę trzcin przed sobą – wracamy, to nie tu. Radomki musimy szukać dalej – po prawej burcie. Pstrąg nie jest uciążliwy, bo nurt jest bardzo łagodny – pomykamy do przodu. Rzeka meandruje leniwie, a dookoła żywego ducha. Cisza, spokój. Spotykamy oficjalny znak… …jesteśmy zaskoczeni, bo od co najmniej kilometra wydaje się nam, że jesteśmy poza Zalewem. Cóż – nie będziemy się kłócić – fachowcami od oznaczeń dróg wodnych – nie jesteśmy. Miejscami robi się wąsko i amazońsko… …by po chwili znowu się rozszerzyć. Napotykamy wędkarzy. Proszę tatę, by nie wiosłował, sam delikatnie dotykając wodę kieruję Seawava przy brzegu z daleka od spławików. Niestety Pan parkujący autem tuż przy skarpie, obsługujący wędziska z tego faktu jest niezadowolony. Pyta: - łowisz ryby? Odpowiadam: - łowię. Nieznajomy: - oby i Was kiedyś spotkało przepłoszenie ryb! Pytam ja: - czy uważa Pan, że z Pana powodu i jego wędkowania powinniśmy wyjść z kajakiem na brzeg i go, idąc na palcach przenieść? Odpowiada mi cisza. Mówię dowidzenia i jeszcze przez jakieś dwieście metrów, staram się, mimo wszystko wiosłować najciszej jak potrafię. Idzie mi to dosyć nieźle skoro Jaskółki dają się sfotografować z dosyć bliska. Po jakimś kilometrze spotykamy kolejnego „moczy kija”. Z wyglądu – tym razem stwierdzam, że to miejscowy. Siedzi w krzakach i widząc nas krzyczy oburzony: - uwaga na wędki!!! Odpowiadam – uważam. Mijam jedną, mijam drugą za 20m, mijam trzecią za kolejne 20m…mijam trzecią i czwartą… Bez komentarza – Kłusownik (łowić można na dwie wędki). Odpływamy. – jestem zniesmaczony postawą swoich „kolegów” po kiju. Rozwidlenie, miejsce spotkania dwóch nurtów rzek. Kierujemy się w prawo licząc na to, że to Radomka… …niestety nie. Nurt meandruje i nie przypomina kanału widocznego z satelity. To musi być Szabasówka. Robi się płytko, pojawiają się przeszkody w postaci rosnących w stronę lustra wody drzew. Skeg zawadza o żółciutki piasek. Po jakimś kilometrze lądujemy na plaży skąd postanawiamy się wycofać. Robimy przerwę na drugie śniadanie. Bułeczki smakują wyśmienicie, a komary zaraz po posiłku wyganiają nas z tego końca świata.1 punkt
-
Chris, a co ty masz do jazdy na światłach, bo nie rozumiem? Ale zaczynam podejrzewać ze nie masz prawa jazdy.....1 punkt







