Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 13 Październik 2026
-
Rok
13 Październik 2025 - 13 Październik 2026
-
Miesiąc
13 Wrzesień 2026 - 13 Październik 2026
-
Tydzień
6 Październik 2026 - 13 Październik 2026
-
Dzisiaj
13 Październik 2026
-
Wprowadź datę
09.06.2016 - 09.06.2016
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 09.06.2016 uwzględniając wszystkie działy
-
Czupel - Beskid Mały. Cz.4 - OstatniaZagłębienie terenu z bliska (Mario - miałeś rację. Fota mega spłaszcza teren). Dochodzimy do "Skały Czarownic"......Góralu jaka to była legenda z tym miejscem związana? "Głaz" z bliska: Powoli wychodzimy z lasu......i ponownie widok w stronę Skrzycznego. Wychodzimy z lasu i rozpoczynamy ostatni etap naszej przygody po całkowicie płaskim terenie.Widoki?Spójrzcie. I widoczek pożegnalny na Czupel - z tej perspektywy wygląda świetnie. Zdobywcy na jego tle. Beskidy nas żegnają magią kształtów i kolorów......czyż nie są piękne? Kończymy szlak - GPSy tego dnia pokazują nam, że mamy w nogach ok 25 km po górskim terenie.Żegnamy się z Darkiem - Góralu raz jeszcze dziękujemy bardzo za towarzystwo i przewodzenie "skionlinowemu stadku" :applause:Zasłużyliśmy na porządne i smaczne jedzenie.Zwieńczeniem weekendowej przygody w Beskidach mogła być tylko jedna knajpa......kultowa i znana z WZFów - Rogata! Nawet na ścianie mają tam "niedobrą Borutę" :eek: ...a oprócz tego - doskonałe jedzenie!Rogatą polecam każdemu - jesteś w BB i jesteś głodny? To tylko do "diabelskiej" karczmy... Ufff skończyłem.Trzy Góry, trzy długie relacje.W kamerze, w aparacie ponad 1300 zdjęć - to chyba jakaś choroba?KoniecPS. W tym miejscu chciałem jeszcze raz publicznie podziękować wszystkim Forumowiczom za spotkanie. Jesteście super Ludziska!Podziękowania szczególne dla Izy i Maćka za to, że nas tak wspaniale ugościli i dbali o to, by niczego nam nie zabrakło......zwłaszcza dobrego humoru i ciepłej, rodzinnej atmosfery.Ten weekend jeszcze długo będziemy pamiętać i wspominać.Dziękujemy razem z Paulą.pozdrawiammarboru9 punktów
-
Czupel - Beskid Mały. Cz.3Charakterystyczne suchy pień w okolicach szczytu... Miejsce wypoczynku, które również byłoby idealne na biwak. Trawa, równo, miejsce na ognisko, ławeczki - czego chcieć więcej? Schodzimy.Jest późno, a my głodni - pora na jakiś obiadek.Po drodze jeszcze widoczki... Jezioro Międzybrodzkie? Wchodzimy w las i robi się magicznie. I byłoby idealnie, pięknie gdyby nie dobiegający z oddali głos motorów krosowych.Przecież w tym miejscu jest zabroniony ten sport...a może się mylę?W każdym bądź razie w lesie mnóstwo zniszczonej ściółki leśnej a ścieżki dla pieszych porozjeżdżane - hałas w okolicy niesamowicie uciążliwy.Ślady: Wychodzimy na małą polankę - kolejny krótki odpoczynek. Ponownie zagłębiamy się w las.Dookoła zielono a przed nami szlak, który jakby się wrzynał w górę tworząc wąski i głęboki rów. "Trzech Wspaniałych"... ...jaskółka. CDN8 punktów
-
W sobotę po kilku miesiącach jazdy pozwoliłem sobie na debiut w maratonie szosowym, a dokładnie Rajcza Tour. Ponad 100 km i 2000 przewyższeń, 200 uczestników, Glinka x2 plus Ochodzita i kilka jeszcze mniejszych podjazdów. Ciągle góra, dół :-) Pogoda dopisała, sprzęt też, bez przygód ukończyłem rywalizację na 131 miejscu w open. Serdecznie pozdrawiam Wysłane z mojego ALE-L21 przy użyciu Tapatalka7 punktów
-
Ostatnia Góra, którą zaliczyliśmy w miniony weekend był Czupel, który jest najwyższym szczytem Beskidu Małego - 933 m npm.Zaraz po zdobyciu Skrzycznego - trzy auta wraz z naszym lokalnym przewodnikiem Darkiem skierowały się w stronę kolejnego celu.Szybkie zakupy, "porzucenie" jednego z samochodów pod sklepem i po kilku minutach startujemy.Początek szlaku zaczyna się przy tablicach informacyjnych dla turystów.Logistyka - szlak na Magurkę a potem granią na Czupel. Dopiero co wybudowany zbiornik retencyjny, niemalże pusty. Mimo dużej ilości burz, nawet w Górach jest susza.Potoki, strumyki raczej nie mają zbyt wiele wody. Na początku szlaku wita nas tutejszy grajek. Idziemy drogą asfaltową i tylko od czasu do czasu wchodzimy w las.Tutaj w przyszły weekend Johnny będzie walczył o czołowe pozycje w wyścigu rowerowym. Jest dosyć stromo.Upał, zmęczenie po zdobyciu najwyższego szczytu Beskidu Żywieckiego i Śląskiego daje o sobie znać.Odpoczywamy w cieniu. Na prowadzeniu Mario... i Mario... Dochodzimy pod Magurkę.Tu wiodący piechur udaje się samotnie zdobyć pieczątki do książeczek KGP, a reszta grupy przestraszona zbliżającą się burzą, postanawia nie zwlekając skierować się bezpośrednio w stronę celu.Po drodze mijamy piękny dom......co takiego w górach z super panoramą widokiem? Marzenie. Tu między drzewami odsłania się widok na Skrzyczne. Przy skrzyżowaniu szlaków szukamy Jaskini Smoczej......niestety ani mi, ani Góralowi to się, nie udaje. Szkoda, bo wszystko przygotowane - my na czołganie na wejściu, czołówki by świecić, sprzęt elektroniczny by robić fotki.Może następnym razem? Ciśniemy granią w stronę Czupla, a za nami wędrują ciemne chmury - uparły się na nas? CDN7 punktów
-
Czupel - Beskid Mały. Cz.2Po drodze odsłaniają się widoki również z kierunku przeciwnego do Beskidu Śląskiego. Po kilku kilometrach marszu po równym odsłania się nam "kopuła szczytowa" Czupla.Jeszcze kilka minut i będziemy na miejscu. Część z tutejszej roślinności chora? Zaatakowana przez jakieś szkodniki? Tuż przed szczytem "bramka" z małych, kolorowych flag. Jeszcze kilka kroków i będzie sukces! Zaliczamy z Paulą 15 Górę Korony Gór Polskich oraz jednocześnie domykamy Koronę Beskidów. Wieje mocny wiatr i zaczyna pokrapywać deszcz.Przez chwilę nie wiemy co robić. Pędzić dalej w dół, czy jednak chwilę odsapnąć?Niektórzy ubierają coś na siebie a inni postanawiają coś zjeść, uzupełnić płyny.Zdobywcy: Oczywiście nie mogło się obyć bez okolicznościowych fotek :smile: Paula: Chłopaki... ...i cała grupa. CDN7 punktów
-
Fantastyczne Beskidy. Moja krótka fotorelacja ze wspaniałych Zachodnich Beskidów.Wzf-Babia góra,Skrzyczne,Czupel. Widoczki. Perć Akademików,eksponowane miejsce,diabelski szlak na Babią Górę-Diablak-Teufelspitze. Czarny dziób i 6 klamer.Iza w Akcji. Johnny pod Babią w geście szczęścia. Babia G. oferuje widoczki.Jezioro Orawskie. Orawska Półgóra Szybko czas mija w Beskidach,szast prast Góral spod Skrzycznego rychło skierował nas na inny szlak.Przejście obok domu w tle,kończy się spotkaniem z psim stróżem.Podobno jest groźny i nie lubi obcych.: Fis'owską trasą narciarską pniemy się na Skrzyczne. Johnny i Iza prowadzą, Góral Darek nie poddaje się jest tuż za Nimi. Mariusz i Paula pewnie trzaskali foty są lekko w tyle.Ja leniwym tempem ubezpieczam tyły. "Góral Marionen spod Ślęży" kieruje wzrok na Czupel. Skrzyczne w tle, humory dopisują.Jedziemy pod Czupel. Idziemy(jak dla mnie) w upale... nie ukrywam było mi ciężko-i jeszcze wizja powrotu do domu powoduje kryzys. Nie ma lekko- idziemy dzielnie.Omijamy schronisko na Magurce Wilkowickiej, (ale w nagrodę spotykamy się w Rogatej.) W drodze powrotnej z Czupla pokazują się widoczki. Jezioro Międzybrodzkie na pierwszym planie. Lokalne miejscowości i kawałek jeziora Czanieckiego. Było Super.Ania Pozdrawia6 punktów
-
Już w najbliższy weekend mam wystartować pierwszy raz w życiu w zawodach MTB - Uphill Magurka.Niestety nawał pracy powoduję,że brakowało czasu na przeprowadzenie kilku treningów,które to sobie wcześniej zaplanowałem. Udało się dziś wygospodarować wystarczającą ilość czasu,żeby choć raz to "zmęczyć". Tak więc do pracy rowerem i tradycyjne nieco ponad 21 km i po pracy kierunek Wilkowice. Kombinowałem jak mogłem,żeby przedwcześnie się nie zmęczyć,bo chciałem w miarę na świeżo pokonać trasę wyścigu,ale tak to tutaj się nie da.Tu wszędzie teren górzysty,a przynajmniej pagórkowaty. Znalazłem jednak całkiem fajną trasę i z niewielkimi podjazdami. Przy okazji spojrzenie na drogę w jedynie słusznym kierunku... Dojechałem do rowerowego szlaku dookoła Bielska-Białej i dalej do Komorowic na ścieżkę rowerową.Przez miasto poszło dość sprawnie i skierowałem się na czerwony szlak w stronę Bystrej i Wilkowic.Niestety nadal za B-B nic z nim nie zrobiono! To wąska ścieżka między zaroślami,a czasami pokrzywami. Wygląda tak: Tu jeszcze dedykacja dla naszego kajakarza - rz. Biała: Jest inna opcja jazdy - tuż za B-B,kiedy ścieżka robi się szutrowa,w pewnym momencie jest mostek na drugą stronę "Białki".Tam lecą dwie drogi szutrowe.Najlepsza to tuż za barierami dźwiękochłonnymi przy fullwypasówce. Podobnie jak szlakiem dojedziemy do zjazdu na Wilkowice-Bystra i dalej już możemy zacząć wspinaczkę pod pętle autobusową w Górnych Wilkowicach. Niestety to pod górę. Łatwo,ale jednak wspinaczka. Podczas niej wyprzedza mnie pewien młodzieniec. Ja jednak mam swój plan i go nie ścigam. Mimo wszystko wyprzedzam go tuż przed pętlą. Na owej pętli robię krótki odpoczynek,bo chcę możliwie świeży wyruszyć na trasę przyszłego wyścigu na Magurkę. Wyprzedza mnie jeszcze jeden osobnik... Łyk energetyka i czas ruszać! Daję ostro,ale raczej nie na maksa. Pierwsze 500 metrów to właściwie po płaskim a nawet nieco w dół koło zapory,później zaczyna się wspinaczka. Już na wstępie wyprzedzam jednego osobnika - dobra wróżba na początek. Nieco później doganiam dwóch gości na fullach - ich też szybko mijam. Eee,oni chyba się nie starali tu o coś więcej. Niedługo po tym doganiam pewnego chłopaka.Tak! To ten sam,który mnie ścigał i powinien mieć sporą przewagę. Kiedy usłyszał,że go doganiam,zaczął mocniej się starać i tak jakieś kilkadziesiąt metrów za nim się trzymałem. W pewnym momencie miałem nawet wrażenie,że mi odjeżdża. Cóż,starość nie radość... Po nieco ponad jednym kilometrze zaczyna się ze mnie mocno lać.Podjazd daję w d... ,ale mimo bólu w nogach,pary nie brakuję. Kiedy mijają 2 kilosy,już jakby lepiej łapie rytm i jakoś to idzie. Mniej więcej w połowie dystansu trasy Uphillu doganiam owego chłopaka. Walczył jak lew,ale chyba złapał go kryzys. Mijam go szybko i dalej już sam walczę ze sobą. jak bardzo chciałoby się stanąć na chwilę i dychnąć! Odpocząć można,ale tylko kiedy nachylenie chwilowo maleje. Bardzo chwilowo. Dopiero kiedy licznik pokazuję 3,2 km zaczynają się dłuższe płaskie,tj. mnie strome, odcinki. W końcu mogę użyć przedniej przerzutki i przycisnąć na pedały. Teraz czas jakby przyspieszył i choć są jeszcze trudniejsze miejsca,teraz jakby łatwiej. Tuz pod szczytem skręcam w jakąś szutrową drogę,która nieco sztucznie wydłuża trasę owego Uphillu,ale skoro tak to wymyślili,to tak to trzeba przejechać. Tutaj już bez żadnej ekstremy - trochę w dół,trochę w górę,ostry skręt na szlaku,który normalnie prowadzi na Czupel,a właściwie teraz na Magurkę i depa po prostej! Finisch! Jeszcze nie wierzę ,ale nawet poszło. Mój czas na pewno nie powala - 32 min. i 59 sekund. Równe 5 km,więc chyba dobrze się zatrzymałem... :wink: Co ciekawe,ów chłopak dojechał po mnie,choć nie robił objazdu. No ale nie ma co się cieszyć,weryfikacja przyjdzie w sobotę i pewnie będę się tłumaczył ze słabej postawy... Czas na fotki i relaks. Od razu parę wniosków po wspinaczce. Napoje,woda - nie ma sensu zabierać więcej jak na perę łyków! Zbyt krótka trasa żeby się odwodnić. Lało się ze mnie,ale wystarczy uzupełnić płyny na górze. Można też pokusić się o "stanięcie na pedały" i ostrzejszą jazdę,mimo dość stromej wspinaczki. Ale to musiałby przetrenować,a czasu już nie ma... Przypuszczam,że zawodowcy robią trasę co najmniej dwa razy szybciej niż ja dziś - to tak żeby nie było,jaką ja to mam kondycję.Powiało dziś optymizmem,ale średnia prędkość nie przekraczająca 10 km/h na pewno nie powala.Dla mnie sukcesem będzie jak nie będę ostatni. Tak to widzę na dzień dzisiejszy.5 punktów
-
Magurka cz.2 i pewnie ostatnia ;)Trening wykonany.Przynajmniej już wiem,że jestem w stanie wyjechać na tą górę bez przystanku. Wstydu raczej nie będzie. Robię zdjęcia i kieruję się na Straconkę żółtym szlakiem - dość przyjemny zjazd. Po drodze docieram do tego słynnego domu,co to na przełęczy postawiony został i pewien Celebryta wśród zielonych w temacie - pseudo ekolog - nie protestował,kiedy go stawiano... Może nie przeszkadza nadmiernie turystom,ale jednak razi "macka cywilizacji" w dziewiczym,górskim terenie. Co ciekawe,do tego miejsca podciągnięta jest szeroka,asfaltowa droga! Jest jeden plus tegoż - jest ciekawy,treściwy i asfaltowy podjazd dla kolarzy górskich. Tylko te rynienki odprowadzające wodę... Na pewno nie na szosę. Nie wiedziałem w sumie gdzie zjeżdżam,ale droga od pewnego momentu była fajna,więc czemu nie? To jest żółty szlak,a dalej to chyba gdzieś w okolice kamieniołomu dochodzi. oto miejsce,gdzie można wjechać na ten podjazd: Skręcamy w pierwszą w prawo i ciśniemy pod górę. :wink: Jest ciekawie. Ja jednak już zmęczony wracałem na dół.Zmęczyłem jeszcze parę ścieżek w B-B,wpadłem na właściwy szlak,zaliczyłem mini MTB w okolicach Bestwiny i do domciu. Mimo dziś mocno prześladującego pecha,udało się zaliczyć co chciałem. Piękny dzionek! :)Pozdrawiam.5 punktów
-
Ostatni odcinek. W 3 dni plan wykonany, czas na bonus. W ostatni dzień zebraliśmy się bladym świtem, by nieco "skrócić" drogę powrotną do PL. A po drodze przerwa na małą działalność górską. Problemy były zasadniczo dwa. Pierwszy: droga, która jeszcze dzień wcześniej była zamknięta z powodu małej lawiny. A drugi: prognoza pogody. Ta nie pozostawiała wątpliwości - będzie padać i będzie zimno na górze. Były więc duże wątpliwości, ale o godzinie 8 rano w miejscu startowym jeszcze nie padało, więc postanowiłem ruszyć, najwyżej zmoknę... Początek na ok 800mnpm, kilka km po płaskim i zaraz zaczyna się podjazd. A ten przedstawi się sam... Jak widać droga już otwarta, póki co sucho. Oby tak dalej! Z początku podjazd jest dość łagodny, można się oswoić z ogromem pracy, którą trzeba włożyć. Z głównej drogi, gdzie zaczynałem jazdę, na górę jest 28km i prawie 1,9km w pionie... Niestety dzień dziecka szybko się kończy - po wyjeździe z jednego z tuneli, z niesmakiem stwierdzam, że już pada. A to dopiero początek wspinaczki. No ale cóż, to była kwestia czasu. Sam podjazd też robi się coraz trudniejszy, już do samego końca będzie stabilnie trzymać 8%. Deszcz i zmęczenie po 3 wcześniejszych dniach, to też słabe połączenie. Momentami pada intensywnie, chwilami przestaje. Widoków za bardzo nie ma, jest mglisto i ponuro. W końcu zaczynają się serpentyny, jest ich 48, są numerowane, ale dość wybiórczo. Tutaj już okolice po przejechaniu 20-tu z nich, wysokość 2060m. W Dolomitach byłaby to już końcówka wspinaczki, na Stelvio czeka mnie jednak jeszcze prawie 700m... Na horyzoncie widać już słynne końcowe serpentyny. I tak mozolnie się to wszystko posuwa do przodu. Na jednym z zakrętów czai się paparazzi, który robi mi serię zdjęć... Teraz mogę sobie je nawet wykupić, ale musiałbym mieć konto na paypalu :-/ Jak mówiłem idzie to mozolnie i mało przyjemnie w tym deszczu, ale drogi ubywa. Śniegu za to przybywa, choć z tej strony, to akurat stok przy drodze jest za stromy, żeby się utrzymał. I wreszcie ostatni kilometr, już widać metę. Nareszcie koniec męczarni (jak bardzo się myliłem, za chwilę się przekonam)... Cima Coppi zdobyta! Jestem chyba pierwszym kolarzem, który w tym roku wyjechał na Passo Stelvio od klasycznej strony (bo to był pierwszy dzień kiedy było otwarte ) Teraz krótka przerwa na odpoczynek, kupno pamiątki i w dół... Początek zjazdu w stronę Bormio, by zaraz odbić na Szwajcarską stronę i przez Umbrail Pass kierować się na sam dół. Bardzo, bardzo długi (ponad 25km) zjazd. W normalnych okolicznościach byłby to raj. W ten dzień był koszmarem. Po pierwszym kilometrze już czułem, że nabawię się odmrożeń palców. Po kilku kilometrach cały już trzęsłem się z zimna. A wysokości wcale szybko nie ubywało, bo na mokrej szosie i wirażach trzeba było bardzo uważać i nie rozpędzać się zanadto. Ubywało za to klocków hamulcowych - po tych 4 dniach, a szczególnie po tym deszczowym zjeździe nowe klocki się praktycznie zużyły... W końcu dotarłem do miejscowości po stronie szwajcarskiej, droga się nieco wypłaszczyła, a ja ile sił w nogach cisnąłem, żeby choć trochę się rozgrzać. Chyba w życiu tak nie zapieprzałem po tak kiepskiej i mokrej nawierzchni... w takich okolicznościach włączają się pierwotne instynkty Do miejsca spotkania czekał mnie jeszcze kawałek podjazdu do pokonania (Reschen Pass), ale chłopaki się nade mną zlitowali i wyjechali mi naprzeciw ;-) I tak po ok 60km wpakowałem się do busa, by wreszcie poczuć ten komfort suchego ubrania :-D i za moment ruszyć w drogę powrotną do domu. Wiadomość dnia: Passo dello Stelvio zobyte! Ale frajdy za dużo w tym nie było. The End4 punkty
-
Ale super mieliście spotkanie, ekstra ludzie, świetne tereny do łażenia no i naprawdę fajne zdjęcia :applause:3 punkty
-
Krótko i węzłowato... TMR podobno odpuszcza inwestycje w Polsce. Doszły mnie takie słuchy z 3 niezależnych źródeł. Ponoć boję się inwestować w coś co może być później znacjonalizowane... Dobra zmiana..?3 punkty
-
Tym czasem po drugiej stronie globu atak zimy. Fotki z dzisiaj i aż miło popatrzeć... Las Lenas, Argentina Penitentes, Argentina La Parva, Chile Portillo, Chile Valle Nevado, Chile Tylko pozazdrościć... ...większość ośrodków rusza lada dzień.2 punkty
-
PopołudniowoPo górskich wyczynach, przyszło dzisiaj trochę poruszać się na rowerze. Zastanawialiśmy się, czy oby nie będzie padał deszcz...ale co tam deszcz?Niestety z opadów przez cały wieczór były nici - szkoda, bo straszna susza :frown::Kilka fotek przy nowej obwodnicy Radomia......wszędobylskie kaczki :wink: Część rowerzystów zamiast pedałować, moczy kije: Dziura: Dwa pociągi......pierwszy: i ten bardziej kolorowy: Później swoje jednoślady skierowaliśmy w stronę Rezerwatu rzeki Kosówki i tamtejszego lasu, pól - te tereny kiedyś trzeba będzie lepiej wyeksplorować. Śmignięte ponad dwie dychy, kości, mięśnie rozruszane.Trzeba poćwiczyć formę, bo jakoś w tym roku jazda na rowerze słabo idzie. Cóż? Lepiej pojeździć troszkę niż zupełnie nic.2 punkty
-
W Solden trwa budowa nowej kolejki gondolowej na Giggijoch. Wagoniki 10 osobowe Czas jazdy: podają 8,87 min (jakaś nowa skala :biggrin:) Przepustowość: 4500 osób na godzine Oto wizualizacje:2 punkty
-
To było wiadome. Raz na kilka lat jeśli się uda to będą tam organizować. Najbliższe zawody blisko Polski w Szpindlerowym Młynie w marcu 2019... Kolejny sezon 2019/2020 to Bansko w Bułgarii. Tak się będą wymieniać te lokalizacje.2 punkty
-
Kurcze, ja na lipiec mam zaplanowany grupowy wypad na pozostałą część Orlej, od Koziego Wierchu po Krzyżne. Tam mam obiecany zjazd z przewodnikiem - MajorSki na nartach (z Koziego). Ale jakoś to Pilsko trzeba wcisnąć.2 punkty
-
Babia Góra cz.3Przy schodzeniu są jeszcze po drodze różne tarasy widokowe i miejsca gdzie można odpocząć.Z jednego z nich widać jeszcze czapkę śniegu! Od razu rozgorzała dyskusja,jak to mogliśmy ominąć??? Cóż,wrócić się nie bardzo dało,a tym bardziej chciało... Na koniec udaliśmy się do Karczmy tuż obok słynnego Mosornego Gronia.To znaczy obok tejże stacji.Trzeba było się schłodzić i coś przekąsić... Dalej to już nie wiem czemu,ale jak zwykle impreza przeniosła się do mnie (nie wiem czemu :wink: ),choć w nieco okrojonym składzie.Trza było godnie zakończyć ten wspaniały dzień.2 punkty
-
Babia Góra cz.2Ekipa się rozpierzchła i wszyscy na swój sposób zmierzali na szczyt.Ale teraz to już rozluźnieni i z uśmiechem na twarzy. W końcu szczyt osiągnięty! Ekipa powoli zbiera się do kupy i odpoczywa.Oczywiście są fotki. Niestety nad szczytem wisi chmura,ale nie pada.Trochę obawiałem się burzy,ale zupełnie niepotrzebnie.Szkoda tylko,że nie było widać Tatr. Dalej czas ruszać z powrotem.Tym razem po szczytach.Mimo nie najlepszej pogody,widoki były przyjemne.Trasa bardzo łatwa.2 punkty
-
Nadchodzi czas na ostatnią górę - piekielne Passo Fedaia. Do pokonania ponad 1km podjazdu, jednak nie sama wysokość robi trudność. Tą robi nachylenie. Pierwsze kilka kilometrów to jeszcze umiarkowana stromizna, ale zmęczenie i upał dają znać o sobie. Obok drogi odpoczywają zwierzaki... Skwapliwie korzystam z widoków, by zrobić jakąś przerwę. Nawet nie próbuję tego na raz podjeżdżać. Potem jeszcze małe wypłaszczenie, taka cisza przed burzą. Dojeżdżam do miejscowości Malga Ciapella. Tutaj żarty się kończą. Do szczytu pozostaje ponad 5km, średnio 11% (!). A co gorsza na początek długa prosta. Jak są serpentyny, jest łatwiej. Tu jedzie się prosto w górę stoku, którym w zimie jeździ się na nartach. W zimie wydaję się to płaską dojazdówką, na rowerze odczucia są skrajnie różne. Na koniec długiej prostej znajduje się knajpa Capana Bill, gdzie zaczynają się upragnione serpentyny. Ale łatwiej wcale się nie robi... Podjeżdżam bardzo mozolnie, co chwila się zatrzymując. W końcu widać już koniec męczarni, widać też ładnie to, co się już pokonało. Na przełęczy czuję się zniszczony przez tą "górę". Na szczęście już do samej kwatery wyłącznie z góry. Po drodze jeszcze rzut oka na masyw Marmolady. W te 3 dni objeździłem wszystkie okoliczne górki, które zamierzałem. W planie była jeszcze jedna wycieczka po okolicy (tym razem bez słynnych podjazdów), ale z racji nieco inaczej rozplanowanej podróży powrotnej, plany się nieco pozmieniały... więc zamiast 100% normy miało być 100% + coś extra Ale o tym później... Aaaa... jeszcze liczby dnia: 90km/3,67km2 punkty
-
Dzień trzeci, to lekkie zluzowanie - mniej kilometrów do przejechania i mniej podjazdów, ale za to ten najgorszy na koniec. Wszelkie opisy były w tej kwestii zgodne, zresztą zdążyłem już nim wcześniej zjechać, więc widziałem, że lekko nie będzie. Na początek jednak częściowa powtórka z pierwszego dnia, czyli mini zjazd do Canazei i od razu pod górę w kierunku Passo Sella/Pordoi. Piękna pogoda, więc i lepsze widoki niż 2 dni wcześniej na tej trasie. Mniej więcej w połowie podjazdu następuje rozwidlenie i zamiast jechać w kierunku Selli jak poprzednio, skręcam na Passo Pordoi. Ta przełęcz zarówno od tej strony jak i od strony Arabby, to taki fajny podjazd szkoleniowy. Długi, wymagający, ale bez trudnych miejsc. Po wyjechaniu na górę czas na jakieś foto i zaraz potem długi zjazd do Arabby i potem jeszcze niżej. Zjazd z wysokości 2230m na ok 1400m i po krótkim wypłaszczeniu za drogowskazami w kierunku Cortiny. Ale tym razem aż tam nie dojadę. Celem jest Passo Falzarego prawowitą (najciekawszą) drogą. Znów więc mnóstwo serpentyn i mozolna wspinaczka. Do pokonania ok 700m. Jak zwykle w okolicy początki podjazdów schowane w lesie - godziny przedpołudniowe, więc każda odrobina cienia mile widziana. Końcówka, to jeszcze kilka patelni, zbudowanych na skałach i kapitalny tunel :-) Kapitalny, pod warunkiem, że akurat nie przejeżdża przez niego stado motocyklistów... wrażenia słuchowe są wtedy dość ekstremalne Już końcówka, już widać wagonik kursujący z przełęczy. Na Passo Falzarego (2116m) mały popas, dziś mam sporo czasu, więc mogę sobie na to pozwolić. Jest bardzo ciepło, więc nie zmarznę na zjeździe. A ten będzie wiódł tą samą drogą, którą przed chwilą wjechałem. Nie zjadę jednak na poziom 1400m, ale jeszcze dalej, aż do Caprile (1000m). Super są te kilkunasto-kilometrowe zjazdy :biggrin:2 punkty
-
Czas na zjazd! Ten będzie długi i bardzo kręty. Czyli tak jak lubię :-D Do wyboru zjazd na wysokość 1500m, lub na sam dół do Cortiny d'Ampezzo (1200m). Biorąc pod uwagę, że tym dolnym odcinkiem musiałbym potem z powrotem podjeżdżać, to mógłbym sobie go oszczędzić... ale i tak skończyła mi się woda, więc trzeba było zjechać na sam dół, dylematu nie było. Jak na złość, nie znalazłem nigdzie fontanny/kranu z wodą. We wszystkich kurortach okolicy jest tego pełno, po Cortinie jeździłem i nic nie znalazłem. W końcu udało się zlokalizować mały sklepik, kupić wodę, banana, by kontynuować przejażdżkę. Czas na Passo Falzarego i Valparola. To znów 1000m do zrobienia w pionie. Podjazd łagodniejszy, prowadzi tędy jedna z główniejszych dróg Dolomitów, jednak już tym razem nie siliłem się na ciągłą jazdę. Trudy etapu zaczęły dawać o sobie znać. Po koniec podjazdu otwiera się widok na Lagazuoi - kolejny monumentalny masyw okolicy. Prowadzi tam kolejka górska (startująca z Passo Falzarego), a także trasa narciarska. Po lewej mijam kolejny stok, gdzie nawet sporo śniegu się uchowało. Jadąc w zimie tamtędy było tu ustawione mnóstwo tyczek. Po wjechaniu na Passo Falzarego można kierować się w dół, w stronę Arabby, lub jeszcze kawałek wspiąć się - na przełęcz Valparola. I tu się udałem. Końcówka znacznie stromsza, ale podjazd krótki, więc za moment przystanek na celebrowanie zdobycia kolejnej góry (kolejne HC :-D) Stamtąd trasa zjeżdża do Alta Badii, a konkretnie La Villi. Po zjeździe odcina mi "prąd", całe dzisiejsze żarcie już zjadłem, więc zaczyna to słabo wyglądać. Już 95km, ale mnóstwo jeszcze przede mną. Postanawiam udać się na obiad w Corvarze, jak na złość wszystko pozamykane - sjesta. W końcu trafiam na otwartą piekarnię, gdzie serwują pizzę na kawałki - zjadam cztery, do tego drożdżówkę i powoli odzyskuję siły... Od tej pory jadę tą samą drogą, co dzień wcześniej, tylko w odwrotnym kierunku. Więc najpierw podjazd z Corvary i Colfosco na Passo Gardena. Z La Villi wychodzi ponad 650m przewyższenia. Idzie to bardzo mozolnie. Droga jest odwrotnością poprzedniej, więc przynajmniej nie muszę już sięgać po aparat foto, i tak już za dużo tych zdjęć :> Po wdrapaniu się na przełęcz, krótki zjazd na Plan de Gralba, by wreszcie zacząć ostatnią wspinaczkę tego dnia. Jeszcze tylko 360m na Passo Sella, a potem już z górki. Po drodze przejeżdżam obok masywu Saslong'a Jeszcze trochę, już niedaleko... Tym razem nawet się nie zatrzymuję na Passo Sella, tylko od razu cisnę w dół. Ten odcinek już znam, więc te kilkanaście kilometrów bardzo szybko zlatuje. Jeszcze tylko ostatnie 2km lekko pod górę do kwatery i koniec wyczerpującego dnia. Udało się! Ponad 130km i 4,9km przewyższenia.2 punkty
-
Już nie przesadzaj... jak pisałeś w którymś z postów o przejażdżkach ze średnimi ~30km/h, to nie można powiedzieć, że nie ma kondycji ;-). Mi jadąc solo, rzadko kiedy się tyle udaje. Choć góry to trochę inna bajka, trzeba cisnąć podjazdy na codzień. Jest taka jedna fajna góra w PL, która profilem przypomina typowe alpejskie drogi, to Przehyba. Moim zdaniem idealna na sprawdzenie się - kilkanaście km podjazdu i prawie 900m przewyższenia. Na Sella Rondzie w zasadzie wszystkie podjazdy są łatwiejsze. Tylko jest ich więcej... ;-) ----- No dobra, to czas na drugi etap mojego "Giro". Pierwszy to tak naprawdę była przyjemna przejażdżka, drugi dzień, to już ciężka harówka, żarty się skończyły... Już przed wyjazdem zaplanowałem sobie, że to właśnie drugi dzień, będzie tym najdłuższym i najcięższym. Jako, że z każdym dniem ryzyko, że będę miał serdecznie dosyć roweru rosło, to trzeba było jak najszybciej odpalić największe fajerwerki Ty razem ruszyłem z kwatery w przeciwnym kierunku niż dzień wcześniej. Od razu pod górę drogą w kierunku jeziora i przełęczy Fedaia. Podjazd od strony Canazei jest relatywnie łatwy: lekko ponad pół kilometra przewyższenia i brak większych stromizn. Po Sella Rondzie nogi były trochę "ciężkie", ale jakoś się kręciło... Widoki prawie do samej góry raczej bez fajerwerków... no, nie licząc królowej Dolomitów - Marmolady. Passo Fedaia to właśnie to miejsce, nad którym góruje lodowiec i najwyższy masyw Dolomitów. Jak widać śniegu, zwłaszcza w górnych partiach, jeszcze mnóstwo - gdyby wyciągi były czynne, to można by pojeździć jeszcze na nartach. Czego na tych zdjęciach akurat nie widać, to na upartego dałoby się zjechać do samej przełęczy. Po przejechaniu wypłaszczenia wzdłuż jeziora otwierają się widoki na nową dolinę i zaczyna się zjazd w stronę miejscowości Malga Ciapella. Zjazd z ok 2050m, solidnie nachylony, trzeba się mocno pilnować, bo rower bardzo szybko nabiera prędkości. Podjazd od tej strony rysuje się na znacznie, znacznie cięższy. Po drodze mija się Malgę (1450m) i stację kolejki na Marmoladę. Odcinek kolejki, widoczny na zdjęciu poniżej, pokonuje 900m przewyższenia w jakieś 3 minuty! Ja kontynuuję zjazd, aż do miejscowości Caprile, położonej na ok 1000m. Stąd już skręcam w stronę słynnego Passo Giau. Czeka mnie teraz ponad 1,2km w pionie. Z początku jest płasko... Ale ten stan nie trwa długo i zaraz zaczyna się wspinaczka... I tak dojeżdża się na wysokość ok 1350m, krótki zjazd i rozpoczyna się oficjalny podjazd na Passo Giau. Podjazd najwyższej kategorii (HC), 900m w pionie, średnio 9% nachylenia. Tutaj żartów nie ma! Cały czas ostro pod górę, jedyne momenty wytchnienia, to mostki nad potokami. Oczywiście mnóstwo serpentyn, co trochę ułatwia jazdę. Mam mocne postanowienie wyjechania na raz i nie przeszkadza mi w tym nawet czerwone światło na wahadle na początku trasy (jakiś mały remont) :-D Widzę przed sobą dwóch kolarzy, w połowie drogi jednego z nich prześcigam, drugi cały czas 100-200m przede mną. Za chwilę przemyka obok mnie zawodniczka (kobieta mnie bije! ), chwilę później kolejny kolarz przejeżdża w takim tempie, że się zastanawiam, czy to nie jakiś PRO's, który zabłądził po wcześniejszym etapie Giro d'Italia. ;-) W końcu widać już przełęcz, jeszcze tylko ostatnie metry i... Jest! Udało się wyjechać! W wolnym tempie, ale bez przystanków. 2236mnpm. Zostawiam brykę na parkingu i idę pooglądać widoki. Nie wspomniałem jeszcze o tym, ale drogi Dolomitów są o tej porze roku oblężone przez motocyklistów. Do tego mnóstwo super-samochodów, gdzie Porsche'aki robią za auta dla ubogich ;-) Jest głośno na drodze, ale cóż, trzeba przywyknąć.2 punkty
-
Kluszkowce - Czorsztyn SkiDziś przejeżdżając przez miejscowość Kluszkowce postanowiłem zaglądnąć i sprawdzić co tak na prawdę dzieje się w ośrodku Czorsztyn Ski. To co zobaczyłem na miejscu to w większości inwestycje które ośrodek rozpoczął rok lub dwa lata temu, a wiec o nowej koleji która miala tu powstać narazie cisza. Więc po kolei:Nowy hotel, kasy, toalety, wypożyczalnia sprzętu narciarskiego są już całkowicie gotowe Górna cześć nowo powstałego parkingu także Dolna jego cześć jest wyrównana, zrobiony jest też mostek łączący go ze starym parkingiem, brakuje tylko utwardzenia nawierzchni i barier ochronnych Poszerzono troche i wyrównano końcówkę trasy przed samym dojazdem do krzesełka Jesli chodzi o pozostałą cześć ośrodka wyglada to tak Co napewno ucieszy narciarzy ośrodek wzbogacił sie o dwa nowe ratraki firmy prinoth, jedna to maszyna używana zakupiona juz przed zeszłym sezonem zimowym, natomiast drugi to nówka sztuka Wracając jeszcze do planowanej na ten sezon budowy nowej kanapy, z nie oficjalnych informacji od jednego z pracownikow - nowa kanapa a wzdłuż niej nowa trasa miala powstać na wschodnim zboczu góry Wdżar, prowadząc od szczytu w dół w kierunku miejscowości Krośnica Niestety jak narazie rośnie tam tylko las, miejmy jednak nadzieje że ośrodek upora się z problemami i biurokracją, i nowe krzesło w krótce powstanie.1 punkt
-
Rozmawiałem dziś z Andrzejem - będziemy w liczbie sztuk 5! :applause: Może ktoś jeszcze dołączy?1 punkt
-
15 osób zebrało się na kolejnym WZFie. Tym razem na Babiej. Na razie podchodzimy1 punkt
-
1 punkt
-
Fafek jesteś przegość :applause: :applause: :applause: W jakim tempie byś nie jechał, to zrobić takie podjazdy to jest naprawdę sztuka. Gratulacje i wielkie dzięki za relacje i za zdjęcia :happy: A to, że jeżdżę ze średnimi 30-32km/h to naprawdę nie ma znaczenia, bo pod góry jednak puchnę i to strasznie :frustrating: To jednak zupełnie inna jazda i zupełnie inne uwarunkowania niż do jazdy po płaskim czy pagórkowatym terenie, no ale może kiedyś i też zahaczę o tamte rejony. Na razie planuję zrobić pętle beskidzkie no i trochę km po Tatrach i Spiszu. Mati brzucha nie ma, wycieniowany jesteś, to nie dziwię się, że tak po górach zasuwasz1 punkt
-
W drugi dzień naszego weekendowego pobytu u Johnnego zaatakowaliśmy najwyższą Górę Beskidu Śląskiego - Skrzyczne 1257 m npm.Na szlak wyszliśmy w odróżnieniu do sobotniej wyprawy na Babią w okrojonym składzie: Marionen, Anniaa, Johnny z Żoną, Góral spod Skrzycznego i ja razem z Paulą - 7 osób.Od rana zapowiadało się, że dzień będzie piękny i upalny - tak było.Tym razem jesteśmy punktualnie w Szczyrku o godzinie 8 rano.Zaczynamy się wspinać po szybkim przywitaniu z Darkiem - to On dzisiaj będzie cały dzień naszym lokalnym Przewodnikiem.Szybka fotka i zbliżenie celu naszej podróży, pełna szybujących wesoło ptaków......jaskółki?Skrzyczne 1257 m npm. Na początku idziemy w iście alpejskim klimacie. Piękne, drewniane okoliczne budynki przypominają nam Austrię. Kierujemy się w górę do Baru u Józka. W Hiltonie robimy pierwszy popas......temperatura spada do +4 stopni :wink: a Mario mówi, że czeka na śnieg. Ruszamy w górę. Darek postanowił, że będziemy się wspinać na szczyt góry trasą narciarską FIS. Jej końcówka jest dosyć łagodna. Nieco dalej jest nieco ostrzej. Szeroko z pięknym widokiem......czego chcieć więcej? Oczywiście śniegu. Robi się bardzo ciepło.Dobry sprzęt turystyczny, chwila i długie spodnie zamieniają się na krótkie. Pniemy się coraz wyżej a naszym oczom ukazuje się koloryt Beskidu Śląskiego. Humory dopisują - Paula popełnia na mnie i na Góralu fotkę ze Szczyrkiem w tle. Cóż?Kochamy Góry! Strome podejście pod "grzebień" i krótki postój w urokliwym miejscu.Ojj.... pojeździłby Fisem na nartach, pojeździł!!! CDN1 punkt
-
1 punkt
-
Nie zgadzam się! Nawet jeżeli w wielu krajach dochodzą do władzy rzędy nacjonalistyczne, to jednak własność prywatna jest sprawą nadrzędną (rzekłbym świętością)! To co wymyślili nasi obecnie "królujący" w sprawie lasów i ziemi, moim zdaniem, powoduje bardzo duże "zaniepokojenie" wśród inwestorów, szczególnie projektów długofalowych. Gdybym miał wyłożyć setki milionów na inwestycje, to każda niekorzystna pogłoska, plotka czy też prognoza miałaby dla mnie znaczenie. Niefrasobliwość urzędników to oczywiście w naszym kraju pieśń dominująca. :frustrating:1 punkt
-
Jeśli to prawda to jak dla mnie jest zwykła wymówka. Obecny rząd nie ma tu znaczenia. Równie dobrze na Słowacji w ciągu 3-4 lat może zmienić się władza na nacjonalistyczną i też wpadnie na pomysł "nacjonalizowania" ośrodków narciarskich. Idąc tym rozumowaniem TMR powinien już sprzedawać swoje ośrodki bo nie wiadomo co będzie za X lat. Jeśli się wycofują to tylko i wyłącznie przez problemy z uzyskaniem pozwoleń, a to akurat jest problem wszystkich ośrodków od wielu lat i władza nie ma tu znaczenia.1 punkt
-
W regulaminie jest napisane że nie można na szosie jechać! Także tylko góral. Andy będziesz w sobotę na Magurce?1 punkt
-
Kalendarz Pucharu Świata 16/17 możecie przejrzeć tutaj Jest kilka nowych miejscowości, a wśród nich Kronplatz, gdzie 24.01.2017 na stoku "Erta" rozegrany zostanie slalom gigant kobiet1 punkt
-
Skrzyczne "drogą narciarzy" cz.4 - ostatnia....i wydawać by się mogło, że ocali nas w ostatnich chwilach jedynie jakiś cud :eek: bądź piękno gór. W krytycznym momencie część grupy miało chwilę słabości i pomyślało o ratunku przy pomocy maszyn latających. Zrezygnowali po dostrzeżeniu dziwnych potworów wlekących pod niebem swoje piekielne machiny. Dochodząc do bazy numer 1 wszyscy byli kolejny raz, niemal na 1000% przekonani, że są bezpieczni - że ustępują niepokojące omamy i halucynacje wywołane śmiertelną chorobą... ...a tu nastąpił kolejny niespodziewany atak obłędu :biggrin:Niezwykle piękne reklamy ich ukochanego VIP Klubu Narciarskiego :cheerful: Cóż było robić?Grupa ratując się z opresji postanowiła dalsze schodzenie kontynuować po niebieskich śladach... ...i wszystko wskazywało na to, że już jest ok - a my bezpieczni... ...gdy ukazały się naszym oczom abstrakcyjne "filary wszechświata" i "próg opatrzności".I moglibyście w to, wszystko nie uwierzyć gdyby nie dowody w postaci zdjęć, które jakimś cudem znalazły się na naszych urządzeniach cyfrowych rejestrujących obrazy. Kolejny zwid atakujący nasze mózgi - wioska indiańska... Gdy już myśleliśmy, że nic nas nie ocali......zaczęliśmy odczuwać zbawienną utratę wysokości. Jeszcze kilkaset metrów w dół spowodowało, że poczuliśmy się całkiem nieźle... ...i tak było!Po zejściu do punktu 0 wyprawy - choroba wysokościowa ustąpiła. Wszystko wróciło do normy a my w efekcie uratowaliśmy życie.Teraz z perspektywy czasu zastanawiam się, czy to na pewno była ta choroba?...Istnieje przypuszczenie, że to opętał nas demon bądź klątwa nieszczęśliwego "Wszawobrodego" herszta tutejszych zielonych i nietoperzy chronionych.Skąd takie wnioski?Wszystko wyjawiło ostatnie zdjęcie zielonej ściętej trawy na dole... Wiem.Poniosło mnie.Skrzyczne zdobyte......a ten, opisywany przeze mnie dzień, jeszcze się nie skończył - ale o tym opowiem może jutro.Pozdrawiam wszystkich Himalaskrzycznistów i innych, którzy przebrnęli przez niniejszą relację.marboru1 punkt
-
Skrzyczne "drogą narciarzy" cz.3Jest!!!!!Po karkołomnej wyprawie, pięknej i niebezpiecznej przygodzie docieramy do celu. Niestety dosyć długie przebywanie na szczycie, powyżej wysokości 1200 m npm poskutkowało atakiem choroby wysokościowej.Członkowie wyprawy zaczęli nagle bardzo dziwnie się zachowywać :eek: Kierownik wyprawy nagle poczuł się małpą......a jego partnerka ku oburzeniu pozostałej części grupy wspinaczkowej stwierdziła, że takie zachowanie jest ok i wszystko jest dobrze. Ostatkiem sił członkowie wyprawy zrobili kilka zdjęć z topu Skrzycznego... Akcja ewakuacyjna bohaterów spod Skrzycznego powiodła się wspaniale!W szpitalu podano odpowiednie leki... ...a sam w nim pobyt jeszcze mocniej zjednoczył i scalił grupę. Po dosyć długim okresie rekonwalescencji himalaskrzyczniści postanowili zejść do bazy.Ostatnim objawem choroby wysokościowej był widok pasącego się jednorożca... ...oraz kołującego kondora. Szybka zdrowaśka... ...i pośpieszne sprint na sam dół. Nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że coś jest nie tak. Zamknęliśmy oczy i nie bacząc na trudności techniczne szlaku kontynuowaliśmy swój marsz......a one nadal tam były - całe stada niebezpiecznych stworów. Najgroźniejszy odcinek pokonaliśmy korzystając ze śrub lodowych i raków. CDN1 punkt
-
Skrzyczne "drogą narciarzy" cz.2Uzupełniamy płyny, chwilkę czekamy na Anię i ruszamy do ataku szczytowego... Ostatnie metry na stromszej części podejścia... ...po lewej ukazuje się naszym oczom "tradycyjny" szlak na Skrzyczne... ...oraz tutejsze, największe ptaki - a w zasadzie latające skrzydła. Ostatni fragment jest płaski.Kilkaset metrów i jesteśmy prawie u celu. Foto dla Leintnera, naszego forumowego Marcina... ...i cóż za zaskoczenie?Do startu z platformy startowej szykuje się jakiś narciarz! :eek: Czyżby jakieś letnie grant prix?Wchodzimy na górę a tam świetny widok w stronę Jeziora Żywieckiego. Zawody narciarskie nadal trwały!!! :stupid: Kolejny racer właśnie szykował się do startu - kibice jak widać nie zawiedli :applause: Nie brakowało również pięknych ski fanek pragnących uwiecznić się z gwiazdami światowego narciarstwa :tongue: Robić trzeba było swoje, więc po kilku minutach relaksu skierowaliśmy się w stronę szczytu.Po drodze widoczek w stronę schroniska. Atak szczytowy był niezwykle spokojny. Nikt nie odpadł od ściany - każdy ze wspinaczy szedł z uwagą stawiając każdy krok. Liny asekuracyjne i ich walory bezpieczeństwa nie były poddane próbie swojej niezawodności. CDN1 punkt
-
Babia Góra cz.1Na wstępie chciałbym podziękować wszystkim za wspaniałe spotkanie.Nigdy bym nie przypuszczał,że w tak spontaniczny sposób zbierze się aż 15 osób! :applause: Cudowny dzień,wspaniali ludzie i piękna Babia Góra - połączenie idealne. Zaczęło się od tego,że Marboru chciał do mnie wpaść,żeby zdobyć 3 szczyty do Korony Gór Polskich.Na początku miało to być właściwie takie nasze weekendowe spotkanie i wspinanie,ale wszystko nagle się zmieniło.Zmieniło w całkiem spory WZF. Na pierwszy dzień,czyli sobotę,zaplanowaliśmy zdobywanie Babiej Góry.Umówiliśmy się o godz. 9.00 na Przełęczy Krowiarki. No niestety,po długim wieczorze,trochę ciężko się wstawało i nam zeszło,przez co się spóźniliśmy dobre pół godziny.Ilość samochodów na drodze nie pozwoliła tego nadrobić.Jak się okazało,załapaliśmy się na ostatnie miejsca parkingowe.Dycha za postój,po piątce od łebka za wstęp i już możemy ruszać na Babią.Początkowo szlak jest mega light - mógłbym tu na rowerze pojechać,gdyby było wolno... Początkowo mieliśmy plan żeby dojść do schroniska,kawałek wrócić się i żółtym szlakiem wejść na szczyt.Jednak ze względu na pogodę od razu ruszyliśmy do góry.Stromo do góry.Ciekawe - pamiętam z dawnych lat,że na początku tegoż szlaku była tablica ostrzegająca,że to trudny szlak i żeby zastanowić czy mamy odpowiednią kondycję,umiejętności itp. Teraz jej nie widziałem.Może jej po prostu nie szukałem wzrokiem... No to na przód! Początek to po prostu wspinaczka po schodach,nic specjalnego,ale na pewno męczącego. Im dalej,tym bardzie stromo,choć tu jeszcze nic co by mogło przestraszyć. Ten szlak to najtrudniejszy szlak w Beskidach,ale chyba też jeden z najatrakcyjniejszych.Zaczynają się półki skalne i łańcuchy.Zaczyna być stromo,a za plecami coraz ciekawsze widoki.Dla mniej doświadczonych zaczyna być trudno,nawet bardzo trudno,jak dla mojej żony,ale na tym etapie jeszcze daję rady. Instynkty działają - widzę jak uważnie stawia kolejne kroki i choć się boi,to w pełni skupiona robi to jak należy. Aż doszliśmy do ostatniego trudnego miejsca,ale najbardziej wymagającego.Obawiałem się,że to może być spory problem i się nie pomyliłem.Moją Żonkę wyraźnie sparaliżowało i widziałem,że się panicznie boi. Taka ironia,że to ostatnie trudne miejsce,a dalej to już lajtowa ścieżka na szczyt.Gdybym teraz miał się wracać,to na pewno byłoby to większe wyzwanie niż przejść ów miejsce,co też lepszej połówce starałem się wyjaśnić.Na szczęście do akcji włączył się Major - wielki dzięks - powoli poinstruował Izę gdzie kolejno stawiać nogę i... dała redę.Drugą część już sama pokonała.A po tym odcinku miała wielką satysfakcję i nie dowierzała,że się udało. Tak jak pisałem wcześnie,dale już tylko sielanka i delektowanie się widokami.1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
W piątek skoczyłem na rower trochę odetchnąć od tego upału - niestety tylko na niecałe 2 godzinki. Jako, że ostatnio staram się trzymać z dala od dużego ruchu, pojechałem na wał szutrowy (Zawadowski). Ludzi niewiele, chociaż minąłem kilku rowerzystów i pieszych. Co się dziwić - ciepło, przyjemnie i piątek wieczorem - czego chcieć więcej? Po tym jak wał szutrowy zmienił się w kostkowyi zaczął się kończyć, pojechałem (trochę na ślepo) wzdłuż torów, których koniec (albo początek) jest w elektrociepłowni. Skręciłem w prawo w jakąś drogę gruntową. Mijałem krzaki, ziemniaki itd. - wszystko, co rośnie na wsi.[ATTACH]33165[/ATTACH]Potem kilka skrętów przez kocie łby i mijam rzeczkę Wilanówkę i jakiś kanałek.I jeziorko...Dojeżdżam do ścieżki rowerowej i cisnę do Wilanowa. Po raz drugi przejeżdżam przez Wilanówkę.[ATTACH]33166[/ATTACH][ATTACH]33167[/ATTACH]Niestety bliżej Pałacu w Wilanowie nie da się pojechać, więc robię fotkę z daleka wraz z pobliską kapliczką.Obok budynku poczty robię krótki postój. [ATTACH]33168[/ATTACH]Nieco się pogubiłej, ale w końcu dotarłem na wał szutrowy. Pędzę do domu. Po drodze zatrzymałem się przy dawnych działkach - dojrzewają tam teraz czereśnie! 30km zrobione. Za tydzień może starczy czasu na 40-50. Trzeba się rozkręcać :wink:Pozdrawiam1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
To i ja się pochwalę tym, jak się niedawno sponiewierałem... ;-) A uprzedzając nieco ciąg dalszy, był rozmach, było na "bogato", "grubo", "epicko", "z bramą na pełnej k." itd. Od zawsze mi się marzyło pojechać na rower w Alpy i pojeździć tamtejszymi słynnymi drogami. W odróżnieniu od wyjazdów narciarskich, to trudne przedsięwzięcie pod względem logistycznym. Nie wystarczy pójść do biura turystycznego za rogiem i kupić wyjazd... Więc, gdy pojawiła się opcja wyjazdu w Dolomity na długi weekend późno-majowy, nie zastanawiałem się ani sekundy :-) Była przed wyjazdem mała nerwówka związana z obsuwą podczas przedwyjazdowego serwisu roweru, spóźniającymi się dostawami potrzebnego ekwipunku, ale koniec końców w środowy wieczór dosiadłem się do ekipy i ruszyliśmy w drogę. Cel: przedmieścia Canazei, samo serce Dolomitów. Narciarzowi raczej nie trzeba specjalnie przedstawiać okolicy, z punktu widzenia kolarza - wprost idealna baza wypadowa na okoliczne przełęcze. Z powodu bardzo dużego ruchu związanego z weekendem i sporego korka na Brenner, meldujemy się na miejscu z poślizgiem, ale czasu było wystarczająco na zrobienie zaplanowanej trasy. Jeszcze tylko posiłek, szybkie przepakowanie i jadymy z koksem :> Na początek krótki, dwukilometrowy zjazd z Penii do centrum Canazei, rondo, i początek pierwszego podjazdu trasy nazywanej: Sella Ronda. Nazwa nieprzypadkowa - drogi prowadzą w większości tymi samymi terenami, którymi w zimie można na nartach śmigać. Start w Canazei jest na ok 1400mnpm, pierwszą przełęczą do pokonania jest Passo Sella (2240m). W kolarskiej nomenklaturze podjazd należy do kategorii "HC", czyli najwyższej możliwej, 800m przewyższenia robi swoje... Ale jest on całkiem znośny :-) Droga wije się po serpentynach konsekwentnie w górę, dość stromo, ale poniżej granicy bólu. Wysokości przybywa, lasu ubywa, a przed oczami pojawiają się monumentalne skały Dolomitów. Po drodze mnóstwo napisów na asfalcie, ledwie kilka dni wcześniej prowadził tędy królewski etap Giro d'Italia. Wypatruję naszych, swojskich napisów, jednak wszędzie tylko Nibali i Nibali... jednak Włosi go kochają :-) Ja podążam w ciut wolniejszym tempie ( :-P ), ale póki co jest dobrze - intensywny początek sezonu nie poszedł na marne. Jest coraz wyżej, robi się chłodniej, a krajobraz coraz bardziej surowy, jedynie szosa niezmiennie z jednego zakrętu w następny. W końcu po niespełna godzinie, mogę zrobić zasłużony postój, pierwszy skalp zdobyty :-D Pogoda się pogarsza, jest ryzyko opadów, ale widoki mimo to przednie: Po kilku chwilach odpoczynku na Passo Sella, czas na dalszą drogę. I tu wychodzi brak doświadczenia... a konkretnie brak cieplejszej odzieży na zjazdy. Dzień był ciepły, ale popołudnie już takie nie jest, tym bardziej w górach. Chłód zabrał przyjemność ze zjazdu malowniczą szosą, ale zjazd ten był krótki, raptem kilkukilometrowy. Czas na następny podjazd: Passo Gardena. Przełęcz niższa od poprzedniej, dodatkowo start z większej wysokości, więc dość sprawnie to idzie. Po drodze krótkie wypłaszczenie i jedzie się niemal przy samych ścianach skalnych, na horyzoncie już widać premię górską. Po wjeździe na przełęcz już nie zatrzymuję się na zbyt długo, żeby nie tracić ciepła i zaraz ruszam w dół. Ten zjazd już znacznie fajniejszy - długi, kręty i wymagający. Dobry asfalt, więc można poćwiczyć technikę. Obok serpentyn łąki, którymi prowadzą trasy narciarskie, miejscami jeszcze trzymają się resztki śniegu. Jeszcze tylko przejazd przez miejscowość Colfosco i zaraz koniec zjazdu w Corvarze. Tam podobnie jak zawodnicy na Giro, kieruję się na południe na przełęcz Passo Campolongo. Podjazd jest jeszcze krótszy, prowadzi z ok 1560m na 1875m, ale jak cała okolica, również bardzo malowniczy. I czas na kolejny zjazd i znów ćwiczenie opóźnienia hamowania przed zakrętami. Na dole już widać Arabbę. W miasteczku krótki pit-stop, tankowanie wody w fontannie przykościelnej i czas na ostatnią górę tego dnia: Passo Pordoi. Będzie to mój jeden z ulubionych podjazdów - umiarkowanie stromy, 33 numerowane serpentyny i 9km/647m do pokonania, by znaleźć się na wysokości ponad 2230m. Nogi cały czas dobrze "podają", więc i tą górę udaje się bez problemu podjechać "na raz" (wcześniej tylko Campolongo było z przerwą, ale zdjęciową) Na szczycie widać, że słońce już będzie się chować, a nad Canazei straszą ciemne chmury. Przede mną jeszcze najdłuższy, kilkunasto-kilometrowy zjazd. Bez zbędnej zwłoki ruszam na dół. Jest moc i full gaz :-D. W połowie zjazdu wjeżdżam na odcinek, którym zaczynałem dzisiejszą trasę. Jeszcze kilkanaście ponumerowanych zakrętów, rondo w Canazei i krótki podjazd do mety. I można urządzić sjestę. Bilans dnia to ok 68km, przy 2,5km przewyższenia. Średnia słabiutka, więc jej nie podam :-P cdn...1 punkt
-
a to widzieliście gdyby to było w firmie ktoś straciłby już stanowisko ale swój swojemu w tym gównie rękę myje.....banda bezmyślnych urzędasów..... http://www.radiobielsko.pl/news/29382-Szczyrk-Najwiekszy-osrodek-nadal-bez-inwestycji.html1 punkt
-
1 punkt







