Ranking
- uwzględniając wszystkie działy
-
Wprowadź datę
-
Cały czas
1 Październik 2007 - 12 Październik 2026
-
Rok
12 Październik 2025 - 12 Październik 2026
-
Miesiąc
12 Wrzesień 2026 - 12 Październik 2026
-
Tydzień
5 Październik 2026 - 12 Październik 2026
-
Dzisiaj
12 Październik 2026
-
Wprowadź datę
09.08.2021 - 09.08.2021
-
Cały czas
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 09.08.2021 uwzględniając wszystkie działy
-
Dłuższą chwilę mnie nie było na forum, ale wracam z relacją z wczorajszej wycieczki. Ostatni wyjazd w góry był w maju, tęskniłam strasznie za Tatrami, i już na prawdę stawałam na głowie żeby udało się zgrać dzień wolny z ładną pogodą. Obserwacja prognozy od kilku tygodni, trasa obmyślana jakiś czas temu i w końcu udało się - niedziela powinna być ok. Bałam się, że niedziela w Tatrach to zły pomysł, ale z tego co zauważyłam to Tatry Zachodnie nie są aż tak oblegane jak Morskie Oko, Giewont czy inny Kasprowy. No więc tak: piątek i sobota 12 h w pracy na nogach, a w niedzielę pobudka o 4 i w drogę.... Wracając z pracy w piątek po 21 coś zaczęło piszczeć w aucie-koniec klocków. no po prostu swietnie....i po wyjezdzie sobie myślę. Na szczęście Miśkowi udało się jakieś znaleźć w garażu i w nocy zmieniał ....Pobudka o 4, zbieramy się, pakujemy rowery do auta - nie możemy znaleźć śruby od koła....dobra udało się, coś wymyślił Pogoda jakaś dziwna się wydaje, ale jeszcze słońce nie wzeszło więc mam nadzieję, że jednak będzie ładnie....jedziemy, coś chmury nad tymi Tatrami Zachodnimi. Misiek już zły bo to wygląda na burzowe chmury.....zaczęło padać po drodze, no po prostu myślałam, że zwariuje.....zaczyna wiać...no ale cóż, dojechaliśmy, pogoda się uspokoiła, ale dalej pochmurno, będzie co bedzie, nic nie poradzimy. Plan był, że dojeżdzamy rowerami do polany Trzydniowki, idziemy dalej z buta dalej w stronę schroniska, odbijamy w lewo na szlak papieski i tamtędy na Trzydniowiański i wracamy na Polanę Trzydniówkę od razu do rowerów i wracamy. No i dobra, wysiadamy z auta, rowery przygotowane, Mikołaj chce dopompować powietrza, a tu powietrze zeszło całkowicie i nie chce się ruszyc.......no wszystkie znaki mówią zeby odpuscić.....w koncu jego rower został w aucie, a my wypozyczylismy rower z wypozyczalni. Oczywiscie dokument tozsamosci został w aucie, dobrze ze ja mialam swój chociaz No dobra, ruszamy... dojechaliśmy do miejsca gdzie mamy zostawić rowery, i ruszamy dalej z buta, zaczyna padać....no świetnie. Nad Wołowcem widac ciemne szare ciężkie chmury, no jak nic na burzę....ja juz załamana i wkurzona...nie wiemy co robić, najrozsądniej byłoby wrócić, ale żal....na chwilę schowalismy się od deszczu pod drzewami....po jakims czasie przestalo padać, poszlismy w strone schroniska, Misiek jest za tym zeby wracac, albo dojsc do schroniska i wracac, ja stwierdziłam, że moze przeczekamy bo z drugiej strony powoli było widac słonce...w końcu doszliśmy do schroniska na Polanie Chochołowskiej. tam posiedzieliśmy, zaczeło wychodzic słonce, ale przy wysokosci ok 2000 m n.p.m. widać bylo chmury....po wielu dylematach Misiek mowi ze nigdzie nie idzie wyzej, wracamy, moze przejdzie moze nie, bezpieczniej zawrocic-wiedzialam ze ma rację, ale jednak mialam nadzieje, że sie rozpogodzi i ze pojdziemy. dobra, posiedzielismy jeszcze kolo wypasu owiec, zaczelo sie robić coraz ładniej, było ju z kolo 10.00 wiec dosc pozno, plan był inny, ale co zrobić. dobra, w koncu Misiek uległ i poszlismy na góre Na początku szlak był dość łagodny i szło się całkiem przyjemnie, słoneczko świeciło, wiał ciepły wiatr, raczej płasko niż mocno pod górę. Dopiero później szlak zaczął się piąć mocniej do góry, temperatura też robila swoje i mielismy coraz mniej sił. Podejscie na samą górę już w ogóle dało na w d....nogi masakra, ja już ledwo miałam siłe iść, a nie wiem jak Misiek doczołgał się do mnie haha co prawda został w tyle, a ja poszłam już sama na szczyt żeby odpocząć i zjeść Przed wyjazdem myślałam, czy nie zahaczyć o Kończysty Wierch jeszcze- to już tylko godzinka z trzydniowiańskiego, ale odpuscilismy. Może gdyby była wczesniejsza godzina to byśmy się zdecydowali, ale tak to odpuścilismy, poza tym na prawde byliśmy wypruci Na gorze odpoczęlismy, napatrzyliśmy się na przepiękne widoki i ruszylismy w dół Krowim Żlebem-cieszę się że taki kierunek wybrałam, bo zejście było dośc strome, dało nam też popalic, ale chyba jednak wolałam schodzić tędy bo jakbym miała wchodzic pod górę tak stromo to bym umarła w polowie drogi chyba haha. Z drugiej strony niby jakbym miala to strome podejscie za sobą to pytam tylko lżej by mi się schodziło tamtym szlakiem, sama nie wiem co lepsze, ale i tak i tak dałoby w kość:P po dość długim schodzeniu, moje kolana i ścięgna miały już serdcznie dośc. Największym zbawieniem okazał się oczywiscie rower-przekonalismy się o tym juz nie raz. Zawsze jak idziemy gdzieś z Chochołowskiej to roweramy podjeżdzamy gdzie się da Jak juz się wsiądzie na rower w drodze powrotnej to nawet nie trzeba pedałować a jeszcze jak się mija tych wszystkich ludzi i za chwilę jest się na dole...no bajka Balismy się troche ze to niedziela i że będą tłumy-na szlaku na Trzydniowiański mijaliśmy moze 10 osob....schodzą już troche wiecej - troche ludzi wchodzilo dopiero, ale mimo wszystko było na prawdę baaardzo mało ludzi. Trzeba wiedzieć gdzie iść żeby nie było tłumów w samej Dolinie jednak dosc sporo ludzi-głównie rodziny z dziecmi, wracajac rowerem trzeba bylo uwazac bo potrafili isć całą szerokością, albo dzieci nieoczekiwanie wybiegały pod koła wiadomo jak to jest. Na koniec zjedlismy pyszny i nawet nie drogi obiadek w karczmie kawałek za wyjsciem z Doliny. Mało ludzi, tanio, krotki czas oczekiwania, a jedzonko przepyszne Mimo wielu przeciwności był to na prawdę udany i męczący(pozytywnie)dzień. a powrót? z Chochołowskiej do Mogilan pod Krakowem około połtorej godziny. A wyjechalismy kolo 17 dopiero.....jechalismy za google maps, zadnego korka, zadnych 2 czy 3 godzin na zakopiance jak straszyli Także dzień przecudowny, mam nadzieję, że jak najszybciej uda mi się znowu wrócić w Tatry:) Filmik będzie później, na razie kilka zdjęć3 punkty
-
3 punkty
-
Cześć Środowa i dolna Drawa (poniżej poligonu) trochę zaskoczyła. Na odcinku poniżej Bogdanki nie byłem od 1996 roku a na ujściowym (poniżej elektrowni) nigdy a (zwłaszcza ten ostatni jest piękny i wart odwiedzenia. Największym szokiem był brak mostu przed elektrownią, pod którym było fajne bystrze. Pamiętam go jako solidna konstrukcję a ostały się tylko pale - rozebrano go w zeszłym roku. Rzeka jest przetarta, przycięta i zaludniona. Dostępna dla każdego - koleżanka przeciągnęła przez odcinek parkowy dwójkę wypełnioną po brzegi towarem i chorym mężem. Szkoda trochę bezsensownej kładki przed Barnimiem bo jest tworem totalnie sztucznym a pokonanie tego odcinka nie sprawia trudności nawet kajakiem z towarem. Wodę mieliśmy dość niską co dla mniej doświadczonych było korzystne ale za to kosztowało więcej siły. Kolejne osoby w tym dzieci już nie wsiądą do dwójek po zorganizowanych na rzece próbach w dniu wolnym. Rzeka radzi sobie nieźle ze wzmożonym ruchem za co chwała opiekunom bo musi być czyszczona do czego też staraliśmy się skromnie przyczynić. Rzeczy już kończą schnąć więc ruszamy w Izery na rowery za parę godzin. Pozdrowienia3 punkty
-
Sobota miała być z burzami, chmurami i niewielką ilością słońca. Narciarzy dużo mniej niż w piątek, czwartek. Większość latem na lodowiec wybiera się na pogodę. Dzień tygodnia nie ma znaczenia, dlatego w tygodniu jest często więcej ludzi jak w weekendy. Niekoniecznie dotyczy to grup sportowych. Ci trenują prawie zawsze, niezależnie od warunków. Ważniejsza jest ilość jednostek treningowych, do tego im trudniejsze warunki treningowe tym lepsze później wyniki sportowe. W przeciwieństwie do osób twierdzących, że na krawędzi można tylko na twardym, tutaj wszyscy trenujący pięknie wycinają carvingowe skręty na każdym rodzaju śniegu (lodu), miło podpatrzeć i wyciągać wnioski poprawiające własne umiejętności. Z Polski oczywiście też była grupa sportowa, dokładnie z Krakowa. Do tego w rozmowie potwierdzili, że trenują by startować w zawodach, co też na naszym forum nie jest dla wszystkich oczywistością. W nocy próbowałem wyczuć pogodę, ale nic z tego mi nie wyszło, był i księżyc i chmury... Rano (między 6 a 7) zanim wyprowadzili gondole z garaży wydawało się, że pogoda będzie jak najbardziej ok. W momencie kiedy ruszyły wyciągi już tak różowo nie było, w wysokich górach zmiany pogodowe następują niesłychanie szybko, od skrajności do skrajności w tempie sportowym. Latem bardzo ważna jest dobra suszarnia, bo jednak do kolan raczej wszystko jest mokre, zwłaszcza jak się zagląda w różne dziwne miejsca. Ja taką suszarnię miałem... Docieram pod Olperer i ponownie pogoda się zmienia na nadspodziewanie uroczo i widokowo fascynującą. Olperer ukazuje się prawie w całości Oczywiście sportowcy już ostro trenują, korzystając z doskonałej widoczności i kontrastu, ja spokojnie objeżdżam wszystkie dostępne trasy Duża część tras na okres letni jest zabezpieczana przed wytopieniem specjalnymi płachtami. Jest to rodzaj białej włókniny, dość cienkiej kilkumilimetrowej grubości, szerokości kilku metrów. Złącza ich są zgrzewane palnikami na gorąco tak jak papa termozgrzewalna. Miejscowi nazywają te płachty flizami (nie wiem jak się to poprawnie pisze). To dość pracochłonne prace, jest do tego oddelegowana specjalna brygada pracowników, do dyspozycji mają też ratrak. Kiedyś flizy były układane na deskach i drewnianych łatach, obecnie za konstrukcję wykorzystuje się tekturowe (twarde) rury, dużo lżejsze i łatwiejsze do układania. Gdyby te odcinki tras (głównie 3) nie zostały zabezpieczone i śnieg na nich się wytopił do samego lodu, nie dałoby się związać później nowego śniegu we wrześniu, październiku z podłożem. Bardzo o to dbają. Mimo położonej flizy śnieg i tak może się wytopić do lodu, na to jest zgromadzony śnieg w wielkich hałdach (też przykrytych płachtami) w kluczowych momentach może być ponownie nawieziony przez ratraki na trasy Widok na Gefrorene Wand Spitzen spod Olperera Pora coś zjeść, turystów jest mało, można się zrelaksować przy szumie wodospadu... 20210731_132906.mp4 Ten letni wodospad przy Tuxer Fernerhaus służy za lokalną rozgłośnię, nadaje dźwiękowego uroku przez 24 godziny na dobę, niczym cykady na Bałkanach. Zagłuszyć go potrafią tylko dźwięki wyładowań elektrycznych podczas burz i dźwięk syreny alarmowej która też czasem się włącza podczas uderzenia pioruna w pobliżu. Po ogarnięciu wszystkich tras dostępnych latem, a nie jest ich dużo pora wyruszyć ponownie na freeridową część ośrodka. Ku mojej radości dalej nikt tam nie jeździ i spokojnie mogę ponownie kreślić swojej mniej i bardziej regularne linie nie niepokojony przez nikogo. Najmniej ciekawy odcinek do pokonania... ale warto było dla tych mało użytkowanych (w zasadzie wcale) miejsc, trochę się przemęczyć 20210731_120623.mp4 Widok z gondoli Gletscherbus 3 na żleb i lodowiec pod Gefrorene Wand Kończę jazdę trochę wcześniej, bo czeka mnie wymiana nart, butów i kijków (pora zaliczyć skitoury latem) oraz odwiedzić Lanersbach a tak nowe gondole wyglądają w środku, dużo lepiej i przestronniej Widać jak mocno zaawansowane są prace przy budowie nowych parkingów podziemnych, nie będzie już parkowania przy drodze z doliny Kiedy wracam na Tuxer Fernerhaus już mocno pada i słychać już odgłosy zbliżającej się burzy Koło stacji stoi pojazd który przypomniał mi o jeszcze jednej atrakcji dostępnej w okolicy skalnej jaskini oddalonej o jakieś 10 maksymalnie 15 minut drogi. Przy starym schronisku Spannagelhaus jest wejście do jaskini Spannagelhoehle. Podobno głębokość jaskini to około 10 km. Dla zwykłych turystów jest udostępniona trasa o długości 500 m. Zwiedzanie zajmuje około 1 godziny i kosztuje 15 eu. Są też trudniejsze trasy, wielogodzinne, wymagają jednak odpowiednich umiejętności i sprzętu (dla grotołazów). To największa skalna jaskinia w środkowych Alpach i najwyżej położona w Europie. Można się wiele dowiedzieć o skałach i klimacie Rozpadało się mocno i jutro też ma tak być... 20210731_162128_01.mp4 Pozdrawiam PS. Przepraszam za muzykę, to nie ja wybierałem2 punkty
-
W gastronomi na Hintertuxie, żeby wejść do restauracji trzeba okazać paszport covidowy. Miałem go ze sobą w plecaku, po sprawdzeniu pani przybiła mi na dłoni pieczątkę (jak kiedyś w dyskotekach), nie musiałem też nosić maski. Przyszła duża grupa ortodoksyjnych Żydów z Izraela, nie mieli paszportów ze sobą i nie zostali obsłużeni a masek nie chcieli założyć...2 punkty
-
Z czwartku na piątek jechałem do Austrii. Na granicy Polsko Niemieckiej w Jędrzychowicach ani jednej osoby ze służb granicznych. Granica Niemiec z Austrią podobnie, przekraczałem koło Achenwald.2 punkty
-
Ja cię sunę. Czy Państwo nie widzicie żadnych podobieństw świata opisanego w dziełach Orwella?1 punkt
-
Cześć Mariusz siadasz i jedziesz i robisz to codziennie. Po pół roku wszelkie problemy nikną. Trzymaj się. Pozdrowienia1 punkt
-
Początek szedł naszym słabo, jednak cierpliwość została nagrodzona i trochę medali nasi sportowcy przywieźli. Lekkoatletyka to była prawdziwa petarda, prawie wszystko się udało. Jakby tak inne dyscypliny poszły tą drogą. Może za trzy lata. Ja dzisiaj oglądałem finał panów w piłce wodnej. Mecz bardzo długo toczył się koło remisu, jednak Serbowie w końcówce pokazali jak odjechać rywalom z Grecji. Podobnie piłka ręczna pań, długo Rosjanki były w meczu, Francja w 2 połowie w końcu odjechała. Praktycznie w większości dyscyplin zespołowych, drużyny które w grupie wygrywały od ćwierćfinałów w systemie pucharowym miały kłopoty. Zupełnie inaczej gra się kiedy możesz, ale nie musisz wygrać, gdy jednak przegrywający odpada to wiele reprezentacji traci swoją moc . Tak było z naszymi siatkarzami po części... Pozdrawiam, również dziękuję za wymianę poglądów i relację, zwłaszcza gdy byłem odcięty od transmisji...1 punkt
-
1 punkt
-
Szczególnie, że nawet na najbardziej popularnych trasach w tygodniu jest pusto. W mniej popularnych regionach nikogo nie spotykam albo jak już to jednego jeźdźca. Nawet dobrze, bo jak lokals to się czasem dopytam. U nas na DŚ rozwój tras (ST) trail ale też na granicy enduro postępuje w takim tempie, że trudno za tym nadążyć. W ciągu godziny można dojechać pociągiem w świetne rewiry. A kawałek dalej są Czesi i jeszcze większe możliwości.1 punkt
-
Prowansja - cz. VIII - kolarska nirwana - best day ever!!! No dobra - na początek walę prosto z mostu. Kolejny nasz dzień w Prowansji był w przekonaniu całej mojej trupy najlepszym dniem rowerowym w naszym "szosowym życiu". Wydawało nam się, że w Prowansji widzieliśmy już najważniejsze rzeczy wokół, byliśmy na Mt. Ventoux, byliśmy na południe od Malaucene, na północ od Malaucene, kibicowaliśmy dzielnie peletonowi TDF, co nam jeszcze mogło pozostać... otóż to co pozostało to "Les Gorges de la Nesque"... i o tym Wam dzisiaj trochę opowiem. Zanim jednak dojechaliśmy do miejsca, o którym wspominam powyżej, to trochę o trasie zaplanowanej na ten dzień. Ten kto śledził wcześniejsze moje relacje, to być może pamięta, że dzień po Mt. Ventoux część osób ciągnęła do Sault, aby zdobyć Ventoux od tamtej strony, a część w ogóle nie miała ochoty na nic. Ostatecznie wyszło coś pomiędzy, ale do Sault nie dotarliśmy. Wieczorem po emocjach związanych z kibicowaniem TDF siadłem nad mapami, stravami, google'ami i innymi tego typu, aby zaplanować coś sensownego na kolejny dzień. Stwierdziłem, że najsensowniej będzie jak wsiądziemy do auta, zapakujemy rowery na dach i do Sault przemieścimy się samochodem. Stamtąd wjedziemy na Mt. Ventoux najdłuższym, ale równocześnie najłatwiejszym podjazdem, zjedziemy ze szczytu do Bedoin, a następnie z Bedoin wytyczyłem pętle z powrotem do Sault. Przy planowaniu trasy na Strava zwróciłem jednak uwagę, że "heat map" wskazał że z dwóch dróg z Bedoin w kierunku Sault, bardziej popularna jest droga bardziej na południe od tej, którą brałem pierwotnie pod uwagę. Wtedy sobie przypomniałem, że gdy oglądałem różne filmiki o Ventoux jest tam w tych okolicach taka droga z tunelami wykutymi w skałach - tak trafiłem na wąwóz de la Nesque. Ostatecznie życie pokazało, że cała nasza runda to było ponad 90 km i mniej więcej 2.000 m w pionie - dystanse zdarzało mi się robić dłuższe, ale nigdy nie zrobiłem wcześniej takiego przewyższenia. Dla zaprawionych w bojach szosowców, wynik może nie wybitnie imponujący, ale pewnie i oni przyznają, że 2 tys. metrów, to już jest coś. Wrzucałem już profil podjazdu na Ventoux od Sault - coś trochę ponad 1100 metrów w pionie i 24 km długości, z czego tak naprawdę ciężko robi się na ostatnich 6 km, gdy podjazd ten łączy się z podjazdem od miejscowości Bedoin (czyli z tym klasycznym i najtrudniejszym wariantem). Podjazd od Sault dla osób mniej wytrenowanych, ale cokolwiek jeżdżących na szosie uważam, że jest po prostu bardzo przyjemny. W większości 3-6%, a tuż przez tymi najtrudniejszymi 6 km, robi się nawet prawie zupełnie płasko. Oczywiście ciągle lekko pod górę jest, ale nie ma walki o życie, a do tego jest tu po prostu przepięknie. Na dole pola i zapach lawendy, trochę wyżej las i znów piękny zapach lasu: Następnie docieramy do Chalet Reynard powyżej którego zaczynają się natrudniejsze ostatnie 6 km podjazdu, jest to też ta najbardziej znana "księżycowa" część - czyli powyżej linii drzew, wszędzie wokół skałki - nie jestem pewien, bo to nie moja dziedzina - wapienne i widok na przekaźnik. Przy Chalet Reynard pierwotnie planowałem pierwszy postój od dołu, ale ostatecznie czułem się super i stwierdziłem, że wjeżdżam do samego końca bez przystanku. Nie powiem, te ostatnie 6 km dały mi w kość, ale widoki na szczyt rekompensowały wysiłek: W końcu po raz drugi raz stajemy na szczycie Mt. Ventoux. Tym razem udaje się cyknąć fotkę ze znakiem na szczycie, bo za pierwszym razem była zbyt długa kolejka: Po zdobyciu szczytu zjeżdżamy w kierunku Bedoin. Ja nie ukrywam, że mam spory respekt przed tymi szaleńczymi zjazdami, ale trochę zaczynam się do tego jakby przyzwyczajać. W Bedoin pora na nagrodę w postaci lunchu: Po posileniu się ruszamy przez Flassan w kierunku, jak się okazało gwoździa programu - a trzeba przyznać, że do tej pory już było bardzo fajnie - czyli wąwozu de la Nesque: Widokowo robi się coraz ładniej, idealny asfalt, ruch samochodowy niewielki; droga cały czas delikatnie pnie się w górę: Z każdym kilometrem coraz piękniej - obracam się w tył, a tam mniej więcej tak: A do przodu tak: Jest tak pięknie, że umysł trochę nie nadąża "chłonąć" tych wrażeń. Robimy masę zdjęć chcąc utrwalić jak najwięcej z tych widoków: W końcu trafiamy na odcinek drogi z tunelami/tunelikami wykutymi w skale - pięknie to wygląda - jest kilka takich miejsc: Tym razem zdjęć jest więcej niż tekstu, bo co tu pisać - było pięknie - każdy kilometr przynosi coraz piekniejsze widoki, wręcz nierzeczywiste. Droga marzenie, a w tle na horyzoncie nad wszystkim góruje Mt. Ventoux: W każdym razie - każdy kto będzie w okolicy - na swój tzw. "bucket list" niech obok Mt. Ventoux koniecznie wpisze Gorges de la Nesque. To był mój najlepszy dzień na rowerze szosowym. Było mega - na koniec jeszcze widoczek z lawendą, za chwilę dojedziemy do Sault. 90 km w nogach 2000 m w pionie - było tak pięknie, że aż chce się jeszcze. To będzie nasza najlepsza i najfajniejsza tura w Prowansji. Polecam każdemu. Tutaj jeszcze obiecany widoczek:1 punkt
-
Zasady wjazdu do Chorwacji obowiązujące od 26.08.21 do 15.08.2021r. Aby dojechać do Chorwacji niezbędny jest nam tylko Dowód Osobisty. stan prawny na 29.07.2021 Enter Croatia jest nieobowiązkowe. Jeżeli nie masz potwierdzenia szczepień to testy (taniej niż w Polsce) można zrobić na miejscu w Chorwacji. Zasady tranzytu dla jadących do Chorwacji tylko z Dowodem Osobistym: Testy i UCC nieobowiązkowe podczas tranzytu w każdym z poniższych Państw. Niemcy tranzyt bez ograniczeń Czechy wybór trasy bez ograniczeń, ale nie można nocować. Austria tranzyt autostradą ale nie można nocować. W praktyce można zjechać na stacje benzynową w pobliżu autostrady. Słowenia tranzyt do 12 godzin, wybór trasy bez ograniczeń ale nie można nocować. Węgry wybór trasy i pobyt przy wjeździe lądem bez ograniczeń, warto w drodze do Chorwacji odpocząć na termach. Na Węgrzech nie trzeba mieć żadnych zaświadczeń aby korzystać z campingów, noclegów, term, restauracji i dowolnych dróg. Nie jest wymagane posiadanie UCC. Słowacja tranzyt do 8 godzin,obowiązują korytarze tranzytowe i nie można nocować.1 punkt







