Narty - skionline.pl
Skocz do zawartości

Ranking

  1. Wujot

    Wujot

    Użytkownik forum


    • Punkty

      25

    • Liczba zawartości

      2 888


  2. marboru

    marboru

    VIP


    • Punkty

      12

    • Liczba zawartości

      7 223


  3. MarioJ

    MarioJ

    Użytkownik forum


    • Punkty

      12

    • Liczba zawartości

      3 572


  4. johnny_narciarz

    • Punkty

      10

    • Liczba zawartości

      8 428


Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 21.05.2017 uwzględniając wszystkie działy

  1. Tytuł tej relacji chyba powinien brzmieć "jak odwala po czterdziestce"... Jeszcze niedawno wypalałem paczkę papierosów dziennie, a podstawową rozrywką w weekend było wędkarstwo. Oczywiście w wersji gruntowej - zarzuć i zapomnij. No chyba, że jakimś cudem coś wzięło, to trzeba było wspiąć się na wyżyny wysiłkowe. Ale zostawmy ten temat. Zmieniłem tryb życia i teraz w czasie poza narciarskim jeżdżę dużo na rowerze. Do tego zainteresowałem się nietypowymi maszynami jak Fat Bike. Nie umknęło to uwadze pewnemu teamowi, zwłaszcza kiedy napisałem im test roweru. No i się zaczęło... Po Fat Bike Race Góry Stołowe, zostałem namówiony na start w Bike Maratonie. Żebym tak choć w jednej edycji z całego cyklu wystartował. Miałem debiutować w Zdzieszowicach, ale ze względu na pogodę ( sypał śnieg ) wolałem udać się na Chopok. Druga szansa przyszła szybko, bo w ten weekend we Wiśle. Pogoda według prognoz miała być piękna, ale im bliżej weekendu, tym była gorsza. Co zrobić, kiedy start już opłacony, a koledzy z teamu nawet numerek startowy mi przysłali. Do tego piękne ubranko firmowe. Na kolejne edycje musiałbym przejechać kawał drogi, więc to była tak naprawdę ostatnia szansa. Umyłem maszynę, przesmarowałem i wydawało się, że jest gotowa. Niestety podczas mysia zauważyłem, że mam urwaną szprychę, która goniła sobie swobodnie i mogłaby narobić szkód. Usunąłem ją i teoretycznie nie ma się czym przejmować. Jednak takie miejsce zawsze jest lekko osłabione i w ekstremalnych warunkach może zawieść. Za to Boss teamu nie zawiódł i załatwił mi serwis, ale niestety panowie szprychy nie mieli. Stwierdzili, że pozostałe 31 powinno mi wystarczyć. Ale cofnijmy się nieco. Niestety nie ma bagażnika rowerowego w aucie i musiałem porozbierać brykę. Rower oczywiście! Pościągałem koła i wszedł. Spakowałem wszystkie niezbędne rzeczy, jak kask czy numerek startowy i heja do Wisły. Pozostało pytanie gdzie zaparkować, bo w centrum wszystko płatne, a samochód dobrze mieć blisko. Wiem! Skolnity! Pod skocznią. Na ten sam pomysł wpadł jeszcze jeden osobnik i nikt więcej. Za to poniżej wszyscy się tłoczyli i szukali miejsca choćby przy drodze. Oto jak przydaje się wiedza narciarska. Powoli powyciągałem rower, poskładałem go uważnie i ruszyłem w miejsce startu. Pogoda w tym czasie średnia - chmury, ale bez deszczu. W sumie to dobrze, bo upał nie jest taki fajny. Spotkałem Bossa teamu, który starował z innego sektora. Krótka pogawędka i czas się rozgrzać. Niestety zimno mi się robi i nawet kilka kilometrów rozgrzewki tego nie zmienia. Do tego wcześniej udaję się na start, żeby być na czele - doświadczenie z Gór Stołowych. Niestety nie dostrzegam Matiego, pewnie ustawił się gdzieś pod koniec. Nie dostrzegam też innego kolegi z teamu, który nie przyznał się, że będzie. Pozostaje włączyć zapis GPS i czekać na swoją kolej. Kiedy ruszyło 6 sektorów, czas na nas, czyli siódmy. Podjeżdżamy na start, odliczanie i go! Początek to rundka przez centrum Wisły, gdzie dopingowały nas tłumy kibiców. Ostatnim razem tak liczne spotkałem na Śnieżce. Peleton zaczyna się rozciągać, a koło mnie przelatuje Mati1981. Nawet mnie nie dostrzegł, ale pewnie też nie widział wcześniej mojego ubranka firmowego. Trasa powoli zaczyna się zwężać i rośnie nachylenie. Staram się oszczędzać siły, bo z góry założyłem, że jadę średni dystans czyli Mega: 46 km i 2000m przewyższenia. Gdyby mi dobrze szło, to rozważałem full opcję tj. Giga: 61 km i 2700m przewyższenia. Niestety nie czuję mocy. Wyraźnie ostatnio za mało treningów. Ale staram się utrzymywać przyzwoite tempo. Gdzieś w środku pierwszego podjazdu wyprzedza mnie kolega z teamu, który właśnie się nie przyznał do udziału. Krótka dyskusja i poszedł mocniej do przodu. "Kurcze, chyba coś za słabo jadę" - pomyślałem. Ale nie zwracam uwagi na innych i realizuje swój plan. Przede wszystkim oszczędzać siły na później. Podjazd się kończy i dojeżdżamy do miejsca gdzie trzeba zdecydować jaki dystans jedziemy. Chwila zawahania i cisnę na Mega/Giga - kolejna decyzja dopiero na 40-tym kilometrze. Trochę jazdy po szczytach, praktycznie bez chwili wytchnienia. Trochę zjazdu i znowu do góry, aż w końcu dojeżdżamy do pierwszego dłuższego zjazdu. Niestety w drugiej jego części bardzo stromo i tu raczej niczego nie nadrobię. Pod jego koniec zsiadam z roweru, tak samo robi 90% zawodników. Jeden ciśnie i nawet daje rady. Ale to był pierwszy pogrom. Kawałek dalej łatają flaki, a jeden osobnik miał nawet ósemkę z obręczy! Widać umiejętności techniczne to nie wszystko. Trzeba też uważać na sprzęt. Jeden flak może zniweczyć wysiłki, jeśli ktoś walczy o każdą sekundę. Ponownie zaczynamy dłuższy podjazd, a następnie jazda góra dół. Czasami wplecione są trudniejsze odcinki w postaci singli, nie koniecznie zjazdowych. Mimo kilku suchych dni, są miejsca, gdzie mnóstwo błota, bo drogą płynie strumyk. No i co z tego, że jest w dół, kiedy rozpędzić za bardzo się nie da? Niemal każdy zjazd obfituję w różne trudności techniczne i za każdym razem kilku kolarzy łatających dętki. Do tego na trasie leży mnóstwo bidonów. Jakby ktoś się przeszedł trasą po zawodach, prawdopodobnie nazbierał by ich co najmniej 50! Dopiero zjazd do Brennej pozwolił na więcej. Ale i tak trzeba było uważać, żeby nie złapać tzw. snejka. Tutaj chwila oddechu, kiedy wjeżdżam na asfaltową drogę. Ale fajnie! Tak równo, prosto, sucho... Sielanka szybko się kończy i od razu zaczyna ostry harpagan. Miejscami trzeba zsiąść z roweru. Ale umiejętność prowadzenia bikea pod górę też w cenie. Tą techniką doganiam wielu zawodników. Oczywiście oni też prowadzą rowery. Po za tym, poniżej pewnej prędkości nie ma sensu jechać! Człowiek szybszy jest pieszo i traci mniej sił. Chyba większość to dostrzegła. Ale ja zaczynam mieć inny problem - tylna przerzutka. Wspomniałem wcześniej, że nie była dobrze wyregulowana, no i w ekstremalnym obciążeniu zaczynała zawodzić. A to nie mogłem zmienić biegu na wyższy bez kombinowania (dwa do góry i jeden wstecz), a to przy redukcji na największą tarczę spadał łańcuch. Tracę przez to sporo czasu, ale jakoś udaje mi się nad tym panować. Po jakimś czasie nie wytrzymuję i robię ekspresową poprawkę, wykręcając linkę. Udało się! Teraz pracuję niemal bez zarzutu! Ale chyba czasem jest blokowana przez błoto. Tego niestety coraz więcej, bo najpierw zaczyna siąpić, a następnie lać! Powstaje kolejny problem - zaparowane okulary. Zastanawiam się nawet, czy ich nie ściągnąć, ale wtedy deszcz wali po oczach. Więc jadę w połowie po omacku, co czasami kończy się najechaniem na jakiś głaz czy inny korzeń. Znowu muszę uważać i nieco zwalniam. Gdzieś chyba w połowie, może nieco po za połową dystansu ponownie sielanka. Długi asfaltowy zjazd. Wreszcie mogę "poszaleć". Ten jednak koczy się zakrętem 90 stopni (zjazd na szuter), schowanym za zakrętem. Ostre hamowanie, oba koła w poślizg, ale udaje się wpasować, choć z lekką stratą. Oczywiście za tym miejscem ponowna wspinaczka, ale dłuższy czas po równiutkim asfalcie. Patrze na czas, na zrobiony dystans i już wiem, że na Giga nie mam szans zdążyć. Do tego czuję się już tak zmęczony, że nie porwałbym się na niego. Wspomnę tu jeszcze o bardzo fajnym technicznym odcinku. Coś w rodzaju singla, ale takiego między skałami - super! Za nim kolejny zjazd i zabawna sytuacja. Otóż cały czas wyprzedzaliśmy się z innym gościem, ale tu dotarliśmy razem. Kolega się zatrzyma, wskazał zjazd i powiedział: "proszę". Wyraźnie na zjazdach bardziej się bał ode mnie i chyba temu te ciągłe przetasowania między nami. Ale w końcu zaczął się ostatni podjazd. Tym razem dość lekki, coś jak na Szyndzielnię czerwony szlak. Łatwo było złapać rytm i powoli do przodu. Tutaj nawet co nieco nadrobiłem. Wyjechaliśmy na szczyt i ponownie jazda góra dół. Przy każdym zjeździe już myślałem, że to będzie ten ostatni, ale ciągle za mgłą ukazywała się kolejna mała górka. Dopiero po 42 km jazdy, wreszcie tylko na dół. Ale tu wpleciono niezbyt długi singiel - trudność średnia, ale w błocie i po korzeniach. Dalej miejscami dość stromy szuter, później asfalt i już byłem pewny, że będzie sielanka. Nie tak szybko! Wpleciono jeszcze kawałeczek singla, który wydawał się mega łatwy, ale właśnie tam trafiłem na korzeń i było ciepło... Dalej już asfaltową drogą do mety. Ale byłem szczęśliwy, kiedy ją mijałem! Wyrypa zakończona! Aż sam w to nie wierzę. Mój czas i miejsce nie powalają - 4.34.51, 340 w generalce,94 w M4. Ale głównym celem było ukończyć zawody i zdobyć doświadczenie. Jestem cały przemoczony i z błota. Rower tak samo. Na szczęście organizatorzy zadbali o myjki i po chwili bryka była jak nowa. Nawet smar z łańcucha i zębatek zszedł! Gorzej z właścicielem. Mogłem co najwyżej wskoczyć do Wisły, ale tam zimno. Udałem się po posiłek, porobiłem jeszcze kilka ujęć, rozejrzałem się za kolegami, ale chyba dawno temu już pojechali. Zarówno z teamu jak i mój imiennik. Jest mi zimno, leje deszcz, więc szybko do samochodu choć trochę się ogrzać. Niestety nie przewidziałem opadu, bo w prognozach go nie było i nie zabrałem niczego ciepłego do ubrania. Zrzuciłem mokre, ubłocone ciuchy i jedyne co mogłem zrobić, żeby jakość znieść temperaturę, to założyć 2 T-shirty. Poszedłem jeszcze na dekorację, którą obserwowało może kilka osób - nic dziwnego patrząc na pogodę - i postanowiłem wracać do domciu. Po zawodach od razu kilka wniosków. Po pierwsze SPD obowiązkowo! Kupiłem przed samymi zawodami, ale koledzy odradzali jak nigdy nie próbowałem. W pół łyse opony to też nie najlepszy pomysł na zawody. Po za tym chyba poszukam innych, lepszych na zjazdy. Przerzutki obowiązkowo muszą być wyregulowane perfekt! Jakakolwiek odchyłka od normy, w ekstremalnej sytuacji zawodzi całkiem. Do tego koniecznie napęd 1x coś tam - 1x12, 1x11, 1x10. Przednia przerzutka, kiedy nie ma czasu, jest bardzo upierdliwa, nawet dobrze wyregulowana. Sztyca pneumatyczna regulowana z kierownicy super sprawa! Bardzo pomaga na zjazdach. Szkoda, że dostałem ją tylko do testu, bo sprawdziła się rewelacyjnie! Mimo małego skoku wynoszącego 65 mm. Może jeszcze o samych zawodach. Organizacja na najwyższym poziomie! Podobnie jak Śnieżka Uphill Race - ten sam organizator. Wszelkie formalności można załatwić przez internet i przyjechać prosto na start. Trasa znakomicie oznakowana i nie tylko chodzi o wskazania kierunku jazdy. Każde trudne miejsce jest oznaczone i w zależności o stopnia - jednym, dwoma lub trzema wykrzyknikami. Tras bardzo urozmaicona. Spotkamy wszystko co można w górach - ostre kamieniste zjazdy, single, odcinki z błotem, jazda między skałami, trudne i łatwe podjazdy, szybkie odcinki asfaltowe, czy nawet odcinki trawiaste. Na mecie czekają już dziewczyny z napojem, a kawałek dalej ciepły posiłek. Jest kilka stanowisk z myjkami ciśnieniowymi, z których skorzystać może każdy. Jest też serwis rowerowy. Nie wiem czy jeszcze będę chciał występować w tego typu zawodach, ale co przejechałem to moje i bardzo się cieszę! Wrażenia niezapomniane, więc pewnie będzie kusić. Ha ha, ale jak się jednak wkręcę, to może kiedyś będzie mi dane potrzymać puchar, a nie tylko oglądać... Pozdrawiam, Johnny
    9 punktów
  2. Szczyrk to teraz jeden wielki plac budowy. Nawet dziś z niegdyś pustych i cichych niedzielnych hal dobiegają dźwięki koparek i spycharek. Nad Golgotą wkrótce ruszą prace, na razie trwa budowa dróg dojazdowych, bo w rejon Wierchu Pośredniego dotychczas nie było dojazdu:
    7 punktów
  3. Tak jak obiecałem, wstawiam troszkę zdjęć z dzisiejszego wypadu Czyrna-Hala-Solisko. Jako że nie przepadam za tym aby opisywać poszczególne fotki, to napiszę ogólnie, przede wszystkim od samego początku na starcie widać zaawansowaną wycinkę drzew, w szczególności na wąskich gardłach lub zakrętach co może cieszyć. Pracę przy budowie zbiornika wydaję mi się że idą sprawnie, (pracowali nawet dziś!), na pewno na ten moment można odnieść wrażenie że na Hali panuje totalna pustka (bez drzew) lecz na pewno widok zmieni się na lepsze gdy przybędą stacje kolei, zbiornik oraz restauracje. Jak można zauważyć na zdjęciach na pewno sporo czasu zajmie im także profilowanie tras. Jeśli pogoda dopiszę to kolejne fotki z mojej strony za 2 tygodnie. Pozdrawiam wszystkich!
    5 punktów
  4. Nikt nie każe mieć sentymentu do starych wyciągów. Tak samo nikt nie każe mieć sentymentu do starych samochodów, tramwajów, pociągów itd. Takie stare samochody mogą być warte kilkanaście tysięcy. Żeby przejechać się starym tramwajem, który do 2012 r. jeździł ulicami Warszawy ustawiały się wczoraj kolejki! A jeszcze kilka lat temu niemal wszyscy się cieszyli, że w końcu Warszawa pozbywa się tego złomu. Mało tego - w kolejkach do starej "parówki" (taki tramwaj dla niewtajemniczonych) nie stali wyłącznie jacyś miłośnicy starej komunikacji, tylko rodziny z dziećmi! Nie mówiąc już o tramwajach przedwojennych, do których czasami nie dało się wejść - każdy chciał zadzwonić dzwonkiem, pokręcić korbką i usiąść na drewnianej ławeczce. Z orczykami jest podobnie - teraz zwykły orczyk jest wart mniej więcej kilkadziesiąt złotych. Za to pewien orczyk z końca lat 60. (chyba) kosztuje ok. 200 EURO!!! Za kilkanaście lat wszędzie będą wozić plastikowe kanapy i wypasione gondole. Gdzieniegdzie zostaną orczyki, ale na 100 % zostaną unowocześnione i staną się dużo bardziej wygodne. Zgadnij, ile będzie wart orczyk z SON-u? Nie twierdzę, że wtedy ktoś będzie żałować, że Szczyrk się zmienił, ale jestem pewien, że jak zrobi się wystawę starego sprzętu - ratraka, orczyku, krzesła, nart itd., to będzie ogromne zainteresowanie! Mieszasz dwie rzeczy - SON i prywatnych właścicieli knajp. Nie wiem czy wiesz, ale nie wszystkie bary przy trasach są własnością SON-u i ośrodek nie ma wpływu na ich działalność. Mogą zachęcać do zmiany wystroju, lepszych kibli, ale nie wywalą kogoś z nieswojego miejsca! Szczyrk przede wszystkim potrzebuje zmiany mentalności i podejścia do niektórych kwestii. Inwestycje raczej tego nie zmienią (na pewno nie bezpośrednio). I na koniec - jako miłośnik orczyków CIESZĘ SIĘ, że SON się zmienia, bo to jedyna szansa dla moich (i nie tylko moich) retro-pomysłów.
    5 punktów
  5. Mam absolutne przekonanie, że kwintesencją narciarstwa jest jazda w terenie, do tego stopnia, że staram się tam jeździć zawsze niezależnie od warunków. Na pewno trzeba się objeździć i ten początek jest najtrudniejszy. Później trudno uwierzyć, że ktoś chce śmigać po trasach. Co do reszty to rozczaruję Cię ale jesteśmy rozpaczliwie normalni, uważamy się za turystów i po takich trasach jeździmy. Z pewnej odległości wydaje się to awangardą a tam na miejscu oprócz naszego było jeszcze parę innych "narciarskich" statków a nasz rejs jednym z 7 co się odbyły. Do tego trzeba dodać tych co mieszkają na lądzie. A ponieważ nie ma tam wyciągów ani heliski (jest zabroniony) to spotykasz tam sobie podobnych - normalnych może tylko zakręconych na punkcie gór. To co najważniejsze w takiej zabawie to ekipa - nawzajem się inspirujemy, konsultujemy pomysły, oceniamy ryzyko. To nie jest zabawa dla singli jak masz ekipę to można się bawić w takie wyjazdy. Tutaj Kamil przesłał mi link z opisem sail&ski ja zadzwoniłem i pogadałem i trochę się podpaliłem. Dalej poszło szybko bo podstawowe gremium było zdecydowane więc reszta nie miała za bardzo wyjścia. Ja podpisałem umowę i zarezerwowałem jacht, Kamil zebrał kasę, Tomek namierzył tani lot, Kamil zabukował (przynajmniej mi), żarcie rozpracowaliśmy razem z Kamilem, Paweł przywiózł liofy z USA, Tomek z Polski, Mariusz + 3 opracowali trasy, ktoś przygotował grupę w necie i arkusze kontaktowe i jakoś poszło. Bardzo fajna jest tutaj atmosfera na SO - to był główny powód dla którego się tutaj przenieśliśmy z Mariuszem. Kamil też tutaj zagląda. Marionen już z nami jeździ i przypomnę, że w Tatry Słowackie też zapraszaliśmy chętnych. Jestem pewien, że wcześniej czy później spotkamy się na turach. Mam nadzieję, że damy radę nadążyć za tutejszymi przecinakami. Pozdro Wiesiek
    4 punkty
  6. Niedzielne 21 kilometrów Pilicą. Odcinek: Tomaszów Mazowiecki - Inowłódz. Sezon kajakowy zaczęliśmy wcześnie, ale niestety wiosna nie była łaskawa co do pogody i dopiero w połowie maja uskuteczniliśmy kolejny spływ. Tym razem mieliśmy w planach leniwe pływanie i Pilicę. Pełen relaks, zero pośpiechu i 21 kilometrów z Tomaszowa Mazowieckiego do Inowłodza - ostatni raz ten odcinek płynąłem chyba z 10 lat temu. Zapraszam do fotorelacji z tego pływania. Start przy ujęciu wody w Tomaszowie Mazowieckim: Zaraz za tamą fajne, sztuczne bystrze - szkoda, że się nie da go spłynąć W samym Tomaszowie jest kilka niewielkich bystrzy - pierwsze przed mostem kolejowym - na zdjęciu Expat. Drugie pod mostem...a tuż przed jego spłynięciem udało się strzelić pociąg Woda ciemna i z tego co pamiętam kiedyś w tym miejscu było dużo groźniej - skały, niewielki próg wodny i porządne bystrze - teraz wygładzono ten fragment pewnie ze względu na spływy komercyjne i ich bezpieczeństwo. Szkoda. Trzecie bysterko tuż za mostem: Zaczynamy leniuchowanie i powolny spływik. Piotrek toruje... Mijamy dopływ Pilicy, Wolburkę. Pilicowe skarpy (w nich mieszkają, nad nimi latają stadami niezwykle urocze Jaskółki zwane "brzegówkami"): Trafił się Perkoz: Udało się też z powodzeniem przekazać aparat fotograficzny na drugi "Okręt": Humory dopisywały Szkoda tylko, że @JC wypadł nam ze spływu Cóż? Następnym razem Klimat nizinnej rzeki... ...i krajobraz udało się strzelić z Mewą Polowanie na ptaki jeszcze będzie... Krzaczory: Jakiś rozbitek, czy co? Z bliska - znajomy jakiś Wiosłujemy w stronę Spały... ...kto wiosłuje, ten wiosłuje I jesteśmy... Wpływamy teraz w uroczy, mieszany las spalski. Ten bardzo komercyjny fragment Pilicy - o dziwo w dniu dzisiejszym jest pusty. Wciągu całej trasy mijamy jeden niewielki spływ zespołowy w okolicach Teofilowa. Tym czasem nieco zieleni i nawet wyszło słoneczko Kolejne tego dnia złapane w obiektyw ptaszki Czyżby jakieś Kurki Wodne? Kompletny ze mnie ornitologiczny ignorant Znowu zieleń wybucha wraz z promieniami słońca. Rzeka w tym miejscu jest płytka - przez wodę przebija kolor piachu. Jest pięknie! Będąc w domu już tęsknimy do kolejnych dni na wodzie. Mijamy kajakarzy i Smoka Powoli zbliżamy się do końca spływu... Inowłódz. Tuż za mostem ostatnie bystrze i wodowanie kajaków... ...kończy się świetny dzień Pizzą w Spale. Pozdrawiamy marboru, Paula i Expat
    3 punkty
  7. O Góralu widzę że dziś świetnie się złożyło bo ty byłeś i masz fotki od strony Golgoty, ja z kolei wybrałem się dziś w przeciwnym kierunku, na Halę i udało zrobić mi się dość sporo fotek.... Masz rację, dziś normalnie 3-4 koparki/spycharki pracowały oraz dwie wywrotki przy budowie zbiornika, aż miło było popatrzeć. Fotki dodam dziś po 21.
    3 punkty
  8. W końcu znalazłem trochę czasu, żeby przeczytać całą relację. Po niej trochę wstyd mi pisać o wypadach na Górkę Szczęśliwicką, którą mam prawie "pod nosem". Samochodem dojeżdżam prawie pod stok, żadnych długich spacerów. W ciepłym holu zakładam buty itd. Hop na wyciąg i do góry. Waszej wyprawy nawet nie próbuję do tego porównywać. Po przeczytaniu całej relacji jestem trochę w szoku i nie wiem, co napisać, dlatego wstawię kilka zdjęć, które niemalże przewróciły mnie z krzesła. Wszystkie plateau są genialne! Mam nadzieję, że w końcu poznam kogoś z Waszej ekipy, bo musicie być nieźle zakręconymi narciarzami, że nie wystarczają Wam nawet "zwykłe" skitoury, tylko musicie je łączyć z pływaniem za kołem podbiegunowym pod osłoną zorzy Dzięki za relację i zdjęcia. Teraz widzę, że freeride to chyba najlepsza odmiana narciarstwa Pozdro serdeczne dla ekipy PS Może napiszecie książkę o tej wyprawie?
    3 punkty
  9. Jeśli chodzi o dziewczyny, to ja uwielbiam takie cztery z WARPAINT. Wiesiu, ciekaw jestem Twojego zdania. a jeśli się spodoba, to polecam drugi utwór
    2 punkty
  10. Nie potrafię w sobie wykrzesać sentymentu do tych orczyków startujących z brzydkich budynków, huczących, do tych krat (charakterystyczne dla Szczyrku), objazdów wyciągów do przedeptania (też charakterystyczne dla Szczyrku), tych wąskich gardeł na trasach, tych punktów gastronomicznych na kocach i w budach z PCV, do tych kibli gorszych niż toi-toje. Ludzie, to był nowoczesny ośrodek, ale 40 lat temu. Aktualnie to średniowiecze. Jest ryzyko, że Szczyrk zostanie przekomercjalizowany oraz zatłoczony. Ale brak zmian mógłby zabić to miasto. Aby miasto odżyło, jest to potrzebne. Szczyrk z różnicami poziomów 600-700 m jest na pewno lepszym miejsce na uprawianie narciarstwa, niż "polanki" w Białce Tatrzańskiej.
    2 punkty
  11. Rekiny są przereklamowane! Pozostało jeszcze parę spraw, które warto byłoby opisać a które niekoniecznie wchodzą w taką liniową narrację. W tym na pewno jedzenie i ubieranie się na takich wyjazdach. Ale na początek będzie jeszcze coś z Uloyi. Ta wyspa jest bardzo znana wśród wędkarzy blisko do otwartego morza ale akweny są dobrze osłonięte przed wiatrami więc w pobliżu wyspy można pływać bezpiecznie. Sam port jest całkiem sympatyczny. Ale zdecydowanie mniej sympatyczne są rybki, które gdzieś tam czają się na pechowych narciarzy. Wśród suszących się różnych trofeów wędkarskich wypatrzyliśmy takiego oto przyjemniaczka - pysk wielkości wiadra. Reszty nie było - czyli to początek rybki. Przyjrzyjmy się dokładniej ząbkom - ani śladu kamienia. Spróbujcie rozczaić funkcje - jak w podręczniku Ale najbardziej zdziwiły nas te kolce w środku przełyku Czyli rekiny to cieniasy! Pozdro Wiesiek
    2 punkty
  12. Relacja liniowa zmierza do końca samotny zawodnik Wujot dobiega do mety. Czy go jeszcze ktoś przywita, czy wszyscy poszli do już domu??? Nasz poprzedni dzień skończył się późno w nocy w Oldervik. Z wyliczenia czasu wychodzi nam, że musimy wypłynąć najpóźniej o 16.00 aby zrobić klar i zdać statek. Kamil & Co wyznaczyli więc pobliski cel. Problem jest tylko taki, że trzeba dojść (i wrócić) asfaltem 5 km, co nikomu się specjalnie nie uśmiecha. Sprawdzamy autobusy i okazuje się, że mamy w tamtą stronę o 10.00 i powrotny o 15.00. Słabością takiego planu jest brak elastyczności. Jakoś zbieramy się jednak na ten autobus, w momencie jak przyjeżdża to zmieniamy zdanie i postanawiamy wejść na całkiem imponującą górkę nad portem. Musiało to strasznie śmiesznie wyglądać - przyjeżdża autobus a goście w tył zwrot. Nie jest to jednak takie absurdalne bo Robert w rozmowie z miejscowym dowiedział się, że z tej górki jakiś Francuz zjeżdża. A skoro może Francuz to my też. Wobec tego ramowy plan wygląda tak: Pogoda jest zmienna i raczej słabo z widocznością. Znajdujemy jakieś stare ślady i jak się już domyślacie lądujemy na szczycie. Robi się niskie przejaśnienie i widoki są przednie bo krajobraz, ogólnie pełne mleko, ale na Alpy Lyngeńskie (z drugiej co wczoraj strony) jest żyleta. Z naszej strony przez chwilę jest tak Z czasem się kiepści i przed zjazdem jest jakoś tak Pora pomyśleć o zjeździe - nie uśmiecha mi się łagodna droga podejściowa (bez historii). Podobnego zdania jest MajorSki, MarioJ i Betti (Robert) - postanawiamy zjechać przyuważonym wcześniej mało wyrazistym ale za to stromym żlebem. Prawdę powiedziawszy nie jest to super rozsądne: raz, że nad nim jest potężny nawis (co prawda jesteśmy prawie pewni, że z lewej (orograficznie) powinien być dobry wjazd a dwa, że widoczność naprawdę się pogarsza, więc wycelowanie na łagodnej kopule (bez wpakowania się w nawis) w to miejsce będzie wyzwaniem. Ale zawsze przecież możemy zawrócić. Poniższy track jest dowodem, że istnieją tajemnicze zjawiska i tylko splątanie na poziomie kwantowym może je wyjaśnić. Otóż niebieska linia to droga rejestratora Mariusza a czerwona... Mariusza. Zjazd na pewno dostarczył emocji, szczególnie mnie pierwszemu. Nie widziałem nic a stok stromy a na nim parę bryłek lodu wielkości małych lodówek absorpcyjnych. Na dole byliśmy w pełnym składzie bo akurat reszta powoli doszlusowała. Dalej było za to niesamowicie przyjemnie bo już były punkty orientacji: drzewa, krzaki, trawy. Chłopaki pojechali wzdłuż koryta strumienia ja znalazłem snowboardowy ślad po prawej, pojechałem przez las i wylądowałem ze 200 m dalej. Przy łódce byliśmy koło 15.00 i kapitan dosłownie od razu zarządził wymarsz. Na miejscu w Tromso czekało nas sprzątanie i pakowanie. Później parę godzin snu i w nocy żegnaliśmy się z łódką w takich to okolicznościach. Sypało pięknie. Jeszcze było trochę lotniskowych przygód ale to już może inni dopiszą plus statystyki, nomenklaturę i parę nie poruszonych tematów. Ale ogólnie udało się tę relację dociągnąć! Pozdro Wiesiek
    2 punkty
  13. Nasz wyjazd powoli zbliża się do końca ale powinniśmy mieć jeszcze co najmniej jeden bardzo dobry dzień. Rano żegnamy krewetki, krótki skok przez morze i lądujemy na Uloyi - wyspie z jednym szczytem (i czterema wierzchołkami). Początek już znacie było jak zawsze, las (tym razem nawet z wygodną drogą i oznakowaną ścieżką!!!), hala, szczyt. Nie dziwię się, że Uloya jest taka kultowa bo widoki są tutaj powalające. Dużo wody w pierwszych planach i otwarte kierunki. Po drodze możemy zobaczyć nasze ostanie cele i Wielka Kupa (ta z prawej) co się z Diupvik jawiła niewinnie wygląda... Nasze wcześniejsze cele z Lyngseidet też możemy podziwiać w oddali. Na szczycie jak już wspomniałem jest bardzo ładnie. Kusi nas z Tomkiem aby zjechać na "ciemną" stronę Uloyi. Ta góra jest zupełnie analogiczna do tych wcześniejszych z jednej strony przyjazna i łagodna a z drugiej ściany. Ponieważ czeka nas dalszy rejs i już nie ma za dużo czasu to odpuszczamy, szczególnie, że zjazdu nie szło wcześniej zobaczyć. I było to Tomku do zrobienia! Tymczasem ekipa rozluźniona, spokojnie relaksuje się w tych pięknych okolicznościach. To 7 dzień łażenia, zero spinki. Wyjazd udał się już za...ście. Dokumentuje więc te zarośnięte od dwóch tygodni twarzyczki - pewnie wyglądam tak samo. Patrząc na Piotra widać, że musiał zahaczyć o maszynkę (podobnie też MajorSki) Ale reszta była normalna - nie musieliśmy się nikomu podobać. A właściwie to... nawet nie chcieliśmy się nikomu podobać! U El Capitano stanu zarostu nie udało mi się sprawdzić. Najlepsze, ze bałem się, że po 11 dniach przebywania w ciasnocie żaglówki będę miał już dość tych typów a tu wprost przeciwnie. Tematów do rozmów nie zabrakło do końca mimo, że wyjazd był prawie bezalkoholowy (te ceny w Norwegii kosmos...). Co to znaczy właściwa ekipa... Z czystym sumieniem powiem to nie był kolejny najlepszy dzień w Norwegii. Seria kiedyś musiała się skończyć a dorównać zjazdowi z Sormegaisa nie jest łatwo. Ale to był piękny dzień. Dokładnie piękny. Wsiedliśmy do łódki i niczego już nie oczekiwałem. A tu bonusik całkiem niespodziewany dostaliśmy (a już szczególnie ja). raz, że piękny zachód słońca był jak przepływaliśmy obok naszych pierwszych szczytów norweskich (co je też o wschodzie słońca obserwowaliśmy) Ale dwa solidnie dmuchnęło. El Capitano zarządził rozłożenie grota i gafla co wszystkich zelektryzowało Sesje foto szybko się skończyły i zaczęła się jazda. A najlepsze, że za sterem stał (zapierając się nogami z całych sił) niżej podpisany! Pozdro Wiesiek
    2 punkty
  14. Fotki zorzy piękne, to jednak się tam działo. No cóż ja miałem wtedy fizycznie najgorszy dzień, nie zjechałem dwa razy, nie wstałem na zorze. Ale najważniejszy zjazd zaliczyłem w pełnym gazie. Najlepszy dzień i tak mało zdjęć z gór, tak nie może być No to sklep na początek Taki rest to ja rozumiem Radość podejścia Piękny czysty puch Dwie linie po dwóch zawodnikach na razie Banany po zjeździe Szczyt to Sorbmegaisa (1288m). Mi wyszło 1350m vertical, więc Wieśkowi i ekipie z dwoma zjazdami pewnie z 1700m może nawet. To będzie więc rekord przewyższenia w Norwegii.
    2 punkty
  15. Idealny dzień (w ujęciu skippera) Czyżby moi koledzy nie tylko zostali gdzieś daleko z tyłu na tym szlaku co go przecieram ale zgoła poszli sobie gdzieś w bok robiąc ze mnie Latającego Holendra??? Halo Panowie, miało być wspólnie, obudźcie się i ruszcie tyłki (a właściwie pióra)!!! Na początek sytuacja. Po lewej macie naszą wczorajszą turę na Wielką Kupę. Na prawo jest kolejny cel. Dość dokładnie obejrzeliśmy go sobie dzień wcześniej co niosło za sobą bardzo określone konsekwencje. Niezbyt nam się podoba wizja dymania nadmorską drogą 3 kilometrów. Ale ekonomia czasowa zwyciężą i początek jest taki. Z drogi nie mamy zamiaru ustąpić. Na środku foty nasza górka. Schodzimy na szlak przy sklepie w którym Robert kupuje kilogram cukru. Po co mu kilogram cukru w plecaku ? . Wygląda mi to na jakąś ofiarę rytualną. Będę dalej śledził uważnie poczynania mojego doświadczonego kolegi. Wchodzimy w las - jest tam założony ślad. Ale to jakaś masakra: stromo, gęstwa taka, że trzeba dosłownie przeciskać się między drzewkami, do tego upał. Co jakiś czas foki puszczają, lecąc, łapiemy się rozpaczliwie pieńków. K... latają gęsto między drzewami. No koniec końców wyłazimy na hale. A tutaj powtórka z wczoraj tyle tylko, że ani skrawka chmurki - totalna blacha. Uznaję, że mnie to zwalnia z fotograficznych czynności (bo zdjęcia bez chmur to połowa zdjęć) do tego widoki na Alpy Lyngeńskie w zasadzie identyczne nie ma się więc co rozczulać i trzeba zasuwać na górę. Ze szczytu zdjęć nie mam. Ponieważ El Capitano znacząco został na podejściu to proponuję żeby na niego zaczekać a ponieważ to może być około godziny to postanawiamy z Robertem i MajorSki zjechać z kopuły szczytowej. Mijamy Michała, później na górę i... Tak, tak dzień się zacznie jako, że nie mamy zamiaru zjeżdżać po utartych (czyli przewodnikowych ścieżkach). Wczorajsza wizja lokalna wykazała możliwość "zjazdu życia" Jedziemy kawałek granią a później jest tak. Kilkuset metrowa lufa z 35 stopniowym średnim nachyleniem (miejscami sporo więcej), do tego dziewiczy puch. 100% bezpiecznie to na pewno nie jest więc adrenalina buzuje. Wjeżdżamy w długich odstępach czasowych, Tomek z nad nawisu obserwuje zjazdy od góry. Piotr, co pojechał pierwszy, asekuruje od dołu. Zjazd jest naprawdę długi, trwa, trwa, trwa i już dokładnie wiem po co przyjechałem do Norwegi. Przyjechałem dla tego zjazdu. Proste. Na dole - no po prostu entuzjazm (ktoś ma to na fotach???). Ehhh. Dalej jedziemy przedziwnie pofałdowanym terenem. Jest po prostu bajecznie, euforia mija ale wspomnienie zjazdu (jak wszystkich innych najlepszych zjazdów) wryło się w pamięć. I już na zawsze będzie to w mojej głowie - razem z parunastu/parudziesięcioma innymi co tam tkwią. Zjeżdżamy na plażę wariantem co go wczoraj reszta ekipy opracowała. Jeszcze pamiątkowa fota - nasze ślady dobrze widać. Wieczorem, gadam z żonką i oczywiście oznajmiam, że był to najlepszy dzień w Norwegi - reszta ekipy leje bo to już szósty najlepszy dzień. Czy może być coś jeszcze? Ano może - ponieważ to jest pierwsza bezchmurna noc, oznajmiam - "obudźcie mnie jak będzie zorza" . I faktycznie Klisiu budzi mnie przed 24.00 i przez kolejne 90 min stoję w porcie w przejmującym wietrze i nad portem i wytwórnią jest tak Ale zdecydowanie lepszy jest widok na Alpy Lyngeńskie, tutaj to nawet oprócz zielonego pojawiają się niezdecydowane róże... Zorza nie ma zamiaru się skończyć ale po półtorej godziny dochodzimy z Robertem, że pora już spać (reszta poszła wcześniej). Wysyłam jeszcze żonce sms "piękna zorza czyli to był Idealny Dzień (Skippera)". Kto nie zna Pingwinów z Madagaskaru to niech koniecznie obejrzy - co prawda jakość słaba ale daje pojęcie co to jest idealny dzień!!! I de olo Wujot
    2 punkty
  16. Na początek małe uzupełnienie - trochę rozczarował mnie brak Waszej dociekliwości w kwestii ducha nart (a i tej drugiej atrakcji z jazdą w tle). Dbając o koloryt i przybliżenie kultury opowiem do końca tą historię. W czasach gdy żyli herosi (a nie takie konusy jak teraz) ziemia Nordlandu była areną wielkich potyczek między Odinem a olbrzymami Lokiego. Do jednej z najbardziej spektakularnych bitew doszło właśnie na półwyspie na którym turowaliśmy. Nie wdając się w sceny batalistyczne skutek był taki, że Odin wspomagany przez Thora i innych bogów pokonał dzikie hordy przeciwników. Gdy umilkł już bitewny zgiełk Odin używając sobie tylko przyrodzonych mocy ułożył wielki stos z skamieniałych ciał przeciwników. Był on pod niebo wielki. Stojąc na szczycie wydał ryk przepotężny co góry poprzestawiał. Co było dalej nie wiemy bo jedyny świadek tych zdarzeń samotny wiking Norgar Diupvik, co zaplątał się przez sztormy w te niedostępne okolice, zginął w jednej chwili od akustycznej fali uderzeniowej (ryk był naddźwiękowy). Łaskawy Odin pozwolił zamieszkać duchowi Diupvika na powstałej z kamiennych ciał górze. Ten ostatni, w kolejne rocznice bitwy, ukazuje się przybyszom opowiadając tę batalistyczną historię. Duch przyjmuje różne postacie - narciarzom ukazuje się jako narciarz. Na cześć zwycięstwa Odina miejsce to nazwano Storhaugen co tłumaczymy jako Wielka Kupa. Aby usłyszeć opowieść Norgara Diupvika trzeba być na Storhaugen na początku kwietnia, mieć pokorę wobec starożytnych bogów, umysł czysty i nieskalane serce. Po wykonaniu 7-go perfekcyjnego skrętu należy się zatrzymać pokłonić w cztery strony świata i liczyć, że stanie się! Czasem trochę już zgryźliwy Diupvik może przybrać inną, nie w pełni ukształtowaną narciarsko, postać... Pozdro Wiesiek
    2 punkty
  17. Dla mnie to na razie niedostępne, za wysoko. Za miesiąc zobaczę albo dwa. Pozdrowienia z gór dla W-wy.
    1 punkt
  18. Za niecały tydzień zobaczę, jak to wygląda "na żywo". Już nie mogę się doczekać Na Hali Skrzyczeńskiej wykopali dół pod górną stację gondoli, ale goprówka jeszcze stoi.
    1 punkt
  19. Bo tak zapinkalałeś.... Stałem na początku naszego sektora, ale też Cie nie dojrzałem. Dopiero po ruszeniu wyprzedziłeś mnie jak strzała! Myślałem, że pojedziesz Giga... Ja pojechałem średni dystans, tj.Mega i 46 km, 2000 m przewyższenia. Ile było podjazdów to nawet nie zliczyłem, ale jak wjeżdżałem do Wisły to myślałem, że ze szczęścia oszaleje! Gdzieś od połowy dystansu zaczęło siąpić, a ostatnia godzinę jazdy lać! Zrobiło się ślisko i błotniście, więc zwłaszcza końcówkę jechałem powoli. Na ostatnim mini singlu najechałem na korzeń i nieomal zakończyło się to glebą. Właściwie całą końcówkę jechałem po omacku, bo mokre i parujące okulary, nawet przy sporej prędkości spowodowały, że nic nie widziałem. Przygód było więcej, ale to może później jakąś relację napiszę. PS. Jestem na twoim zdjęciu w czarno-zielonych barwach, pod literką "e" z Eski. Jechałem w barwach :"fatbajkowych" - duże koło na plecach. PS. Koledzy z teamu zrobili mnie w konia i pojechali mini... a myślałem,że będą czekać na mecie... Jeszcze mi powiedzieli, że słaby czas miałem - normalnie szczyt bezczelności...
    1 punkt
  20. Bike Maraton Wisła - jechałem dystans mini, 24 km, dwa dłuższe podjazdy i zjazdy. Johnnego niestety nie spotkałem, a mieliśmy jechać z tego samego sektora, mam nadzieję że dojechał bez przygód. Mi się udało, 28 miejsc w M3 i 92 w Open. Ludzi cała masa... Pozdrawiam Maciek Wysłane z mojego ALE-L21 przy użyciu Tapatalka
    1 punkt
  21. Dziś odwiedziłem BSA. Trasa Gołkowice - Brenna - BSA i spowrotem, pogoda trochę marna. Cóż, taki mamy klimat Nawet szybko mi to poszło, chyba w obawie że lunie
    1 punkt
  22. Na punkcie muzyki to mam absolutną korbę i słucham, rzeczy przedziwnych - aż strach byłoby tu linkować. Więc na początek coś z mainstreamu ale "znośnego" i nie ogranego do znudzenia a przy okazji świetne wideo I jeszcze dowód, że Austria to nie tylko Tyrol. Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  23. 1 punkt
  24. Szczyt Storhaugen (1100m), vertical 1550m, odległość 15.5km. Jesteśmy po drugiej stronie fjordu Lyngen, niż dnia poprzedniego. Zmieniliśmy też pasmo górskie, teraz Kafjord Alps. Pasmo Lyngen Alps na zdjęciach jest po drugiej stronie zatoki.
    1 punkt
  25. Ja muszę od razu dodać że jazda była piękna, puch do kolan, prawdziwy lekki puch. I tak dwa razy z samego szczytu do granicy lasu. Nachylenie 30 stopni, to na tyle stromo że już jest fajna prędkość, a jednocześnie człowiek się nie stresuje lawinami, nie trzeba się spinać i oglądać za siebie, nie trzeba robić skrętów lawinowych. Cudo. Doczekaliśmy się świeżego opadu , dzień poprzedni i w nocy, a w dzień słońce.
    1 punkt
  26. Dzień V - czyli duch Norwega Nasz (czyli mój i MajorSki) piąty dzień zaczął się z rana (chyba o 5.00). Opuszczamy przyjazne pielesza Lyngseidet. Tomek dzierży ster w dłoni. Naszym celem jest pobliskie (niecałe 2 godziny wodą) Olderdalen. Pogoda po wschodzie słońca zapowiada się nieźle. Nie mamy wiedzy czy w Olderdalen znajdziemy przystań gdzie będzie można na parę godzin stanąć. Wizja lokalna potwierdza nasze obawy, jest port na maleńkie jednostki gdzie nie mamy szansy przybić oraz porządne nabrzeże przeznaczone dla promu. Modyfikujemy plany - Diupvik! Stajemy tam w porcie, obok jest wielka przetwórnia krewetek. Klimaty są więc zdecydowanie industrialne. Z zalet można za to wymienić dostęp do 220 V i pływające pomosty. Michał wobec tego też może poturować. Wychodzimy pewnie gdzieś o 12.00. Mała dygresja - nasz kapitan stwierdził, że jeszcze tak wyluzowanej czasowo ekipy nie widział. I rzeczywiście wstajemy jak wstajemy, śniadanie jemy jak je niespiesznie zrobimy, później bardzo spokojne oporządzenie i chyba tak przed 11.00 to nam się nigdy nie udało wyjść. Jaskrawo to kontrastuje z moimi alpejskimi turami gdzie o 7.00 byliśmy zawsze ostatnią ekipą wychodzącą z schroniska. Ale w Alpach staraliśmy się być na 15-16.00 z powrotem a tutaj 20.00 to normalka. Nasza dzisiejsza trasa wyglądać będzie tak. Jak widać jest całkiem spory kawałek płaskiego a później jak zwykle. I od początku zapowiada się rewelacyjnie. raz, że widok na Alpy Lyngeńskie przedni a dwa... Tak, tak już na dole śnieg jest znakomity. Obczajamy sobie topografię tej części aby mieć jak najlepszą jazdę. Wyżej prognoza jakości zjazdu idzie w górę. Pięknościowo jest coraz bardziej Gdzie nie spojrzeć - obrazki. Pod kopułą szczytową otwiera się widok na północny koniec Alp Lyngeńskich. Jaki jest więc stan ducha ekipy? Powiedzmy, że stan jest bardzo dobry. Zaś na szczycie jest już tylko lepiej. Niektórzy to nawet próbują odlecieć. Czeka nas tutaj zresztą jeszcze inna atrakcja ale o tym to może niech napisze ktoś z kolegów (ja tam żonaty jestem). Zjazd jest bajeczny, choć przerywany jakimiś sesjami foto. Tutaj zresztą miała się sprawdzić legenda o duchu norweskich narciarzy. (zdjęcia od MarioJ) Na dole dochodzi do secesji. Dla części ekipy taki dzień nie może już się skończyć. Nie może. Czyli razem z Mariuszem i Kamilem zaliczamy powtórkę. Powtórne wejście chwilę nam zajmuje. Nisko już położone słońce i nagromadzenie chmur nad Alpami Lyngeńskimi tworzy niesamowity klimat. Po prostu miazga. Ale jazda to dopiero jest miazga. Wybieramy prawą (orograficznie) stronę gdzie nawet śladów narciarzy nie ma i zjeżdżamy po czystym tak z 600 m przewyższenia w jednym kawałku. Na dole jeszcze dokumentacja stoku. Przez lasek fota Kamila już była więc teraz Mariusz. Nawiasem taki las jest dość zdradliwy - wydaje się, że jest kupę miejsca bo pniaczki dość małe ale jest trochę poziomych słabo widocznych gałęzi i można po pysku całkiem dobrze zgarnąć. Dojeżdżamy do cmentarza, tam ściągamy narty i pewnie ostatni kilometr+ jest z buta. Słońce właśnie zachodzi - szafa gra. I nie mam już ani cienia wątpliwości, że był to mój najlepszy dzień w Norwegi! Jak zwykle poproszę moich lepiej zorientowanych kolegów o podanie nazw gór w których byliśmy, szczytu na który wleźliśmy i jego wysokości, przewyższeń i kilometrażu. Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  27. dla porządku szczyt Fastdalstidnen (1260m), najdłuższa trasa 19km, vertical 1500m, jak mogłeś nie wrzucić zdjęcia z moim zjazdem wszystkie cytowane przez Wieśka foty zjazdowe robił Piotrek na moim aparacie (poniższe również) a tu już było bardziej stromo i nasze szlaczki kończymy dzień
    1 punkt
  28. Szczyt to Kavringtinden (1200m). Dwa zjazdy więc wyszło 1600m w górę. W czasie podejścia padał śnieg i w górnej części jeździliśmy w puchu. Najlepsze zjazdy jednak jeszcze przed nami
    1 punkt
  29. No i doszliśmy do momentu w którym możemy umieścić tytuł i napisy "filmu" co go oglądacie. Czyli skitury w Norwegii właśnie się rozpoczynają. Na początek zestawienie naszych wycieczek Dzień turowy 1,2 jest za nami. Dzisiaj będzie 3. Stoimy w Lyngseidet w luksusowym porcie (bo jest kibelek, gorący prysznic i prąd) nawet nie kosztuje to zbyt dużo (około 100 zł/dzień za łódkę), miejscowość jak na "polarne" warunki - kurort. Aby założyć deski trzeba przejść dobre 200 m. Naszym celem jest .... (wstawią koledzy bo coś mi się norweskie nazwy nie trzymają) górujący pięknie nad okolicą. Dzień jest bardzo zmienny, chmury galopują ale od czasu do czasu są takie urokliwe prześwity I góra prezentuje się wtedy nad wyraz urokliwie. I tak sobie idziemy, raz słońce, raz śnieg Jak widzicie piętro lasu dawno za nami, hale też już minęliśmy i kopuła szczytowa już blisko. Pięknie widać stąd Lyngseidet. Jest nawet... no właśnie co dostrzegą Wasze wprawne oczy? Zasuwamy całkiem konkretnie (fota od Mariusza) Pogoda coraz bardziej dochodzi do wniosku, że nie lubi narciarzy Ale nikt nie ma się zamiaru poddawać I wreszcie wychodzimy na grań (fota od Mariusza) W drugą stronę jest tak i szerszy plan Jesteśmy na niższym wierzchołku - zamierzamy zjechać stąd efektownym żlebem (powyżej chyba ten z prawej). Przepinka w śnieżycy ale jest widoczność. Chowam aparat do plecaka bo zaraz zacznie się to co tygryski lubią najbardziej - jazda. Wskakujemy po kolei do żlebu. Fota znów od Mariusza. Początek jest lekko stresujący bo stromo, widoczność też nie najlepsza. Ale dalej jest cudownie bo mieciutko! Nasz kapitan (co został wyraźnie w tyle) ma troszkę mniej szczęścia, dociera na górę we mgle, która za chwilę natarła. Idzie więc na właściwy wierzchołek licząc, że się przejaśni. Ale nic z tego - zjeżdża w mleku. Czyli bez przyjemności. My ten czas załamania pogody wykorzystujemy na powtórną wycieczkę na górę (widzicie to na trakach) a na drugi zjazd znów mamy oczy! Jest naprawdę nieźle. Zjazd jest komfortowy do końca bo przez las prowadzi "przecinka", która wygląda dosłownie jak trasa narciarska. Zjeżdżamy po bandach śnieżnych przy drodze do IT i ostatnie w świetnych humorach dajemy z buta. I to jest bez wątpienia najlepszy (kolejny) dzień w Norwegii. Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  30. Sprytny Kamil dorzucę jedną fotkę z dnia rejsowego, w tle skaliste zbocza po drugiej stronie fjordu, niż nasz port Lyngseidet, dodam w kontekście obecnego powder day, że w tym jednym dniu Norwegowie ogłosili 4 lawinową ... z powodu deszczu, padało tak do wysokości 200-300m, nasiąknięte strome zbocza były zagrożone, tak że dobrze nam się złożyło, że mogliśmy ten dzień wykorzystać na długie przemieszczenie się, na drugi dzień spadło do 3-ki a później 2-ka ta wioska to był prawdziwy wypas, informacja turystyczna, pensjonaty, poczta, market czynny do 23:00, kościół, wypożczyalnia skuterów, oświetlone trasy biegowe, i to wszystko za kołem podbiegunowym
    1 punkt
  31. Port do którego zawijamy po kilku godzinach okazuje się przesympatyczny. Jest prysznic, jest kibelek, jest ładne otoczenie innych jachtów. Można robić plany na kolejne dni.
    1 punkt
  32. To idąc za ciosem opiszę kolejny dzień. Zwłaszcza że będzie to bardzo łatwe. Pogoda miała być fatalna. Śnieg, mgły, wiatr. Postanowiliśmy wykorzystać go na dłuższy rejs na południe fiordu Lyngen. Albo marznę na pokładzie albo jakoś zabijam czas pod.
    1 punkt
  33. Nie ma sprawy. Górka albo grzbiet to było Russselvfjellet (nisko 750m). Vertical 1400m, długość 17km. Ja dodam że ten długi zjazd na fokach to było znakomite ćwiczenie jazdy na tychże, w dodatku w ograniczonym kontraście. Mnie się udało bez żadnej przewrotki klasyczne NW, a nachylenie było ze 30 stopni.
    1 punkt
  34. Jak widać na didaskaliach nie da się długo ciągnąć. Korzystając z tego, że wszedłem w posiadanie zdjęć Mariusza napiszę relację z drugiego dnia. Na początek nasza droga w terenie. Łatwo można tu ocenić przebieg wysokościowy. Zaczęliśmy identycznie jak dzień wcześniej idąc wciętym korytem rzecznym. Dalej droga prowadziła w lewo na rozległą przełączkę. Dzień był smutny, słaba widoczność, chłodno (co widać po ciuchach i nieprzyjemny wiatr) Pierwszy zjazd (który zlokalizujecie na mapie) dostarczył nam trochę niespodziewanych emocji. Patrząc z góry w tych nieciekawych okolicznościach podejmujemy decyzję, że zjedziemy to na fokach (bo dalej jest konkretne podejście). Zjazd okazuje się jednak nad podziw długi a w dodatku całkiem stromy więc jazda z wolną pietą no cóż... serce boli. Piotr, który jako jedyny zdjął foki zalicza pierwszy niespodziewany nawis i też... boli. Na dole jest druga przygoda - stoimy sobie w trójkę i dyskutujemy jaką drogę wybrać. Kusi skrót w prawo. Klisiu robi krok i leci dobre 3 m w dół. Nagle z całą jasnością widzimy brzeg nawisu nad którym stoimy i który w czasie lotu Tomka nagle z ostrością żyletki się zmaterializował. Naprawdę było to zaskakujące. Ale ponieważ delikwent na dole nie tylko jest cały ale jeszcze uchachany to orzekamy wspólnie, że mamy już dwóch fachowców od nawisów i do końca wyjazdu gdziekolwiek sytuacja jest niejasna wzywamy ich na rozpoznanie. Im bliżej naszego celu, który oglądaliście na zdjęciach z łódki tym bardziej duje. Co łatwo zobaczycie na fotach Wiatr jeszcze nie przewraca (więc nie ma 100 km/h) ale jest całkiem zabawnie - z Robertem latamy jak wariaci skacząc i starając się zawisnąć w powietrzu. Reszta patrzy na to z politowaniem ale co mi tam! Zjazd byłby bardzo fajny gdyby lepiej było widać. Pierwotnie dalej nasza droga miała prowadzić wzdłuż wybrzeża fiordu ale nie mam ochoty dymać ładnych paru kilometrów po asfalcie podobne zdanie ma większość grupy i postanawiamy wrócić górami. Zakładamy foki i w drogę. Kamil, Paweł i Robert zjeżdżają do drogi trzymając się pierwotnego planu. Za nasz trud zostajemy nagrodzeni bo na przełączce o której wspominałem jest już tak. Ale przede wszystkim tak Delektujemy się mrocznym pięknem tego krajobrazu - muszę z przykrością stwierdzić, że fota nawet w ułamku nie oddaje tego co tam było. Teraz pora pomyśleć o powrocie. Ponieważ rano, z powodu silnego wiatru, kapitan zaraz po naszym wyjściu (a właściwie należy powiedzieć - po brutalnym wypędzeniu nas na nabrzeże) przeparkował łódkę do portu po drugiej stronie fiordu więc musimy obejść zatokę. Dymanie asfaltem dalej nas nie interesuje więc wspinamy się na zbocze naszej pierwszej norweskiej górki aby dotrzeć na deskach do mostu. Ten zjazd już sobie przepatrzeliśmy dzień wcześniej i wyglądał na bezproblemowy. Byłby pewnie nawet maksymalnie przyjemniacki ale na puch musiał spaść deszczyk (albo po prostu tak się ociepliło) i hamowało okrutnie. Na dole po dniu turów najbardziej czułem palce u stóp. Na moście narty wrzuciliśmy na garba, było pewnie 3 km z buta jeszcze ostatnia fota z tego dnia Ponieważ nie lubię zbyt dobrej pogody (a właściwie to lubię też tę niezbyt oczywistą), tura była całkiem konkretna, widoki nietuzinkowe to uznałem, że jest to drugi najlepszy dzień w Norwegi. Liczę, że Mariusz albo Kamil uzupełnią jeszcze statystyki, może wrzucą nazwę i wysokość "naszej" górki. Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  35. Uzupełnię troszkę relację Mariusza. Na początek nasza trasa na mapie z Google Earth (traki mam od Mariusza). Wpierw był lewy niższy cel, później zrobiliśmy prawą część. Jak widać pierwszy fragment prowadzi stromo wciętym korytem rzecznym (jest to dość charakterystyczne dla tego terenu). Po pokonaniu piętra lasu, mamy przed sobą doskonały widok na prawy cel. Po kilometrze+ wychodzimy na obszerne plateau z którego zaczyna się bezpośrednie wejście na przełęcz miedzy oboma wierzchołkami. Tutaj już jest przełęcz z widokiem na niższy szczyt. Jak widać dyskutujemy czy zjechać za nawisem, czy może jednak nie. Teraz warto powiedzieć, że na tym celu było naprawę sporo narciarzy. Większość dokonywała tu przepinki i jazda na dół. Decyzję ułatwiła nam ta oto grupka - skoro jadą to my też. A tu jeszcze dowód, że w Norewgi skiturują i młodzi i starzy i nawet dziewczyn nie brakuje. A tu już jesteśmy na pierwszym celu - Tomek ma jakąś refleksję (a może zmęczony???). Strzałką zaznaczyłem nasz drugi szlak podejściowy. Teraz zjazd na wspomniane już plateau. I decyzja co dalej. Wcześniej przyjrzeliśmy się głównemu wierzchołkowi. Na grani, która wydaje się oczywistą drogą jest mocno wywiane, widać kamulce i nie zachęca to do zjazdu. Symptomatyczne jest też to, że jakoś nie widać tam wchodzących. Natomiast droga żlebami wydaje się do zrobienia. Proponuję abyśmy się temu przyjrzeli z bliska - zawsze można zawrócić. I tak robimy. Zdjęcie gdzieś po drodze. Z czasem robi się całkiem stromo. Musimy zdjąć deski, założyć raki dochodzimy pewnie ze 100+ metrów pod wierzchołek i ze względu na kończący się czas - zjazd. Bogatsi pewnie o doświadczenia późniejszych dni, pewnie za 2-3 dni już byśmy dociągnęli do końca, bo nawet o 21.00 było jasno. Sam zjazd zdecydowanie już stromszy bardzo nam się podobał. Biorąc pod uwagę, że dzień zaczął się o 3.00 a skończył pewnie o 20.00 (nawet nie skończył bo teraz trzeba było coś uwarzyć, ogarnąć sprzęt i zaplanować kolejne dni (prognozy pogody) to było całkiem syto. I był to pierwszy najlepszy mój dzień w Norwegi. Do tego będę jeszcze powracał Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  36. Uzupełnię Kamila relacje grafiką. Start o piątej rano na lotnisku w Gdańsku, gdzie dojechaliśmy w nocy autami, niektórzy pociągiem. Bacznie monitoruje czy nasze torby są ładowane do samolotu podczas przesiadek w Kopenhadze i Oslo. Na lotnisku w Oslo mieliśmy 2h odpoczynku, gdzie raczyliśmy się ciekawą architekturą oraz norweskim chórem. Na odcinku Tromso-Oslo pojawiły się już dreszcze. Najpierw chmury, ale przez pół h mieliśmy już okienko pogodowe z widokiem na pierwsze fjordy. Widoki zapierały dech. Ciarki przechodziły już po plecach. Lądujemy w Tromso, które wita nas śniegiem już na poziomie 0m. Jest zima ! :-) Ładujemy się całą ósemką z bagażami do taxi-busa i jedziemy do portu. Tutaj witamy się z naszą łodzią, która będzie przez następnych wiele dni naszym domem i transportem. Jeszcze wieczorem pobiegliśmy uzupełnić zapasy żywieniowe do marketu, po drodze obejrzeliśmy norweskie klimaty. Większość jedzenia przywieźliśmy z Polski w wielkich torbach narciarskich, a to co nie zmieściło się w 23kg limitu na osobę, musieliśmy dokupić w Tromso. Wydaliśmy w spożywczaku 1000 koron lekką ręką :-) Ale to na wszystkich ! :-) Niektórzy poszli czy też pojechali busem nawet do centrum miasta i coś tam miłego zobaczyli.
    1 punkt
  37. Relacja Dzień 0 - dojazd, Ruszamy dwoma samochodami w Piątek wieczorem z Wrocławia. Pod Łodzią dosiada się Major. W Gdańsku wszystko bez problemu. Bagaże mieszczą się w limitach. Kopenhagi nie pamięta - chyba wszystko OK. W Oslo Ja i WuJot zostajemy zatrzymani na bramkach. Ponoć coś nie tak z naszymi bagażami. Mój okazuje się być otworzony a w środku rozwalone dwa pojemniki. W jednym był miód w drugim drzem !!! Strach się czegoś dotknąć. O Wiesia bagażu nic nie wiadomo. Dostajemy papierowe ręczniki w toalecie staramy się ogarnąć moją torbę. Wiesiu choć cały w nerwach dzielnie mi pomaga. Pytamy o jego bagaż. Nie wiadomo gdzie jest. Może doleci do Tromso a może nie :). Napięcie u Wiesia rośnie. W Tromso sukces. Wszystko dojechało. Zamawiamy busa i Pan M zawozi nas do portu. Jak się potem okazało nieźle nas oskubał. W porcie do dyspozycji marynarzy i żeglarzy jest kontener sanitarny. Jestem w stanie wyczyścić wszystko z miodu i nawet przeprać część odzieży i śpiwór bieliźniany. W środku jest bardzo gorąco i po kilku godzinach wszystko jest suchutkie. W tym czasie koledzy zaształowali cały sprzęt na jachcie. Na dziobie jest spora bakista w której mieszczą się wszystkie nasze narty. Reszta do środka. Mamy 4 dwuosobowe kajuty. Moja po dopasowaniu okazała się bardzo przytulna (pomijając skraplającą się na ścianach wilgoć). Piąta kabina należała do kapitana. Prognoza zapowiadała ładną pogodę na jutro a potem gorzej. Żeby nie tracić czasu trzeba było ruszać w nocy. Opisy z wacht już były więc się nie będę powtarzał. c.d.n
    1 punkt
  38. Żeby nie było wątpliwości - w puchu też pływaliśmy, nie tylko w morzu :).
    1 punkt
  39. Masz rację - nie da się ukryć, że szczególnie drugi dzień to było wyraźnie dalej (pewnie z 10 km) na północ - to tam gdzie z Robertem staraliśmy się "zawisnąć" na wietrze (kto ma foty?) Podciągnę trochę relację z tych dwóch najbardziej północnych eksploracji - mam nadzieję, że Ci co się zadeklarowali nie opuszczą mnie w potrzebie (szczególnie, że z drugiego dnia nie mam zdjęć). Po zaokrętowaniu (co zajęło nam całkiem sporo czasu) prysznic w kontenerze na nabrzeżu, po drodze taka fotka i szybko na kojo bo... pierwsza wachta wstaje o 3.00 (dzięki Klisiu!). Ja się zgłosiłem (z MajorSki) na 5.00 - nie było to przypadkowe bo liczyłem na takie klimaty Stopniowe zbliżanie się do celu i widok gór ("naszych" gór!) - bezcenne. To był nasz najbardziej północny cel: A to było na dzisiaj (za Kamilem): Bracia S. pod wodzą Michała zaparkowali przy nabrzeżu. Przygoda miała się zacząć! Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  40. No to teraz będzie o chłopakach. Ekipa - to naprawdę dobre, mocne słowo. Oznacza pomocną dłoń, gorącą herbatę albo paszę. Czasem zaś ostrą szyderę, którą trzeba przełknąć honorowo jak skaut. Jak ktoś ma miękkie dupsko i wybujałe ego to raczej tu nie zapasuje. Ale jeśli macie wyczucie sytuacji i kiedy trzeba potraficie dać solidną zmianę albo zakasać rękawy pro publico bono to poznacie dobrodziejstwo mnożenia przez 8 (a nawet 9). Wspólna ocena sytuacji, wspólna weryfikacja pojawiających się pomysłów to szansa na dobrą zabawę a jednocześnie minimalizację błędów. A to w górach jest najważniejsze. Praca nad ekipą warta jest każdego czasu i wysiłku i to dla mnie jest jedna z najważniejszych kwestii w zabawie skiturowej. Część naszego norweskiego składu doskonale znacie z tego forum Tomek -Majorski, Mariusz - MarioJ, Kamil - kskuski. Dopełniali go Robert - Betti (z którym systematycznie też skiturujemy) i brat Kamila - Paweł. Szóste miejsce jest moje. Siódme zajął drugi Tomek - Klisiu. Było to istotne wzmocnienie zespołu bo to wykładowca i instruktor PZA i persona dobrze znana w światku wspinaczkowym, ósmy był zaś kolega Tomka - Piotr z warszawskiego KW, równie mocny zawodnik. Dziewiąty był nasz pierwszy na pokładzie czyli Michał. Ten ostatni okazał się ludzkim panem a polubiliśmy go gdy założył deski i zaczął łazić z nami na wycieczki dając sobie nieźle radę. Czyli po kolei - Majorski Piotr i MarioJ Kamil Paweł Robert Klisiu El Capitano Ponieważ może Was zmylić to, że na niektórych fotach występuje snowboardzista (albo jak wolicie spliciarz) to informuje, że Kamil występował w podwójnej roli będąc ukrytym agentem ciemnych mocy. A tutaj zdjęcie dokumentujące wrażą działalność podwójnego agenta. Jest poważna szansa na grupowe zdjęcie bo takie sobie ze dwa razy zrobiliśmy jakkolwiek nie wiem kto jest posiadaczem tego ważnego pliku. Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  41. Myślę, że fotorelację ktoś popełni może nawet będzie w chronologicznej kolejności Ale ogólnie wyjazd nawet ujdzie.. ujdzie, że hop skacze, ze szczęścia! Pozdr Tomek
    1 punkt
  42. Poziom 0 Leżing Plażing Kawał ciężkiej roboty te skitury
    1 punkt
  43. Trochę geografii Punktem startu było Tromsø do którego łatwo można dolecieć (z jedną lub dwoma przesiadkami). To już daleko na północy - sporo za kołem podbiegunowym. Co ciekawe - większość naszych wycieczek odbywała się już na obszarze Arktyki (wyznacza ją izoterma +10 stopni C). Na wschód od naszego punktu przylotu rozciągają się Alp Lyngeńskie. Będące pierwszym naszym celem. Cały obszar naszego działania wyglądał tak A najodleglejszym punktem do którego dopłynęliśmy było Lyngenseidet. Wracając wylądowaliśmy też na Uloyi i to było najbardziej wysunięte miejsce na północy z którego zjechaliśmy na nartach. Alpy Lyngeńskie absolutnie zasługują na tę nazwę - na poniższej focie widać je z drugiej strony fiordu Góry są niewysokie, powiedzmy do 1500 m npm ale... startujemy z 0! Każda wycieczka kończąca się na szczycie jest więc całkiem solidną turą - większą często niż wejście na jakiś alpejski szczyt z w sumie pobliskiego schroniska. Na pewno nie brakuje bardzo wymagających zjazdów (zaliczyliśmy trochę 35-40 stopni). Najbardziej niesamowite jest przechodzenie przez kolejne piętra. Na dole jest (o ile jest) pokręcony skarłowaciały las brzozowy. Jeśli jest w miarę rzadki to jazda jest fantastyczna (choć trzeba nieraz się zasłonić) Ale były miejsca gdzie nawet podejście było bardzo trudne bo gęstwa masakryczna - a szlaków nikt tu nie wycina. Las kończy się na wysokości około 400 m npm. I możemy to uznać za początek gór. O ile na dole nie raz było upalnie to kawałek wyżej takie klimaty to była normalka. cdn Pozdro Wiesiek
    1 punkt
  44. Dzięki Marcinie - no właśnie, zawsze, czy to na nartach, czy to na kajakach itd. filmowanie, to nie jest priorytet - jakby się tak człowiek przyłożył, to i coś nowego by wymyślił a sceny z pewnością byłyby bardziej przemyślane, kamera bardziej stabilna - więcej dobrego materiału, a tak? Trochę rzeźbienia jest jak ma się mało dobrego materiału. Dzięki za dobre słowo - kiedyś mam nadzieję umówimy się na jakieś filmowanie. Jak nie narty, to może rowery?
    1 punkt
  45. Dzięki Darku - staram się jak mogę przy każdej produkcji Wyzdrowiej i zaraz lecimy gdzieś w Alpy - roczek szybko minie. A filmik mówisz, że będziemy narciarsko-kulinarny kręcić? hahaha damy radę. Czapka to prezent z WorlsSkiTestu 2015
    1 punkt
  46. Ostatnio dużo siedzenia w domu zaskutkowało produkcją filmową z zimowego spływu kajakowego Radomką Zapraszam do obejrzenia.
    1 punkt
  47. Dzięki! Taki spływ, to nic nadzwyczajnego Johnny - Koledzy z Forum Wodnego non stop gdzieś w zimę wiosłują - na dodatek w jedynkach, po rzekach zwałkowych i górskich z białą wodą. Cóż? Może kiedyś coś ambitniejszego zrobimy z ekipom. W każdym bądź razie w tym roku kajaków Ci nie przepuszczę I tu dużo racji Mitku Zasługi by były, gdyby tak jakąś foczkę na tym spływie Kolega Jacek upolował - aktualnie kawaler... ...wówczas chwała jakaś by była i oczywiście nawiązanie do eskimoskiej tradycji Pozdro.
    1 punkt
  48. Dzięki Zabiłeś mi ćwieka... ...a może by w Polsce rzeczywiście to połączyć? Pytanie tylko gdzie? Musiałaby być rzeka, która nie jest zamarźnięta, narty - najlepiej skiturowe i odpowiednia górka - wolałbym z daleka od ośrodków narciarskich...no i w zimę na początku rzeka raczej jakaś spokojna, nizinna a nie górska, choć otoczona jakimiś górkami. Ma ktoś pomysł na miejscówkę? Pomysł wart zrealizowania Kajak, narty w kajaku, sprzęt biwakowy... Piękna byłaby wyprawa i godna zrealizowania. Pokombinuję i w przyszłym roku? Kto wie? Thx za pomysł.
    1 punkt
  49. Mario było cieplej niż na nartach W sumie takie same ciuchy - a przygoda, to fakt, była przednia Szkoda tylko, że nie rozpaliliśmy ogniska... ...miało być, bo miało być zimno - nie było, to i ogniska nie było - a szkoda, bo kiełbaska w takich okolicznościach przyrody własnoręcznie zrobiona smakuje doskonale. Cóż? Następnym razem.
    1 punkt
www.trentino.pl skionline.tv
partnerzy
ispo.com WorldSkiTest Stowarzyszenie Instruktorów i Trenerów Narciarstwa PZN Wypożyczalnie i Centra testowe WinterGroup Steinacher und Maier Public Relation
Copyright © 1997-2026
×
×
  • Dodaj nową pozycję...