Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. Zagronie

    Zagronie

    VIP


    • Punkty

      7

    • Liczba zawartości

      511


  2. waldek71

    waldek71

    Użytkownik forum


    • Punkty

      6

    • Liczba zawartości

      678


  3. artix

    artix

    Użytkownik forum


    • Punkty

      2

    • Liczba zawartości

      4 091


  4. tanova

    tanova

    VIP


    • Punkty

      2

    • Liczba zawartości

      2 774


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 22.09.2021 uwzględniając wszystkie działy

  1. Jedna rzecz mnie nurtuje niepomiernie. Wg zapowiedzi opiniotwórczego w końcu magazynu Sciare, sezon się odbędzie. Jest już podpis ministra transportu (to ministerstwo zajmuje się infrastrukturą narciarską). Wg rozmowy z szefową ANEF (narodowy związek operatorów wyciągowych narciarskich) czekali już tylko na podpis Draghiego i bodajże ministra finansów. W lecie ćwiczyli procedury (maseczki, dystans, limitacja miejsc w gondolach etc.). Są przygotowani na sezon zimowy. I co? Otóż wydawałoby się, że po poprzedniosezonowym przymusowym zwiedzaniu Szwajcarii i poznawaniu skiturów, rzucimy się w Alpy bez opamiętania. I co, że się powtórzę? Wygląda na to, że duża część nie pojedzie, bo im nie się nie podoba "segregacja". Uszy mi więdną, kiedy słyszę, że prozdrowotne, profilaktyczne działania to segregacja. Przypomnijcie sobie co to były leprozoria. Lepiej było ich puścić na środek targu? Nie rozumiem co kręci ludzi, którzy odmawiają sobie przyjemności dla zasady. To tylko szczepienie, może aż. A tak zupełnie mimochodem- to w dużym odsetku zabezpiecza przed koronawirusem. Sorry za offtop @tanova.
    5 punktów
  2. Post 9 Droga do Qadzi Deh Jurek przyjechał z papierem. Możemy jechać dalej. Potem się okazało, że szach pojechał sobie za granicę. Zięć skorzystał i tatusia zrzucił z tronu. Od tego momentu w Afganistanie zaczęło się coraz gorzej dziać. Coraz gorzej i gorzej. I tak trwało, i trwa do dzisiaj. Koniec z wyjazdami w Hindukusz. Strzelają. A takie piękne są te góry! Znacznie tańsze, niż Himalaje, Karakorum. Bardzo długo będą czekać na zapaleńców dziewicze szczyty. Znacznie wyższe, niż szczyty w Alpach. I równie piękne. I takie, że góra i my, a nie tłumy wspinaczy i widzów. Wynajmiemy samochód, zapakujemy bety, i siebie, i w drogę. To już ostatni etap. Przed siedmiotysięcznikami. Samochód daleko nie ujechał. Zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. Droga przestała istnieć. Kokcza po prostu zabrała sobie jej kawałek. Aż do skały. Podjechaliśmy i widać, że odbywa się remont brakującego kawałka. Po drugiej stronie wyrwy też stoją samochody. Wyglądają, że są chętne na wynajęcie. Remont jest nadzorowany przez wojsko. To przecież strategiczna droga. Wiedzie do Doliny Wachanu. Długiej bardzo doliny. Strategicznej. Innej drogi nie ma. Przyglądam się pracom remontowym. Dwóch wieśniaków, z okolic, przycina piłą taśmową długą belkę z topoli. Bardzo niesprawnie to robią. Widać, że to narzędzie jest im obce. Nadzoruje cięcie, i zapewne instruuje co jak, wyższa szarża wojskowa. Poznaję to po dystynkcjach. Nie ma co czekać na zakończenie remontu. Bębny na plecy i na drugą stronę dziury w drodze. Ten moment mi uwiadomił, co to jest zespół. Zgrany zespół. Mający jeden cel. Wydawało mi się, że niektórzy sądzili, że bębny same przejdą na druga stronę. No, ale jedziemy dalej. Jak wracaliśmy po ponad miesiącu, to remont nie był jeszcze ukończony. Kokcza jest coraz mniejsza. Mijamy miejscowość, gdzie na dachach domów suszą się apetyczne morele. Przekraczamy rzekę, już wąską, ale mostek taki sobie. Zsiedliśmy z auta. Strzeżonego, Pan Bóg strzeże. Koledzy pobiegli do wody z bańkami. Ja byłem reporter. Więc fotografuję. Czekam na przejazd naszego samochodu. Belki się uginają i leci z nich kurz. Przejechał. Dolina robi się węższa. Rosną w niej drzewa orzechowe. Mają ogromne korony. Rejon sadów orzechowych. Mają tu dobry klimat. Jedziemy ciągle do góry. W poprzek doliny usypany wysoki kamienny wał, przez który płynie nasza mała rzeka. Potem parę kilometrów następny. Moja wiedza geograficzno-glacjologiczna podpowiada, że to stare moreny czołowe lodowca. Stał sobie, może tysiące, albo więcej lat w jednym miejscu. Niósł na swoim grzbiecie kamienie spadające ze skał, które go otaczały. No i w tym miejscu je zrzucał, usypyjąc morenę. Góry coraz wyższe i coraz bliżej drogi. Od czasu do czasu mignie, między tymi gigantycznymi bałuchami, jakiś szpiczasty, biały wierzchołek. Po prawej stronie mamy grupę Kohe Zebak. Wjechaliśmy w rejon, gdzie góry się znów rozstąpiły. Było szeroko, i płasko, oraz kamienisto. Rzeczka, już tylko potok - meandrowała po tym rumowisku. Po prawej stronie mieliśmy strome dość wysokie „ściany”. Tak wyglądały z daleka. Gdy samochód podjechał bliżej widać było, że to nie skała. Tylko ziemia, do której bardzo gęsto ktoś powtykał, duże otoczaki. To się dziwnie trzymało kupy i nie waliło na dół. Ale tu deszcze są rzadkością. Bardziej śnieg i mróz. Francuzi, którzy jeździli też tędy w Hindukusz, nazwali te formy „merde montagne”(gówniana góra). Nieco dalej z lewej strony była wieś. Płaskie domy, niewielkie zielone pola. Nad wsią bardzo wysoki, goły stok. Przecięty ukośnie wąziutkim pasemkiem zieleni biegnącym od wsi w górę, do jakby bardzo wąskiej doliny, prawie żlebu. Rzecz typowa na wsi afgańskiej, szczególnie w górach. W tym pasemku zieleni jest woda. To jest, wykopany w zboczu wąski rów(„dżuja”), którym jest doprowadzona do wsi. Dla ludzi, zwierząt i dla nawadniania. Dżuje mogły biec kilometrami z miejsc, gdzie ta woda była przez cały rok. Dżujami nazywano też rowy w miastach, doprowadzające ten cenny płyn. Zaczynamy powoli zjeżdżać w dół. Byliśmy więc na bardzo szerokiej przełęczy. Iskaszim. Miasteczko broniące dostępu do Wachanu. Broni dosłownie - żołnierzami. Jedyna możliwość dojazdu do Korytarza Wachanu to ta droga, po której jedziemy. Jest do niego łatwiejszy dostęp. Ale za Amudarią, za granicą w Tadżykistanie Przyjmuje nas miejscowy, burmistrz, czy też mer. W bardzo eleganckim, typowym stroju afgańskim. Materiał delikatny, w kolorze nieba. Pierwsza klasa. Strój taki składał się szarawarów. Bardzo szerokich i zwężających się mocno u dołu. Do tego koszula, przypominającą nocną. Kiedyś męska część społeczeństwa w Europie też w takich sypiała. Strój wypraktykowany przez pokolenia. Afganistan jest krajem suchym i gorącym. Strój jest bardzo luźny i pozwala na swobodny przepływ powietrza między ciałem i tkaniną. Na głowie turban(najczęściej). Furażerkę karakułową mogli nosić tylko Pusztuni. Strój kobiety składał się z długiej szaty do kostek(burka), szczelnie okrywającej całe ciało, łącznie z głową. Oczy, nos, za małą siateczką. Kobiety uwięziono w tym stroju, by nie kusiły mężczyzn. Wojsko przyjmuje naszego reprezentanta. Którym jest vice-kierownik Karol. Herbata z czajniczka, słodycze. Bardzo elegancko. Na pożegnanie Iskaszimu fotografuję jeszcze ciekawostkę hodowlaną. Mały baranek z czterema rogami. Jego właściciel był niesłychanie dumny ze swego zwierzęcia. Niewiele ujechaliśmy i proszę takie zdjęcie, taki pejzaż! Otwarła się przed nami dolina Wachanu. Dołem płynie Ab-e Pańdź. Górny bieg Amudarii. Stanowi granicę między ZSSR(republika Tadżykistanu) a Afganistanem. Po stronie tadżyckiej mamy Pamir. Po afgańskiej Hindukusz. Na tle nieba, z prawej, widać białe zarysy jego sześcio i siedmiotysięczników. Te są te wymarzone i pierwszy raz widoczne szczyty. Tam będę za kilka dni. Będę chodził po tym samym śniegu i lodzie, co ci z książek K. Seysse –Tobiczyka. Zdjęcia: W drogę. Ładujemy na samochód trzydzieści bębnów i spore plecaki. Musi także zabrać dziewięciu chłopa. Na zdjęciu pomyłka. Odjeżdżamy z Fajzabadu, a nie przjechaliśmy. Opisując go kiedyś, nie zwróciłem uwagi, jakim samochodem tu przyjechaliśmy. Melon. Karol zadbał o wszystkich, kupując melona. Nad Kokczą. Samochód był chyba rosyjski. Te mniejsze kupowali w ZSSR. Większe były Bedfordy. Remont. No cóż! Siła wyższa. Wściekła Kokcza, gdy zaczęło się gwałtowne topnienie śniegów w górach, pewnie mocno wezbrała i taki mamy efekt. Na pewno nie spowodowały tego deszcze. Zmiana samochodu. Ci z drugiej strony wyrwy też zostali zablokowani. Więc aby przeżyć czekali na klienta. Droga do Wachanu była praktycznie jedna. Nią właśnie jechaliśmy. I taka, jak na zdjęciu nr 3. Jej przerwanie oznaczało, że dosłownie było się w saku, bez możliwości wyjazdu, Z terenu, który należał do Afganistanu i jeszcze się ciagnął przez prawie czterysta kilometrów, aż do Chin. Drewniany mostek. Wjechaliśmy w teren, gdzie góry się oddaliły i pojawiły się pola uprawne, sady. U zbiegu kilku rzeczek. Zatrzymaliśmy się przed mostkiem. Koledzy pobiegli z bańkami do wody. Ja byłem fotoreporter i czekałem z aparatem. Przejazd. Jedzie nasz samochód. Mostek się ugiął i zakurzyło się. Ale przejechał! Zebak. Jedziemy coraz wyżej. Góry coraz wyższe. Wąska dolina. Z prawej strony pojawia się jakiś biały dziubek. Należy do gór Zebak. Będzie o nich mowa w następnych postach. Przełęcz. Po prawej strony zdjęcia strome stoki ziemne z powtykanymi gęsto niewielkimi otoczakami, "gówniane góry”. Afgańczyk. Afgańczycy. Żołnierze. Herbatka. Hindukusz Wysoki. Wachan. Ten gigantyczny szczyt w Hindukuszu to Noszak. Jesteśmy na poziomie ok. 2600 m. Wznosi się nad nami ok. pięciu kilometrów. W odległości ok. 30 kilometrów. Tiricz Mir był w prawo od Noszaka. Całkowicie zasłonięty, w odległości prawie 50 km. Dalej w lewo ciągnie się Hindukusz Wysoki. Tadżykistan. Zrobiłem to zdjęcie, jadąc wzdłuż Ab-e Pańdź do Qadzi Deh. Wieś tadżycka za rzeką. Pola uprawne. Duże, niskie budynki, o płaskich dachach. Mają nawet stadion. Była tu też energia elektryczna. Bałuchowate, stoki Pamiru.
    2 punkty
  3. Post 8 Fajzabad Nie! Nie będziemy mogli spać, tam gdzie nocował szach. Dla nas był przeznaczony mały budynek gospodarczy, tuż przy grobli. Możemy też postawić sobie namiot. Nie jest źle. W nocy utuli nas do snu szum Kokczy. Wyładowujemy bębny. Postój na wysepce będzie dłuższy. Jurek z kolega pojadą do Kabulu, po zezwolenie na działalność w górach. Owszem dostaliśmy z ambasady w Warszawie takie przyrzeczenie. Ale tu na miejscu trzeba mieć konkretny papier dla gubernatora prowincji. No, więc będziemy czekać. Czas można sobie było skrócić włóczęgą po ulicach stolicy Badachszanu, lub też grą w bridża. Gra odbywa się w sali reprezentacyjnej szacha. Leży tu ogromny dywan. Jest nawet światło elektryczne. Jakaś pojedyncza żarówka zwisa z sufitu Jestem jednym z czwórki. Zestaw jest międzynarodowy. Gra z nami lekarz, Amerykanin. Starszy, dość gruby facet. Pracuje tu z ramienia ONZ. Jego język angielski był dla mnie trudny. Słowa miał jakieś gardłowe. Co za amerykański slang! Ale bridż nie potrzebuje słów. Nazwy kolorów, licytacja. A potem wszystko widać. Toteż nie mamy problemów z grą. Ja się lubię, będąc w obcym kraju, włóczyć. Podglądać ludzi. Jak wyglądają. Jakie są sklepy, ulice itd. Zwracam uwagę na dzieci. Dzieci na całym świecie zachowują się podobnie. Więc włóczyłem się z aparatem fotograficznym po ulicach. Miasto nie jest duże. Ale poza nim tylko kopulaste, puste, dzikie góry. Bez drzew, czy krzaków. W jednym miejscu sprzedają owoce z okolic. Stoję w małej kolejce, by sobie kupić morele. Przede mną stoji żołnierz. Biedny chłopak. Widzę jak sprzedawca mu wkłada do papierowej torebki, co gorsze sztuki. Chwyt znany na całym świecie. W Krakowie, jak się szło na dworzec, to sprzedawali tu jabłka. Sprzedawca miał ustawioną piękną, błyszczącą piramidę owoców. Każdy, co chwila polerowany tą samą brudną szmatką. W torebce były wyłącznie te z tyłu, niewidoczne. Zwróciłem dwie morele. Nadgnite. W innym miejscu piekarnia. Placki, podobne jak w Iranie. Chłopak na rowerze układa sobie ich stos na bagażniku. Przyciska sprężyną. I zakurzoną ulica rozwozi do miejscowych sklepików. Przyglądam się produkcji metalowych kubków. Mistrz ma zgromadzony duży stos puszek po konserwach. Razem z odchylonymi wieczkami. Takiego materiału nie brakuje, w miejscach gdzie biwakowali górołazcy. Z wieczka tworzy się uszko. Przynitowane do puszki. Super kubek. Trwały i tani. I jeszcze może być z ładnymi wzorami. I tak się kręciłem po ulicach. Mycie nasze odbywało się w rzece. Ciała i zębów. Rzeka była źródłem wody pitnej dla wszystkich. Co prawda przez miasto płynął malutki strumyczek, z nawet niby czystą wodą. Ale kto wie, co tam jest? Ameba jest? I inne ciekawe żyjątka. Kokcza to masa wody. Zimnej wody z lodowców. Jakaś zabłąkana bakteria nie przeżyje. Kręcąc się trafiam na człowieka nieco lepiej ubranego. Nauczyciel miejscowej szkoły. Właściwie to on mnie zaczepił, informując mnie, że są republiką! Republiką? Przecież macie szacha. To jest król. Król został właśnie obalony. Mamy prezydenta! Tego jeszcze brakowało! Nie dość, że się bębny zatrzymały, to teraz jeszcze mamy zamach stanu w Afganistanie! A Jurek jest w Kabulu po zezwolenie na działalność w górach. Wykorzystałem naszą „Pocztówkę” i napisałem do żony. „Temperatura na pustyniach nad Amudarią osiągała czterdzieści pięć stopni w cieniu. Jesteśmy w Fajzabadzie i czekamy na zezwolenie na działanie w górach. Wyprawa się opóźnia z powodu bagażu. Do gór mamy jeszcze 150 km”. Poszedłem na pocztę. Rozpznałem ją po skrzynce na listy. W malutkim pomieszczeniu za biurkiem siedział urzędnik . Proszę o znaczek. No, ale do jakiego kraju? Cena jego zależy od miejsca na ziemi. Nie może być tańszy, ani droższy. Poland! Holland – słyszę w odpowiedzi. Holandię znają. Już to samo było w Iranie. Poland to jest tutaj nie znany kraj. Szybko myślę, jak mu wyjaśnić, gdzie on leży na kuli ziemskiej, mam - „between(pomiędzy) Germany and Russia”. Podchodzimy, do odręcznie narysowanej mapy politycznej Europy. Wiszącej na ścianie. Tu! Wskazuję palcem. Ale to „tu” ma granice przedwojenne! Nieważne, znaczek był właściwy i kartka doszła. Zdjęcia: Wysepka. Z tyłu droga dojazdowa do Fajzabadu. Jechaliśmy czały czas, orograficznie lewą stroną Kokczy. Hotel Szacha. Wybudowany przed wizytą króla Afganistanu w prowincji Badachszan. Widok z okna. Widok z okna na rzekę. Na prawo, wzmocniona podmurówką droga, którą przyjechaliśmy. Most żelazny. Miejscowi zażywający kąpieli. I skóry baranie na murku, po ich wymoczeniu w wodzie. Owoce. Mały owocowy targ w cieniu pod drzewami. W takim suchym, górskim terenie było zadziwiająco dużo owoców. Drzewa owocowe rosły nawadniane, w śródgórskich dolinach. Słońca było nadmiar. Owoce były badzo słodkie. W pewnym rejonie za Fajzabadem, dachy płaskich domów były żółto- czerwone, od szuszących się moreli Ulica. Nie jakaś podmiejska. W pobliżu hotelu. Ten rejon miasta był reprezentacyjny. Dom. Wyglądał na opuszczony. Była to posiadłość bogatego tutaj człowieka. Piekarnia. Chleb był pieczony, w postaci dużych, dość cienkich placków. Świeży bardzo smakował. Szczególnie, gdy się go porównało z chlebem, który mieliśmy w dużych puszkach, czy pumperniklem. Gdy wysechł, kruszył się i bardzo tracił na smaku, Ablucje. Kokcza była jedynym źródłem bezpiecznej wody. Nie było wodociągów w Fajzabadzie. Źródło wody. Wszyscy się zaopatrywali w wodę z Kokczy. Czwórka przyjaciół. Panowie nie protestowali, gdy zapytałem-czy mogę zrobić zdjęcie? Więc pstryknąłem. Chłopcy. Dzieci wszędzie są ciekawe. Co to za gość je fotografuje? Zrobiłem sobie dawno temu album i podpisałem niektóre zdjęcia. Tu napisałem, czy jeszcze żyją? Dla siebie. Na zdjęciu jest rok 1973. Potem już byli dorośli, gdy zaczęła się w ich kraju wojna, trwająca do dziś. Dostali być może w ręce pistolety maszynowe Kałasznikowa. Przyjaciel. Wracam z „zakupów” z siateczką. Spotkaliśmy się na grobli. Ja jestem jego przyjacielem. On moim. Pusztun(furażerka). Administrował hotelem samego Szacha. Takiej funkcji nie można było powierzyć pierwszemu, lepszemu. Grajek. Poznałem drugi instrument muzyczny w Afganistanie. Piszczłkę. Schody. Wejście na taras rezydencji królewskiej. Pan gra, panowie może nucą. To teraz moje przypuszczenie. Plaża. Nad dziką Kokczą zdarzyło się i takie sympatyczne miejsce nad wodą.
    2 punkty
  4. To wszystko prawda - dodałabym jeszcze, że regularna jazda na rowerze likwiduje cellulit, co również potęguje odczucie szczęścia i że bardzo odpoczywa umysł. Dla mnie to taki pozytywny reset.
    2 punkty
  5. Dość często jadąc na rowerze ogarnia mnie przyjemne uczucie. Czerpię duża przyjemność z pokonywania kolejnych kilometrów na łonie natury. Stan ten przychodzi po jakimś czasie treningów. Początki są ciężkie, ale nie ma nic za darmo.
    2 punkty
  6. Niedługo premiera filmu o legendarnym austriackim zjazdowcu. Fabuła filmu skupia się na dniach związanych z zawodami w zjeździe podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich 1976 roku w Innsbrucku i presji jaka była wywierana na 22-letnim wówczas narciarzu zjazdowym Franzu Klammerze. Trailer:
    1 punkt
  7. Jeśli ktoś nie śledził relacji z Colmac z czerwca tego roku, to tam po pływaniu Karaś miał 1,5 godz przewagi nad Jungiem, a na rowerze jeszcze ją powiększył. Niestety wywrotka podczas jazdy rowerem i wizyta w szpitalu uniemożliwiła mu ukończenie tamtego ultra triathlonu. Warto dodać, że drugi na tamtych zawodach był Adrian Kostera, który zameldował się 3,5 godziny za Jungiem.
    1 punkt
  8. Post 10 Wieś Qadzi Deh. Króciutko trwała jazda do tej wsi. Położonej na wysokości 2600 m npm. Mamy już Tatry pod sobą. We wsi pełnia lata. Trwają w niej żniwa Przyjechała ekspedycja w góry. Będzie spora kasa do zarobienia. Więc nie można tego zmarnować z powodu żniw. Robotę się podzieli. Wszystko musi się odbyć w określonym porządku, obowiązującym w cywilizowanym świecie. Przyjmuje nas na herbatę szef wioski. Czy też właściciel jej pól? Trudno zgadnąć, ponieważ jest bardzo młody. I też nie orientuję się, jakie tu są stosunki własnościowe. Jest też dumny z dużego, przenośnego radia na baterie. We wsi nie ma prądu. Prąd jest, ale po drugiej stronie Ab-e Pańdź, w ZSRR. Ponieważ w nocy coś tam się świeci. Sprawa oficjalnej wizyty była załatwiona. I można było przystąpić do najtrudniejszej części programu wyprawy. Negocjacji - po ile kosztować nas będzie dniówka, do niesienia jednego bębna? Bębnów jest trzydzieści. Droga do bazy zajmie nam dwa dni. Ze strony tragarzy, czy też kulisów, negocjacje prowadzi ich szef. Z naszej Karol. Chroniący się przed słońcem w kasku tropikalnym. Negocjacje są długie. Tu chodzi o poważne pieniądze dla dwóch stron. My mamy zielonych marną kupkę. Dla nich to rzadka okazja, by zarobić. Hindukusz jest już prawie wyeksplorowany. Oczy świata alpejskiego zwracają się w kierunku Himalajów i Karakorum. Korzystając z wolnego, bawię się w fotoreportera. I poluję z aparatem na ciekawe ujęcia. Szczególnie mnie interesują miejscowi. Ludzie. I nieco upolowałem. Troskliwy ojciec z dziećmi. Dwie dziewczynki, miejscowe góralki, w pięknych kostiumach ludowych. Chłopiec z bębenkiem. Chłopiec z koszem. Ten lejkowaty kosz, znany jest chyba na całym obszarze górskim Środkowej Azji. Kobiety z takimi koszami spotykałem później w Zachodnich Himalajach. Nawet trafiła mi się piękna zieleń z bydełkiem. Gdzie woda, tam życie. Staje na siedmiu dolarach na osobę, za dzień pracy. Plus coś tam z żywności. Zresztą - jeszcze muszą po nas posprzątać, po zakończeniu wyprawy. Już same puste bębny są coś warte. Liny też są cenione. Można pociąć na kawałki dla celów gospodarczych. O puszkach po konserwach pisałem, gdy byliśmy w Fajzabadzie. Można więc sobie będzie wybrać bęben do niesienia. Wszystkie są identyczne, żółte. Z identycznymi napisami. Ale nie wszystkie takie same. Podniesie jeden do góry, potem drugi, trzeci, …. Każdy nieco inaczej waży. Wybieram sobie najlżejszy. Kolegom zostawiam te cięższe. Teraz się wyjaśnia, po co każdy był ważony na wadze sprężynowej. I troskliwie dopychany, lub odciążany. Praktyka wypraw. Inaczej będzie rewolucja, zanim jeszcze wyprawa wyruszy w drogę. Rewolucja zawsze wisiała w powietrzu. Pisano całe strony w książkach, o strajku tragarzy, kulisów. Im się nie spieszyło, tylko tym zwariowanym ludziom, by wychodzić tam, gdzie nic już nie rośnie. Jak się strajkuje, to się odpoczywa i jeszcze się więcej zarobi. Przygotowanie bębna do niesienia. Zadziwia mnie mocowanie bębna na plecach. Waży średnio 33 kilogramy. Szerokich pasków, jak u plecaka nie ma. Tylko wełniany sznur. Maszeruje człowiek cały dzień z tym ciężarem. Niektórzy mają jakieś liche buty. U niektórych coś w rodzaju klapek. Podeszwa wycięta, ze zużytej opony. Ci ludzi są chudzi, nie odżywieni. Koledzy, którzy tu już byli, rozpytują o tego, czy tamtego. Nie żyje. Średnia życia, gdzieś koło czterdziestki. Mieliśmy też przypadek jednego z kulisów. Uszkodził sobie nogę i jeden z nich, na polecenie ich szefa niósł dwa bębny. Trudno w to uwierzyć, ale widziałem człowieka na własne oczy. Zdjęcia: 1. Mieszkańcy. Przyjechała wyprawa. Mieszkańcy mają nadzieję na poważny zarobek. 2. Żniwa. We wsi Qadzi Deh. 3. Ojciec. I córki. Miałem wątpliwości, czy to nie dziadek? Ale biorąc pod uwagę długość życia i kiedy się ożenił, doszedłem do wniosku, że ojciec. 4. Góralki. Dziewczyny pięknie ubrane. Stanowią silny kontrast w stosunku do poprzedniego zdjęcia i tych dwóch chłopaków na następnych zdjęciach. Gdzie ich ubiór, to łata naszywana na następną. Te wszystkie zdjęcia były robione w Qadzi Deh. 5. Kosz. Chłopiec z koszem. Takie lejkowate kosze spotykane były także w Himalajach 6. Bębenek. Chłopiec z bębenkiem. 7. Karol. Zdaje się, że Karol wyjaśnia jakąś sprawę. Może stosunkowo dobrze znał słownik Chwaścińskiego. Był już tutaj w 1962 roku. 8. Negocjacje. Karol prowadzi negocjacje z szefem kulisów. Po ile Afgani, za dzień niesienia wyposażenia wyprawy? 9. Oczekiwanie. Czekamy, na koniec negocjacji. Sprawa jest delikatna. Ze względu na nasze skromne zasoby dewizowe. Bębny ustawione jeden na drugim i osłonięte przed słońcem. 10. Tona. W sumie tyle ważyło nasze wyposażenie. Wyprawa została zorganizowana w bardzo oszczędny sposób. Bębny czekaja na kulisów. W karnistrze benzyna do prymusów „Juvel”. 11. Wybór. Przed startem karawany. Zaczęło się sprawdzanie, który bęben jest lżejszy. 12. Przygotowanie. Przygotowanie bębna do niesienia. Sznur z wełny owczej. Kupowali od nas potem liny. Które pocięte były znacznie bardziej trwałe, niż te sznury. 13. 33 kg. Taka była średnia waga bębna. Co nie było takie łatwe, by wyrównać ich wagi. Bęben wybrany. Będzie można iść i zarobić 15 dolarów. 14. Zieleń. Rzadki, nadzwyczaj obrazek w tym wypalonym, górskim kraju.
    1 punkt
  9. Istnieją jeszcze kwestie wymagające ustalenia, n.p.: czy wstęp na krzesła także będzie wymagać green-passu. Program Green Pass Bis mówi raczej o ruchu gondolowym. Ogólnie nastrój jest taki, że sezon ma ruszyć. https://www.dovesciare.it/news/2021-09-22/sci-e-covid-decreto-green-pass-bis-sara-obbligatorio-sugli-impianti?utm_source=dlvr.it&utm_medium=facebook Na stronie dolomitisuperski.com podano już nawet daty rozpoczęcia sezonu w konkretnych ośrodkach (27.11.2021 oraz 04.12.2021). Podane są także wyciągowe nowości. https://www.funivie.org/web/dolomiti-superski-stagione-invernale-2021-22-al-via-il-27-novembre/?fbclid=IwAR2ZV11Tk8fozHIfXo6ZCNieyiHjwR6ltX9Yem1nmenlKC4o8KZYxV7Xj80
    1 punkt
  10. Jest właśnie potwierdzenie: https://www.neveitalia.it/turismo/news/c-e-l-ok-della-camera-dei-deputati-il-green-pass-bis-sara-obbligatorio-per-accedere-agli-impianti https://www.funivie.org/web/dolomiti-superski-stagione-invernale-2021-22-al-via-il-27-novembre/ Przepustowość wyciągów 80%. Brak limitowania sprzedaży skipassów.
    1 punkt
  11. To prawda że nikt się zbytnio nie przejmuje. Gorsze jest to, że nie wiem czy to dobrze, czy źle.
    1 punkt
  12. Post 7 Droga do Fajzabadu Pewnego dnia na drodze zatrzymał się samochód. Widać na nim było radosne buzie kolegów, siedzących na bębnach. No, nareszcie! Teraz tylko góry, lodowce, rekordy wysokości przed nami. I cel wyprawy zostanie osiągnięty. Złośliwość losu pojawiła się niebawem. Po niewielu kilometrach. Z pod skały wypływał strumień krystalicznej wody. Zasilający niewielki stawek, którego kamienne dno było doskonale widoczne. Ten wypływ, zwany wywierzyskiem świadczył, że mogą tu być jaskinie. W tym suchym kraju, woda w wywierzysku mogła pochodzić tylko z systemu jaskiń, w tych wapiennych górach. Nastąpiło jakieś nieporozumienie między Jurkiem, który powinien był znać to miejsce i Januszem. Tu w okolicy wywierzyska powinniśmy byli szukać jaskiń. Co w takim momencie się myśli? Nie myśli, tylko klnie w myśli. Mogliśmy pojechać jeszcze te parę kilometrów dalej. To byłyby cudowne dni nad tym stawkiem. Czułem to doskonale, pływając sobie w tej ciepłej, krystalicznej wodzie. I szukanie jaskiń byłoby o wiele łatwiejsze. Nasz najbliższy cel - stolica prowincji Badachszan, Fajzabad. W tej prowincji jest Hindukusz Wysoki. Jedziemy przez miasta, Kunduz, Chanabad, Talikan. Zaznaczyłem je na mapie Afganistanu, zamieszczonej w poście nr 1. Aby tam dotrzeć należało przejechać jeszcze wzdłuż Kokczy. Górskiej rzeki płynącej z Hindukuszu. Przejazd ten był, wśród bywalców w Hindukuszu, owiany legendami. W opowiadaniach słynne były groźne galeryjki nad Kokczą. Na razie jechaliśmy nową, asfaltową szosą do Kabulu. Wkrótce ją opuściliśmy asfalt i skierowaliśmy się na wschód. Mieliśmy do Fajzabadu około 400 km. Na razie góry były jeszcze niewysokie. Jechaliśmy szerokimi, suchymi, śródgórskimi dolinami. Jechaliśmy, poznając życie tego kraju. Miasteczka i wioski. Ludzi i ruch na drogach, krajobrazy. Mój radziecki aparat foto był w ustawicznym pogotowiu. Nic się nie działo. Nikt nie strzelał. Turysta, alpinista był wszędzie bezpieczny. Ludzie byli uprzejmi. Czasem może zbyt nachalni, ale chcieli zarobić na człowieku z Europy. Krajem rządził Szach(król). Dojechaliśmy nad Kokczę. Rzeka przedziera się w drodze do Amudarii przez niewysokie, jak na Afganistan góry. Które dochodzą do samej wody. W tych miejscach wykuto często w skale półki, na szerokość samochodu. Słynne galeryjki. Jeśli z boku dochodziła jakaś dolinka ze strumykiem. To nad nią był lichy most. Większe parowy wymagały solidniejszego mostu. Czasem teren stawał się bardziej płaski i widać było wieś. Tam gdzie jest woda, to można wybudować dom, żyć. Zresztą już wcześnie zaobserwowałem budowę takiego domu. Jedna z metod to wysuszone na słońcu cegły. Cegły z ziemi, może z dodatkiem trawy, słomy. Z takich cegieł były zbudowane meczety w Samarkandzie. Na zewnątrz piękna majolika. Chroniąca te cegły przed deszczem. Ale jak odpadła, to rozczarowanie. Toż to prawie „ziemia”! Prostsza metoda budowy domu, to mieszanie na miejscu miejscowej ziemi ze słomą. Z takiej ziemi wylepia się ściany, które szybko schną na słońcu. Zresztą dom z gliny ze słomą pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Nasz sąsiad sobie coś takiego wybudował. Tu, na takich wylepionych ścianach, układa się drągi. Powstaje płaski dach. Konstrukcja z topoli afgańskiej i miejscowej gleby. Topola to jedyne drzewo budowlane w tym kraju. Rośnie tam gdzie jest woda. Ładny zagajnik topoli trzeba nawadniać w okresie suszy. Służy ona też do wyrobu mebli wszelkiego rodzaju. Drewno było drogie. Gałęzie na pokrycie prostego domu, nie muszą być wyszukane. Deszcze tu są rzadkie i tylko w chłodniejszym okresie. Jak dach przecieknie, to naprawa jest prosta. Takie dachy są świetne do suszenia. W pewnym rejonie za Fajzabadem były sady morelowe. Na tych płaskich dachach suszyły się te pyszne owoce. Jechaliśmy po galeryjkach nad Kokczą. Mijaliśmy wsie. Na ich polach rósł mak opiumowy. Wyglądał niewinnie, jak nasz mak, tylko kwiaty miał bardziej różowe. Afganistan to było zagłębie tej produkcji. Afgańczycy nosili takie małe pudełeczka, jakby z kremu. W środku był zielony proszek. Szczypta w palce i pod język. Działanie było natychmiastowe. Człowiek się ożywiał, wracała energia. Samochód nie był na rajdzie i się nie spieszył. Upał, podrygiwanie maszyny i zmęczenie powodowało, że w milczeniu jechaliśmy, siedząc na stercie bagażu. Otępieni. Tylko czasem, jakieś ciekawsze miejsce skupiało wzrok. Obojętni na to, gdzie te koła jadą. Jak daleko są od skraju drogi. To była sprawa kierowcy. Rzeka była ładna i wartka. Przypominała Dunajec w górnym biegu. Tylko o wiele szersza. Czasem się zatrzymywaliśmy, by rozprostować kości. Umyć ręce i twarz. No i była jeszcze inna przyczyna dość częstych postojów. Rolka papieru toaletowego w ręce i szukanie na chwilę ukrycia. Nasi specjaliści jeden od „robaczków”, drugi od krojenia ludzi wyjaśniali. Zmieniło się pożywienie i zmieniła flora bakteryjna w człowieku. Stąd takie częste reakcje. Po drodze szła grupka maluchów. Dziewczynki. Ubiory miały nawet dość ujednolicone. W rękach miały małe, czarne tabliczki. Idą ze szkoły, czy do szkoły? Tu jeszcze pisze się na tabliczkach? Fajzabad pojawił się do nagle. Na drugim brzegu rzeki widać było pełno glinianych domów o płaskich dachach. Między nimi rosły drzewa. Brzegi rzeki łączył żelazny most. Skręciliśmy w lewo na niego. Za mostem skrzyżowanie zakurzonych ulic. Ruchem, nielicznym bardzo, kieruje policjant. Ma na środku jakiś podest, z którego wymachuje rękami. Kolejny skręt w lewo. Jeszcze kawałeczek i znów w lewo na groblę, która łączy małą wysepkę na Kokczy z lądem. Na wysepce stał widziany wcześniej budynek, ze skośnym dachem. Ewenement! Jak się później wyjaśniło, w tym miejscu, tą rezydencję, w porównaniu z otoczeniem, wybudowano specjalnie na przyjazd szacha, który wizytował prowincję Badachszan. Zdjęcia: Wywierzysko. Woda była cudowna. Szczególnie, gdy się czuło na własnej skórze palące słońce. Kopułki. Tam gdzie nie ma drewna na budowę dachu domu, to można go wylepić w postaci małej kopuły. To konstrukcja samonośna. Takie „osiedle” spotkaliśmy także na przedmieściu Teheranu. Podróźni na dachu. Często spotykany widok. Ludzie podróżowali wewnątrz i na dachu. Pola. Wykorzystwało się każdy kawałek terenu, gdzie można było coś uprawiać. Na skale się nie da siać zboża. Drugim warunkiem była możliwość nawadniania. Osiołki. Powszechny środek transportu na wsi i w małych miastach. Rozmowa. Typowa ulica w małym mieście. Ten człowiek w furażerce z karakułów należy do plemienia Pusztunów. Trójka przyjaciół. Z lutnią już się spotkałem w namiocie nad Amudarią. W środku żołnierz afgański. Czajhana. W czajchanie nie tylko można było dostać bardzo słodką herbatę, w małej szklaneczce. Do której się dolewało z małego porcelanowego czajniczka. Ale też szaszłyki, ze świetnej baraniny. Mityng. Zrobiłem to zdjęcie. I nie zwróciłem uwagi, że na szybie restauracji jest napisane „wellcome” w jezyku angielskim i w „farsi”. Dlaczego „witaj”? Przy powiększeniu pojawia się siwy(biały) koń, z ozdobami. Przyyjechała jakaś ważna figura. I stąd tyle ludzi. Ciężarówka. Takie kolorowe ciężarówki były powszechne. Ale się nie zapędzały na górskie, wąskie drogi. Szeroka ulica, w którymś z tych małych miast, przez które jechaliśmy do Fajzabadu. Afgańczycy. Nasz przejazd budził zainteresowanie. I lubili się fotografować. Z tyłu na górze bagażu –Maciek, Andrzej i Janusz. Galeryjka. Typowa galeryjka z prawej strony zdjęcia. Były też i wypłaszcenia nad Kokczą, gdy z boku dochodziła jakaś dolinka, z małą rzeczką. W takich miejscach były często wsie. Autobus. Typowy. Były jak widać bardzo kolorowe. Ale nad Kokczą do transportu ludzi służyły ciężarówki, jak na następnym zdjęciu. Podróżni. Takie mieliśmy spotkania, jadąc do Fajzabadu. I po takiej drodze trwała nasza podróż. Most. Wyjątkowo solidny. Ale i parów do przekroczenia jest bardzo głęboki. Mostek. Samochód wyprawy, z roku 1971, Jelcz 315 M zdaje się radził sobie z takim mostkiem. Został zatrzymany dopiero za Fajzabadem. Cegły. Wystarczyło je wysuszyć na ostrym słońcu,. I można było budować. Kokcza. Dom na skale. Z lewej umocniona droga nad rzeką Fajzabad. Napis na zdjęciu wszystko wyjaśnia. Hotel na Kokczy. Że to jest hotel, to nie wiedziałem, widząc go z jadącego samochodu. Umocnioną drogą, z prawej. Dalej był żelazny most. Potem się okazało, że to nie hotel, tylko była rezydancja króla Afganistanu.
    1 punkt
  13. Post 2 Kolejne polskie wyprawy w Hindukusz W 1962 roku wyrusza w Hindukusz druga polska wyprawa. Składająca się z dwóch grup. Poznańskiej i krakowskiej. W wyprawie bierze udział kilku Francuzów. Metoda stosowana tym czasie, aby mieć źródło dewiz. Z dwudziestki uczestników, tylko trzech brało udział w pierwszej wyprawie w 1960 roku. Biel, Krajski i Zierhoffer. Reszta nigdy nie była w górach wysokich. Podróż do Afganistanu z bagażem była już „tradycyjna”. Pociągiem do Termezu i stateczkiem przez Amudarię na brzeg afgański. Nazwa przejścia granicznego jest mało ważna, ponieważ jego położenie nad rzeką zmieniało się w czasie kolejnych wypraw. Z granicy jechali do Mazar-i-Szerif i dalej już też„tradycyjnie” do Fajzabadu, przełomem Kokczy. Grupa poznańska wchodzi do dziewiczej Doliny Mandaras. Która się odgałęzia na wschód od doliny Qazi Deh, w rejonie japońskiej „Bazy pod Wierzbami”. Zasadniczym celem miał być potężny szczyt, wznoszący się w grani głównej Hindukuszu, w głębi tej doliny. Byli pewni, że to jest ten sam szczyt, co oznaczony kotą -7125 m, na mapie „Survey of India”. Zakładają bazę w Dolinie Mandaras na wysokości ok. 4100 m. Powrócę potem do tego miejsca i kolorowych widoków z niego. Grupa penetrowała otoczenie doliny. Nadając kolejnym szczytom w jej otoczeniu literę„M”(Mandaras) i numer. Szczyt z kotą -7125 m, oznaczono jako M4. Weszli na niego, jako pierwsi zdobywcy. Późniejsze, dokładniejsze pomiary obniżyły jego wysokość do 6814 m. W porozumieniu z władzami, po naradzie w Kabulu, nadano mu nazwę Nadir Szach. Ojca panującego króla Afganistanu Zahir Szacha. Stryczyński i Zierhoffer wchodzą też jako pierwsi ludzie na Kohe Mandaras(6631 m). Był początek września i przy wejściu na szczyt odmrażają sobie stopy. Grupa krakowska, licząca siedem osób, w której byli min.- Stanisław Biel, Henryk Ciońćka i Karol Jakubowski, nie miała sprecyzowanego planu i udała się dalej w kierunku wschodnim, by szukać szczytów, o wysokości przekraczającej siedem kilometrów. Podjechali najpierw samochodem dwadzieścia kilometrów dalej, wzdłuż Ab-e Pańdź do wioski u zbiegu dużej doliny. W której, w głębi dominował potężny szczyt Szachaur(7167 m), nazwany tak samo jak wioska. Po rekonesansie w dolinie okazało się, że wejście na niego jest niezwykle trudne. Przeniesiono się dalej w górę doliny Wachanu, w celu rozpoznania terenu. W tym rejonie weszli jako pierwsi na Kohe Tez(7015 m). W roku 1963 wyjeżdża w Hindukusz wyprawa łódzkiego koła Klubu Wysokogórskiego. Jej kierownikiem był Andrzej Wilczkowski. Głównym celem był już rozpoznany Szachaur. Nie zdobyli tego szczytu. Na jego pokonanie należało przebyć trzykilometrowy lodowy filar. Rozpoczęli poważniejszą akcję na niego już w październiku, jako ostatnie zamierzenie. Byli wprawdzie już doskonale zaaklimatyzowani. Doszli jednak tylko do 5800 metrów, gdy drogę zmknęła im osiemdzięciometrowa bariera szklistego lodu. Do szczytu mieli jeszcze 1300 metrów. Weszli natomiast wcześniej na Kiszmi Chana(6745 m), M2(6460 m) i po raz pierwszy na Langutę-i Barfi(6827 m). W głowie utkwiła mi książka Andrzeja Wilczkowskiego - „Pokutujące śniegi”. Była to relacja o tej wyprawie. Dziwne śniegi. Spotykane w suchych górach, min. w Andach i Hindukuszu. Śnieg firnowy topnieje, ale w dziwny sposób. Tworząc las „szpikulców”, o wysokości do wzrostu człowieka, czy wyżej. Tworząc „gęsty las”. Nie da się przez to swobodnie iść. Łamią się bez trudu. Same szpice. I dalej zostaje część „nadziemna”. Trzeba czasem dodatkowo zbijać je czekanem. Machaj jednak tym narzędziem powyżej pięciu kilometrów, niosąc nieraz, nie lekki plecak. One pokutują, jak mnisi. Pokuta też dla alpinisty, gdy na nie trafi. Czytając ją, gdy została wydana w 1969 roku, nie przypuszczałem, że zobaczę na własne oczy tych pokutników. I będę musiał przez nich przebrnąć. W Hindukuszu zaczęli się pojawiać Niemcy, Austriacy. Zaczął być modny wśród alpinistów. W 1966 roku wyjeżdża kolejna polska wyprawa, środowiskowa z Krakowa, zawierająca piętnaście osób. Kierowana przez Romana Śledziewskiego. W jej składzie po raz pierwszy dwie kobiety, oraz min: Andrzej Heinrich, Jerzy Potocki, Jerzy Wala, Ryszard Zawadzki. W wyprawie wziął też udział Janusz Wojtusiak, biolog z UJ. Zaproszono też do udziału alpinistów zagranicznych, z powodów już wcześniej wyjaśnionych. Postanowiono wejść na Szachaur filarem północnej ściany. Stawiając to, jako główny cel wyprawy. Przewidywano także wejście na dwa szczyty powyżej siedmiu kilometrów i trawers całej grani Noszaka. Nowością było użycie do przewozu bagażu i części uczestników wyprawy samochodu Star z przyczepą. Który jechał przez Turcję i Iran do Afganistanu. Spotkanie całej wyprawy nastąpiło w Fajzabadzie dziewiątego sierpnia. Najpierw działali w otoczeniu doliny Qadzi Deh. Trzydziestego sierpnia sześciu członków wyprawy stanęło na Noszaku(7492 m), wychodząc nowa drogą(zachodnią grzędą Noszaka) i bijąc swoje rekordy życia. Przy okazji pokonali wszystkie trzy wierzchołki Noszaka-wschodni, główny i zachodni. Działąjąca w składzie wyprawy z mężem Fracuska Isabelle Agresti doszła do 7400 m. Prasa francuska nazwała ja po powrocie do kraju „La famme vivante la plus haute du monde”(Silna i wybitna kobieta. Ale też, że wyszła najwyżej na świecie-gra słów). Wejście na Noszak, nową drogą, w zaledwie dwa tygodnie od rozpoczęcia działalności, zakończyło się chorobą wysokościową kilku uczestników. Zmuszeni byli zejść niżej. Wpływ na to miało także nieodpowiednie odżywianie. Trójka z nich, najmniej odczuwająca skutki wysokości, Bourgeois, Heinrich i Potocki została w pobliżu Noszaka i postanowiła jeszcze wejść na dwa szczyty-Darban Zom(7219 m) i szczyt z kotą -7291 m. Uważali, że ten drugi jest dziewiczy. Szczyt(Shingeik Zom -7291 m) nie był dziewiczy. Tylko oni o tym nie wiedzieli. Został zdobyty wcześniej, w tym samym roku przez alpinistów niemieckich. Na wieść o tym, jako ubezpieczenie do obozu III pod Noszakiem docierają Rodziński, Wala i Wojtusiak. Zamierzali wejść na oba te siedmiotysięczniki z siodła(szeroka przełęcz) pomiędzy nimi. Obniżywszy się trzysta metrów z obozu trzeciego(6800 m) na Noszaku rozbili namiot u stóp żebra skalnego, spadającego z jego głównego wierzchołka. Następnego dnia zaczynają podchodzenie w kierunku przełęczy pomiędzy tymi szczytami. Śnieg na podejściu był głęboki i na przełęcz docierają dopiero pod wieczór. Zmuszeni są wrócić na noc do namiotu. Wieczorem psuje się pogoda. Zaczyna sypać śnieg. Śniegu przybywa i rano rezygnują z tych dwóch szczytów. Decydując się na powrót do obozu trzeciego pod Noszakiem. Lawina pyłowa porywa Bougeois i Potockiego. Kolejna porywa Heinricha. Bougeois i Heinrich wygrzebują się ze śniegu. Długie poszukiwania Jerzego Potockiego nie dają rezultatu. Jest pierwszą, polską ofiarą Hindukuszu. Przestawiają namiot w pobliże grani, łączącej Noszak z Gumbaze Safed(6800 m). Zamieć nie ustaje i cały następny dzięń spędzają w namiocie bez żywności, która została w plecaku Potockiego. W kolejnym dniu próbują znowu dotrzeć do trzeciego obozu. W głębokim śniegu idzie im to straszliwie wolno. Obaj mają zapalenie spojówek. W dodatku Heinrich ma nogę przebitą czekanem. Wracają do namiotu. Jedyna możliwość uratowania się, to zejście z grani do bazy wysuniętej. Bougeois decyduje się na to zejście, skrajnie trudnym terenem. Rozstają się. Większość zejścia to ogromna skalno-lodowa ściana. Półtora dnia schodzi do bazy. Natomiast Heinrich, po noclegu w namiocie, wraca z największym trudem do trzeciego obozu. Tu była żywność i paliwo. Został uratowany. W 1971 wyruszają do Afganistanu dwie ekspedycje. Jedna z koła krakowskiego KW, przy współudziale koła lubelskiego KW. Druga z Wrocławia. Kierownikiem krakowskiej grupy został Stanisław Biel. W jej składzie byli min. Henryk Ciońćka, Jerzy Wala, Ryszard Zawadzki. Szefem grupy z Wrocławia był Jerzy Wojnarowicz. Część ekipy i bagaż jedzie do Afganistanu Jelczem 315 M. Druga część leci samolotem z Moskwy do Duszanbe. A stąd pociągiem do Termezu. Jelcz z bagażem dociera aż do Fajzabadu, pokonując wąskie galeryjki nad Kokczą. Potem za tym miastem, w stronę doliny Wachanu, natrafiwszy na mostek, który zawaliłby się pod ciężką maszyną, zmuszeni byli wynająć samochód i przenieść na niego bagaż wyprawy. W końcu z opóźnieniem wszyscy docierają do wsi Qadzi Deh. Stąd Wrocławianie idą z karawaną w górę pod Noszak. Obóz główny ma być założony na wysokości około 4030 m. Tu dowiadują się, że pod Noszakiem zmarło kolejno, na chorobę wysokościową, pięciu alpinistów bułgarskich. Czytałem szczegółowy opis tej nieszczęsnej wyprawy. Przyczyną było zbyt szybkie posuwanie się w górę, bez należytej aklimatyzacji i wypoczynku. Był już wrzesień i początek jesieni. W bazie pod Noszakiem zaczynał w nocy pojawiać się mróz, który utrzymywał się także przez dzień. Wyżej, w rejonie szczytu, rozpoczynała się zima. Wejście na Noszak wiązało się z dużym ryzykiem. Ustalili wspólnie, że nie będą na niego wchodzić. Wyjdą w stronę jeszcze nieznanych, ale niższych gór Kohe Zebak. W celu aklimatyzacji i rekonesansu. Nęcił ich jeszcze nie zdobyty szczyt w pobliżu Noszaka. Noszący kotę - 6350 m. Zdobyli go i nazywali Asp-e Sayah(Czarny Koń). Ponieważ jego pokonany, wyższy sąsiad nosił już nazwę Asp-e Safed(Biały Koń-6607 m). Osiemnastego września zaczął padać śnieg. Przenieśli się ostatecznie w Kohe Zebak. Jest to grupa górska na zachód od Hindukuszu Wysokiego. Za doliną Qadzi Deh. Która ją oddziela od Hindukuszu Wysokiego. Ma ona obszar ok. 950 km kwadratowych. Nazwa ich pochodzi od miejscowości Zebak, przez którą jedzie się z Fajzabadu do Iskaszimu. Najwyższym szczytem tych gór jest Sad Isztragh - 5859 m npm. Grupa krakowsko-lubelska udała się samochodem ze wsi Qadzi Deh w górę Wachanu, docierając do osady Qala-i Panja. Ostatniej, do której można było wtedy dojechać tym pojazdem. Spieszyli się, ponieważ było coraz zimniej. Stąd wyruszyły cztery zespoły rekonesansowe. Po ich powrocie zdecydowano, że zaatakują Kohe Qala-i Ust(6309 m), a następnie Kohe Baba Tangi(6513 m). Jeden ze wspanialszych problemów ścianowych w Hindukuszu. Z jego północnym, dwukilometrowym filarem. Dziesięciu alpinistów prowadził Ryszard Zawadzki. Nie osiagnęli tych szczytów. Jednak po drodze weszli na kilka wiechołków powyżej pięciu kilometrów. Zaczęła załamywać się pogoda. Na całym Hindukuszu Wysokim(Wschodnim) padał śnieg. Ostatecznie grupa wróciła na zachód, w rejon Kohe Zebak. Hindukusz Wysoki Dla ułatwienia zrozumienia moich postów i śledzenia działalności Polaków w początkach eksploracji Hindukuszu załączam mapę graniową Hindukuszu Wysokiego, opracowaną przez Jerzego Walę i zamieszczoną w monografii „Od Andów po Hindukusz” Kazimierza Seyyse-Tobiczyka. Autor mapy zbierał informacje od uczestników wypraw penetrujących Hindukusz. Stopniowo uściślając jego topografię. Dla ułatwienia śledzenia mapy zaznaczyłem na czerwono szczyty, które były celem zainteresowania polskich wypraw. Króciutko omówionych w poprzednich akapitach. Noszak ma trzy wierzchołki. Główny(M), zachodni(W) i wschodni(E). Zieloną kropką oznaczyłem rejon japońskiej bazy głównej(„Baza pod Wierzbami”) z roku 1962. Znajdowała się ona u zbiegu dolin Qadzi Deh i Mandaras na wysokości ok. 3 km. Nazwy szczytów na mapie się zmieniały i w literaturze polskiej są takie, jak w nawiasach: Kohe Naser Khosraw(M2- 6460 m): Kohe Kesnikhan(to Kiszmi Chan): Kohe Nadir Sah(Nadir Szach): Kohe Skhawr(Szachaur.) Kohe to „góra”, szczyt. Wysokości szczytów też ulegały zmianie. W miarę coraz dokładniejszych pomiarów. Mapy takie, popularn1e zwane „graniówkami” są podstawą działania alpinistów w górach. Nie mapy fizyczne. Mapy fizyczne zawierają zbyt wiele szczegółów i są „nieczytelne” dla wspinacza. Dla alpinisty istotny jest przebieg grani. Grani głównej rejonu, grani bocznych, odgałęziających się od głównej w punktach zwornikowych. Naniesione na ich przebieg szczyty, przełęcze i ich wysokości. Ogólny przebieg dolin, lodowce oraz cieki(potoki, rzeczki). Alpinista, wspinacz musi widzieć stok, ścianę, grań, aby ocenić trudności wspinaczki, po skale i lodzie. Zastępczym środkiem dla oceny była i jest fotografia. Jak najbardziej też szczegółowa. Nie da się tego zrobić z najbardziej nawet szczegółowej mapy fizycznej. Która jest przydatna w ogólnej orientacji, przy dojściu w interesujący rejon. Teraz pojawiły się dodatkowe środki, dla wyobrażenia sobie rzeźby terenu. Zdjęcia z satelitów, czy tzw. zdjęcia lotnicze. Z naniesionymi poziomicami. Wszystko to bardzo ułatwia alpinizm w nieznanych górach. Niemniej ostateczne zdanie należy do człowieka obserwującego teren. .
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...